luty 2016

Niewidzialna kosmiczna wojna oraz fizyczne dowody

Politycy, wysoko postawieni duchowni, naukowcy oraz większość  normalnych ludzi ciągle jeszcze wstydzą się mówić o istotach określanych mianem Ufonautów. Zainteresowani tym zjawiskiem wiedzą, że jest to temat ‘wstydliwy’. Badacze tego fenomenu nadal są wyśmiewani lub kpi się z nich jako szaleńców.

 

Sprawa istot z tzw. spodków jest dzięki sieci web coraz bardziej nagłaśniana, jednak oficjalnie nadal panuje w tej kwestii „cisza”. Specjaliści oceniają, że brak publicznego i powszechnego przyznania się państw do kontaktu z nierozpoznanym gatunkiem bytów UFO jest głównie winą rządu USA. 

Kilka państw potwierdziło posiadania akt w tej sprawie, co można uznać za pewien dowód na faktyczne  występowania tego zjawiska.  Inną kwestią pozostaje pytanie czym jest ten fenomen, lub kim są ‘załoganci’, jeśli takowi istnieją rzeczywiście w formie materialnej i humanoidalnej ? (W tej istotnej kewstii pisałem ostatnio w artykule pt.: "Strzeż się i pilnuj swojej duszy"). Sprawa jest o tyle tajemnicza i sensacyjna, ponieważ z jakiegoś mało sprecyzowanego powodu nie można lub nie należy mówić o tych zjawiskach (kosmiczna poprawność exo-polityczna ? albo tylko w odpowiednim tonie tzw. "dobrych kosmitów".)

Możliwe są różne scenariusze oraz powody dla których tak się dzieje. Wydawać się może, że ktoś spoza Ziemi, lub tego wymiaru nie pozwala na ujawnienie prawdy o samym sobie, stara się pozostać w ukryciu, dodatkowo istnieje teoria, iż rząd USA jest w jakimś stopniu zaangażowany w pozyskiwanie informacji od istot UFO, jest z nimi jakoś związany (cyrografem ?).  W związku z tymi zagadnieniami nadarza się okazja aby zapoznać się bliżej z twórczością chrześcijańskiego ufologia L.A Marzulliego.  Na znanym kanale  YouTube "UFO TV" można obejrzeć nieodpłatnie dwie ważne i chyba najlepsze części cyklu "Watchers", odcinek 6 i 7. 

W odcinku szóstym mamy dochodzenie na temat starożytnej UFO ingerencji  w ludzką informację DNA, z której powstały istoty wielko czaszkowe Paracas, potwierdzają to co najmniej trzy różne i niezależne od siebie badania genetyków, natomiast w części siódmej jest mowa o UFO implantach, gdzie pokazane zostały te tajemnicze 'mikro urządzenia' w dużym powiększeniu mikroskopów elektronowych. Zapraszam do zapoznania się z tymi wyjątkowo ciekawymi produkcjami. W ocenie twórców zawarte w nich dane potwierdzają wiele z tego o czym opowiada Biblia. Nie bez podstaw twierdzą, że Pismo Święte jest wiarygodną kopalnią wiedzy o starożytności, jak i o tym co się dzieje z nami obecnie

 

 



Kolejny naukowiec sugeruje, że nasz świat może być tylko wirtualną symulacją

Ludzkość tak bardzo zagoniła się w rozwoju technologii, że nie jest w stanie zauważać pewnych rzeczy. Obserwujemy świat i uczestniczymy w jego tworzeniu bardzo często bez świadomości możliwości wpływania na to, co nas spotyka. Fizycy szukali niegdyś potwierdzenia istnienia pola Higgsa pełnego bozonów cechujących zwanych boską cząsteczką, ale informacje o takich poszukiwaniach traktujemy w oderwaniu od naszego małego wąskiego świata.

 

 

Znany astrofizyk i laureat nagrody Nobla George Smoot, zaprezentował ostatnio kilka przekonujących argumentów na to, że ludzkość może żyć wewnątrz komputerowej symulacji. Jak twierdzi jest to możliwe choćby ze względu na rozwój gier komputerowych, które teoretycznie stanowią zalążek wirtualnej rzeczywistości.

 

Jak powiedział:

Czy ludzie wyprodukują realistyczne symulacje ? Odpowiedź brzmi TAK. Wyraźnie widać, że dokonuje się w tej kwestii znaczący postęp. Wystarczy spojrzeć na pierwszego Ponga i gry tworzone dzisiaj. Nie minie wiele czasu gdy już około 2045 roku (zdaniem niektórych ekspertów) będziemy mogli przenosić całe umysły na komputery.

