Styczeń 2014

Ślady zaawansowanej technologii w kompleksie Shravanabelagola w Indiach

Historia Indii jest fascynująca i sięga czasów, o których nasze podręczniki nic nie wspominają. Na terenie tego kraju znajduje się wiele starożytnych świątyń, które posiadają tak niezwykłą architekturę, że nawet w czasach dzisiejszych wyglądają niesamowicie. Należy do niej niewątpliwie świątynia Akkana Basadi.

 

Według historyków kompleks z Shravanabelagola powstał w X wieku naszej ery, ale stopień skomplikowania tej budowli jest tak wielki, że można powiedzieć, ze wygląda jakby została stworzona za pomocą drukarki 3D.

Gdy popatrzy się na kolumny jakie wykonano wewnątrz w konstrukcji można dojść do wniosku, że tego nie dało się po prostu zrobić za pomocą dłut. To po prostu wygląda jak coś stworzonego na tokarce. Dla wielu badaczy jest to dostateczny dowód na to, że datowanie tego kompleksu było błędne i jest to jakiś relikt epoki, o której nie mamy zbyt wielu informacji.

Foto: Internet

 

 



Amerykański łazik sfotografował UFO z powierzchni Marsa

Unikalne zdjęcie udało się wykonać dzięki łazikowi Curiosity.  Obraz przedstawia kuliste UFO, które widać na marsjańskim niebie. Wyraźnie po przelocie pozostaje jasny ślad. Wygląda na to, że zdjęcie zostało pobrane z bazy danych przechowywanych na serwerach NASA.

 

Kolejne zdjęcie wykonane w tej sekwencji potwierdza, że ​​obiekt był w ruchu. Zrobione je z tego samego aparatu, ale trochę później - po 6 minutach 29 sekundach. Po takim czasie nie było już śladu po UFO ani smudze. Do zdarzenia doszło 5 stycznia 2014 roku.

 

Najbardziej racjonalne wyjaśnienie tego fenomenu jest taki, że obiekt ten był meteorem lub fragmentem komety. Jednak potwierdzenie tego będzie bardzo trudne i w związku z tym jedyne co wiadomo na pewno to, że był to niewątpliwie niezidentyfikowany obiekt latający.

 

 

 



Sztucznie stworzone obiekty wystają z powierzchni Marsa

Poszukiwacze marsjańskich anomalii mają kolejny powód do zadowolenia. Oto na zdjęciach wykonanych przez niedziałający już łazik Spirit wypatrzono dziwnie regularne kształty.

 

Jak wiadomo natura raczej nie tworzy struktur, których kształty są pełne linii prostych. Dotyczy to zwłaszcza kamieni, których powstanie powinno być raczej efektem przypadkowego działania. Dlatego gdy znajduje się na Marsie coś, co ewidentnie wygląda na twór sztuczny powoduje to szereg pytań o sposób powstania takich struktur.

 

Ten konkretny przypadek odkryto dzięki zdjęciom wykonanym za pomocą łazika Spirit. Fotografie przesłano w ciągu dwóch marsjańskich dób, Sol 1401 i Sol 1402. Ich prawdziwość potwierdzają poniższe linki. Nie wiadomo, co przedstawiają te obrazy. Z punktu widzenia naukowców są to zapewne jakieś nietypowe kamienie, ale badacze marsjańskich anomalii widzą w tym pozostałości po technologii istniejącej niegdyś na czerwonej planecie.

 

 

 

Źródła:

http://marsrovers.jpl.nasa.gov/gallery/all/spirit_p1401.html

http://marsrovers.jpl.nasa.gov/gallery/all/spirit_p1402.html



Gołąbek pokoju zaatakowany w Watykanie przez czarnego kruka to zły znak

Jak donosił już nasz siostrzany portal zmianynaziemi.pl, w zeszłą niedzielę doszło do niezwykłego wydarzenia. Podczas wspólnej modlitwy na Placu Św. Piotra papież Franciszek najpierw mówił o potrzebie pokoju, co biorąc po uwagę sytuację na Ukrainie, w Egipcie i w Tajlandii, jest jak najbardziej zrozumiałe. Po chwili wypuścił symbol pokoju, jakim jest biały gołąbek. Ptak został natychmiast zaatakowany, między innymi przez czarnego kruka.

 

Na szczęście gołębie, bo było ich dwa, zdołały uciec, tracąc najwyżej kilka piór, ale sam fakt symbolicznego incydentu przyniósł wszystkim skojarzenia walki dobra ze złem. Większość uznaje, że był to bardzo zły znak wskazujący na to, że era pokoju na Ziemi dobiega końca.

Dokładnie przed stu laty wybuchła I wojna światowa, więc kto wie czy nie była to zapowiedź nadciągającej zawieruchy. Oczywiście są to obawy, które może zweryfikować tylko czas i miejmy nadzieje, że to nie zły omen, ale po prostu kolejny przypadek takiego incydentu.

W przeszłości, w Watykanie dochodziło już do podobnych incydentów. Warto wspomnieć to, co spotkało naszego rodaka, papieża Jana Pawła II, który 30 stycznia 2005 roku podobnie jak Franciszek wypuścił gołąbka. Ptak zamiast odlecieć w stronę nieba zawrócił i wleciał przez papieskie okno do apartamentów pałacu watykańskiego. Jak wiadomo kilka miesięcy potem, 5 kwietnia 2005 roku nasz papież zmarł.

Atak na gołąbka pokoju zdarzył się również dokładnie przed rokiem, 27 stycznia 2013 roku. Było to jeszcze za pontyfikatu papieża Benedykta XVI, który zakończył się jego nieoczekiwaną abdykacją 11 lutego 2013 roku. Dopiero gdy do tego doszło wiele osób zwróciło uwagę na ten znak, wskazujący na nadchodzące fundamentalne zmiany. Czy teraz będzie podobnie? Czas pokaże.

 

 

 



Szwedzka "Atlantyda" odkryta na dnie Bałtyku, osada sprzed 11 tysięcy lat

Szwedzcy nurkowie odkryli na dnie Bałtyku rzadki zbiór zabytków z epoki kamienia czyli ewolucjonistycznego paleolitu. Archeolodzy uważają,  że relikwie zostały pozostawione przez Szwedzkich koczowników 11.000 lat temu, a odkrycie może świadczyć o jednej z najstarszych osad kiedykolwiek znalezionych w Skandynawii.

 

Niektóre z zabytków są tak dobrze zachowane, że raport nurków nazwał znalezisko "Szweckim Atlantis" i zasugerował, iż  osada została pochłonięta przez morze w całości w taki sam sposób jak mityczna wyspa na Oceanie Atlantyckim. Artefakty zostały odkryte przez profesora Bjorna Nilssona z Uniwersytetu Soderton  i zespół Uniwersytetu Lund  podczas nurkowania archeologicznego w Hano, u wybrzeży regionu Skanii  w Szwecji.

Nillsson odkrył pochowane 16 metrów pod powierzchnią  drewniane elementy, narzędzia krzemienne, rogi zwierzęce oraz liny.  

Wśród przedmiotów znalezionych wystąpiły także m.in. harpun, rzeźba wykonana z kości zwierząt, kości wymarłego starożytnego zwierzęcia zwanego turem. przodek niektórych ras bydła domowego (Bos taurus). Z opisów w starych kronikach i zachowanych drzeworytów wynika, że tur był bardzo podobny do dużych ras bydła. Ostatni żywy egzemplaż Tura widziany był w Polsce w 1627 roku.

Wiele artefaktów zostało dobrze zachowanych, ponieważ znajdowały się w osadzie organiczno-mineralnym zwanym Gytia, powstającym zazwyczaj na dnie jezior, czyli zbiorników wody słodkowodnej, ale również mokradeł. Czarna, galaretowata Gytja powstaje, gdy zaczyna się rozpad torfu, następuje spadek ilości tlenu co spowodowało dobrą konserwację znalezisk.

Nilsson stwierdza, że: "około 11.000 tyś. lat temu występował tam jakiś rodzaj laguny, wszystkie artefakty jakoś zostały tam zakonserwowane. Jeśli osada byłaby  na suchym lądzie to mielibyśmy tylko rzeczy kamienne, nic na bazie organicznej."

Nurkowania archeologów był częścią trzyletniego planu wykopów,  częściowo finansowany przez Zarząd Szwedzki ego Dziedzictwa Narodowego. Archeolodzy kontynuują wykopaliska w tym rejonie, są szczególnie zainteresowani istnieniem hipotetycznych starożytnych grobowców.

 

Oczywiście możliwe, iż znaleziska są pozostałością Biblijnego Potopu, a Morze Bałtyckie było przedpotopowym jeziorem.  Archeolodzy wiedzą, że na przykład Morze Czarne zawierało kiedyś w sobie wodę słodkowodną,  wskazują na to znalezione na odpowiedniej głębokości lub warstwie muszle słodkowodnych mięczaków.  Poziom wody Morza Czarnego znajdował się w przeszłości znacznie niżej niż obecnie, obecny wydaje się być wynikiem globalnego potopu. O tym i innych ciekawych odkryciach opowiada ten film:

Oficjalna nauka jak zwykle unika oglądu szerszej perspektywy oraz tysięcy śladów geologicznych, archeologicznych czy historycznych potwierdzających globalne zjawiska związane z gigantycznymi rozmiarami Biblijnej powodzi. Należy pamiętać także o niedawno odkrytym innym tajemniczym znalezisku z terenów Morza Bałtyckiego:

Jeżeli ktoś z państwa zna język angielski, to zapraszam na prawdziwie interesujący film-audycję przedstawiającą znaleziska, miejsca i dziwne budowle wydarzeń przed potopowej cywilizacji, audycja trwa prawie pięć godzin ! Jednak wystarczy odsłuchać pierwsze dwie godziny by zacząć się mocna zastanawiać nad rzeczywistością przedpotopową, ale i nad tym czasem w którym żyjemy dziś ! Wspaniała prezentacja znalezisk, oraz wspaniałe pytania i zdumienia prowadzącego. Jest to audycja przedstawiająca badania i odkrycia znanego archeologa Jonathana Grey'a. Właściwie wystarczyłoby przetłumaczyć ten film na język polski by wielu ludzi otrząsneło się ze zmory ewolucjonistycznej. Tłumaczenie takie byłoby niezwykle wartościowe, czy ktoś podejmie się tego zadania ?

