Marzec 2015

Rosją rządzi nieznana grupa ludzi, którzy na widok publiczny wystawiają sobowtóry Władimira Putina?

Ostatnio pojawia się coraz więcej plotek medialnych na temat Władimira Putina. Podobno jego była żona, Ludmiła Putin oświadczyła w wywiadzie, że jej mąż od dawna nie żyje, a obecnie Rosją rządzą "straszni ludzie", którzy na widok publiczny wystawiają tylko sobowtóry prezydenta Rosji.

 

Mimo, że ta teoria spiskowa brzmi dość dziwacznie pojawia się ona już w kolejnych źródłach i po prostu nie sposób to zignorować. Sensacyjne informacje zostały upublicznione nie przez niemiecki dziennik Die Welt, jak kolportuje się w mediach, ale przez ukraiński portal swit24.net , a to w poważny sposób wpływa na wiarygodność przekazu.

Z drugiej jednak strony Putin rzeczywiście zmienił się bardzo na przestrzeni lat. Tłumaczono to dotychczas jego brakiem zgody na starzenie, co objawiało się w niepotrzebnych zupełnie, oszpecających operacjach plastycznych. Czy to jednak nie jest zasłona dymna?

Wkrótce miną 4 lata od czasu gdy po kilkunastu dniach przerwy ponownie pojawił się publicznie Władimir Putin i już wtedy wyglądał bardzo dziwacznie. Zupełnie nie przypominał siebie sprzed lat. Czy to możliwe, że rosyjski przywódca zmienił się tak bardzo na skutek nie do końca przemyślanych ingerencji chirurgicznych? Nie można tego wykluczyć, ale trzeba przyznać, że patrząc na zdjęcia Putina przed 10 laty, a obecnie, można uznać, że to inna osoba.

Na wschodzie jest zresztą długa tradycja prowadzenia takich dziwnych szarad z wykorzystaniem sobowtórów. Wiadomo, że miał ich na przykład Józef Stalin, ale on obsesyjnie bał się o swoje życie. Przez jakiś czas sugerowano, że poprzedni ukraiński prezydent Wiktor Juszczenko, również został podmieniony i dlatego wymyślono historyjkę o dioksynach, które rzekomo zmieniły mu rysy twarzy.

Rzekomy wywiad w Die Welt, którego nie sposób znaleźć na łamach internetowego wydania tej gazety dowodził podobno, że właściwy Putin już dawno nie żyje, a przed śmiercią odwiedził Ludmiłę każąc jej ratować dzieci wywożąc je na zachód. Od tego czasu na świeczniku pojawia się podmieniec, który tylko udaje Putina.

 

Z przekazów medialnych nie dowiadujemy się niestety kim są ci "straszni ludzie", którzy przejęli władzę w Rosji pozostając w cieniu, a wystawiając na widok publiczny sobowtóra Władimira Putina. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że jak mówią niektórzy - Rosja to stan umysłu – nie można od razu wykluczać żadnej z ewentualności.

 

 

Źródła:

http://www.dailymail.co.uk/news/article-2041991/Vladimir-Putin-plastic-s...

http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/europe/russia/8788727/Vladimir...

news.nationalpost.com/2013/06/09/vladimir-putin-and-lyudmila-putina-russias-first-lady-has-had-enough/



Tajemnice Kodu Tory – Rabin Glazerson ujawnia niezwykłe dane

Wiele zostało napisane na temat matematycznych zależności Świętego Tekstu Tory, jak i całej Biblii. Istnieje wiele matematycznych prawidłowości tekstu Pisma Świętego, których nie da się wyjasnić przypadkiem! Można je natomiast zbyć śmiechem lub machnięciem ręki ignoranta.

 

Odkrycie tysięcy mumerycznych prawidłowości w Piśmie Świętym było wynikiem wieloletniej pracy Rosjanina dr Ivana Panina. Panin to geniusz matematyki, znający starożytne języki biblijne. W swoich pracach pokazał, że Biblia w językach oryginalnych jest bardzo tajemniczo ułożonym dziełem matematycznego NadIntelektu, które nie jest możliwe do odtworzenia przez ludzi, za pomocą ich możliwości !

 

W oparciu o statystyczny dowód wykazał ponad wszelką rozsądną wątpliwość nadprzyrodzone powstanie Biblii. Twierdził, że im dłużej zajmowałby się jednym fragmentem tekstu Pisma świętego, tym więcej dowodów matematycznych prawidłowości by odnalazł ! Wiele wskazuje, że w Biblii zaszyfrowano ogromną ilość informacji dotyczących m.in. historii świata, zdarzeń lub polityków. Jednym z przykładów zaszyfrowanych tam słów jest Tora (co 50-ta litera tekstu na początku Księgi Rodzaju i pozostałych czterech ksiąg Pięcioksięgu, poczynając od pierwszego zastosowania litery „taw” – „taw”, „waw”, „resz”, „he”)

Zagadką w ujęciu matematyki tekstu Biblii, czy Tory, jest sam komputerowy program i osoba go obsługująca. Możliwe, że tak jak w przypadku chrześcijańskiego Ducha Świętego, objawiającego się u natchnionych wyznawców Jezusa Zbawiciela, tak w przypadku Kodu Tory trzeba dysponować specjalnymi Boskim predyspozycjami, by rezultaty okazały się poprawne dla zrozumienia tajemnicy ludzkości. Nie wdając się w szczegóły, o których możecie państwo przeczytać w podanych na końcu zródłowych linkach, należy przejść do izraelskiego specjalisty od Kodu Tory.

Zagadką w ujęciu matematyki tekstu Biblii, czy Tory, jest sam komputerowy program i osoba go obsługująca. Możliwe, że tak jak w przypadku chrześcijańskiego Ducha Świętego, objawiającego się u natchnionych wyznawców Jezusa Zbawiciela, tak w przypadku Kodu Tory trzeba dysponować specjalnymi Boskim predyspozycjami, by rezultaty okazały się poprawne dla zrozumienia tajemnicy ludzkości. Nie wdając się w szczegóły, o których możecie państwo przeczytać w podanych na końcu zródłowych linkach, należy przejść do izraelskiego specjalisty od Kodu Tory.

 

Rabin Matityahu Glazerson urodził się w Izraelu. Studiował nauki rabinackie na uczelni „Medrashiat Noam in Pardes Chana” oraz na różnych innych Yeshiwach. Jest autorem ponad 30 książek, które zostały przetłumaczone na języki: rosyjski, francuski, hiszpański i angielski. Pisał artykuły dla gazet na temat gematrii. W Polsce ukazała się książka Glazerson’a pt.: „Muzyka i kabała” Sklepy internetowe, które reklamują tą pozycję prezentują niezwykle ciekawą informację o poruszanej tam tematyce:

(…)Istnieją pewne olamot (światy), do których można dotrzeć wyłącznie za pomocą muzyki” – twierdzi autor tej książki. Skala muzyczna została w niej przedstawiana w analogii do układu sefirot, każdy dźwięk przyporządkowany konkretnej sefirze, z jej potencją i charakterystyką. Ponieważ jednak inspirująca te analizy kabała jest wiedzą o duchowych mocach zawartych w literach, które w świecie ducha są tym samym, czym pierwiastki chemiczne w świecie materialnym – to tematem tej książki okazuje się przede wszystkim święty język hebrajski, w którym „terminy muzyczne nawiązują do wielu podniosłych idei. Musimy tylko otworzyć oczy i nastawić uszu, bowiem odpowiedzi otaczają nas zewsząd, są obecne wokół nas nawet zanim zadamy pytanie(…)