 

 

Zgodnie z teorią naukowca biorąc pod uwagę to że już teraz dzięki użyciu rezonansu magnetycznego możemy mapować konkretne neurony w mózgu to wykorzystanie tej technologii do innych celów nie powinno być problemem. Trudności pojawiają się jednak już po zgraniu umysłu na komputer.

 

Jak określił to Smoot:

Jeśli po prostu wgrasz umysł na komputer i nie dasz mu nic do roboty będzie się po prostu nudził. Umysł chce rozrywki, interakcji z otoczeniem.

 

Rozwiązaniem tego problemu mają być właśnie rzeczywistości wirtualne, które umożliwią kontakt z tysiącami ludzi i będą stanowiły formę stymulacji dla mózgu. Jednakże zdaniem badacza coś takiego mogło mieć już miejsce w przeszłości, a nasz świat jest jedynie warstwą tej ogromnej sieci wirtualnych symulacji. Problem ten staje się o tyle zawiły, że biorąc pod uwagę jak blisko znajdujemy się do rozwinięcia rzeczywistości wirtualnej cała ta historia mogła mieć już miejsce kilkanaście a nawet kilkaset razy.

 

Jednym z doskonałych dowodów potwierdzających tą śmiałą teorię jest tak zwany paradoks obserwatora, czyli założenie, że sama obserwacja eksperymentu fizycznego wpływa na jego przebieg. To może świadczyć o tym, że rzeczywistość jest iluzją, która jest tworzona w momencie naszej interakcji z poszczególnymi jej elementami. Hipotezę tą można powiązać z teorią strun bozonowych.

 

Upraszczając można to opisać tak, że każdy z nas wchodząc w interakcje ze światem wpływa na niego na poziomie kwantowym. Aby przybliżyć jak działa ten mechanizm można posłużyć się słynnym eksperymentem myślowym, tak zwanym kotem Schroedingera. Zwierzę to znajduje się w zamkniętej szczelnie i niewidocznej dla obserwatora klatce. Jest tam też urządzenie z trucizną uwalnianą zdarzeniem probabilistycznym, czyli rozpadem połowicznym izotopu. Do momentu, gdy otworzymy to pudełko kot będzie w superpozycji kwantowej, czyli będzie jednocześnie żywy i martwy. Nasza obserwacja zdeterminuje przyszłość.

 

 

W taki sam sposób codziennie otwieramy wiele pudełek z przysłowiowymi kotami Schroedingera. Tak tez działa pozytywna werbalizacja i wizualizacja. Sekret wpływu na rzeczywistość jest do wyjaśnienia na poziomie kwantowym. Niestety nie wiele osób sobie z tego zdaje sprawę i często przechodzą przez życie nieświadomi tego, że sami sobie generują swój los czy to poprzez negatywne myśli, czy brak pewności siebie. Niektórzy idą dalej i stwierdzają wręcz, że jesteśmy Bogami z amnezją.

 

 



Nieznany stwór zarejestrowany przez kamery w Turcji

W Internecie szybko zyskuje popularność wideo, pokazujące nieznane stworzenie małej postury, które wędruje przez opustoszałe ulice miasta.

 

Zdarzenie, zdaniem autora filmu, miało miejsce w tureckim mieście Diyarbakir. Informacja o istocie została opublikowana 17 lutego br. Do tej pory nikt nie był w stanie dokładnie wyjaśnić, czy mamy do czynienia z karłowatym potworem, czy też z jakimś innym dziwnym zwierzęciem.

 

Tajemnicza postać, posiadająca dwie nogi i tułów, porusza się, wędrując bezcelowo nocą po ulicy. Kilka razy zmienia kierunek i tempo swojego marszu bez wyraźnego powodu. W pewnym momencie stwór po prostu wzbija się w powietrze i kilka sekund później ląduje niemal w tym samym miejscu, w którym zastartował.

 

Niestety, jakość obrazu z CCTV jest zbyt niska, aby lepiej przyjrzeć się istocie i zrozumieć, co to może być.

 

 

 

 



Eliksir Szczęścia

Czy istnieje cudowny lek na wszystkie choroby? Wspaniałe panaceum dające powszechne zdrowie i szczęście? Oczywiście, że istnieje i leczy jak ręką odjął większość znanych chorób. Niemal wszystkie, gdyż niestety ale radzi sobie "tylko" z chorobami naturalnymi. Nie jest sobie w stanie poradzić ze schorzeniami wywoływanymi celowo i sztucznie. I dlatego właśnie, że jest cudownym remedium kompleksowo na wszystkie choroby, już niemal od stu lat robi się wszystko, aby go ukryć przed ludzkością.