 

Dead Men's Secrets, by Jonathan Gray 

Tajemnic wielkiego potopu jest na prawdę wiele, miejmy nadzieję na kolejne odsłony naszej tajemniczej przeszłości. Oczywiście zapraszam na dobrze wam znany blog poświęcony zagadkom globalnej powodzi: http://popotopie.blogspot.com

 

 

 

 

 



Żydoryba - Cały Urok Poprawności Politycznej

Oprócz oczywistych dla każdego mieszkańca Zachodu zagrożeń dla współczesnej demokracji czyli ptasiej grypy, al-kaidy, ksenofobii i niechęci do pederastów, współczesny świat zachodni dręczy przede wszystkim plaga poprawności politycznej. Jest to normalna epidemia, ale o zgrozo koncerny farmaceutyczne jeszcze nie mają na to lekarstwa więc ta przykra dolegliwość jest na dzień dzisiejszy... nieuleczalna.

 

Ta poprawność polityczna jest po prostu straszna. Wywołuje ona ludziom bardzo wiele rozmaitych dolegliwości. Na porządku dziennym są ataki szału, wybuchy złości, nieprzychylne epitety, stres, agresja, depresja, dół psychiczny a nawet fochy. To bardzo skomplikowany i długotrwały proces wyrobić sobie tolerancję na obecność poprawności politycznej i bardzo dobrze, myślę obrazuje to przypadek... żydoryby.

 

Żydoryba jest to ryba, (z angielskiego jewfish) ale zupełnie inna niż wszystkie pozostałe ryby. Jest żydorybą a nie dajmy na to wielorybą i to właśnie jej nazwa brzmi dla niektórych po prostu strasznie. Żydorybą była co prawda od pradziejów i jakoś sobie żyła z tą nazwą przez stulecia, no ale jej dni, jako żydoryby są już policzone. Żydoryba rok po roku z podręczników coraz bardziej znika.

 

Co bardzo ciekawe jej nazwa nie przeszkadzała nigdy ani leszczom lub pomniejszym płotkom, ba nawet rekiny mające w morzach decydujący głos w ważnych sprawach zachowały na ten temat powściągliwe milczenie. Żydoryba nagle po stuleciach milczenia zaczęła denerwować pewne tajemnicze plemię. Plemię które nie ma nic wspólnego z rybami, bowiem prowadzi tryb koczowniczy wyłącznie na lądzie i z natury raczej unika wszelkich kontaktów z wodami, nierzadko nawet rozpychając morskie odmęty daleko od siebie na boki przy pomocy nieznanej nikomu poza nimi technologii. Aż taką silną mają akwafobię. A jednak wypatrzyli pewnego dnia żydoryby i stwierdzili że jej nazwa jest jakaś taka niezbyt ładna.

 

Cóż, należy ich w tym momencie zrozumieć gdyż zawsze niezwykłą uwagę przykładali przede wszystkim do zmiany nazw na... ładniej brzmiące. Taki już mają wrodzony talent - upiększyć nazewnictwo. O na przykład przyrost ujemny nazwali holokaust a holokaust przyrost ujemny, żeby ładnie brzmiało. No i trzeba przyznać, brzmi. Pełen sukces.

 

Inny przykład. Według niektórych źródeł niejaki Stolzman zamienił się na Kwaśniewski, Kohne na Wałęsa a Kalkstein na Kaczyński. Taki mały, rzec by można kosmetyczny myk i ostro brzmiące chrząknięcia nagle nabrały pięknych dźwięcznych i miłych dla ucha samogłosek - czysta poezja.

 

Dalej poszło jeszcze lepiej, bo po nabraniu doświadczenia okazało się że kompletne nazwy również udaje się poprawić a nawet pójść jeszcze o krok do przodu i je rozsławić ponadto: i tak podobno nikomu wcześniej nieznany i niepozorny Ozajasz Goldberg - okazał się nagle wszystkim znany jako Janusz Korwin Mikke z przezacnej loży masońskiej Windsor, z tych samych źródeł wynika, że nieznany wcześniej Aron Bucholz - wypłynął jako światowej klasy ekonomista Leszek Balcerowicz - profesor rzecz jasna, Berele Lewartow to słynny Bronisław Geremek, Icek Kuratow to rzekomo Jan Kulczyk, Icek Kordblum to z kolei według tych doniesień nie kto inny jak Jacek Kuroń, itp, itd...

 

Lista zakończonych sukcesem zmian pełnych nazw jest bliska nieskończoności i każdy bez trudu znajdzie to w sieci. Brakuje juz tylko zmienić Polska na Judeopolonia i to chyba byłoby na tyle. Ale jednak nie, bo nagle pewnego dnia ze starą nazwą pozostała jeszcze nasza żydoryba.

 

Ryby głosu nie mają ale mają żydzi. No i właśnie owi żydzi postanowili rybę przechrzcić żeby również nieco ładniej sie nazywała. Kupa roboty, bo tym razem potrzeba było przerobić nie jakąś pojedynczą metrykę urodzenia lub jakiś dokument tożsamości ale... wszystkie podręczniki. Każdą encyklopedię, każdy katalog - słowem, dosłownie wszystko to co zawiera nazwę żydoryba.

 

Taki wielki nakład pracy tylko po to, aby zmienić nazwę jednej żydoryby skłonił mnie do poszukiwań informacji przede wszystkim na temat skąd się w ogóle wzięła taka nazwa żydoryby. Kim jest do cholery ta nieznana mi wcześniej ryba. Co ona takiego robi, w szczególności czym się żywi, no i w ogóle o co do cholery z tą żydorybą chodzi, że aż takie jest z nią zamieszanie w środowisku plemion lądowych.

 

I co się okazuje?

Okazuje się, że żydoryba to jest kawał byka. Dochodzi do czterech metrów i waży do 400 kilo. To cholerstwo jest gigantyczne i żyje w oceanach. Żre tyle co stado koni i nigdy nie jest nażarte. Straszne rzeczy i niech mnie szlag ale jako miłośnik morskich kąpieli to raczej nie chciałbym aby taka Godzilla skubnęła mnie w łydkę... no chyba bym się zesrał...

 

Wielka ryba ta żydoryba ale to jeszcze nie koniec. Na poniższym filmie możecie zobaczyć na własne oczy jaka ona jest wielka i... jaka łagodna - normalnie podmorski baranek. Można przywołać, można nakarmić, można pogłaskać, można się zrelaksować, do piersi przytulić do chwili aż... żydoryba chapnie. No a jak już sobie chapnie to sorry ale widać tylko bąbelki... sami zobaczcie tego baranka w akcji - z zwłaszcza jego zastanawiającą reakcję na przymilność i pieszczoty:

Coś tu, coś tam zaczyna mi więc świtać, bo czuję się nagle jakbym miał deja vu lub już to kiedyś słyszał, kiedyś widział... Szukam więc dalej.

 

Dalej okazuje się, że nasza żydoryba, o której w sumie na dobrą sprawę nikt nic nie wie, (no bo czy słyszeliście kiedyś o naszej Godzilli?) nagle odgrywa w tym oceanie rolę, o którą nikt by jej nie podejrzewał nawet. To nie rekiny jak się okazuje albo jakieś orki mają decydujący głosik na tematy poruszane przy łańcuchach pokarmowych tylko... żydoryby. Proszę bardzo jaka niespodzianka. No niestety ale nasza szara żydorybia eminencja, stojąca zawsze na uboczu nagle robi chap i pożera sobie na śniadanie rekinka. Kurde mol, znowu mam deja vu i się zastanawiam dlaczego niemal każdy leming kompletnie nic o żydorybie nie wie?

 

Biedny rekin - nieświadomy zupełnie niczego jak ten lądowy mason który jest gojem. Myśli że sobie porządzi, że zada szyku na wsi, że wypłynie na szersze wody, że posiedzi blisko koryta, kiedy nagle zjawia się żydoryba i...:

Mam kolejne deja vu ale szukam dalej, bo to lepsze nawet niż antysemityzm.

 

I tak, na temat rodowodu nazwy tej całej żydoryby oficjalne media wykręcają sie jak tylko mogą unikając klarownej odpowiedzi. Jedna encyklopedia po drugiej encyklopedii twierdzi że nie wiadomo, że to już tak od średniowiecza, że brak źródeł, że to, że tamto. Ja mam zatem kolejne deja vu bo już kiedyś się z tym zjawiskiem spotkałem, no ale drążę dalej... szukam, szukam i nagle bęc... mam odpowiedź, bingo!