Komputerowe tabele Kodu Tory

Jak widać z przetłumaczonego poniżej filmu – wykładu, prawdziwi Żydzi są zgodni z PRAWDZIWYMI chrześcijanami w sprawach moralnego życia ! Nie można sądzić, że istnieją jacyś „chrześcijanie”, którzy twierdzą, iż spaczenia seksualne są w jakimś stopniu poprawne z Bożymi zamiarami, lub ktoś zle interpretuje prawo biblijne ! Tu nie ma niedomówień ! Sprawę ostatecznie naświetla Kod Tory. W filmie pojawiają się tajemnice związane z czasem Noego i ludzkości sprzed potopu, dlatego po obejrzeniu tego dokumentu, wielu z państwa może zechcieć uzupełnić wiedzę w tej sprawie, dzięki aktywnemu linkowi. Wszystko zadziwiająco pasuje do tego co przedstawia wielu badaczy tej tematyki, dlatego przejście obojętnie nad pracą Glazersona było by zignorowaniem cennych faktów w sprawie.

 

W ujęciu matematycznego Kodu, Biblia może być specjalnie ‚Zapieczętowaną Księgą‚, obie wielkie biblijne Apokalipsy, czyli Księga Daniela w Starym Testamencie oraz Księga Objawienia, zwana też Apokalipsą Świętego Jana w Nowym Testamencie, zapowiadają nadejście strasznych czasów, a moment ich pojawienia się jest oczywiście ukrytą, zakodowaną informacją. Przepowiednia wypełni się „w czasach ostatecznych„, gdy zostanie odpieczętowana okryta dotąd tajemnicą księga.

 

Zgodnie z Apokalipsą Janową księga ta zamknięta jest na „siedem pieczęci„, które mogą być złamane tylko przez Mesjasza:

I ujrzałem na prawej ręce Zasiadającego na tronie księgę zapisaną wewnątrz i na odwrocie, zapieczętowaną na siedem pieczęci. (…) A nie mógł nikt – na niebie ani na ziemi, ani pod ziemią – otworzyć księgi ani na nią patrzeć.

Apokalipsa św. Jana 5:3 W Księdze Daniela, która jest wcześniejszą wersją tej samej opowieści, żydowskiemu prorokowi, przyszłość objawia anioł, który, na koniec, zwraca się do niego:

Ty jednak, Danielu, ukryj słowa i zapieczętuj księgę aż do czasów ostatecznych.” Możliwe, że Kod Tory ma dużo wspólnego z tym co anioł powiedział Danielowi…, że część za zgodą Nieba udaje się czasami odszyfrować.

PS.

Zdaję sobie sprawę, że temat jest kontrowersyjny, więc proszę państwa o rozsądne komentarze, nie jest ten artykuł w temacie syjonizmu, lecz ma na celu zademonstrowanie niezwykłości i tajemnicy Kodu Tory (Biblii), Boskiego Projektu jaki został zakodowany w Świętej Księdze. Proszę także o szacunek dla rabina Glazersona, bo jak widać na filmie głosi zdrowe moralnie poglądy.

 

 

 

 

 



UFO pojazdy kolejny raz widziane koło stacji ISS

27 marca 2015 nastąpił start rosyjskiej kapsuły Sojuz TMA-16M, a w niej Amerykanin Scott Kelly oraz Rosjanie Michaił Kornijenko i Giennadij Padałka. Po kilkugodzinnej podróży szczęśliwie dotarli do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej ISS.

 

Jak widać na zamieszczonym  materiale video, pojawiły się również dziwne anomalie, które nie mogą być lub nie wydają się "gazem bagiennym".

Osobiście nie jestem przekonany co do tego "wielkiego UFO", na lewo od dokującego Sojuza. Czy nie jest to przypadkiem element stacji kosmicznej CanadArm ? Ocena tej kwestii należy do państwa.

Możliwe że mamy kolejny dowód na obecność fenomenu UFO w pobliżu załogowej misji Ziemian. Na nagraniu pojawia się dodatkowo drugi "obiekt UFO" w kształcie kuli (1min. i 02sek.) i ten mógłby być zaliczony do NOL-i. Zdaniem anglojęzycznego komentatora NASA szybko zmieniła ujęcie by nie pokazywać manifestacji UFO, co może być uzasadnionym podejrzeniem.

 

 

 



Zidentyfikowano coś co wygląda jak latający spodek na zdjęciu z Marsa

Na jednym ze zdjęć powierzchni Marsa wykonanym za pomocą kamery MSSS (Malin Space Science Systems) zamontowanej na pokładzie orbitera Mars Global Surveyor, wypatrzono coś co wygląda jak UFO w kształcie spodka.

 

Wirtualni archeolodzy są niezmordowani. Analizy ogólnodostępnych zdjęć powierzchni Marsa przynoszą nam wciąż kolejne zaskoczenia. Całkiem poważnie rozmawia się już o możliwości, że Czerwona Planeta została zniszczona na skutek wojny jądrowej. Wskazują na to nie tylko liczne artefakty, ale też pozostałości charakterystycznych izotopów radioaktywnych.

Teraz jakby na fali tych rewelacji wskazuje się na zdjęcie powierzchni Marsa wykonane jeszcze w 2005 roku za pomocą należącego do NASA orbitera MGS. Do tej pory nikt nie widział w nim nic szczególnego, aż do teraz gdy zauważono dziwny dyskoidalny obiekt, który wyraźnie odznacza się na tle otoczenia.

Oczywiście sceptycy powiedzą, że to po prostu nietypowa rzeźba terenu i być może, że tak jest, ale nie dowiemy się tego zanim znajdujące się na orbicie Marsa ziemskie orbitery nie spróbują sfotografować ponownie tego miejsca potwierdzając, lub wykluczając jego sensacyjny charakter.

 

 

http://www.msss.com/moc_gallery/m13_m18/full_gif_non_map/M18/M1800558.gif

 

 



W Rosji duch dziewczyny przestraszył turystów

W małej rosyjskiej wsi Pszada (ros. Пшада) w okolicach Krasnodaru dużo szumu wywołało nagranie, przedstawiające ducha dziewczyny. Na materiale filmowym widać przezroczystą sylwetkę niewiasty, chadzającej po polach i zaroślach.


Dziecko w RPA urodziło się z liczbą 12 na czole

Mały Hanru van Niekerk urodził się 11 listopada ubiegłego roku w Johannesburgu w Republice Południowej Afryki. Na jego czole znajduje się jednak inny numer - 12. Nikt nie wie jak się tam znalazł, dziecko ma to niezwykłe znamię od urodzenia.

 

Posiadanie dwunastki na czole nie jest czymś typowym. Nikt nie wie jak do tego doszło. Lekarze są zaskoczeni zwłaszcza dlatego, że znamię wygląda wyraźnie jak cyfry 1 i 2. Nie ma mowy o przypadkach i przywidzeniach. To po prostu dwunastka.

 

Rodzina niezwykłego malca nic sobie nie robi z faktu, że jest ono inne. Babcia małego Hanru, Catherine Jooste w wywiadzie dla lokalnej prasy powiedziała, że niezwykła dwunastka na czole chłopca nie ma dla nich znaczenia. Kobieta twierdzi, że lekarze zapewniali ich, że liczba będzie coraz mniej widoczna. Dotychczas jednak tak się nie stało.