 

W 1922 roku naukowcy odkryli ten eliksir pochodzenia zwierzęcego. Później roślinnego. W obydwu przypadkach uzyskiwano go naświetleniami zwierząt lub roślin promieniami UV.

W latach 20-tych XX wieku zaczęto na masową skalę zwiększać zawartość tego eliksiru w żywności. Opatentowano nawet technikę przemysłowego napromieniowywania ale jeszcze w czasie II wojny światowej patent ten został szybko unieważniony a oparty na nim przemysł po cichu wycofany. Eliksir powstaje kiedy promieniami UV naświetla się żywe organizmy ale jego efektywność w przypadku roślin wynosi zaledwie 1/4 tego co w przypadku zwierząt.

Jak działa?

Eliksir dostarcza kluczowych informacji DNA do każdej komórki ciała poprzez nakazanie jej coś zrobić lub nie robić. Jest zupełnie jak system operacyjny czuwający nad programem całego organizmu. Eliksir kontroluje w pełni ponad 1000 genów włączając je lub wyłączając niczym tranzystory w elektronice.

Eliksir więc tak naprawdę nie jest czymś czarodziejskim tylko bardzo silnym hormonem regulującym podstawowe funkcje organizmu i bardzo błędnie nazwano go, nie hormonem ale... o tym za chwilę.

Hormon szczęścia odkryto obserwując hodowane w zamknięciu zwierzęta. I co ciekawe okazuje się, że psy mając dokładnie te same warunki od matki natury chorowały a tymczasem koty nie.

Błędna klasyfikacja eliksiru, jaka nastąpiła nieco później, ma oczywiście swoje powody. Bardzo ważne rzecz jasna. Farmaceutyczna mafia robiąc z tego daru natury "produkt medyczny" objęła swym nędznym patronatem pełną kontrolę nad jego dystrybucją. Ich skąpstwo wpędziło miliony ludzi w długi na polu zdrowotności - identyczne jak w systemie lichwiarsko bankowym. Ludzkość od tego momentu cierpi na permanentny niedobór hormonu szczęścia, który zaczęto nie tylko wycofywać z rynku ale przemieniać w diabła z piekła rodem, opowiadając propagandowe demoniczne brednie o jego szkodliwości, nadużyciu i rzekomej toksyczności. Drastycznie i niehumanitarnie zmniejszono "zalecane dawki" do poziomu absurdalnie niskiego, co przekłada się na obecną epidemię dręczących ludzkość chorób. Identycznie zresztą jak wycofanie z obrotu gotówki wpędziło całe narody w niedobory... pieniądza. Mafia bankowa wywołała w ten sposób epidemię nędzy a mafia farmaceutyczna epidemię chorób. Metoda jest ciągle jedna.

Co się działo jednak w tym kluczowym momencie historii - tuż po odkryciu eliksiru ale przed tym zanim mafia objęła kontrolę nad obydwoma dziedzinami życia - na poczatku wieku dwudziestego?

Sto lat temu na całym świecie zapanował nagle rozwój gospodarczy i epidemia... zdrowia. Tuż po odkryciu eliksiru szpitale zaczęły świecić pustkami. Powszechny dostęp do tego cudownego hormonu sprawił, że w niebyt odeszły wszystkie cywilizacyjne choroby. Mafia farmaceutyczna stanęła na krawędzi bankructwa.

Zbrodniarze z wielkiej farmy doskonale wiedzieli o zbawiennym działaniu eliksiru. Jego brak jest po prostu potworny, ponieważ bez niego DNA nie otrzymuje podstawowych informacji a więc się rozregulowuje a ponadto zapas wapnia z organizmu błyskawicznie jest usuwany co jest destrukcyjne dla szkieletu. Dłuższy brak hormonu wywołuje krzywicę, osteoporozę i pochodne problemy zdrowotne z psychicznymi włącznie.

Dlaczego więc psy zamknięte chorowały a koty jednak nie?

Koty bowiem są mądrzejsze. I każdy kto je widział wie, że nawet kiedy są hodowane w zamknięciu, instynktownie szukają ciepła. Wystarczy zaledwie kilka promyków Słońca wpadających na przykład przez szparę w oknie - i natychmiast możemy znaleźć tam kota, który w tym nasłonecznionym miejscu strategicznie się zainstalował. W poszukiwaniu Słoneczka kociambry zdolne są wręcz do kaskaderskich wyczynów tylko po to, aby swoje futerko wystawić na zbawienne działanie promieni słonecznych. Psy natomiast są na to zbyt głupie.