 

Nazwa "żydoryba" jest... obraźliwa - oto co się okazuje. Już rozumiem... karpie czuły sie po prostu głupio, żartuję... ta nazwa nagle z dnia na dzień, na jakiś miesiąc przed atakiem na WTC zaczęła denerwować żydów na Florydzie. Oni po prostu nie mogli się przez tą głupią nazwę skoncentrować i przygotować jak należy do zamachów, czy coś... nie znam za dobrze angielskiego, więc z góry proszę o wybaczenie na temat moich domysłów, ale tak właśnie podaje źródło Chicago Tribune z końca lipca 2001, jeśli dobrze je interpretuję:

 

Co jeszcze podaje źródło, które podjęło ten niewdzięczny trud wyjaśnienia zmiany nazwy żydoryby? Noooo... że jakaś tam liga przeciwko zniesławieniom na wniosek rabina takiego i takiego zwróciła się gdzieś tam, gdzieś tam do żydowskich liderów żeby zlikwidować żydorybę, ponieważ jak już wiemy ryby głosu nie mają ale żydów zniesławiają, wniosek został entuzjastycznie poparty i odesłany z życzliwym zapytaniem: jak więc będzie się teraz nazywać to co pływa, rekinom robi przyrost ujemny i już się nie nazywa żydoryba?

 

To trudne pytanie ale żydy sprostały. Otóż ze względu na wielkość eks żydoryby i jej chyba nieograniczonego apetytu nazwali ją Goliath Grouper - na język polski to chyba będzie Gruppenfuhrer Goliat lub podobnie - ale pewności nie mam, ponieważ polskie katalogi dla wędkarzy jeszcze nie zostały uaktualnione. Bądźmy jednak dobrej myśli, bo co się okazuje?

 

Okazuje się, że intryga z żydorybą ma drugie dno. Bo o ile na żydoryby można było polować bez ograniczeń czyli... zabijać żydoryby przez okrągły rok - co w sposób naturalny zniesławiało żydów, to obecnie polowania mogą się odbywać na Gruppenfuhrery Goliaty, a Goliaty, no cóż one nie pochodzą z plemienia żyda tylko Filistynów ale padają z reguły z rąk karłowatego żyda Dawida.

 

Sprawa się więc komplikuje, bo teraz Filistyńczycy mogą się czuć nieswojo i kto wie czy przez ten bałagan z poprawnością polityczną nie zwrócą się nagle do jakiejś ligi przeciwko zniesławieniom Filistynów. Będę dla was monitorował tę historię jako obserwator z ramienia FIFA i kto wie może pewnego dnia nawet i zaprenumeruję Wędkarza Polskiego żeby być na bieżąco. To znaczy, Wędkarza Judeopolonijnego, rzecz jasna - sorry za błędy nabyte w młodości...

 

 

 

 

Edit admin: tekst poddany niewielkiej redakcji, opublikowany w ramach wolności słowa gwarantowanej przez konstytucję. Poglądy autora mogą być częściowo lub całkowicie różne od Redakcji



Nietypowe UFO zarejestrowane nad Brazylią

Jak wynika z opisu 24 stycznia 2014 roku nad Brazylią miała miejsce niezwykła obserwacja. Na nocnym niebie pojawił się jakiś kształt, który jaśniał zwracając uwagę gapiów.

 

Niezidentyfikowany obiekt zawisł w jednym miejscu i po chwili zaczął emitować jakieś inne obiekty, które świeciły podobnie do niego. Wydaje się jakby coś zostało z niego wypuszczone celowo. Obiekty pojawiają się w drugiej minucie zamieszczonego poniżej nagrania.

 

Niestety brak potwierdzonych informacji na temat lokalizacji tego zjawiska. Brak oficjalnych wytłumaczeń dla tego fenomenu i nikt z władz tego nie skomentował.

 

 

 



Jasne światła niewiadomego pochodzenia widziane nad Okinawą

W okolicy miasta Naha znajdującego się na należącej do Japonii wyspie Okinawa, zaobserwowano niezidentyfikowane obiekty na niebie. Zdarzenie miało miejsce 25 stycznia 2014 roku około 21:00 czasu lokalnego.

 

W sumie naliczono 10 świateł o pomarańczowym kolorze, które pojawiły się w okolicy Naha. Widziano je przede wszystkim w okolicach portu. Według świadków światła poruszały się z lewej na prawą stronę zmieniając formację. Całość trwała około 15 minut.

 

Wśród możliwych wyjaśnień tego fenomenu rozpatrywano upadek meteora. Miyaji Takeshi, astronom z Ishigaki Observatory potwierdził, że w podobnym czasie gdy obserwowano zjawisko w atmosferę wszedł meteor, ale jego zdaniem nie należy wiązać tych zjawisk, ponieważ upadek bolidu nie trwa 15 minut.

 

Według gazety Okinawa Times zwrócono się o wyjaśnienia również do japońskich sił zbrojnych, ale nic nie wynika, że armia ma z tym jakiś związek. Wręcz przeciwnie potwierdzono, że nie znajdowały się tam żadne japońskie samoloty.

 

Nie wiadomo, czy w tej kwestii nie powinni się wypowiedzieć również Amerykanie, którzy jak wiadomo mają tam swoją bazę. Zanim uznamy, że jest to dowód na coś paranormalnego trzeba wykluczyć czy nie mamy do czynienia z jakąś techniką wojskową, flarami czy też po prostu lampionami.

 

 

 

 



Charakterystyka i klasyfikacja spotkań z załogami niezidentyfikowanych obiektów latających

Wiele jest obserwacji UFO jako obiektów czystko materialnych, posiadających najrozmaitsze wymyślne kształty. Wachlarz możliwości budowy tych pojazdów wydaje się ogromny, bowiem spotkać możemy, cygara, światła, kule i dyski. Rzec by można było, że czynnik który je łączy to raczej nie forma, a napęd, gdyż mechanika lotu tych maszyn jest wielce podobna w większości przypadków

 

Wygląda na to że napęd ma ścisły związek z jej występowaniem. Tak więc jak nasze samochody, posiadają jeden i ten sam silnik działający na tych samych ogólnych zasadach, a inną karoserię, kształt czy kolor. Jeśli więc charakterystyka samych pojazdów, różni się znacznie od siebie, jak różnić, muszą się ci , co owymi maszynami sterują?

 

Na przestrzeni lat, podczas wielu spotkań z tymi osobliwymi istotami można wyróżnić podobną tendencję, czyli zwykłą różnorodność. Wielu zapomina że istoty spotykane w różnych częściach świata to nie tylko małe humanoidy z wielkimi oczyma. Różnorodność to ciekawe zagadnienie, szczególnie w tym kontekście, jakim jest behawioralność istot, które od czasu do czasu, celowo lub mniej, spotkają na swej drodze tubylca - człowieka.

 

Ważnym jest, że nie jest nam dane 100%, określić miejsca ich pochodzenia, bowiem te dane to czyste domniemania i hipotezy, dlatego na warsztat weźmiemy tylko samą charakterystykę istot. Zatem przekonajmy się jakie cechy posiadają załoganci, a przekonamy się że opisywani często jako tzw. kosmici, mają wbrew pozorom, cechy przypisywane często wyłącznie człowiekowi.

 

Przedstawiony tu system stanowi rozszerzenie wcześniejszej klasyfikacji behawioralnej, która określa kategorie NOLi i zachowania ich załogantów w przypadkach kontaktu (to znaczy, kiedy występuje przelotny kontakt ze świadkami lub gdy go w ogóle nie ma). Został opracowany przez ufologa - Marka Cashmana w 2003 roku. Podobnie jak w przypadku każdej klasyfikacji, podstawą tego rozszerzenia są wzorce zachowań występujące w relacjach świadków. Należy jednocześnie zwrócić uwagę, że zakresy poszczególnych kategorii częściowo nakładają się na siebie.

 

Ustalenie nazw czegokolwiek jest bardzo istotną sprawą. Pozwala to na konceptualizację i porozumiewanie się. W niniejszym systemie nazwy wywodzą się z samego zjawiska - jest to system oparty na zasadach przeciwnych do tych, które zastosował Hynek tworząc swój system oparty na warunkach obserwacji, to jest na bliskości obserwowanych obiektów i ich cechach. Jest podobny do pierwszego systemu opracowanego przez Jacquesa Vallee i przedstawionego w jego wydanej w roku 1964 książce Anathomy of a Phenomenon („Anatomia zjawiska”). System ten rozróżniał zdarzenia w zależności od zaobserwowanego zachowania NOL-a lub jego załogantów. .

 

Przedstawiony dalej system nie rości sobie pretensji do rozstrzygania prawdziwości zdarzeń, które klasyfikuje. Równie dobrze może klasyfikować historie zmyślone, jak i zdarzenia, co do których istnieje przypuszczenie, że są prawdziwe, i jeśli badanie wzorów behawioralnych umożliwi wykrycie fałszywych doniesień, z większą łatwością przyjdzie nam przypisać atrybut prawdziwości do całej ich reszty.

 

Przytoczenie danego przypadku jako przykładu nie oznacza potwierdzenia jego obiektywnej prawdziwości, a jedynie to, że dane zdarzenie dobrze charakteryzuje określony wzorzec. Użycie błędnego opisu nie dyskwalifikuje pozostałych ani samej kategorii.
 
 
Ostrzegacz (The Warner): Świadek zostaje ostrzeżony za pomocą gestów wykonywanych przez załogantów NOLa, że ma się oddalić.
 