 

 

 

 



Ludzie gromadzą się w Kolumbii, aby zobaczyć twarz Jezusa na wzgórzu

Wielu powie, że kształty przypominające twarz Jezusa to nic nadzwyczajnego. Ludzki umysł lubi przypisywać nieznanym kształtom znane wyobrażenia. Tym razem mieszkańcy małego miasteczka w Kolumbii twierdzą, że cudowne pojawienie się Jezusa nastąpiło dosłownie na ich oczach.

 

Nauka ma określenie na zjawisko dopatrywania się znanych kształtów w przypadkowych szczegółach. To tak zwana pareidolia. Kolumbijski Jezus jest klasycznym przypadkiem tego typu. fenomenu optycznego wynikającego z możliwości percepcji naszego mózgu.

Niezwykłe osuwisko szybko stało się lokalną atrakcją turystyczną. Zarówno wierzący jak i niewierzący przybywają teraz do San Francisco, w Kolumbii, w prowincji Putumayo, aby zobaczyć na własne oczy to, co jak twierdzą inni, jest wizerunkiem Jezusa.

 

 

 



W Tel Awiwie odkryto egipską wieś sprzed 5 tys. lat, gdzie warzono piwo

Podczas badań archeologicznych prowadzonych przez stołeczny Instytut Starożytności w samym sercu Tel Awiwu na budowie budynku biurowego w pobliżu mostu Maariv, znaleziono ruiny egipskiej osady sprzed 5 tys. lat, podaje Newsru.co.il.


Obcy - Brutalna Prawda - część I

Sprostytuowani naukowcy, rządzące elity oraz wtajemniczeni w zakulisowe działania masonerii wysoko postawione osobistości świata nauki oraz polityki od bardzo dawna posiadają niezbite dowody na istnienie zaawansowanych cywilizacji pozaziemskich oraz oczywiście na to, że co ważniejsze rządy ziemskie od dawna współpracują z obcymi przeciwko ludzkości.

 

Nawet nie związani z rządzącą masońską sitwą uczciwi naukowcy, bo i tacy się jeszcze zdarzają - ludzie nie posiadający absolutnie żadnego interesu w szkodzeniu ludzkości – nawet oni przy całej swojej zawodowej obiektywności oraz rzetelnym, bezstronnym podejściu, wyliczyli i są w pełni przekonani o tym, że wszechświat jest po prostu zbyt wielki, aby ludzkość była odosobnionym wyjątkiem.

 

Astronomowie lub astrofizycy z rodzaju Stephena Hawkinga niezmordowanie wyliczają wszystkim niedowiarkom przy pomocy rachunku prawdopodobieństwa, który jest bądź co bądź dziedziną matematyki, że choćby tylko na jednej na pierdylion gwieździe istniały warunki do powstania planet, a tylko na jednej na pierdylion planecie warunki do powstania życia, i tylko jednej na pierdylion żywej planecie udało się materii ożywionej uzyskać status życia inteligentnego, to i tak w kosmosie byłyby pierdyliony rozmaitych cywilizacji.

 

I wszystko ładnie, pięknie, skowronki ćwierkają radośnie, kiedy UFO podlatuje na pastwisko wciągnąć na pokład znowu farmerowi jakąś biedną krowę

Jest to nawet szczegółowo gdzieś tam wyliczone owo prawdopodobieństwo. Istnieje również oczywiście na to śliczny matematyczny wzór mogący to udowodnić. No ale…

Ale niestety no cóż… papier jest taki, że przyjmie wszystko, każde jedne poglądy, każde jedne przekonania, każde jedne wyliczenia lub dowolny wzór. Widząc ten na przykład obłęd, jaki ogarnął świat nauki związany z teorią względności Einsteina i słynne E=mc2 nie sposób się z politowaniem nie roześmiać kiedy sie ujrzy, że papier jest rzeczywiście cierpliwy i nie takie bzdury już przyjmował w przeszłości.

 

Sam pamiętam jak się powszechnie powtarzało, (podobną do złudzenia do wspomnianej na początku tłustym drukiem) „niepodważalną prawdę”:

„I choćby przyszło tysiąc atletów,

I każdy zjadłby tysiąc kotletów,

I potem by srali przez tysiąc lat,

To nie zasrali by oni Kraju Rad.”

Niestety ale jak się okazało ta „niezbita” i „niepodważalna” „prawda” okazała się w konfrontacji z rzeczywistością tylko… pustym mitem. Wierszykiem i mantrą kompletnie bez pokrycia – zupełnie tak samo jak wzorek Einsteina - który miliony i dziesiątki milionów ludzi pozornie mądrych… skutecznie ogłupił i to na długie dziesięciolecia.

 

Wystarczyło bowiem, że zamiast tysiąca atletów do roboty się zabrało parudziesięciu koczowników, no i Kraj Rad padł jak kawka rozpadając się na zlepek kilkudziesięciu „niepodległych państw”. Trzy zaledwie małe kroki samozwańczej, (bo nikt jej przecież nigdzie nigdy do niczego nie wybierał) „światowej elity”, która tak naprawdę jest tylko elitą rynsztoka, obaliły największą potęgę na Ziemi. Te drobne kroki były to w szczególności:

  1. Mała w sumie i stosunkowo drobna spekulacja na giełdzie paliw i rynku wydobycia obniżająca drastycznie z dnia na dzień światowe ceny ropy, którą koczownicy w zmowie z arabskimi szejkami zmontowali przeciwko utrzymującemu się ze sprzedaży kopalin Związkowi Radzieckiemu…
  2. Niewielka stosunkowo wojenka w Afganistanie, w którą środowiska masońskich koczowników najpierw wplątały ZSRR a następnie rozpętały przeciwko niemu światową histerię o „prawach człowieka” i „zbrodniach wojennych” zupełnie jakby same nie nigdy napadały na ten sam Afganistan aby ten cywilizowany kraj zniszczyć i na jego gruzach zrobić światowego producenta narkotyków…
  3. No i będąca szkoleniowym wręcz przykładem zbrodniczego sabotażu „katastrofa” w Czarnobylu – także stosunkowo niewielka przypomnijmy, bo przyniosła zaledwie kilkadziesiąt ofiar – ale jak się okazało niezwykle kosztowna finansowo, gdyż ona sama jedna zniweczyła i zepchnęła na minus, trwający wiele dziesiątków lat cały - dosłownie caluteńki zysk - jaki przynosiły (w porównaniu do elektrowni wodnych i węglowych) WSZYSTKIE pozostałe kilkaset elektrowni atomowych w ZSRR pracujących powtórzmy, bardzo wiele lat. Innymi słowy jedna, jedyna „katastrofa” sprawiła, że nie tylko nieopłacalne ale przynoszące wręcz gigantyczne straty, stały się w ogólnym bilansie dosłownie wszystkie oszczędności energetyczne zgromadzone z wielkim trudem z atomu i to przez kilkadziesiąt długich lat. Tylko ten jeden punkt jest dowodem, że energetyka jądrowa to tylko pic na wodę - fotomontaż. Ta „energetyka” to tylko chore nieporozumienie, gdyż jeśli działa to jakoś działa na krawędzi opłacalności no i daje odrobinę tańszy prąd, ale jeśli nie działa… no to wówczas… jest ona w stanie bez trudu puścić z torbami nie tylko jakieś tam energetyczne przedsiębiorstwo ale dosłownie każdy jeden kraj. Każdy, bo przecież większego od Sojuza nigdy nie było nawet. Energetyka jądrowa zatem tak naprawdę to jest tylko ekonomiczne jarzmo mogące przywołać do porządku lub doprowadzić do bankructwa w razie nieposłuszeństwa dowolny kraj – i właśnie dlatego energetyka ta jest wszędzie lansowana aż do granic obłędu i to pomimo oczywistego faktu, że nie tylko jest niesłychanie ryzykowna ale jest od węglowej pięć razy droższa, co się okazało kiedy doliczono koszty ochrony tej energetyki przed "terroryzmem" oraz utylizacji i przechowywania odpadów - czego oczywiście "życzliwie" nie uwzględniano kiedy się rodził ten bękart para energetyczny. I tak, jeden megawat wyprodukowany na dziś z węgla kosztuje około 100 złotych – jeden megawat z atomu to jest ponad 500 PLN – czyli że jak rudy zrobi w Polsce atom – proszę się przygotować na pięć razy większe rachunki za prąd.