Trzeba w tym momencie powiedzieć jak działa eliksir i dlaczego mądre koty to wszystko robią.

Otóż promienie Słońca padając na skórę organizmów na przykład człowieka produkują ten hormon w olbrzymich ilościach. Robią to promienie z zakresu UV. To światło UV jest bowiem katalizatorem powodującym przemianę chemiczną cholesterolu w eliksir szczęścia.

Mafia medyczna, a zwłaszcza jej najgorsza część czyli nazistowski bayer lub inaczej mówiąc niemiecka ojczyzna ludobójców w kitlach, ta sama która dała światu zasłużonego dla depopulacji doktora Mengele, przy pomocy swojej prymitywnej propagandy zrobiła i z promieni UV i z cholesterolu... kolejne diabły wcielone demonizując ich obecność. Ile by nie było tych dwóch czynników potrzebnych do produkcji szczęścia - mafia zawsze i tak kracze, że jest ich za dużo. Cały czas propaganda pompuje ludzkości kłamliwe pseudonaukowe teorie jakoby promienie UV i cholesterol były szkodliwe dla zdrowia. Ludobójcy robią to z pełną świadomością, że jest dokładnie na odwrót. Ludziom uwielbiającym instynktownie Słońce i plażę wciska się pełne rakotwórczej i ropopochodnej chemii w postaci "kremów do opalania" co sprawia, że ta część ludzkości odporna na doświadczenia przodków i ich wiedzę rzeczywiście jest opalona... chemicznie. Zupełnie jak prosiak opalony gazowym palnikiem albo przy pomocy wapna. Wśród głupich są jeszcze głupsi - ci "chronią" swoje oczy okularami przeciwsłonecznymi - co jest destrukcyjne dla ich mózgów, które nawet odpornymi na krem oczodołami nie otrzymują zbawiennego promieniowania UV - ci "mądrzy" odcięci są od zdrowia całkowicie.

Wracając jednakże do mądrych kociambrów, które nigdy nie noszą okularów przeciwsłonecznych, rodzi się pytanie jak też one otrzymują eliksir w sytuacji, kiedy nie mają nawet skrawka skóry wystawionego na Słońce? Rozwiązanie tej zagadki wygląda tak, że u futrzaków eliksir produkowany jest w tej sytuacji bezpośrednio w ich futerku. I taki koteczek kiedy już się wyleży w słoneczku i nagromadzi tego eliksiru w swoim futerku, co robi?

Otóż jak wszyscy doskonale wiemy, siada on sobie z wdziękiem na dupie i wylizuje sobie calutkie futro spożywając eliksir bezpośrednio z sierści. Tak właśnie koty dostarczają do swojego organizmu olbrzymie zapasy... zdrowia. Koty nie chorują po prostu. Z psami natomiast jest zupełnie inna sprawa. Są obciążone dziedzicznie jako dziwne kundle z siódmej wody po kisielu po jakichś tam wilkach i w związku z tym, że wilka przypominają jedynie w sytuacji kiedy się starają jak on w lesie wysrać, liżą się jedynie po własnych jajkach. Jaja zawierają oczywiście cholesterol - o czym przecież wie każdy dietetyk - jednakże psie jaja nie wystawione na Słońce są bezwartościowe jeśli chodzi o właściwości odżywcze. Zamiast się uwalić jajami do góry i samemu w zakresie eliksiru wyżywić, u psów wyewoluował żałosny efekt żebractwa. Psiury tak długo będą skamleć za kawałkiem jedzenia aż komuś w końcu zrobi się przykro i wreszcie rzuci mu jakiś ochłap. W świecie zwierząt psy są jak Cyganie po prostu, bo jak już wysępią tę odrobinkę żywności i zawierającego ją eliksiru to natychmiast przerobią ten łup w stertę gówna, która tylko napiętrza problem zamiast go rozwiązać.

Koty nie mają tego typu dylematów i dlatego są po prostu wspaniałe w porównaniu do nędznej rasy która wyewoluowała z jakiegoś chorego wilka.

