luty 2014

Mohendżo Daro - starożytna ofiara broni masowej zagłady

W 1922 roku na jednej z wysp rzeki Indus w Pakistanie archeolodzy odkryli pod piaskiem ruiny starożytnego miasta. Miejsce to nazywa się Mohendżo Daro, co w miejscowym języku oznacza "Wzgórze Umarłych". Wykopaliska wskazują na to, że ludzie zginęli tam w bardzo krótkim czasie i działała na nich wysoka tempeatura. Może to być miejsce użycia broni jądrowej i to przed 4000 tysiącami lat.

 

Według przyjmowanych ustaleń naukowych, miasto to powstało mniej więcej 2600 lat p.n.e. i istniało przez ponad 900 lat. W czasach świetności cywilizacji Doliny Indusu było to jedno z najbardziej rozwiniętych miast w Azji. W szczytowym momencie mieszkało tam od 50 do 80 tysięcy mieszkańców.

 

Mohendżo-Daro nawet cztery tysiące lat temu było zorganizowane w dość współczesny sposób.  Ulice były ułożone w kratownicę jak w Nowym Jorku.  Domy miały przeważnie 4-6 pokoi, kuchnię i pokój do mycia.  Główne ulice były bardzo szerokie.  Jedne prowadziły z północy na południe, a drugie z zachodu na wschód. Byłą tam kanalizacja i studnie. Ścieki przez podziemne rury były odprowadzane poza miasto. Archeolodzy odkryli tam nawet najstarsze znane ludzkości publiczne toalety.

 

Mimo to, że prosperita tego miejsca wydawała się wieczna,  miasto i jego mieszkańców spotkała katastrofa. Mohendżo Daro w rzeczywistości przestało istnieć w jednym momencie. Nie wiadomo co się stało, ale było to dosyć gwałtowne. W jednym z domów znaleziono szkielety trzynastu osób dorosłych i jednego dziecka. Ludzie ci zostali zabici gdy siedzieli jedząc coś z miski. Inni zginęli po prostu chodząc po ulicach.  Ich śmierć była bardzo gwałtowna i w pewnym sensie przypomniało to zdarzenie jakie miało miejsce w Pompejach.

Źródło: Internet

Dla archeologów był to poważny problem, bo musieli ustalić co mogło się stać mieszkańcom. Wzięto pod uwagę kilka wersji. Jedna z nich zakładała, że miasto zostało nagle napadnięte przez wroga i spalone.  Jednak wykopaliska nie potwierdziły obecności żadnej broni, ani żadnych śladów walki.  Zachowane szkielety są bardzo nieliczne, ale żaden z nich nie wygląda tak, jakby zginął po jakiejkolwiek walce. Z drugiej strony liczba szkieletów dla tak dużego miasta nie wydawała się wystarczająca. Sugerowano, że większość mieszkańców Mohendżo-Daro opuściło to miasto przed katastrofą.

 

Podczas wykopalisk archeolodzy natknęli się na "grupy szkieletów”, których pozycje wskazywały, że w chwili śmierci ludzie ci byli wyraźnie zaskoczeni.  Analiza szczątków wykazała też inną niezwykłą właściwość ruin Mohendżo-Daro – duży poziom promieniowania. Ściany niektórych domów były wręcz stopione. Niekiedy warstwy gruzu były rozdzielane stopionym szkłem. Był to taki sam rodzaj szkła jaki powstał na pustyni Nevada, po pierwszych próbnych amerykańskich próbach jądrowych.

Źródło: Internet

Dopiero gdy na tragedię Mohendżo Daro spojrzy się z punktu widzenia jaki możemy przyjąć znając rozmiary destrukcji w Hiroszimie można zastanowić się nad tym jak bardzo charakter zniszczeń przypomina wydarzenia z sierpnia 1945 roku. Mohendżo-Daro mogło być pierwszym miastem w historii Ziemi, na które dokonano czegoś na kształt ataku nuklearnego.

 

Z badań brytyjskiego archeologa D. Davenporta i włoskiego badacza E. Vincentiego, analiza próbek z wykopalisk wykazała, że topnienie gleby i cegieł jakie nastąpił podczas zniszczenia miasta sięgało 1400-1500C. To są takie temperatury, które w tamtych czasach można było otrzymać tylko w kuźni, a nie na wolnej przestrzeni.