To tyle dygresyjki no i w związku z nią niestety ale mam teraz bardzo przykrą wiadomość dla wszystkich gorącogłowych zwolenników pozaziemskich cywilizacji – otóż te cywilizacje – te obliczenia – te dowody – te knucia „elit” – te przecieki – te programy z cyklu „ujawnienie” i cała reszta tego pozaziemskiego obłędu – to również jest tylko i wyłącznie efekt zręcznego działania kilkudziesięciu stojących za kurtyną szczwanych koczowników.

Ale po kolei…

 

RACHUNEK PRAWDOPODOBIEŃSTWA

Jak już wcześniej wspomniałem papier przyjmie wszystko – no więc spokojnie przyjął „wyliczenia” pierdylionów pozaziemskich cywilizacji, prawda?

Pewnie, że prawda a zatem pora aby papier przyjął w końcu odrobinkę faktów zamiast bredni, dowodów zamiast pobożnych mrzonek, zdrowego rozsądku zamiast niedomówień no i czystej jak kryształ logiki zamiast pseudonaukowej chały.

Cały trik z pozaziemskimi cywilizacjami wyliczony rachunkiem prawdopodobieństwa jest tak prosty, że wręcz genialny.

Jego geniusz polega na czysto socjotechnicznej prostocie, a prostota na uporczywym rozsiewaniu pseudo naukowych bredni – analogicznie zresztą do bredni rozsiewanych przez jahwistyczne religie – po to tylko aby brednie weszły do powszechnej świadomości a DOSŁOWNIE CAŁY CIĘŻAR udowadniania ich niepoczytalności spadł na niedowiarków posiadających sceptyczne, zdrowe podejście. A niedowiarki, jeśli się dadzą na tę sztuczkę nabrać, mają rzeczywiście nielichy problem.

No bo jak udowodnić coś, co nie istnieje?

No niby jak?

Nieźle to elita rynsztoka obmyśliła, nieprawdaż?

Na szczęście jest bacologia Smile

Najściślejsza nauka ze ścisłych, stojąca pewnie jak żubr, pokonująca… niemożliwe do pokonania.

Nie będziemy się zatem mierzyć z czymś czego nie da się zmierzyć tylko zamiast tracić czas użyjemy mózgów. Pora na logiczne i niepodważalne wnioski wynikające z poprawnego rozumowania zamiast lipnych i naiwnych niedomówień. A jak się okazuje niedopowiedziano w tym przypadku bardzo wiele - hmm… zapomniano - jakże wygodnie - zupełnie wspomnieć przy rachunku prawdopodobieństwa spraw najważniejszych.

I tak, skoro rzekomo w kosmosie są pierdyliony rozmaitych cywilizacji, obliczonych matematycznie przez naukowe autorytety, no to dlaczego na Ziemi też mającej przecież pierdyliony lat, co tydzień w najgorszym przypadku nie ląduje jakaś obca cywilizacja po to, aby przyłożyć Bronkowi piątkę albo czy ja wiem… mackę?

No kuźwa, przecież rachunek prawdopodobieństwa Stephena Hawkinga jasno dowodzi, że Bronka jako głowę państwa powinno się dyplomatycznie i w obecności orkiestry dętej macać codziennie przylgami, mackami albo stymulować czułkami radośnie przy nieskończonej lub bliskiej nieskończoności liczbie gwiazd we wszechświecie. No tak, czy nie tak?

Ba, tłumy obcych powinny wręcz stać w kolejce do Bronka przepychając się nibynóżkami i okładać nibyrączkami o ile nie macką lub nawet przylgą. Dniem i nocą. Bez przerwy. Są ich pierdyliony na litość boską… i na bank jedna trzecia z nich posiada nie macki tylko szczękoczułki lub ewentualnie szczypce.

Fakty są tymczasem takie, że Bronek nigdy jeszcze nie był macany. Nigdy nikt się nie przyssał jeszcze do Bronka. Ba, nikt jeszcze nie widział nigdy aby Bronek miał kombinerki, a powinien mieć aby powitać tych uszczypliwych – te kraboidy z Gwiazdozbioru Niedźwiedzicy.

Bez niedomówień sytuacja z Bronkiem jest jak widać dramatyczna. Jest ona identyczna jak z ofiarami Jezusa dotkliwie uskarżającymi się już dwa tysiące lat na jakiś wewnętrzny melodramat nostalgiczno egzystencjonalny, czerstwy jak grecka tragedia – jeszcze nigdy nikt z jego wyznawców nie został ani razu wzięty do nieba lub czy ja wiem zmartwychwstany no ale… im to nie przeszkadza dzielić się swym obłędem z resztą łatwo(wiernych) i gorliwie wierzyć, że nie pójdą do piekła. Oni dobrze wiedzą – ci oczywiście, którzy zza kurtyny kręcą tym religijnym cyrkiem - że numer z Jezusem jest oklepany lecz także genialnie prosty, gdyż on również polega tylko na tym aby TO niedowiarki udowodnili jego nieistnienie co się aż za dobrze sprawdzało w minionych wiekach, nieprawdaż?

Socjotechnika i manipulacja niestety rządzi.

Niestety, bo w normalnych okolicznościach to oszołomy od obcych cywilizacji lub Jezusów jakichś po kosmosie bez napletka latających, to oni powinni się obarczyć problemem aby swoje brednie komukolwiek udowodnić.

Normalnie jednak nie jest w dzisiejszym opętanym przez koczowników świecie, tak że choćby nie wiem jak wyliczać osławiony rachunek prawdopodobieństwa to i tak nie da się wyliczyć obcych cywilizacji. Ba, nawet jeśli ktoś nie potrafi liczyć zawsze może rzucić monetą zdając się na ten sam rachunek bez zaprzątania sobie skomplikowanymi obliczeniami łebka. Rzućcie monetą ludziska a dowiecie się, że nawet kiedy są tylko dwie, jakże optymistyczne możliwości – obcy przylecą lub nie przylecą – i tak zawsze wypadnie wam że… ICH NIE MA.

Dlaczego?