23 października 1954 roku, godzina 3 rano, Trypolis, Libia. Pewien farmer spostrzegł w odległości około 50 metrów od siebie latający pojazd, który opadał ku ziemi i emitował odgłosy podobne do tych, jakie wydaje sprężarka. Pojazd miał kształt jaja, sześć kół i skomplikowaną maszynerię. Jego górna część była przezroczysta i wypełniona jasnym białym światłem. Wewnątrz przebywało sześciu mężczyzn ubranych w żółte kombinezony i maski. Kiedy świadek dotknął pojazdu, poczuł, jakby poraził go prąd. Jeden z załogantów dał mu do zrozumienia gestem rąk, aby nie zbliżał się do pojazdu. Przez następne 20 minut świadek obserwował załogantów NOLa w trakcie obsługiwania jakichś przyrządów. 
 
Paralizator (The Paralyzer): W czasie zbliżania się do załogantów NOLa świadek zostaje sparaliżowany, najczęściej przy pomocy wiązki światła.
10 września 1954 roku, godzina 22.30, Ouarouble, Francja. 34-letni hutnik, Marius Dewilde, wyszedł z domu słysząc warczenie psa i na nasypie kolejowym zauważył ciemny obiekt, a następnie dwóch karłów idących w jego stronę. Kiedy próbował ich zatrzymać, został sparaliżowany przy pomocy skierowanej na niego wiązki jasnego pomarańczowego światła. Istoty miały niespełna metr wzrostu, niezgrabny wygląd i ciemne kombinezony przypominające stroje do nurkowania. Świadek nie widział ich twarzy ani rąk. Ślady pozostawione przez obiekt na tłuczniu pod torami pozwoliły ustalić ekspertom francuskiego lotnictwa wojskowego, że ważył on około 30 ton.
Napastnik (The Attacker): Świadek zostaje zaatakowany przez załogantów NOLa bez zrozumiałego powodu i bez zamiaru porwania go.
16 grudnia 1954 roku, San Carlos, Wenezuela. Trzej młodzi mężczyźni dostrzegli karła, który zaatakował jednego z nich, Jesusa Paza, a następnie uciekł do dyskokształtnego pojazdu, który z miejsca odleciał. Pojazd był płaski, miał błyszczącą powierzchnię i unosił się na wysokości około jednego metra nad ziemią.
Porywacz (The Kidnapper): Świadek zostaje zaatakowany przez załogantów NOLa z wyraźnym zamiarem porwania go.
10 grudnia 1954 roku, wieczór, Chico, Wenezuela. Dwaj młodzi mężczyźni dostrzegli w pewnym momencie jasny obiekt, który wylądował w pobliżu transandyjskiej autostrady. Po zbliżeniu się do niego stwierdzili, że ma kształt dwóch złączonych ze sobą misek i średnicę około 3 metrów. Jego dolna część emanowała jaskrawym światłem. Z wnętrza wyłoniły się cztery małe istoty i zaatakowały ich z wyraźnym zamiarem porwania. Karły były niezwykle silne, a ich ciała pokryte sierścią. Nie mogąc poradzić sobie z obydwoma mężczyznami uciekły do swojego pojazdu, który w chwilę potem odleciał.
Przyjazna istota (The Friendly Alien): Załoganci NOLa wykonują przyjazne gesty, ale nie angażują się w żadną rozmowę.
10 września 1954 roku, godzina 20.30, Mourieras w pobliżu Bugeat, Francja. Idąc do domu, farmer M. Mazaud ujrzał nagle przed sobą średniego wzrostu istotę w hełmie, która wykonała szereg przyjaznych gestów, po czym odeszła w kierunku zagajnika i weszła do obiektu w kształcie cygara o długości około 4 metrów, który w chwilę potem wystartował kierując się w stronę Limoges. Świadkowie z Limoges donieśli, że niedługo potem widzieli dyskokształtny czerwony obiekt, który pozostawiał za sobą błękitną smugę.
Obcokrajowiec (The Foreigner): Świadek angażuje się w niezrozumiałą dla niego słowno- gestykulacyjną próbę porozumienia się z załogantami NOLa, którzy wkrótce odlatują.
19 września 1963 roku, godzina 20.00, Saskatoon, Saskatchewan, Kanada. Czworo dzieci zauważyło unoszący się nad polem owalny obiekt, z którego coś wypadło. Po zbliżeniu się do miejsca upadku nieznanego przedmiotu stanęły oko w oko z trzymetrowym mężczyzną ubranym w przypominający habit biały ubiór. Mężczyzna wyciągnął do nich rękę i powiedział coś w niezrozumiałym języku. Przestraszone dzieci uciekły w panice. Niedługo potem jedno z nich - dziewczynka - zostało odwiezione do szpitala z podejrzeniem szoku.
Kusiciel (The Enticer): Załoganci NOLa zbliżają się do świadka lub nawołują go, zazwyczaj nie wdając się z nim w rozmowę. Dopuszczalna gestykulacja.
24 września 1954 roku, godzina 10.00, Almaceda, Portugalia. Cesar Cardoso i trzej inni mężczyźni dostrzegli lądujący niedaleko siebie dziwny pojazd, z którego wyszły dwie ubrane w połyskliwe stroje postacie mierzące po około 2,5 metra wzrostu. Tajemnicze istoty pobrały próbki kwiatów, krzewów i gałęzi do połyskliwego pudła i wróciwszy do swojego pojazdu, odleciały. Postacie zdawały się zapraszać świadków do wnętrza pojazdu, ale język, którym mówili, był niezrozumiały. 
Demonstrator (The Demonstrator): Świadek otrzymuje od załogantów NOLa wizualny przekaz za pomocą pokazywanych lub generowanych bezpośrednio w jego głowie obrazów, hologramów bądź ruchomych scen bez towarzyszącego im komentarza słownego.
23 lipca 1947 roku, Bauru, Brazylia. Grupa mierniczych wpadła w popłoch i uciekła, słysząc donośny świst i widząc lądujący w odległości około 50 metrów od nich obiekt w kształcie dysku. Jose C. Higgins dostrzegł przez okno w pojeździe dwie postacie. Zaraz potem z jego wnętrza wyszły trzy istoty w lśniących, półprzeźroczystych strojach z metalowymi pudłami na plecach. Miały nieproporcjonalnie duże, łyse głowy i ogromne, okrągłe oczy bez rzęs i brwi. Mierzyły ponad 2 metry wzrostu. Zbliżywszy się do niego narysowały system słoneczny i wskazały na planetę Uran, jak gdyby chcąc dać mu w ten 
sposób do zrozumienia, że jest to miejsce, z którego pochodzą.
Przekonywacz (The Persuader): Do świadka podchodzą załoganci NOLa lub jest on przez nich przywoływany, po czym następuje słowna wymiana informacji, której mogą towarzyszyć gesty.
4 września 1967 roku, godzina 5.10, Valencia, Wenezuela. W czasie służby w ratuszu oficer policji P.A. Andrade usłyszał buczenie i odgłos czyichś kroków w garażu. Na miejscu natknął się na mierzącego metr wzrostu karła z wielką głową i wyłupiastymi, świecącymi, czerwonymi oczami. Karzeł miał na sobie metaliczny kombinezon w kolorze srebra. Andrade wycelował w niego pistolet maszynowy i usłyszał dobiegające z unoszącego się w powietrzu dysku wypowiedziane po hiszpańsku ostrzeżenie przed czynieniem mu krzywdy. Zaraz potem karzeł starał się przekonać Andrade, aby udał się z nim do „ich świata”, dodając, że znajduje się on „bardzo daleko, jest znacznie większy od Ziemi i ma wiele korzystnych dla Ziemian rzeczy”. Kiedy Andrade odrzucił jego ofertę, karzeł poszybował na swój statek, który wkrótce odleciał.
Informator (The Communicator): Świadek zostaje wciągnięty przez załogantów NOLa w wymianę zdań prowadzoną często, ale nie zawsze, w jego ojczystym języku. Czasami załoganci NOLa przyrzekają wrócić i niekiedy dotrzymują słowa. W niektórych przypadkach świadek idzie na umówione spotkanie w towarzystwie przyjaciół lub przedstawicieli władz.
14 września 1967 roku, godzina 11.00, Belo Horizonte, Brazylia. Idąc w pobliżu szpitala Baleia, 16-letni Fabio J. Diniz dostrzegł na boisku obok pojazd w kształcie grzyba. Pojazd miał na górze kopułę i podobne do gilotyny drzwi, które otwierały się podnosząc się do góry. Przestraszony tym widokiem chłopiec zaczął uciekać i niemal w tej samej chwili usłyszał mówiący portugalski! głos: „Nie uciekaj”. Zobaczył dwóch mężczyzn mających 2 metry wzrostu ubranych w zielone, obcisłe stroje. Powiedzieli mu, żeby się nie bał i przyszedł tu następnego dnia, grożąc, że „w przeciwnym wypadku zabierzemy twoją rodzinę”. Mieli zielonkawą skórę i szeroko rozstawione okrągłe oczy.
Wyjaśniacz (The Explainer): Świadek otrzymuje od załogantów NOLa zwięzłe wyjaśnienie w sprawie ich celu lub zamierzeń, zazwyczaj w swoim własnym języku.
Grudzień 1957 roku, noc, El Cajon, Kalifornia, USA. Donośny ryk wyrwał ze snu Edmunda Ruckera, który zdążył zobaczyć, że w pobliżu jego domu ląduje dziwny obiekt. „Jego okna były oświetlone i zobaczyłem w nich dziwnie wyglądające głowy”. W statku pojawił się otwór i wyszły z niego cztery istoty. Miały wielkie głowy z podobnymi do kopuł czołami i wyłupiastymi oczami. Powiedzieli mu po angielsku, że ich zamiary mają charakter filantropijny i naukowy. 
Werbownik (The Recruiter): Świadek zostaje mianowany przez załogantów NOLa „ich przedsta- wicielem na Ziemi” z zadaniem spełnienia jakiejś misji bądź pełnienia roli mesjasza z racji wyjątkowych przymiotów charakteru, a niekiedy pozaziemskiego pochodzenia. Tacy świadkowie określani są czasami jako „kontaktowcy” (lub „łącznicy”), zaś załoganci NOLi są w większości przypadków opisywani jako sympatyczne humanoidy, niekiedy o ludzkim wyglądzie z przewagą płci żeńskiej.
Bardzo złożony przypadek Betty Andreasson jest prawdopodobnie najbardziej wiarygodny. (Kategoria ta obejmuje również takie kontrowersyjne przypadki, jak George'a Admskiego i Billy Meiera). Betty Andreasson zeznała pod hipnozą, że została zabrana przez obce istoty do innego świata, gdzie przedstawiono jej scenę z feniksem, którego trawią płomienie. Została poinformo- wana, że jest tam, „ponieważ cię wybrałem”. Dowiedziała się również, że „[oni] zamykają w moim umyśle pewne tajemnice... Zostaną ujawnione, gdy nadejdzie właściwy czas”. Jest to przypadek graniczny dla tej kategorii i to z wielu powodów: (1) zastosowano hipnozę, (2) aspekt wzięcia kontrastuje z ochotniczą współpracą świadka.
Przewodnik Wycieczki (The Tour Guide): Załoganci NOLa namawiają świadka do wejścia na pokład ich pojazdu lub porywają go, czasami oprowadzają go po nim, a niekiedy pokazują mu miejsce, w którym żyją, na koniec odstawiają go z powrotem na Ziemię bez przekazywania mu jakichkolwiek przesłań lub misji.
1 maja 1957 roku, godzina 7.00, Pajas Blancas, Argentyna. Kiedy motocykliście zgasł silnik, dostrzegł dysk o średnicy około 20 metrów i wysokości 5 metrów, który unosił się 15 metrów nad ziemią. Motocyklista schował się w rowie i patrzył, jak pojazd opada powoli ku ziemi, wydając odgłos podobny do syku wydobywającego się z zaworu. Z dolnej części pojazdu wysunęło się coś w rodzaju windy i opuściło prawie do ziemi. Z windy wyszedł mężczyzna przeciętnego wzrostu i gestykulując dał świadkowi do zrozumienia, że ma wobec niego przyjazne zamiary. Był ubrany w plastykowy ubiór przypominający kombinezon płetwonurka. Świadek wszedł do pojazdu, gdzie zobaczył wielu ludzi siedzących przed pulpitami kontrolnymi oświetlonymi niezwykłym światłem. Po tym pokazie wyprowadzono go na zewnątrz, po czym dysk wzbił się w powietrze i odleciał na północny zachód. W ciągu następnych sześciu godzin niezależni świadkowie dokonali w linii jego lotu sześciu obserwacji UFO.
Przyrodnik (The Naturalist): Pojazd świadka zostaje zatrzymany, następnie traci on własną wolę/świadomość i pojawiają się załoganci NOLa. Świadek zostaje zabrany do wnętrza pojazdu i poddany badaniu, po czym zostaje uwolniony. Nie potrafi przypomnieć sobie świadomie, co się z nim działo, pamiętając jedynie wydarzenia sprzed i po wzięciu. Jest to typowy schemat wzięcia, którego pierwowzorem są przeżycia Betty i Barneya Hillów. W niektórych przypadkach świadek pamięta przebieg zdarzenia jako „przeżycie z przebywania poza ciałem”, przy czym nie jest jasne, czy jest to pourazowa reakcja świadka na doznane przeżycie, czy przejaw subiektywnego zdarzenia.
 