Wracając do eliksiru, kiedy ludzkość zaczęła masowo przyjmować napromieniowaną światłem UV żywność - wytwarzaną niezwykle tanio ponadto, gdyż na skalę przemysłową - eliksirem wzmacniano dziesiątki i setki produktów spożywczych, w tym nawet takie jak hot dogi lub piwo. Pod koniec lat dwudziestych wszystkie światowe gazety rozpisywały się wręcz o cudzie w postaci Słońca w pigułce. Szpitale zaczęły świecić pustkami po prostu tylko dlatego, bo przeciętny człowiek spożywał wówczas średnio 20 miligramów eliksiru dziennie. Coraz mniej ludzi chorowało a mafia medyczna była na krawędzi kompletnej plajty. W tamtych czasach ci ludobójcy jeszcze nie dysponowali sprzętem do masowych oprysków aby odciąć ludzkość od życiodajnego promieniowania UV jak to robi w czasach obecnych. Opracowano więc inną metodę aby wywołać brak życiodajnego eliksiru. Najpierw rozpoczęto kampanię o rzekomej toksyczności eliksiru, wręcz ordynarnie fałszując "dowodzące" tego badania. Później zmieniono jednostkę pomiarową eliksiru z miligramów na coś o nazwie "jednostka międzynarodowa" no i zaczęła się prawdziwa zabawa.

Słowo "międzynarodowe" jak zawsze brzmi złowieszczo, bo przecież międzynarodowe to od wieków są tylko takie zwyrodniałe zjawiska jak, lichwa, masoneria, korporacje, komunizm, judaizm, nazizm, faszyzm, katolicyzm, islamizm, żydokomunizm i inne tego typu dewiacje włącznie z demokracją. Innymi słowy jeszcze nigdy w dziejach nic co było międzynarodowe nie okazało się być dobre dla ludzkości żyjącej w... narodach, nieprawdaż? Jeszcze nigdy nie okazała się korzystna dla ludzi jakakolwiek międzynarodowa organizacja, religia, system albo idea społeczna. To przecież "międzynarodowe" jest do licha obecne multi kulti, które na naszych oczach właśnie masakruje Zachód, co każdy kto ma oczy może bez trudu dostrzec. Między... narodowa patologia jest korzystna tylko i wyłącznie dla nie posiadającego własnego narodu... międzynarodowego koczownika, który już od ponad stu lat kręci całą tą światową - międzynarodową oczywiście - zorganizowaną przestępczością.

I tak, kiedy tylko eliksir okazał się być hormonem mafia błyskawicznie nadała mu mylną nazwę - witaminę D - jako że litery A, B i C były już "zajęte". Mafia jest specjalistką od nadawania mylących nazw. Na przykład swoje gniazdo z uporem maniaka nazywa Bliski Wschód - kiedy to jest tak naprawdę - Północna Afryka Dzika. Bliski Wschód, dobre sobie. Przecież żadne Słońce tam nie wschodzi. Tam tylko zachodzi ale nie Słońce tylko słonica w ciążę. Tak samo mylnie nadano nazwę eliksirowi - nazywając go nie hormonem (czymś naturalnym) ale witaminą - czyli czymś co się natychmiast kojarzy z produktem farmacji.

Oni byli nawet tak mili, że zaraz po nadaniu mylnej nazwy porobili klasyfikacje tej "witaminy" - witamina D2 - "roślinna" oraz witamina D3 - "zwierzęca".

Następnie zmieniono sposób odmierzania jej wymyślając w tym celu jakieś egzotyczne "jednostki międzynarodowe", jako wyznacznik ilości tego hormonu w pigułce.

Potem te "jednostki międzynarodowe" mafia medyczna natychmiast przeliczyła tak, aby w porównaniu z dotychczasowymi wyglądały groźnie.

I tak zupełnie nieszkodliwe 20 miligramów (dawki dziennej) nagle z dnia na dzień stało się 1 milionem "jednostek międzynarodowych". To po to oczywiście, aby przerazić konsumentów faktem jak łatwo jest ten "lek"... przedawkować. Następnie, aby lemingi uratować od przedawkowania zaraz po tym zmniejszono im absurdalnie ilość dawki "bezpiecznej" do jakichś 20 tysięcy "jednostek międzynarodowych". To na początek, bo potem jeszcze bardziej przykręcono lemingom śrubę zmniejszając ją coraz bardziej. I to właśnie sprawiło po prostu zaawansowane niedobory eliksiru szczęścia w naszych organizmach. Obecnie wręcz naucza się nieświadomych tego przekrętu przyszłych lekarzy takich bzdur jak ta, że dawki dzienne powyżej 400 "jednostek międzynarodowych" mogą być toksyczne!

Zobaczmy zresztą na własne oczy co też oni dziś nazywają "forte", czyli "silne". Klikamy sobie linka i oto widzimy:

https://www.doz.pl/apteka/p64962-D-Vitum_forte_2000_j.m.kapsulki_witamina_D_dla_doroslych_36_szt.