PONIEWAŻ NO… ICH NIE MA – TO PROSTE

ICH NIE MA I TO NAWET JAK PIERDYLION RAZY Z RZĘDU WYPADNIE KOMUS ORZEŁEK LUB JAN PAWEŁEK – OZNACZAJĄCY, ŻE OBCY SIĘ ZLECĄ Z NIEBA

Jak ktoś nie wierzy niech sprawdzi na własnej monecie tę prostą metodę matematyczną, która jest uproszczonym do maksimum rachunkiem prawdopodobieństwa, do której nie potrzeba być wykwalifikowanym astrofizykiem lub profesorem matematyki wyższej. Nie trzeba być wcale pogiętym jak Stephen Hawking aby osiągnąć normalne wyniki. Chciałbym i to nawet bardzo aby ktoś obalił ten wywód w komentach – bardzo zapraszam do pojedynku na logiczne argumenty Smile

 

PRZECIEKI

Kolejną sprawą z listy pseudo dowodów istnienia cywilizacji pozaziemskich są osławione przecieki osób „wtajemniczonych”, osób „wysoko postawionych”, osób z samego szczytu tajnej władzy albo jeszcze tajniejszych służb i wywiadów.

Przecieków jest jak mrówków a oto najbardziej oczekiwany z nich - film Sirius, który wreszcie z niebywałym trudem udało mi się odnaleźć w wersji polskiej: http://www.youaretube.com/watch/Dq-MVt0dy_M

Przecieki zatem są. Każdy przecież o nich słyszał, każdy przecież o nich doskonale wie, każdy he, he ufolog zna z pierdylion rozmaitych historyjek na ten właśnie temat, no bo czyż nie?

Świat jest zły – taki jest generalnie obraz – no ale są jeszcze dobrzy ludzie, którzy niczego tak nie pragną jak zaraz po przejściu na emeryturę opowiedzieć nam całą historię, ha, ha, ha…

I właśnie z tego całego pierniczenia spierniczałych emerytów biorą się owe przecieki na temat obcych cywilizacji.

Zasada jest tu niezwykle prosta: otóż jakiś emerytowany agent jej mości lub emerytowany generał, albo inżynier na emeryturze chce zanim umrze opowiedzieć nam jak sprawy stoją z obcymi no i z ich cywilizacją.

I najdziwniejsze w tym podrozdziale jest to, że dosłownie każdy człowiek na Ziemi wie doskonale jak wygląda prawda tylko nie wie tego, że o tym wie. I tu tkwi cały tak zwany problem z przeciekami na temat istot pozaziemskich. Problem, którego oczywiście nie ma.

Kiedy uruchomimy bacologię sprawa natychmiast staje się klarowna i jasna.

I tak, zapytam podchwytliwie: co łączy tych wszystkich spierniczałych emerytów ludziska?

Oczywiście to, że są spierniczałymi emerytami – to po pierwsze.

Dlaczego to ich zawsze łączy?

No bo emeryt ma doświadczenie, bla, bla, bla, – jest doświadczony a więc nie jest mającym fiu bździu małolatem.

Co jeszcze innego ich łączy?

Oczywiście fakt, że albo pracują lub pracowali dla rządu albo przynajmniej dla wojska.

Dlaczego?

Oczywiście dlatego, ponieważ rząd a zwłaszcza żołnierze… mają szacunek. Cieszą się wszędzie poważaniem i zaufaniem, nieprawdaż?

Wszak to wojak wojuje o leminga wolność no więc każdy bez wyjątku człowiek ma genetycznie zakodowany szacunek dla wojska – ten trik jest jak widać niezwykle prosty.

I dlatego właśnie o podziemnych bazach, o kontaktach z obcymi, o ich technologii jaką skrycie dali tym niedobrym rządom, o ich wynalazkach, zawsze opowiada ktoś wysoko usytuowany w kręgach rządowych lub przynajmniej związanych z wojskowością – ktoś kto „podpadł” złym rządom – bo taki ktoś budzi zaufanie u czereśniactwa.

Jeśli ktoś w tym momencie zada sobie trud zapoznania się z własną pamięcią i przypomni sobie wyznania budowniczego podziemnych baz pod Teksasem, oficera marines, który ratował Ziemię walcząc z kosmitami na Marsie lub dowolną inną historyjkę z tego gatunku – ten natychmiast zauważy schemat, który mimo że te opowieści się nieco różnią – jest i tak zawsze identyczny.

Dlatego teraz należy sięgnąć po odpowiedź, którą każdy Ziemianin zna tylko nie wie o tym, że ją zna.

I tak aby na nią naprowadzić… zapytam teraz przebiegle i podchwytliwie po raz kolejny: czy słyszeliście kiedyś o Waszyngtonie, Lincolnie, Kościuszce, Pułaskim, o Chrobrym, o Dżyngis Hanie, o Juliuszu Cezarze, o Napoleonie lub o jednym z PIERDYLIONA INNYCH wybitnych żołnierzy lub przywódców?

Słyszeliście?

A czy ktoś, kiedyś… chociaż jeden, jedyny człowiek, chociaż raz usłyszał aby któryś, z tych rzeczywiście wysoko postawionych żołnierzy lub godnych zaufania przywódców pieprzył jakieś farmazony o obcych cywilizacjach?

Hę?

I właśnie tutaj leży odpowiedź, której szukamy – ta którą każdy zna tylko nie wie o tym że ją zna.

Tylko NIKOMU NIEZNANE tak naprawdę oszołomy twierdzą, że są wysoko postawione, głęboko wtajemniczone i tylko oni rozsiewają tego typu bzdury o obcych cywilizacjach. Czy jakiś jeden z pierdyliona tych egzotycznych przeciekantów był kiedyś jakimś naprawdę znanym agentem? Żołnierzem? Przywódcą?

Przecież ludzie rzeczywiście związani z pracą dla wojska lub rządu albo wywiadów zyskują nieśmiertelną sławę za rzeczy w sumie błahe. Amerykańscy (nauczyciele bodajże) zostali sławni bo wykradli z USA dla Rosji plany bomby jądrowej, jakiś koleś i to wcale nie wysoko postawiony rozszyfrował niemiecką enigmę, inny wziął do niewoli niemiecką armię, jakiś francuski kapral pokonał prusactwo, ktoś jeszcze inny, zaledwie porucznik z Polski, wykradł Amerykanom plany myśliwca F16 i też został sławny – to tylko garść każdemu znanych faktów.

A tymczasem ludzie ujawniający sprawy grubego i najgrubszego kalibru: UFO i obce cywilizacje są… co? Kompletnie z dupy wzięci?

Są znani tylko z tego że… eeee... przed epoką jewtuba i dziwnych książek nikt nigdy o nich nie słyszał?

Ależ tak – to jest właśnie cała, jakże przecież prosta reguła – słynna „przeciekowa” masakra – parada oszołomów i wyskakujących jak pajace z pudełka różnej maści odmieńców.

Myślę, że każdemu już coś świta w tym momencie i nie potrzeba dłużej sprawy „przecieków” rozcieńczać, nieprawdaż?

Prawdziwi generałowie, prawdziwi inżynierowie od zaawansowanych technologii, prawdziwi agenci, nie bredzą jak potłuczeni nigdy. Bredzą podstawione oszołomy w ramach parady odmieńców. Dziś pokazuje się ich na jewtubie skoro cyrki stały się przeżytkiem. A skoro bredzą na swój temat jakoby byli „wysoko postawieni”, „głęboko wtajemniczeni” i znali „rzeczy o których nie śniło się fizjologom” no to dlaczego nie mieliby bredzić na tematy, które ich nie dotyczą – na tematy obcych cywilizacji?

Otóż bredzą i dlatego te przecieki to niestety ale tylko i wyłącznie brednie – brednie tak naprawdę bezimiennych - kompletnie anonimowych hord wyszkolonych oszołomów, nasyłanych dziesiątkami i setkami oczywiście przez szczwanych koczowników!