19 września 1961 roku, godzina 22.00, Indian Head, New Hampshire, USA. Betty i Barney Hillowie zatrzymali samochód, aby sprawdzić, czym jest podążające ich śladem światło. W chwilę potem dostrzegli soczewkowaty obiekt z podwójnym rzędem iluminatorów, za którymi widać było sześć ubranych w ciemne stroje postaci obsługujących panele z jakimiś przyrządami. Przestraszeni tym widokiem czym prędzej odjechali. Wkrótce ich samochód spowił odgłos bipczenia. Po ich ciałach przebiegły ciarki i stracili przytomność. Kiedy się ocknęli, wciąż jechali. Ku swemu zdziwieniu stwierdzili, że znajdują się 55 kilometrów dalej, w pobliżu Ashland. Cała seria nocnych koszmarów oraz seanse hipnotyczne pozwoliły im odtworzyć przebieg zdarzeń, które rozegrały się w czasie dwóch godzin wyrwanych z ich pamięci. W czasie wzięcia, którego byli ofiarami, załoganci NOLa poddali ich szczegółowemu badaniu medycznemu.
Włamywacz (The Burglar): Śpiący świadek budzi się i zostaje zabrany z domu (zwykle z sypialni) przez załogantów NOLa na jego pokład lub do jakiegoś pomieszczenia. Nie jest w stanie przeciwstawić się temu i często nie pamięta świadomie, co się z nim działo. Świadek zostaje odstawiony w miejsce, z którego go zabrano, i od razu lub później budzi się. Przypadek tego typu określa się często mianem „nocnych gości” („bedroom visitors”). Czasami przebieg wydarzeń sugeruje, że załoganci NOLa mają charakter niefizyczny bądź  potrafią  w  niezwykły  sposób oddziaływać na materię.
3 lutego 1964 roku, godzina 2.00, Gum Creek, Południowa Australia. Tej nocy pewna mieszkanka rolniczej osady obudziła się i ze zdziwieniem stwierdziła, że jej sypialnia jest oświetlona niezwykłym światłem. Nagle jej oczom ukazała się nieznana istota mierząca 1,6 metra wzrostu, ubrana w niebieskozielony kombinezon, brązową kominiarkę i rozpięty brązowy żakiet. Na rękach miała długie aż do łokci rękawice i przewód wychodzący z hełmu w kierunku lewego barku, czerwoną twarz i wielki nos. Miała ponadto czarne pudełko, które bzyczało i tykało, gdy kierowała je w jakąś stronę. Zaraz potem kobieta położyła się z powrotem w łóżku i zasnęła.
Wizja (The Vision): Świadek doznaje wzięcia wraz z uczuciem przebywania poza ciałem lub przeżycia typu „Włamywacz”, w którym wzięcie dotyczy raczej umysłu a nie ciała. W przynajmniej jednym przypadku świadkiem takiego zdarzenia była osoba, która nie była jego bezpośrednim uczestnikiem/ofiarą.
Lipiec 1972 roku i później, Frankston, Wiktoria, Australia. Na początku 1972 roku Maurcen Puddy zauważyła na niebie obiekt w kształcie dysku. Później, w lipcu, oświadczyła, że jej samochód zatrzymał się, gdy ten sam obiekt zawisł nad nią w powietrzu. Kilka miesięcy później przypomniała sobie wydarzenia z jej „mentalnego” wzięcia do pomieszczenia, w którym widziała nieznaną istotę. To ostatnie zdarzenie miało miejsce w chwili, gdy dwie inne osoby przebywały w jej towarzystwie, z których tylko jedna zeznała, że Puddy straciła przytomność. Przy innej, późniejszej, okazji Puddy oświadczyła, że ta istota ukazała się jej ponownie, w czasie gdy prowadziła samochód.
Kolejnym problemem jest widoczna niechęć załogantów NOLi do wchodzenia do ludzkich domostw i to we wszystkich rodzajach bliskich spotkań. Jest wiele przykładów wskazujących, że załoganci NOLi nie chcą do nich wchodzić, nawet kiedy jest to możliwe (jak na przykład w przypadku z Kelly-Hopkinsville). Załoganci NOLi są wyraźnie zainteresowani naszymi pojazdami i podchodzenia do nich, zwłaszcza w przypadkach typu „Przyrodnik”, nie stoi w sprzeczności z ich niechęcią do wchodzenia do domów.
 
Problem jeszcze bardziej komplikuje fakt, że ludzie utrzymujący, iż przeżyli wzięcie, są bardzo wrażliwi i sugerowanie im konfabulacji lub problemów o charakterze psychologicznym nic wchodzi w grę. Co więcej, problemy z przypadkami wzięć mogą być czasami równie dobrze następstwem zaburzeń po silnym urazie, jak i konfabulacji, zmyślania oraz powikłań związanych z padaczką.
 
Na przykład ludzie cierpiący na szok pourazowy często ponownie przeżywają pod wpływem odpowiedniego zewnętrznego bodźca to stresogenne zdarzenie, tak jakby działo się ono w rzeczywistości. (Są doniesienia na temat co najmniej dwóch tego typu przypadków wzięć, w czasie których ich ofiary były z całą pewnością nieobecne, gdy miały one miejsce). Z drugiej strony własne przeżycia świadków mają często wpływ na uzyskane w stanie hipnozy opisy wzięć. Dobrym przykładem jest tu religijny charakter przypadku Betty Andreasson. 
 
Jak więc widać, wiele przypadków nosi znamiona, ludzkich cech, czy w niektórych przypadkach moralności. Obok nich również są czysto neutralne aspekty mogące być przejawem jedynie chęci zbadania środowiska, w którym żyjemy.
 