Źródło: Internet

Oczywiście mamy tak zakodowane w głowach, że wybuch jądrowy w starożytności wydaje się nam czymś absurdalnym.  Wydaje nam się, że broń jądrową opracowano dopiero w latach czterdziestych ubiegłego wieku, a tu nagle mamy do czynienia ze skutkami jej użycia cztery tysiące lat temu. Jednak gdy weźmie się pod uwagę opisy ze starożytnego hinduskiego eposu "Mahabharata", może się okazać, że opcja z wojną jądrową w starożytności nie jest wcale tak absurdalna.

Źródło: Internet

Wspomina się tam o broni, która jaśniała jak tysiąc słońc i wzrastała w nieskończonym blasku paląc miasta wraz z ziemią.  Opisy wykorzystania tej broni również do złudzenia przypominają to co wiemy o skutkach eksplozji jądrowych. W Mohendżo Daro, tak jak w Hiroszimie, część ludzi wyparowała, a część zginęła lub ucierpiała w wyniku oddziaływania fali uderzeniowej

 

Sceptycy powiedzą, że starożytne teksty nie są opisem rzeczywistości, tylko mają alegoryczny charakter. Czyżby? Wygląda na to, że dopiero teraz można właściwie ocenić co tam jest napisane. Część technologii wspominanych wielokrotnie w różnych eposach hinduskich nawet obecnie brzmi zbyt fantastycznie, ale to nie znaczy, że będzie tak zawsze i może kiedyś zrozumiemy jeszcze więcej na temat tego jak historia lubi się powtarzać.

 

 

 



Tajemnicze megality z Nan Madol w Mikronezji

Megalityczne miasto Nan Madol położone jest na wschodnim wybrzeżu wyspy Pohnpei w Mikronezji na Pacyfiku. Przeprowadzone badania ujawniły, że wyspa zamieszkiwana była od około 200 roku p.n.e. A budowa kompleksu, który przetrwał do dziś rozpoczęła się około roku 1100.

 

Nan Madol i sąsiednie wyspy rządzone były przez dynastię Saudeleur. Od powstania miasta w XII w aż do 1623 r. kiedy zostali obaleni przez Isokelekel. Według legendy utrwalonej na wyspie, Saudeleur byli przybyszami z dalekiej krainy położonej na południe od Pohnpei. Ta sama legenda opisuje mitycznych założycieli miasta jako mocno odróżniających się wyglądem od tubylców, mieli oni być także znacznie wyżsi on rdzennych mieszkańców.

 

Legenda głosi, że 17 osób mężczyzn i kobiet pod przywództwem dwóch braci czarowników Olisihpa i  Olosohpa. Przypłynęła na wyspę w dużej łodzi poszukując miejsca do osiedlenia. Tajemniczym i zastanawiającym fragmentem legendy jest opis, w jaki sposób czarownicy zbudowali miasto na rafie koralowej i mieszczący się tam system świątyń. Mianowicie mieli oni podnosić ogromne megality przy pomocy „latającego smoka”

Fundatorzy miasta rządzili mądrze i sprawiedliwie. Jednak ich następcy sprowadzili tubylców do roli niewolników, zmuszonych do pracy i płacenia regularnych danin w płodach rolnych i rybach. Wyspy i wszystko, co na nich było, łącznie z mieszkańcami uważali za swoją własność, i dzierżawili ziemię  i pospólstwo klasie szlacheckiej, która nadzorowała produkcję żywności. Warstwa szlachecka wytworzyła się z potomków przybyszów i z tych tubylców, którzy weszli w związki rodzinne z przybyszami. Wiemy, że sam Olosohpa  poślubił lokalną kobietę i zapoczątkował dynastię 16 kolejnych władców.

Nan Madol zbudowane zostało na rafie koralowej i składa się z prawie 100 sztucznych wysepek. Do budowy użyto wulkanicznej skały bazaltowej, która w czasie wydobycia  łatwo przybiera formę kolumny. Taki kształt idealnie nadawał się do układania bloków skalnych poziomo i naprzemiennie. Aż do uzyskania pożądanej wysokości 15 m i grubości 5 m. Przeciętna waga pojedynczego bloku to 5 ton a największych do 25 ton. Zostały zidentyfikowane potencjalne kamieniołomy, w których  wydobywano budulec. Na samej wyspie Pohnpei nie ma śladów po kamieniołomach, dlatego bazaltowe bloki musiały być transportowane na tratwach z innych części archipelagu.