Ojojoj, wynika że jesteśmy uratowani, bo nawet jeśli to prawdziwa witamina D a nie odpad petrochemiczny lub fragment wyłowionego przy Fukishimie radioaktywnego dorsza, no to i tak trzeba by zjeść na raz zaledwie 14 pudełek tego "silnego", aby dostarczyć organizmowi normalne przedwojenne minimum hormonu szczęścia gwarantującego zdrowie. Cena też jest przystępna bo średnia krajowa pensja spokojnie wystarczy dla całej rodziny akurat na miesiąc. Na czynsz oraz jedzenie innych witamin jak się jest zdrowym to zawsze można dorobić w Niemczech najmując się w charakterze kombajna do ogórków.

I tak właśnie międzynarodowa mafia farmaceutyczna robi lemingi w jajco z tymi "międzynarodowymi jednostkami". Dopiero 14 słoików zawiera to, co powinna jedna kapsułka! Jak ktoś nie wierzy to niech wyciągnie bardzo proszę, do przeliczenia tysięcy "jednostek międzynarodowych", najlepiej swój krajowy kalkulator.

W tym samym jednak czasie co kapsułki "forte", ta sama mafia farmaceutyczna "opracowała", "wynalazła" i "stworzyła" niesłychanie drogie "cudowne leki" między innymi do leczenia raka i innych ciężkich chorób. Te "cudowne leki" jednak to były nic innego tylko kapsułki zawierające tak naprawdę pół miliona międzynarodowych jednostek witaminy D.

Jednocześnie ta sama mafia wmawia uporczywie, że dawki ponad 400 j.m. są toksyczne więc sprzedaje te śmieszne bo homeopatyczne kapsułki jako "forte". Po prostu masakra.

Nie wierzycie, że te "międzynarodowe jednostki" to czyste brednie?

Koronnym dowodem na ewidentną mylność tych farmaceutycznych głupot odmierzanych oczywiście z aptekarską dokładnością jest oczywisty fakt, że opalając się na Słońcu ciało człowieka wytwarza bez najmniejszej szkody dla niego 40 tysięcy tych "międzynarodowych jednostek" na godzinę, co obnaża cały ten przekręt z demonizacją i rzekomą toksycznością najpotrzebniejszej do życia "witaminy".

Co zatem robić?

No cóż... nawet zjedzenie całego pudła tego wyrobu nic nie da, bo raz że zaszkodzi a dwa nie pomoże - to tylko produkt witamino podobny. Drogi i zupełnie nieskuteczny.

Co zatem tak naprawdę w tej sytuacji robić?

To proste. Zamiast wywalać wypłatę na zamienniki chemiczne to pierwsze, unikać tak zwanej witaminy D rzekomo z wątroby dorsza produkowanej przez ludobójcze koncerny. Jak wszystkie inne witaminy korporacyjne, ta także nigdy nawet nie była w pobliżu jakiegoś dorsza. W rzeczywistości dosłownie wszystkie witaminy z apteki są produkowane z ropy naftowej. Nie mają przecież pieczątki rabina o ich koszerności, nieprawdaż? Prawdaż - tak samo zresztą jak wszystkie szczepionki.

No właśnie.

Po drugie zatem, witaminkę D uzyskujemy wyłącznie ze źródeł naturalnych po śmiesznych rzecz jasna kosztach. Latem jest to oczywiście unikanie za wszelką cenę jakichś podejrzanych rakotwórczych kremików przeciwko UV, okularków przeciwsłonecznych oraz innych dupereli od życzliwych koncernów farmaceutycznych i jak najwięcej czasu na plaży - to bardzo proste.

Zimą natomiast należy ładować w siebie jak najwięcej wątróbki i smalcu. Jest to stary i sprawdzony już od wieków sposób na zrobienie zapasu prawdziwej witaminy D w organizmie. Pamiętajmy o zbawiennym działaniu smalcu, obserwując kraje Zachodnie już od dziesiątek lat pozbawione tego produktu. Ameroafrykanie, którym już dawno wycofano z rynku smalec, zastępując go chemicznym tłuszczem wyciśniętym z chwastów jakichś, są wręcz doskonałym obiektem doświadczalnym na polu sztucznie wywoływanych chorób. Te wszystkie amerykańskie hipopotamy chorują na wszystko w przeciwieństwie do swoich własnych dziadków, którzy jedząc smalec nie chorowali dosłownie na nic. Oni obecnie chorują tylko dlatego, ponieważ międzynarodowa lichwa zabrała im ze sklepów stary dobry smalec kładąc w jego miejsce chemiczną nutellę w pięciokilowych słoikobeczkach.