Jakoby na to nie patrzeć, z w wielu historii i spotkań można wysnuć wiele wniosków na temat ich zachowania, jak w słynnym motto - "aby rozumieć wroga, trzeba go poznać i myśleć jak on" co oczywiście nie implikuje że owe istoty są wrogo nastawione, co mogliśmy zauważyć w przytoczonych wyżej relacjach. Ma to jedynie zwrócić uwagę, że poznanie zachowań, może być krokiem do zrozumienia tegoż zjawiska i fenomenu.
 
 
 
 


Wandalowie - nasi przodkowie, pogromcy Rzymu!

Tematem mojego eseju będzie tajemniczy lud Wandalów, który przeszedł do historii jako plemię bezwzględnych barbarzyńców którzy zniszczyli Rzym w roku 455. Lud ten żył na ziemiach dzisiejszej Polski przeszło przez sześć wieków. Lud o którym wszelkie informacje pochodzą z zewnątrz – od ich wrogów. Ich pismo i kroniki, jeśli kiedykolwiek istniały, to zostały zniszczone bądź są jeszcze nieodkryte.

 

Czy możliwe jest aby Ci wielcy wojownicy byli przodkami Polaków? Tacyt twierdził że jest to plemię germańskie pochodzące ze Skandynawii. Tą opinię powtarza dziś wielu uczonych. Ale czy aby na pewno? Czy jest możliwe aby historia została w którymś momencie sfałszowana? Albo mniej drastycznie: w wyniku błędu i niewiedzy źle zinterpretowana? Czy może Rzymscy kronikarze stworzyli „propagandę” by potomkowie swych odwiecznych wrogów nigdy nie dowiedzieli się że zostali podbici i żyją w niewolnictwie?

 

Wydaje się że dziś nie ma najmniejszego znaczenia politycznego to co działo się na naszych ziemiach ponad tysiąc lat tamu. Legendy i mity powoli gasną, a Polacy z czasem coraz bardziej zapominają o swojej przeszłości. Obecne szkolnictwo w Polsce stopniowo okrada obywateli z historii. Moi najmłodsi rodacy nie tylko nie uczą się o najdawniejszych dziejach krain na których żyją ale także nie poznają „bliższej” przeszłości. Nikt dziś w szkole nie uczy o partyzantach, o polskim podziemiu. Młodzi ludzie kończący edukacje na gimnazjum nie znają nawet przebiegu II wojny światowej. Wybrałem ten temat, ponieważ jestem patriotą. Najwyższy czas aby pochodzenie znów było powodem do dumy i jedności Polaków.

 

Jako pierwszy o Wandalach wspomina Strabon. Natomiast Tacyt pisze o nich w pierwszej części swojego dzieła ale w drugiej nie mówi o nich ani słowa. Pojawia się jednak nazwa ludu Lugiów która mogła być synonimem Wandali, zwłaszcza że mieli żyć na podobny terenie. Poszlaki wskazują że zasięg terytorialny Lugiów był bardzo duży, co może świadczyć o związkowym charakterze tego ludu. Jako ostatni o Lugiach wspomina w V wieku grecki autor Zosimos. Wandalowie nie cieszyli się dobrą opinią u współczesnych, ani u potomnych. Z pewnością nie byli łagodnymi owieczkami, ale z pewnością nie zasłużyli na to by od ich imienia utworzoną nazwę bezsensownego, dzikiego niszczenia, czyli wandalizmu.

 

Słowa „wandalizm” po raz pierwszy użył pewien biskup francuski w 1794 r. dla określenia niszczycielskich rajdów po parafiach dokonanych przez oddziały sił rewolucyjnych. Niestety ta opinia przykleiła się na dobre do starożytnych Wandalów. Wandalowie byli wielkimi wojownikami ale nie przekraczali ówczesnych standardów brutalności. W kategorii „gwałt i rabunek” wypadają dość przeciętnie na tle swojej epoki. Większość okrucieństw i prześladowań o których możemy przeczytać, miała charakter racjonalny i wynikała z prawa wojny.

 

Wandalowie dzielili się na Silingów i Hasdingów, niektórzy badacze zaliczają do nich też plemiona Wiktofalów, Lakringów i Hariów. Archeolog prof. Teresa Dąbrowska z Muzeum Archeologicznego w Warszawie w książce „Początki kultury przeworskiej” dowiodła, że plemiona wandalskie przybyły tutaj na przełomie III i II w. p.n.e. Zamieszkiwali dzisiejszą południową i zachodnią część tego regionu, Kujawy, Dolny Śląsk, Świętokrzyskie i Małopolskę. Założyli swą nekropolię w Prusieku, pierwszą rozpoznaną w polskich Karpatach. W początkowym okresie pobytu na ziemiach współczesnej Polski żyli tu wspólnie z Celtami, którzy jak uważają niektórzy badacze byli bardziej cywilizowani od Wandalów.

 

Celtowie nauczyli ich, jak być dobrymi rolnikami i pasterzami oraz upowszechnili żelazo. Efekty dobrego sąsiedztwa obu plemion archeologowie odnaleźli np. na Kujawach. Nowi przybysze okazali się pojętnymi uczniami, bo później, w latach 100-400 n.e., stworzyli największe w świecie barbarzyńskim zagłębia hutnicze. Jedno znajdowało się na dzisiejszym Mazowszu, między Milanówkiem a Pruszkowem, drugie w Górach Świętokrzyskich, a trzecie na dzisiejszym Śląsku Opolskim. Największy był ośrodek świętokrzyski, gdzie obok siebie stało kilkadziesiąt tysięcy dymarek, z których można było wyprodukować 4000-5000 ton żelaza rocznie. Prof. Andrzej Kokowski szacuje, że owo zagłębie hutnicze mogłoby obsługiwać nawet milionową armię! Według mnie jest to śmiałe stwierdzenie, ponieważ logicznym jest że nie ma sensu tworzenie takiego przemysłu, jeśli nie było armii mogącej wykorzystać broń tam tworzoną.

 

Pobyt napędza podaż, dlatego nasuwa się wniosek że hutnictwo w tych rejonach dostarczało zapotrzebowania armii Związku Lugijskiego. Armia Wandalów była z pewnością potężna. Wandalscy wojownicy wywoływali silne wrażenie na Tacycie. Opisywał on wandalskie plemię Hariów (żyjących najprawdopodobniej na Kujawach) jako demonicznych wojowników, którzy malują tarcze na różne kolory i idą do walki nocą. Największymi wrogami dla Wandali byli przede wszystkim Goci, germańskie plemię, z którymi toczyli wojny i którzy wypchnęli ich z północnej Wielkopolski.

 

Powszechne przekonanie o kolebce Wandalów jest sytuowane na europejskiej północy – w Skandynawii lub północnej Jutlandii. Wynika przede wszystkim z ogólnego przekonania o skandynawskiej genezie Germanów oraz z pewnych przesłanek archeologicznych i nazewniczych. Żadne jednak źródło nie jednoznacznie nie stwierdza, że Wandalowie przybyli z tych terenów. Jednym z najważniejszych argumentów używanych przez zwolenników jutlandzkiej genezy Wandalów (a więc kultury przeworskiej) jest identyczność zarysów dużych budynków mieszkalnych, odkrytych w Siedliskach nad Odrą i w Kraghede. Sytuacja nie jest jednak taka oczywista, ponieważ Wandalowie wcale Germanami być nie musieli. Prof. Andrzej Kokowski, archeolog z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w swoich badaniach udowodnił, że znaleziska z obszaru północnej

 

Polski są starsze co najmniej o kilka pokoleń od tych z Danii i Szwecji. Świadczy to ewidentnie o tym że to ziemie Polski są kolebką tego ludu. Kim więc byli i skąd pochodzili? Istnieje taka możliwość że była to mieszanka plemion o różnym pochodzniu. Ale również prawdopodobnym wydaje się że mogli być praojcami Słowian. Ciała zmarłych palili na stosie, bo wierzyli, że to jedyny sposób, aby dusza została uwolniona i mogła poszybować w zaświaty. Wszystkie prochy z paleniska składano do grobu w popielnicach wraz z uzbrojeniem i wartościowymi przedmiotami, jakimi się otaczali za życia. Często wśród spalonych szczątków ludzkich natrafia się na kości zwierząt i ptaków. Być może to ślady jakichś wierzeń plemiennych, a może po prostu prowiant na ostatnią drogę. W grobach znaleziono też fragmenty kilkunastu różnych naczyń. Prof. Kokowski podejrzewa, że to pozostałość po pożegnalnej uczcie.

 

Między Rzymem a Wandalami przez prawie dwa wieki – od I wieku n.e. do końca II wieku n.e. – panował względny pokój, bo imperium i dzisiejsze ziemie Polski łączył szlak bursztynowy, którego strzegły właśnie wandalskie plemiona. Nie jest to jednak teoria akceptowana przez wszystkich historyków. Osobiście skłaniam się za argumentami tej drugiej grupy naukowców, którzy podważają istnienie bursztynowego szlaku. Jednakże kiedy Imperium Rzymskie zaczęło słabnąć wskutek wewnętrznego rozkładu i naporu plemion germańskich z całej Europy tj. pod koniec IV wieku nad Wisłę zaczęły docierać wieści o wspaniałych miastach w ciepłych krajach południa, które można łatwo posiąść.