 

Dno morskie w całej okolicy usłane jest takimi blokami, które musiały zostać utracone w czasie transportu. Dziwne jest to, że na miejsce budowy miasta wybrano wyspę, na której nie ma dostępu do słodkiej wody ani dogodnej ziemi do uprawy roślin. Jednak władcy i około 1000 mieszkańców Nan Madol nie miało z tym problemu gdyż wszystko, co potrzebowali było dostarczane do miasta przez poddanych. Nan Madol zostało opuszczone krótko po podboju wyspy przez Isokelekel gdyż ci zmieniwszy system rządów nie byli w stanie utrzymać się na wyspie bez regularnych dostaw z zewnątrz.  

 

 

 

 

Artykuł pochodzi ze strony poświęconej historii - tojuzbylo.pl

 

 



Inwazja UFO planowana jest na kwiecień tego roku

Na początku kwietnia ma dojść do zapowiedzianej inwazji UFO. Pojazdy mają być widoczne w godzinach wieczornych 5 kwietnia 2014 roku. Cały ufologiczny świat z pewnością zapamięta ten dzień na długi czas.

 

Oczywiście jest w tym pewien podstęp. Rzekoma inwazja UFO miała być żartem na 1 kwietnia 2014, ale już teraz wiadomo, że dojdzie do tego cztery dni później. Obiekty, które mają zszokować ludzi nie będą pilotowane przez szaraków, lub inne obce istoty, ich pilotami będą ludzie.

 

Do przeprowadzenia tego żartu mają być wykorzystane wielorotorowe drony, które mogą zawisnąć w powietrzu. Cały projekt nosi nazwę "The Big UFO Project" i obecnie wiadomo, że odbędzie się w USA, Wielkiej Brytanii, RPA, Francji i Holandii, ale może dołączą się też inne kraje.

 

Autorzy pomysłu chcą aby drony zostały wyposażone w światła LED, a moment uruchomienia dronów przewidują na godzinę 20:00 lokalnego czasu. Dzięki temu ma być już wtedy wystarczająco ciemno, ale nie jest to za późno i wiele osób zobaczy dziwne światła na niebie.

 

Celem pomysłodawców jest przede wszystkim zrobienie ogólnoświatowego zamieszania i wywołanie swoistego klimatu "apokalipsy" w mediach. Projekt jest jednak publicznie omawiany, więc trudno zrozumieć gdzie w tym wszystkim jest element zaskoczenia. Być może ten dziwny "The Big UFO Project" ma jednak inne cele, które nie są teraz dla nas oczywiste.

 

 



Niezwykła obserwacja astronomiczna - dziwny obiekt w okolicy Jowisza

Włoski astronom amator, Raffaele Popolizio, zaprezentował rezultaty intrygującej obserwacji Jowisza. Okazuje się, że oprócz wizerunku gazowego giganta udało mu się nagrać coś, co wygląda bardzo nietypowo. Widzimy jasnego Jowisza z księżycami i coś, co wygląda jak poruszająca się mgławica emisyjna.

 

Oczywiście takiego obiektu nie ma oficjalnie w Układzie Słonecznym, dlatego jest to obserwacja sensacyjna, o ile nie mamy tu do czynienia z zabrudzeniem optyki. Nie wygląda jednak na to, ponieważ ten niezidentyfikowany obiekt został uchwycony na kilku klatkach i wydaje się być w ruchu.

Kilka zdjęć obiektu wykonano za pomocą podłączonego do teleskopu aparatu Nikon D7000. Zastosowano pięciosekundową ekspozycję. Pierwsze skojarzenie kształtu do mgławicy emisyjnej jest oczywiste, ale w pobliżu Jowisza nie ma takiego obiektu, a nawet jeśli jest gdzieś w głębokim kosmosie, to nie dałoby się go zobaczyć przy takim powiększeniu.

Przykładowa mgławica emisyjna - Źródło: NASA/HST

Nie ma też informacji z innych źródeł na temat tej obserwacji, ale wydaje się mało prawdopodobne, że w niebo patrzył wtedy tylko Raffaele Popolizio. Może to być zatem zarówno jakaś lokalna anomalia, błąd w obróbce materiału, lub jest to dowód na to, że coś dziwnego porusza się w naszej okolicy i nikt nie ma pojęcia co to takiego.

 

 

 



Odpowiedź na wiadomość z Arecibo pojawiła się w niesamowitym kręgu zbożowym

Radioteleskop Arecibo jest największym tego typu urządzeniem na kuli ziemskiej i dlatego właśnie jest uważany za najbardziej obiecujące w lokalizowaniu ewentualnych źródeł radiowych innych cywilizacji. Na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat doszło do przynajmniej dwóch przypadków gdy nadano, lub odebrano tam niezwykłe przekazy.