Jeśli natomiast gdzieś nie ma dostępu do smalcu, zawsze możemy wziąć dobry przykład chociażby z muzułmanów. Istnieje bowiem śmiała hipoteza, że ze względów obyczajowych muzułmanie nie spożywają świń, gdyż ze wszystkich rzeczy na świecie naj-allah-akbardziej obawiają się podejrzeń o kanibalizm. Nie jedzą świń, bo jak głosi teoria oni nie od małp ale bezpośrednio ze świń wyewoluowali, zachowując świńskie nawyki, tradycję, kulturę i obyczaje. Jednakże chociaż cierpią na świniowstręt to na brak witaminki D muzułmanie nie narzekają.

Dlaczego?

To bardzo proste - posiadają oprócz oczywiście Słoneczka - zupełnie inne źródła tej witaminy.

I pod tym względem śmiało możemy wziąć z nich przykład i doładować się tą witaminą spożywając po prostu daktyle. Daktyloskopia jest tu wskazana, bo raz że można zrobić porządną kartotekę tych dzikich bandytów a dwa, podobnie jak jabłka daktyle są prawdziwą bombą witaminową z tym że w nich w odróżnieniu od jabłuszek jest olbrzymia ilość zmagazynowanej ze Słońca naszej cudownej witaminy D - hormonu szczęścia po prostu. Są tam setki tysięcy "międzynarodowych jednostek"! I bez paniki, nawet jak się zażyje dawkę "śmiertelną dla konia" to się można co najwyżej pochorować i zdrowo wypróżnić a zaraz potem powrócić do równowagi. Mówimy przecież o witaminie D2 - "roślinnej", która jest zaledwie ćwierć razy tak mocna jak "zwierzęca". "Zwierzęca" natomiast też jest przecież nie do przedawkowania, jako że swobodnie można i 20 godzin dziennie latać na golasa po nasłonecznionej Afryce i co...? I... czuć się świetnie z milion razy większą dawką witaminy D niż to twierdzą mafijni rzeźnicy od "jednostek międzynarodowych".

Kończąc natchnione żubrem orędzie powiem tak: zapomnijcie o tak zwanym "tranie z wątroby dorsza he he... atlantyckiego" bo jeszcze nikt nie wyzdrowiał po spożyciu produktów niemieckich fabryk chemicznych doktora Mengele - położonych troszeczkę dalej niż daleko od Atlantyku - w zagłębiu Ruhry. Zamiast tego typu aktów rozpaczliwej desperacji, po prostu wspierajcie polskich biednych rolników, kupując bezpośrednio u nich domowej roboty smalczyk, pochodzący z wolnowybiegowej świni. Tylko bowiem świnka biegająca na wolnym biegu po podwórku jest wystawiona na Słońce i magazynuje tę witaminę tuż pod swoim błotnikiem. Nie ma jej w świnkach szklarniowych i nie ma jej oczywiście w podziemnych fabrykach złowieszczego doktora Mengele, gdzie rafinuje się ropę naftową, robiąc z niej smar do łożysk, olej silnikowy, paliwo na stację paliw i witaminy farmaceutyczne, a z odpadów końcowych tworzy jakieś budynie doktora Oetkera i margarynę doktor Schulz, która jak doskonale wiadomo napędza niemiecką gospodarkę opartą tylko o volkswagen i panzerkampfwagen lub messerschmitt czyli BMW. Trzeba za wszelką cenę wystrzegać się tak zwanej witaminy D z apteki, albowiem produkt mafii farmaceutycznej jedynie naśladuje witaminę D - ale nią nie jest - i w związku z tym powoduje mnóstwo efektów ubocznych. Ciała zmarłych od tego ofiar nie chcą się palić nawet w piecach Junkersa. Ludobójcy nie mogą opatentować prawdziwej witaminy D lub Słońca więc ograniczają je wciskając liche i drogie zamienniki. To po prostu zorganizowana międzynarodowa przestępczość.