 

Prawdopodobnie to skłoniło plemiona wandalskie do wyruszenia w długą podróż, a nie zagrożenie ze strony Hunów. Św. Hieronim w jednym z listów z 396 roku napisał: „Od przeszło dwudziestu lat leje się krew rzymska(...) pustoszą, szarpią, rabują: Goci, Sarmaci, Kwadowie, Alanowie, Hunowie, Wandalowie, Markomanowie”. Przytoczony cytat sugeruję że wymienione ludy mogły ze sobą współpracować w plądrowaniu terytorium Rzymu. Największego wyczynu dokonali Hasdingowie, odłam Wandalów z dzisiejszej centralnej Polski, który sprzymierzył się z sarmackim plemieniem Alanów. W noc sylwestrową roku 406 Wandalowie, Alanowie i Swebowie przeprawili się przez, najprawdopodobniej zamarznięty, Ren, w pobliżu Moguncji i Wormacji.

 

Prawie trzy lata, od stycznia 407 r. do października roku 409 barbarzyńcy łupili Galię. Na terenach galijskich barbarzyńscy najeźdźcy pozostali zdani wyłącznie na siebie, bez możliwości stałego uzupełniania składu poprzez przyłączanie i wchłanianie różnych plemion. To jednak dopiero początek ich podbojów. Należy zadać pytanie, dlaczego Wandalowie-Alanowie-Swebowie zrezygnowali z Galii i postanowili migrować dalej. Niebezpośrednią wskazówką są wzmianki m.in. o nieudanym oblężeniu Tuluzy: prawdopodobnie opór prawowitych mieszkańców Galii był silniejszy, niż oddają to źródła.

 

Poza tym historiografia francuska zwraca uwagę na to, że decyzja o opuszczeniu Galii została podjęta w kilka tygodni po żniwach 409 roku. Być może wypadły one na tyle niepomyślnie, że nie były w stanie utrzymać przy życiu takich mas najeźdźców. Nie chcąc ryzykować głodnej zimy w spustoszonym kraju prawdopodobnie postanowili udać się do niezniszczonej wojnami Hiszpanii. Wandalowie-Hasdingowie i Swebowie ruszyli w stronę Galicji, przyciągani być może tamtejszymi kopalniami złota. Pierwsi zajęli wschodnią Galicję, drudzy zachodnią. Tu najeźdźcy postanowili się w końcu osiedlić – świadczy o tym dokonany w roku 411 lub 412 podział zdobycznych terytoriów.

 

Poza wspomnianymi Hasdingami i Swebami: Wandalowie-Sillingowie otrzymali Betykę, a Alanowie Luzytanię i Carthaginensis. Prowincja Tarraconensis pozostała w ręku Rzymian. Pomiędzy Wandalami a Swebami wybuchła wkrótce wojna. W pomoc Swebom przybyli Rzymianie, którzy uważali Wandalów za groźniejszych rywali w walce o Półwysep Iberyjski. Ich ówczesny przywódca Guntaryk poprowadził ich do urodzajnej Betyki, co rozwścieczyło Rzymian. W roku 422 skierowano przeciwko barbarzyńcom znaczne siły pod dowództwem Castinusa. Wojska rzymskie zostały jednak rozgromione, co spowodowało że już nie tylko Betyka, ale i prowincja Carhaginensis znalazły się pod panowaniem Guntaryka.

 

W roku 425 przedsięwzięli dwie ważne kampanie: zajęli Cartagenę nad Morzem Śródziemnym oraz Sewillę. Pozwoliło to Wandalom po raz pierwszy rozwinąć aktywność na morzu – splądrowali Wyspy Balearskie i wybrzeża Mauretanii. Gunatryk zmarł w Sewilli w 428 r., a kolejnym władcą został jego przyrodni brat, Genzeryk, najwybitniejsza postać w dziejach Wandalów. W roku 429, pod jego wodzą w bezprecedensowej akcji budzącej podziw nowożytnych historyków zakresem i sprawnością, przeprawili się przez Słupy Herkulesa i zdobyli rzymską Afrykę w sile 80 tysięcy ludzi.

 

Tam właśnie stworzyli kwitnące państwo: „królestwo Wandali i Alanów” ze stolicą w Kartaginie. W marcu 455 roku cesarzem rzymskim został Petroniusz Maksymus, który zmusił do małżeństwa wdowę po zamordowanym Walentynianie III, obiecaną zaś Genzerykowi Eudokię wydał za swojego syna, Palladiusza. Co było bezpośrednią przyczyną wypowiedzenia cesarzowi wojny. W maju Genzeryk zebrał znaczne siły i przeprawił się do Italii. 2 czerwca 455 roku w brawurowej akcji Wandalowie zdobyli Rzym. Uchodzącego z miasta Petroniusza pochwycił wrogi mu tłum, który zmasakrował cesarza, wyrzucając jego szczątki do Tybru. Po spotkaniu z papieżem Leonem I Wielkim, Genzeryk zgodził się na oszczędzenie miejscowej ludności.

 

Podczas dwutygodniowego pobytu w mieście Wandalowie całkowicie je ograbili, biorąc licznych jeńców, w tym kobiety z rodziny cesarskiej: Eudoksję, Placydię i Eudokię która została żoną królewskiego syna Huneryka. Porwano także wykwalifikowanych metalurgów, których Genzeryk zamierzał zatrudnić w swych kartagińskich warsztatach. Podobno zdejmowano nawet metalowe klamry, które były spoiwem rzymskich budowli, by je później przetopić. Państwo Wandalów, kontrolujące część Morza Śródziemnego, najbardziej drażniło władców Bizancjum, ale kiedy panował Genzeryk (lata 429-477), niewiele mogli na to poradzić. Był on doskonałym taktykiem i świetnym władcom. Jako wódz, a także mecenas sztuk dorównywał zdolnościom rzymskim cezarom. Dopiero po jego śmierci państwo Wandalów zaczęło słabnąć. W 533 roku Bizantyjczycy postanowili się z nimi rozprawić.

 

Dla zmylenia tropu wywołali bunt ludności Sardynii (należącej wówczas do Wandalów). Gdy Wandalowie zajmowali się tłumieniem buntu, wojsko bizantyjskie w sile 15 000 żołnierzy wylądowało w Afryce. Belizariusz, dowódca wojsk bizantyjskich, pokonał Wandalów w dwóch bitwach pod Kartaginą. Król Wandalów, Gelimer, zamknął się w twierdzy numidyjskiej, ale wzięto go głodem. Został przewieziony do Konstantynopola, gdzie zamieszkał w podarowanym mu majątku. Wiedząc, że nie ma szans na obronę królestwa Wandalów, pozwolił na włączenie go do cesarstwa. Jego żołnierzy wcielono do armii cesarskiej, gdzie szybko stracili swą odrębność.

 

Przeciwnicy i zwycięzcy Afrykańskiego państwa Wandalów skazali ich na zapomnienie, tym bardziej, że w dalszej historii tego ludu nie znalazł się już żaden władca równie wybitny jak Genzeryk. Jednak podczas przygód w Afryce potężni wojownicy utrzymywali kontakt ze swoimi pobratymcami, którzy zostali w starej ojczyźnie nad Wisłą. Świadczą o tym prezenty z Afryki, które wydobyto z ziemi. Na przykład pod Przeworskiem znaleziono dwie późnoantyczne amfory na oliwę pochodzenia północnoafrykańskiego, a pod Skierniewicami wydobyto złotą zawieszkę z IV wieku n.e. ozdobioną wyobrażeniami ryb (Wandalowie w IV wieku przyjęli ariańską wersję chrześcijaństwa).

 

Zdzisław Skrok w książce „Słowiańska moc, czyli o niezwykłym wkroczeniu naszych przodków na europejską arenę” stawia tezę, że w momencie napływu Słowian do kraju nad Wisłą na przełomie V i VI wieku n.e. mieszkało tam sporo Wandalów i zawiązał się swoisty słowiańsko-wandalski sojusz. Nieliczne grupy poprzednich gospodarzy pozostały na naszych ziemiach z pewnością. Nigdy bowiem żadna grupa etniczna dobrowolnie nie wyjeżdża w całości. Pośrednio potwierdza to Prokopiusz z Cezarei, który przytacza opowieść o delegacji europejskich Wandalów do Gejrezyka w której stwierdził że Ci Wandalowie którzy nie porzucili swych siedzib, zmieszali się z okolicznymi barbarzyńcami.

 

We wczesnym średniowieczu wielu rodzimych i zagranicznych historyków utrzymywało, iż Polacy i inne ludy zachodniosłowiańskie to w prostej linii potomkowie Wandalów. W IX wieku Gerthard z Augsburga w pisanej w latach 983 – 993 hagiografii świętego Ulryka (Miracula Sancti Oudalrici) niejednokrotnie nazwał Mieszka I wodzem Wandalów (dux Wandalorum, Misico nomine). Cytowany fragment dotyczył legendy, według której zraniony zatrutą strzałą władca uniknął śmierci dzięki pomocy biskupa Augsburga, Ulryka.

 

Był to pierwszy dowód jednoznacznie wskazujący na przodków dzisiejszych Polaków, którzy kiedyś szczycili się takim pochodzeniem. W XII wieku angielski kardynał Gerwazy z Tilbury pisał w swoim Otia Imperialia, iż Polacy "określani są mianem Wandalów i sami tak siebie nazywają". Podobne myśli wyraził Albert Krantz (1450 - 1517) w Wandalia sive historia de Wandalorum vera origine, (...), gdzie konsekwentnie łączy historię starożytnych Wandalów z historią Słowian. Powtórzył to również Flavio Blondi, a po nim wreszcie Maciej Miechowita w Tractatus de duabus Sarmatis (Traktat o dwóch Sarmacjach) z 1517 roku. Warto wspomnieć że również pierwszy polski kronikarz, poruszył kwestię wandalskiego pochodzenia Lechitów. Księga rozpoczynająca „Kronikę polską” zawiera znaną legendę o Wandzie, opatrzoną następującym przypisem: „Od niej ma pochodzić nazwa rzeki Wandalus, ponieważ ona stanowiła ośrodek jej królestwa; stąd wszyscy, którzy podlegali jej władzy, nazwani zostali Wandalami”.