 

Przede wszystkim Arecibo zostało wykorzystane do wysłania wiadomości w kosmos. Doszło do tego jeden raz i radioteleskopu użyto z powodu uroczystości z okazji przebudowy radioteleskopu, do której doszło w dniu 16 listopada 1974 roku. Wiadomość została skierowana w stronę gromady kulistej M13 znajdującej się około 25 000 lat świetlnych od Ziemi.

 

M13 wybrano dlatego, ponieważ jest to duży zbiór gwiazd położony stosunkowo blisko Ziemi, który był dostępny na niebie w czasie i w miejscu przeprowadzenia tej ceremonii. Nadany wtedy komunikat składał się ze 1679 cyfr. Całość przekazu miała około 210 bajtów, które były przesyłane na częstotliwości 2380 MHz i odpowiednio modulowane. Wszystko to odbywało się z mocą 1000 kW, a całkowita emisja trwała mniej niż trzy minuty.

Porównanie przekazu z 1974 roku i kręgu z 2001 roku

Wiadomość z Arecibo wysłano i praktycznie o niej zapomniano, podczas gdy należało rozpatrzyć wszystkie możliwe sposoby w jakie ewentualni obcy mogliby spróbować odpowiedzieć na to zapytanie. Jedną z nich jest możliwość stworzenia odpowiedzi w formie kręgów w zbożu. Fakt, że można było użyć takiej metody długo nie był oczywisty. Dopiero po jakimś czasie uznano, że odpowiedzią na przekaz z 1974 roku może być krąg, jaki zlokalizowano w 2001 roku. Piktogram znaleziono w pobliżu brytyjskiego radioteleskopu Chilbolton w Hampshire.

 

Warto przypomnieć, że radioteleskop Arecibo jest też urządzeniem, które odebrało jeden z najbardziej niezwykłych sygnałów radiowych w historii. Sama idea projektu SETI zakładała, że jeśli wszechświat jest rzeczywiście pełen form życia, to powinniśmy być w stanie odebrać jakieś ślady ich istnienia. Jednym z najbardziej prawdopodobnych jest radiowy szum generowany przez cywilizację, To właśnie tego wypatrują radioteleskopy. Obecność takich sygnałó radiowych powinna być właściwie powszechna, a ich brak może świadczyć o unikalności życia we Wszechświecie.

 

 



Jasne UFO widziane nad Włochami i Kolumbią

Niezwykły niezidentyfikowany obiekt latający został zarejestrowany nad Włochami. Do zdarzenia doszło 14 lutego tego roku w godzinach wieczornych

 

Świadek zjawiska twierdzi, że dziwne jasne zjawisko świetlne było widoczne nad miejscowością Rivoli w okolicach Turynu. Wszystko trwało dosyć długo, bo ponad 3 godziny. Według doniesień obserwacja rozpoczęła się kwadrans po 20:00 czasu lokalnego i można to było zobaczyć nieprzerwanie przynajmniej do 23:00. Potem obiekt nagle zniknął.

Oczywiście w takich chwilach poszukuje się racjonalnych wyjaśnień, dlatego próbowano łączyć tą obserwację z działalnością lotnictwa. Pobliskie lotnisko Caselle Torinese znajdowało się 10 kilometrów od miejsca obserwacji, więc próbowano połączyć tą anomalię z przeprowadzanymi tam operacjami lotniczymi.

Co ciekawe nie dalej niż w trzy dni później doszło do obserwacji podobnego obiektu tylko w zupełnie innej części świata, nad Medellin w Kolumbii. Zatem, albo mamy do czynienia z niezidentyfikowanym obiektem o pochodzeniu pozaziemskim, albo wręcz przeciwnie jest to jakiś nowy rodzaj tajnego drona, który po prostu zaobserwowano nieoczekiwanie w dwóch różnych częściach świata

 

 



W Brazylii z powodu pojawienia się w wilkołaka wprowadzono godzinę policyjną

Mieszkańcy miasteczka São Gonçalo dos Campos (gmina Feira de Santana, Bahia, Brazylia) nie opuszczają swoich domów po 9 wieczorem z powodu plotek o pojawieniu się wilkołaka. Wiadomość opublikował 6 lutego 2014 roku portal A Tarde. W sieci można obejrzeć film z wizerunkiem stwora.