I chociaż niewielu ludziom się to spodoba ale te ich rewelacje są dokładnie tyle samo warte co brednie oszołomów religijnych – tych wszystkich proroków – jakich jest wysyp w każdej jahwistycznej religii. Stawiam wielkiego żubra, jeśli ktoś użyje logiki i…?

I obali ten wywód logicznie w komentach i znajdzie jakiegoś ha ha przeciekanta, który nie pasuje w powyższy schemat – schemat oszołomionych spierniczałych emerytów.

Polecam jeszcze raz wszystkim ten najbardziej oczekiwany przeciek wszechczasów pt Sirus:

http://www.youaretube.com/watch/Dq-MVt0dy_M

He he... pamiętam jego zwiastuny jeszcze z roku 2012,

https://www.youtube.com/watch?v=osx4b4mhhxk

hi, hi, hi, miało być jak zwykle: grubo - bezproblemowe ujawnienie UFO, pozaziemskiej technologii, bla, bla, bla... a wyszło w sumie jak zawsze: paru "wysoko postawionych", czyli oszołomów o których nigdy nie słyszeliście, bełkocze dwie godziny bez sensu jak świadkowie jehowy i medytuje na pustyni aby ściągnąć na Ziemię obce cywilizacje... siłą umysłu oczywiście... normalnie paranormalna masakra... ale naprawdę warto jest obejrzeć tych nawiedzonych, naprawdę warto...

Jest tam oprócz medytacji również obowiązkowa sekcja jakiegoś pluszaka no i porównać TO ze zwiastunem, czyli TYM co miało być Smile

 

ROZBITE POJAZDY

Obce cywilizacje mają pojazdy służące do porwań krów – latające spodki – które niestety są jakieś felerne, ponieważ porywając te nieszczęśliwe krowy spadają z nieba jak ulęgałki. A jak już spadną to nasz personel he he - to dobre słowo - naziemny… już ledwie znajduje czas pomiędzy dyżurami, żeby tych wszystkich martwych kosmitów wysłać na sekcję. Jest ich tam tyle w tych chłodniach, tych martwych i potłuczonych zwłok ufonautów, że dla ziemian zaczyna powoli brakować mocy przerobowych w służbie zdrowia. I dlatego właśnie jak się jest ziemianinem to się całymi miesiącami czeka na wizytę lekarską. Na dzień dzisiejszy sekcje przybyszów wykonuje nawet konował rodzinny, bo kosmici mają tak generalnie priorytet, jeśli chodzi o lekarza pierwszego kontaktu. Każdy szarak po upadku z pojazdu nawet jak był pijany musi być obowiązkowo otwarty, wypatroszony, zważony, pozbawiony chodliwych na rynku wątroby i nerki a potem starannie zaszyty. Zaraz potem wkracza wypychacz, wizażysta i spec od poprawy wizerunku, a lekarz… ten biedny ziemski doktorek może się zająć ziemskim pacjentem dopiero jak już dopełni wszystkich – to też dobre słowo - formalności – czyli wepchnie podliftingowanego pośmiertnie szaraka do słoja z formaliną, co nie jest wcale takie proste, jeśli się porówna średnicę głowy szaraka i słoika po ogórkach.

 

Generalnie w sekcji „rozbite pojazdy” nie to jest śmieszne, że się rozbijają one, bo przecież wszystko co lata może zaliczyć glebę zgodnie z prawem Murphiego ale to, że te rzekome wytwory obcych, bla, bla, zaawansowanych, bla, bla, tak cudownych, że nieomal boskich lub wręcz tych, które nas – doskonałych przecież – stworzyli… bla, bla, bla… spodków - które nie spadają… nijak nie są w stanie jakoś stworzyć?

Przecież to niedorzeczne w swojej prostocie! Oczywiście wiem, że nawet ptaki „stworzone” do latania też potrafią zaliczyć glebę no ale spodki?

Te super duper, zdolne do przelotu z jednej galaktyki do drugiej, pojazdy odporne na wszystko wymiękają w konfrontacji z… powietrzem?

Coś tu nie gra, prawda?

Uruchamiamy zatem bacologię i co widać?

Widać że to grubymi nićmi szyta ściema.

Brak tych rozbitych pojazdów, (ich braku proszę nie mylić z opowieściami o rozbitych pojazdach), to pierwsze co się w oczy rzuca. Gadka szmatka ale zero konkretów. Przecież ich kawałków powinno być na allegro pełno albo na jakimś ebayu. One nie spadają bowiem na bazy wojskowe lub ośrodki niedostępne, no bo czyż nie? O nie, one spadają zawsze na tereny ogólnie dostępne. Na pola farmerów, na lasy grzybiarzy, na podmiejskie parkingi – spadają wszędzie tam gdzie… można do woli zbierać sobie ich fragmenty – oczywiście zanim przyjedzie wojsko albo jacyś heh... faczeci w cierni i bla, bla, bla, zamkną teren i bla, bla, bla, zatuszują sprawę. Kawałków czyli dowodów powinno być zatem tak naprawdę pełno. Wszędzie. A co mamy?

Mamy zero, czyli zamiast jakiś mniej lub bardziej namacalnych dowodów jest jak zwykle tylko i wyłącznie pełno opowieści dziwnej treści z kręgów egzotycznych dziwaków. I nawet jak ktoś przełamie niechęć do oszołomów i sobie zada nieco trudu i dojdzie do prawdy i ujawni te wszystkie śmieszne mistyfikacje i rzekome sekcje, które się odbywają na filmowych lalkach to i tak legendy o potłuczonych szarakach żyją życiem własnym.

Jeśli te spodki nie radzą sobie z ziemskim czystym powietrzem, no to jakim cudem poradziły sobie z kosmicznym bajzlem krążącym w przestrzeni międzygwiezdnej? Jest tam tyle tego śmiecia, że to po prostu niedorzeczne… dolecieć tu przez te galaktyki promieniowania oraz gruzu stateczkami, które się rozleciały pod wpływem wiatru lub ciężarem uprowadzonej krowy.

 

BLISKIE SPOTKANIA III STOPNIA

W bliskich spotkaniach trzeciego stopnia najbardziej zagadkowe jest to, że ich uczestnicy bez najmniejszego trudu spotykają się z mieszkańcami innych galaktyk ale jakoś nie mogą się spotkać z ziemskim psychiatrą. Chyba mają jakieś pole siłowe, które uniemożliwia im kontakt z istotą inteligentną. Ofiary spotkań mogą się porozumiewać wyłącznie z idiotami i wymieniać z nimi bujne bukiety własnych wspominkowych urojeń i lęków.

Co na to bacologia?

Hmm… gdyby rzeczywiście miały miejsca na Ziemi jakieś bliskie spotkania z przybyszami z pozaziemskich cywilizacji no to przecież pamiętamy, że istnieje granica godnej zaufania granicy debilności – czyli, że gdyby z innej galaktyki przyleciano to nie zawracano by oczywiście dupy jakimś analfabetom ze wsi, poganiaczom krów, murzynom z getta lub jakimś pastuchom ze Szwajcarii, tylko co?

Tylko oficjalnie i przy dźwiękach nadętej orkiestry… wymacano by w końcu Bronka. Publicznie.

No tak czy nie tak, ludziska?

A Bronek nigdy nie był zamieszany w jakieś macanki – jak ktoś nie wierzy niech sam zapyta Bronka.