 

Z kolei w dziele Adama z Bremy „Dzieje Kościoła hamburskiego” znaleźć można dłuższy fragment: „Słowiańszczyzna, największy z krajów germańskich, jest zamieszkana przez Winnilów, których dawniej zwano Wandalami. Jest to kraj przypuszczalnie większy nawet od naszej Saksonii; szczególnie jeżeli uwzględnimy w nim Czechów i Polan zza Odry, jako że nie różnią się te ludy ani obyczajem, ani językiem”. Podany fragment daje dużo do myślenia. Istnienie jednego państwa słowiańskiego w przeszłości nie jest udowodnione co nie wyklucza że takowe nie istniało. Być może Związek Lugijski mógł nim być. Na dzień dzisiejszy nie dysponujemy jednak dowodami materialnymi potwierdzającymi tą teorię ale z pomocom mogą nam przyjść języki słowiańskie, które są do siebie niezwykle podobne. Słowianie są najbardziej tajemniczym ludem Ziemi. Mimo ogromnego postępu nauki jest on gigantyczną zagadką. Nie wiadomo, skąd się wziął ani kiedy. Jak to się stało że zajął 2/3 Europy? Jak to możliwe że są najliczniejszym europejskim ludem, skoro wyłonili się dopiero u progu X wieku naszej ery?

 

Podsumowując historia naszego kraju jest niezwykle zawiła i niejasna. Mnóstwo w niej tajemnic. Czy mamy w sobie jakąś domieszkę krwi dzielnych starożytnych plemion znad Wisły? Być może. Dziś już wiemy że między bajki należy włożyć twierdzenie o pierwotnym germańskim pochodzeniu Wandalów. Najnowsze odkrycia archeologiczne mimo iż liczne nie wpływają jednak na naszą historię w praktyce, ponieważ nikt nie aktualizuje podręczników dla młodzieży tak jak należy. Problem tkwi tam gdzie obecnie wszystkie problemy Polaków – w rządzie, senacie i sejmie pełnym zdrajców. Smutne jest to, że wszystko co odkrywa się w „Naszej Ziemi” przypisuje się dorobkowi Germanów lub Celtów, a nikt przekonująco nie odpowiedział na pytanie: gdzie byli Słowianie gdy ich jeszcze na terenie Polski niby nie było?!

 

Nasi wrogowie najchętniej publicznie by stwierdzili, że Słowianie to urodzeni niewolnicy bez państwa. Aleksander Bruckner wywodzi słowo „Słowianie” od łacińskiego „sclavus” czyli niewolnik. Ignorantom wytresowanym w jednej słusznej wizji świata nawet przez myśl nie przejdzie, że język polski jest równie stary jak łacina i sanskryt, a wszystkie nowożytne, indo-europejskie języki Europy oprócz słowiańskich i bałtyjskich to języki kreolskie, w porównaniu z naszym starożytnym, bardzo młode. Aby tego dowieść wystarczy porównać ilość przypadków w językach germańskich (2-4) i słowiańskich. Język polski historycznie ma 8 przypadków - tyle samo co sanskryt i więcej niż łacina. Nasz język musiał kształtować się długo i trwać wśród ludzi prowadzących osiadły tryb życia. Inaczej jest z Germanami, posługującymi się językami prostymi - kształtującymi się podczas mieszania różnych kultur.

 

W tym prymitywizmie wyróżnia się na plus język niemiecki. Jeżeli wierzyć "historykom" i uznać, że wszyscy przodkowie Niemców na prawdę przywędrowali ze Skandynawii to ich mowa powinna mieć tylko 2 (i to zredukowane) przypadki, tak jak języki: norweski, duński i szwedzki. W języku niemieckim zaskakuje ogromna ilość wyrazów oznaczających to samo - wygląda to jak zbieranina słów różnych ludów zmiksowana przez chrześcijaństwo w wydaniu Karła Wielkiego (takim mianem nazywa Karola Wielkiego Marcin Bielski w "Kronice Polskiej" z 1597r.).

 

Dlaczego zatem niemiecki ma 4 przypadki ? Czyżby mroźny klimat Skandynawii sprzyjał prymitywizacji języka ? A może po prostu germańska prymitywna mowa została przez kogoś ucywilizowana? Najważniejsze jest to, aby Polacy uświadomili sobie że żyli i umierali na tych samych ziemiach kiedyś wielcy i wolni ludzie którzy nie kłaniali się nikomu. Dziś nie jestem jeszcze wstanie odpowiedzieć na wszystkie pytanie postawione we wstępie tego eseju. Może warto dodać kolejne: Dlaczego Kazimierz Wielki, wznosząc na miejscu zrujnowanej za jego czasów bazyliki romańskiej w Poznaniu – katedrę gotycką, wystawił nowy okazały grobowiec dla swego wielkiego poprzednika – pogrzebanego w tej świątyni Bolesława Chrobrego i na jego płycie kazał umieścić wierszowany napis głoszący sławę zmarłego oraz informujący że Bolesław Chrobry był królem "Regnum Sclavorum, Gothorum sive Polanorum" czyli "królem Słowian, Gotów czyli Polan"?

 

Z kolei w czasopismie Nature, ukazał się bardzo ciekawy artykuł „Separating the post-Glacial coancestry of European and Asian Y chromosomes within haplogroup R1a”. Mówi on o odkryciu nowej wersji haplogrupy R1a1 - R1a1a7. Naukowcy oceniają, że na terenie Polski istnieje ona od ok 10.700 lat, czyli od chwili stopienia się lodowca. Może kiedyś wszystkie układanki same ułożą się w piękną całość. W każdym bądź razie obecna sytuacja w Polsce jest tragiczna dlatego może warto „ożywić” dawną chwałę dzięki czemu nasz naród znów urośnie do miana mocarstwa. Nie za taką wolność walczyli Ci co najpierw mieczami, a później karabinami bronili naszych granic. Nie za taki kraj w którym parlamentarzyści z Unii narzuca nam wiele idiotycznych rozporządzeń np. zakaz produkcji wędlin w sposób tradycyjny i używania kilkudziesięciu ziół stosowanych w medycynie naturalnej, a ludzi tak po prostu to akceptują przechodząc do szarej codzienności.

 

Społeczeństwo jest stopniowo podtruwane i mało osób zdaje sobie z tego sprawę. Absurdów jest mnóstwo. Unia Europejska idzie w dokładnie tym samym kierunku w którym miała iść III Rzesza Adolfa Hitlera i wiedzieli by o tym wszyscy gdyby przeczytali jego książka ale niestety została zakazana. Nasz pseudo rząd nie jest suwereny, a Polska już nie jest niepodległa! Niektórych to smuci inni nie widzą w tym nic złego, a wielu czerpie z tego korzyści... Jak dalej potoczą się losy narodu polskiego? Dokąd nas zaprowadzi nasza prawdziwa natura? Polska to niewątpliwie ojczyzna ludzi wolnych, swawolnych, dumnych i szalonych, ludzi zdolnych do wielkich rzeczy! Cenimy niezależność ponad wszystko. Sami wykuwamy swój los, sami też musimy zmierzyć się z niemym wszechświatem w walce o własne spełnienie. Ku chwale przeszłości musimy walczyć i zwyciężać. Sława nam !

 

"Balansujcie dopóki się da, a gdy się już nie da, podpalcie świat!" Józef Piłsudski
 

 

 

 

Bibliografia:

Dąbrowska T., Wczesne fazy kultury przeworskiej, Warszawa, 1988,

Kokowski A., Starożytna Polska, Warszawa, 2005,

Kostrzewski J., Słowianie i Germanie w pradziejach Polski, zeszyt V z cyklu Prasłowiańszczyzna i Polska pierwotna, Spółdzielnie Wydawnicza „Czytelnik”, Łódź 1947,

Kuranc J., Gejzeryk, król Wandalów i Alanów (zagadnienia wybrane), [w:] "Roczniki Humanistyczne, Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Annales des Lettres", R. 21 (1973), z. 3, s. 71-91,

Łowmiański H.: Początki Polski. Z dziejów Słowian w I tysiącleciu n. e., T. 1, Warszawa, 1963,

Skrok Z., Słowiańska moc czyli o niezwykłym wkroczeniu naszych przodków na europejską arenę, Warszawa, 2006,

Strzelczyk J., Wandalowie i ich Afrykańskie Państwo, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005,

Szafarzyk P.J., Słowiańskie starożytności, PZPN, Poznań 2003

Wilczyński M., Zagraniczna i wewnętrzna polityka afrykańskiego państwa Wandalów, Wydawnictwo Naukowe WSP, Kraków, 1994

 

Źródła:

http://bialczynski.wordpress.com/slowianie-tradycje-kultura-dzieje/dzieje/slowianie-pochodza-znad-dunaju-i-wisly/genetyczne-odkrycia-2010-%E2%80%93-nowa-genealogia-slowian-i-innych-ludow-bialego-ladu-europy/

http://www.newsweek.pl/nasi-bracia-wandalowie,37217,1,1.html

 



Strony