Mieszkaniec Bośni przyciąga wszystkie przedmioty

Muhibija Buljubasic to 56-letni mieszkaniec Bośni i Hercegowiny, który twierdzi, że jest w stanie przyciągnąć i zatrzymać na swoim ciele prawie wszystkie przedmioty od prozaicznej łyżki po telefon komórkowy.

 

Człowiek ten wierzy, że emanuje szczególną energią i dzięki temu ma ten dziwny talent. Co ciekawe odkrył on swoje zdolności dopiero pięć lat temu. Odkrył wtedy, że nabył niezwykłej zdolności do przyciągania niemal dowolny element czy to do swojej twarzy czy ciała. 

Twierdzi on, że z tego powodu stal się on wyjątkowy. Oświadczył on, że zdał sobie sprawę z tego, że jego ciało ma szczególną moc.  Rzeczywiście bez większego problemu jest w stanie przyciągnąć do siebie widelec, łyżkę i innych przedmioty kuchenne.

Przyciągnięte przedmioty utrzymują się na nim tak jak magnesy lodówkowe. Dosłownie może na nim zostawić wyroby z tworzyw sztucznych, telefony komórkowe czy piloty do sprzętu RTV. Naukowcy nie potrafią wyjaśnić jak to możliwe, że nagle ujawniły się u kogoś tak niezwykłe zdolności.

 

 



Opętanie czy choroba psychiczna jak to odróżnić?

Od wieków egzorcyzm to obrzęd wiążący się z wydalenie złego ducha, który zamieszkał w organizmie człowieka. Stosowanie obrzędu jest oficjalnie uznane za ważną misję Kościoła Katolickiego. Jednak od 1999 roku Watykan każe dokładnie badać takie przypadki. Wątpliwości budzi rozpoznanie, czy ludzkie ciało rzeczywiście zostało opętane przez złego ducha, czy to po prostu choroba psychiczna.

 

Sprawa wydaje się oczywista. Tak zwane opętania zdarzały się przed wiekami i zdarzają obecnie. Wzmianki o tym obrzędzie można znaleźć nawet w Ewangeliach. Przecież sam Jezus Chrystus kilka razy wypędzał demony z ciał różnych osób. Później to samo robili apostołowie, a następnie duchowieństwo Kościoła Katolickiego.

 

Dopiero w 1999 roku Watykan rozpoczął omawianie podstawowych przepisów w zakresie uznania przypadków opętania. Wątpliwości pojawiały się już w XVII wieku, a katoliccy duchowni pytali jak rozpoznać opętanie i kiedy stosować obrzęd. Kiedyś symulowanie takich dziwacznych zachowań było dość łatwe i ludzie rzekomo opętani mogli bez trudu oszukać krewnych i księży, chociaż nie mieli problemu z demonem i byli zupełnie zdrowi.

 

W związku z licznymi nadużyciami kapłani stali się znacznie bardziej ostrożni i starają się zrobić wszystko, co możliwe, aby ustalić, czy na pewno nie mają do czynienia z pacjentem i dany człowiek został rzeczywiście opętany. W czasach nowożytnych regułą jest, że księża egzorcyści konsultują się z lekarzami psychiatrii.

 

Jednym ze sposobów, aby ustalić, czy w kimś mieszka jakaś inna istota, jest rozmawiać z pacjentem. Jeśli mówi on w nieznanym języku, którego nikt nie potrafi zrozumieć, albo zaczyna wypowiadać zdania zupełnie innym głosem to możemy mieć do czynienia z prawdziwym opętaniem. Ludzie tacy często manifestują też niezwykłą siłę fizyczną, której nie miały wcześniej.

 

Watykan nie wyklucza, że ​​te metody nie są ostatecznie skuteczne. Obecnie wszystko może być symulowane i fałszowane. Gdy Kościół katolicki poprzez swoich funkcjonariuszy wyeliminuje wszystkie możliwe choroby psychiczne, następuje stwierdzenie, że człowiek naprawdę jest pod wpływem złych sił. Większość doktryny egzorcyzmów pozostała niezmienione przez bardzo długi okres czasu. Kościół uważa, że ​​ważne jest, aby pamiętać, że to nie umysł jest opętany przez demona, tylko ciało.

 

 

 



Tajemnicze UFO siedziało na ogonie samolotów odrzutowych znajdujących się nad Uljanowskiem

W regionie Uljanowska badają incydent związany z nagłym pojawieniem się nieznanego obiektu na niebie nad lotniskiem lokalnego aeroklubu. Oficjalnie lokalne władze podają, że był to ciężki bezzałogowy dron wykorzystywany do celów wojskowych, pisze gazeta Kommiersant.