W przypadku tego podrozdziału także panuje masakra totalna i jakaś niezdrowa histeria, bo przecież najsłynniejsze polskie spotkanie III stopnia także doczekało się już wyjaśnienia i to już bardzo dawno. Te całe słynne „lądowanie zielonych ludzików pod Emilcinem”, które wstrząsnęło światkiem ufologów i wystraszyło woźnicę, (to taki kierowca furmanki), okazało się szopką odprawioną dla jaj przez studentów poprzebieranych w kombinezony i maski płetwonurków. Zabawa była przednia, bo rolnik się ich wystraszył kiedy pajace wyskoczyły w lesie zza drzew no więc pociągnął ich rutynowo batem po mordach w ramach bliskich kontaktów co podniosło poziom rozrywki na jeszcze wyższy level niż był na początku imprezy. To powinno myślę zamknąć temat – bo ostatecznie dobry ubaw miały obydwie strony szukające kontaktu. Gdyby to naprawdę byli jacyś ufonauci to by przecież rolnika telepatycznie zahipnotyzowali lub ewentualnie przekupili dobrą galaktyczną twardą walutą aby ich podwiózł furmanką na wioskę i pomógł w ramach poszukiwań życia inteligentnego odnaleźć córkę sołtysa lub przynajmniej księgową z PGR-u, no tak czy nie tak?

Nie braliby chama na huki, cham nie pałowałby ich batem po ryju tylko wszyscy razem, kulturalnie i w cywilizowanych warunkach stanęliby do turnieju rycerskiego na przepisowe sztachety w pegieerze lub ewentualnie na ubitej ziemi przed stodołą sołtysa.

Do samego końca szopkę z Emilcina spalił sam durny pomysł jakichś skafandrów, ponieważ co jak co ale kosmici zawsze latają nago – świadczą o tym wszystkie bez wyjątku lipne filmy z lipnych sekcji i lipnych kontaktów. Kosmici są zawsze nadzy – takie są zasady w czasie podróży kosmicznych - koniec i kropka.

Dlaczego?

To w sumie proste – każdy kto oglądał stare filmy S-F doskonale wie, że ubiory i kostiumy na tych starych filmach bardzo szybko się robią… przestarzałe i zgodne z epoką są tylko i wyłącznie przez moment. Przez trwającą zaledwie parę lat modę są one znośne dla oka i nie budzą politowania. Potem wyglądają już tylko… śmiesznie. Ubrania są po prostu mocno chwilowe – a zwłaszcza te kostiumy z wszelkiej maści filmów S-F. Te „szybko starzejące się” kostiumy oraz oczywiście inne dekoracje to taki mały lecz niezwykle subtelny haczyk w tej UFO-szopce, ale na tyle istotny, że nie do przeskoczenia, jako że nikt nie wie przecież jaki krój ubrań będzie obowiązywał w przyszłości i jakie się będzie nosić kostiumy tak, aby po paru latach nie było obciachu podczas oglądania odkurzonego spektaklu.

Niejaki UFO Billy - wieśniak szwajcarski kiedyś próbował lansować swoich Plejadan i swoje lądujące na jego polu latające spodki robiąc zdjęcia i filmy. Dziś jego pojazdy wyglądają archaicznie - te spodki przypominają rzucony w powietrze dekiel od kubła na śmieci a obcisły kostium kosmitki, która przyleciała z nim porozmawiać - tam na tę wieś do Szwajcarii - dziś wygląda jak lateksowe przebranko jakiejś sado maso prostytutki aktywnej zawodowo w latach sześćdziesiątych. Kupa śmiechu i nic więcej. Jego disco Plejadance z marszu można dać skórzany pejczyk oraz pluszowe kajdanki aby nadal była trendy i pasowała jak ulał do epoki zespołu ABBA. I dlatego właśnie tak zwani profesjonalni twórcy tych szopek z pozaziemskimi cywilizacjami wolą robić szaraki po prostu nagie niż dopuścić do podobnego blamażu czyli do tego aby ze względu na obciachowy kostium zbyt prędko te ich szopki zdemaskowały się samoczynnie. Tylko robienie kosmitów nagich… odsuwa zupełnie na bok kostiumowy problem – to chyba logiczne, prawda?

Jak to nie jest logiczne no to żuberek czeka za bardziej logiczne wytłumaczenie dlaczego szaraki latające po zimnym kosmosie są gołe jak święty turecki.

I tak dochodzimy do podrozdziału pt:

 

KOSMICZNE PODRÓŻE - KOSMICZNE ODLEGŁOSCI

Kiedy w ferworze "badania", "wyliczania" i "dyskutowania" o obcych cywilizacjach tak zwani ufolodzy niemal już nie nadążają ocierać piany z pysków, należy założyć im na sekundę knebel i zapodać elektrowstrząsy i wykorzystując tę bezcenną sekundę ciszy samemu się nad zjawiskiem UFO na spokojnie zastanowić. Wówczas okazuje się i to stosunkowo szybko, że są sprawy nad którymi ani jeden z nich - a przecież są ich setki tysięcy - dosłownie ani jeden z toczących pianę ufologów nawet się przez sekundę nie zająknął na temat kosmicznych odległości.

A przecież te są... kosmiczne, prawda?

Nawet światło leci z jednej galaktyki do drugiej miliony lat, nieprawdaż?

A szaraki przyleciały na Ziemię z Plejad niewielkim jak toaleta na leśnym parkingu pojazdem?

No kaman. Przecież taka podróż trwa lata, setki lat, tysiące, setki tysięcy. Gdzie zatem są w rozbitych i nierozbitych pojazdach szafki na czyste pampersy, na zapasy żywności, na łazienkę, na kibel, na jakąś noclegownię? Gdzie jest cholerna stołówka? Gdzie szpital pokładowy? Biblioteka? Bufet? Gdzie magazyn na ich narzędzia?

Gdzie te wszystkie rzeczy których... nie ma?

Cały bezsens tak zwanych podróży międzygalaktycznych można zwięźle omówić w kilku konkretnych podpunktach:

1. Największym zagrożeniem podczas podróży międzygwiezdnych jest twarde promieniowanie kosmiczne mordercze dla wszystkich bez wyjątku istot żywych. To nie jest dymek z papierosa ludziska wywołujący u niepalących oszołomków histeryczny atak astmy sprawiający, że im wychodzą oczy na wierzch i płuca w udawanej agonii. O nie, tam jest naprawdę gorąco. Ale co tam kosmos - dla Ziemian - słonecznych tubylców - zabójczy jest nawet łagodny jak nadmorska bryza... wiaterek słoneczny pochodzący z rozbłysków. To jest promieniowanie mogące w jednej chwili zdmuchnąć całe życie z naszej planety i zawodowcy czyli kosmonauci mają z nim spory problem, bo ilość cząstek bombardujących ich ciała na zaledwie orbicie ziemskiej natychmiast sprawia, że widzą setki rozbłysków i tysiące iskier przed oczami, kiedy cząstki wiaterku słonecznego bombardują ich siatkówki w oczodołach. Ziemię chroni przed wiatrem słonecznym pole magnetyczne cienkie w sumie jak skórka od jabłka. Natomiast wiatr słoneczny chroni Ziemię przed promieniowaniem zewnętrznym wydmuchując je w cholerę gdzieś poza Układ. Innymi słowy pojazd kosmonautów jest jak śmieszny samochodzik, pole magnetyczne jest jak alarm w samochodzie, a wiatr słoneczny niczym cieciu na strzeżonym parkingu, podczas kiedy poza parkingiem czyha milionowa mafia złodziei samochodów i każdy ma gazrurkę - tak wygląda z grubsza sytuacja posiadacza kosmicznego pojazdu. Nawet szaraków obowiązuje ta reguła, nieprawdaż?

I mam uwierzyć w bezczelną obrazę inteligencji, że szaraki tu doleciały nie mając nawet centralnego zamka? Nie mając zapasów paliwa?

Kaman - promieniowanie kosmiczne - te które leży poza granicami Układu Słonecznego sprawia, że przestrzeń ta jest przytulna jak komora reaktora jądrowego co najmniej - szaraki w ich blaszanych spodkach upiekłyby się w parę sekund jak kurczaki na rożnie - tak wygląda sytuacja. Realia są takie, że podróże kosmiczne możliwe są wyłącznie w obrębie Układu Słonecznego gdyż przed cieciem można sie jeszcze jakoś obronić budując grube osłony no ale nie przed mafią. Nawet sonda Voyager, która miała opuścić granice Układu Słonecznego musiała się przedostać przez jego granicę i przetrwać szok uderzeniowy związany z kosmicznym tsunami czyhającym na nią na granicy wiatru słonecznego. Nawet prostej i martwej sondzie było na tyle ciężko tego dokonać, że czarno te spotkanie widzieli jej twórcy. I niestety ale podsumowując ten punkt należy tu powiedzieć, że ze względu na promieniowanie tylko i wyłącznie jakiegoś typu solidne roboty są w stanie przetrwać coś o nazwie podróże międzygwiezdne a ponadto tylko owe roboty są w stanie poradzić sobie z punktem drugim:

2. Kosmicznymi odległościami i kosmicznym czasem potrzebnym na ich pokonanie. Każde żywe stworzenie z milion razy by umarło ze starości zanim doleciałoby do innej gwiazdy niezależnie od prędkości pojazdu oraz własnej długowieczności. I nawet gdyby udało się komuś gdzieś zbudować silniki poruszające UFO z prędkością światła to i tak taka podróż trwałaby pierdyliony lat, nieprawdaż?

No i mam parę znowu kilka podchwytliwych pytań dla UFO - oszołomów:

Czy jakaś żywa istota poleciałaby w taką podróż dobrowolnie? Hę?

Czy ktoś z was by poleciał?

Wiedząc doskonale, że taka podróż to... dożywocie? W ciasnej jak toaleta blaszanej puszce?

Dożywocie i dla was i dla niezliczonej ilości waszych potomków?

Ha, i tu leży logiczny dowód, że to jest niemożliwe po prostu nawet teoretycznie. Bo nawet jeśli optymistycznie założyć, że znalazłby się na Ziemi jeden lub więcej niż jeden durny oszołom gotowy na ową podróż to stawiam zgrzewkę żubra, że jego potomstwo w drugim lub trzecim najdalej pokoleniu i tak doszłoby do zupełnie innych wniosków i na pokładzie wybuchłby... bunt i związany z buntem - oczywisty kierunek powrotny - to po prostu nieuchronne i oczywiste.

I w ten właśnie sposób znowu powracamy do zaprogramowanych robotów - jedynych form, które mogłyby się podjąć czegoś takiego jak międzygwiezdna podróż i ją sfinalizować z sukcesem. A jako, że na Ziemię nie doleciały póki co żadne roboty... hmm... to byłoby na tyle w temacie podróży międzygwiezdnych.

3. Kolejny punkcik to oczywiście wielkość tych rzekomych międzygwiezdnych pojazdów. One są tak małe, że szkoda gadać. Te parometrowe spodki, kulki, cylindry, jakie do znudzenia lansowane są do granic idiotyzmu, nawet teoretycznie nie są zdolne do podróży międzygwiezdnych. Producenci i projektanci statków pełnomorskich doskonale wiedzą jak złożone są zagadnienia logistyczne związane z zaopatrzeniem statków aby przez kilka miesięcy były samowystarczalne. Kilka miesięcy! Dla paru osób załogi! Tyle tam trzeba zapakować ekwipunku i mieć na niego miejsce, że nie warto nawet mówić o ilości miejsca na zapasy i części zamienne, gdyby jakiś pojazd miał się wybrać z większą ilością pasażerów w podróż trwającą... pokolenia. Bardzo bym chciał aby ten nigdy nie poruszany przez ufologów temat - w końcu mi ktoś wyjaśnił logicznie - mam żubra, aby za wyjaśnienie po ludzku się odwdzięczyć Smile

I na tym można by myślę zakończyć część pierwszą, ponieważ ona i tak się nam już niezdrowo rozrosła i dodam tylko jeszcze, że to wcale nie jest koniec opowieści o obcych jako że obcy... hmm... oni istnieją w najlepsze.

Obcych jest jak mrówków tyle że są to obcy z Ziemi po prostu a nie jakieś z dupy wzięte cywilizacje pozaziemskie. Wszystkie, dosłownie wszystkie co do jednej rasy obcych pochodzą bowiem z Ziemi i poznamy je szczegółowo w części drugiej. W części trzeciej natomiast będzie wisienka na torcie, czyli rzetelne relacje ze spotkań z obcymi - te wyłącznie prawdziwe rzecz jasna.

Koniec części pierwszej



X-Men coraz bliżej, naukowcy zmodyfikowali wzrok ochotnika

Często literatura sci-fi przedstawia wizję przyszłości w której rodzaj ludzki osiągnie możliwość poprawiania swoich zdolności poprzez różnego rodzaju ingerencje zewnętrzne. Okazuje się, że jest to osiągalne już obecnie i można wykonać odwracalny upgrade ludzkich oczu pozwalający na to, aby widzieć znacznie lepiej w ciemnościach.

 

Zespół niezależnych naukowców z organizacji Science for the Masses, nazywających siebie biohackerami, opracował metodę polegającą na wstrzyknięciu do gałek ocznych związku chemicznego Chlorin e6 (Ce6). Jest to rodzaj chlorofilu, który jest uzyskiwany z wodorostów i bywa stosowany w leczeniu niektórych form raka.

 

Już kilka lat temu zasugerowano, że wstrzyknięcie Ce6 do oka może zwiększyć zdolność siatkówki do widzenia w ciemnościach. Naukowcu z Science for Masses znaleźli ochotnika, który zdecydował się wypróbować tego udoskonalenia wizji. Do obu oczu wstrzyknięto około 50 mikrolitrów substancji, która zabarwiła białka oczu na czarno. Następnie oczy zasłonięto mu specjalnymi soczewkami kontaktowymi, które odcinały większość promieni słonecznych ochraniając pobudzony do absorpcji większej ilości światła narząd wzroku.

Tester już po godzinie od zabiegu widział w ciemnościach z 10 metrów, a potem stosownie do czasu z 50 metrów i więcej. Według badaczy zdolność do prowadzenia obserwacji nocą zwiększyła się o 100%. Wszystkie przeprowadzone testy wykazały, że ten biologiczny noktowizor jest w pełni funkcjonalny.

 

Następnego dnia po wstrzyknięciu Ce6 mężczyzna był zmuszony do noszenia okularów przeciwsłonecznych. Wszelkie skutki zabiegu ustąpiły po mniej więcej 20 dniach. Nie zaobserwowano dotychczas żadnych skutków ubocznych, ale nie wiadomo czy częste wstrzykiwanie tego preparatu jest bezpieczne.

 

 



Strony