Zagryzając zdrowego jak dwa rydze kromala ze smalcem, przy okazji można również pobawić się w naukowców obserwując dla zabicia czasu oraz czystej rozrywki, bardzo poważny i zrobiony z prawdziwym rozmachem naukowy mega eksperyment na Niemcu, który tuż, tuż po wycofaniu z jego aptek jodyny, wody utlenionej i witaminy D, intensywnie się degeneruje w przyśpieszonym ekstremalnie tempie. Taki przeciętny doświadczalny Niemiec energicznie tyje i to w całym okresie tuczu, durnieje, choruje na wszystko i staje się opuchniętym mutantem, o którego okropnej brzydocie już krążą zabawne legendy po szerokim świecie. Kiedy na koniec eksperymentu wszczepią Niemcowi gruźlicę, hiv, ebolę i autyzm nastąpi powszechny wykup Niemców - stworzonych laboratoryjnie stworzeń przeznaczonych do ciężkiej pracy na gospodarstwie rolnym. Każdy gospodarz w Polsce będzie mógł sobie w końcu pozwolić na jednego lub dwóch DDR-owców - Dobrych Niemieckich Robotników. Bez niskooprocentowanego kredytu w dojczebanku nabędzie za równowartość giełdowej baryłki smalcu, kilku posłusznych, pracowitych, niedorozwiniętych i skłonnych do spania w chlewiku bawarskich bambrów, których będzie mógł następnie sparzyć z dobrą niemiecką lochą, aby wydać na świat jeszcze bardziej pracowite i upośledzone potomstwo. To nie jest żart ale u Niemca można już dziś kupić wyłącznie bardzo małe dawki witamin - nie dające kompletnie nic wyniszczonemu awitaminozą organizmowi - ponadto tylko na receptę i wyłącznie po pomyślnym i drobiazgowym przesłuchaniu w aptece dokonanym przez bardzo podejrzliwego farmaceutę, który uczył się przesłuchań na uniwersytecie gestapo. Dostęp do morza i plażowego wypoczynku Niemiec już ma od bardzo dawna mocno ograniczony przy pomocy ultrawysokich "opłat klimatycznych", które sprawiają, że taniej mu pojechać na urlaub do Hiszpanii niż nad swoje "własne" wybrzeże. Niemiec jest trzymany w ścisłej hodowli oraz pełnej izolacji przez żelazną pięść międzynarodowej mafii farmaceutycznej, usiłującej ze wszystkich sił zamienić go w biologiczny półprodukt - przeznaczonego na ubój niewolnika o zminimalizowanych tylko do kopulacji na sianie potrzebach fizjologicznych. To fascynujące obserwować ten proces... jak przebiega on szybko

Za to co Niemiec wcześniej oraz obecnie już zrobił nam w swoich fabrykach chemicznych zasłużył po tysiąckroć na to, aby zabrała się za niego w końcu stara, dobra i niemiłosierna... pani Karma. Wszystko czego potrzeba to tylko szczerze mu tego... zażyczyć. Masowo i szczerze należy to sobie wyobrazić a słowo stanie się ciałem, czyli zobrazowanym powszechnie życzeniem podobnym do pamiętnego niedawnego, aby wreszcie oderwać od koryta agenturę wypasanej na Słońcu, bogatej w witaminę D i nasze pieniądze, śródlądowej Makreli Północnoatlantyckiej.

Brak witaminy D wiąże się z każdą chorobą znaną człowiekowi, która nie jest wynikiem starzenia się lub wady genetycznej.

Uważna obserwacja Niemców dostarcza naukowych dowodów na to, że duże dawki eliksiru szczęścia leczą między innymi autyzm, astmę, cukrzycę, rany, 17 nowotworów, wrzody, reumatyzm, nadciśnienie, schizofrenię, alergie, gruźlicę, Parkinsona, łupież, łuszczycę, migreny a nawet ubytki w zębach. Ba, Niemcy to nawet z faszyzmu już są dawno wyleczeni i całym sercem pokochali wzbogacające ich kulturę milionowe międzynarodowe jednostki. Jeszcze tylko co prawda samice w Niemczech odrobinkę za słabo są międzykulturowe ale po kolejnej wiosennej serii witaminowych oprysków - to również powinno się na lepsze pod tym względem wkrótce zmienić.

 

 

 



Archeolodzy odkryli odciski palców sprzed 3 tysięcy lat

Starożytny Egipt nadal ujawniają swoje sekrety. Naukowcy odkryli odciski, których wiek szacuje się na 3 tys. lat. Pozostawiono je w grobie, który należał do jednego z kapłanów, pisze portal Naked Science.

 

Odciski pięciu palców, naukowcy odkryli w grobowcu, który można podziwiać, odwiedzając Muzeum Fitzwilliam w Cambridge University. Być może należały do rzemieślnika, który dotykał wewnętrznej powierzchni pokrywy sarkofagu, a stało się to przed wyschnięciem lakieru.

„Przypadkowe dotknięcie przybliża nas do ludzi z tamtych czasów" - mówi rzecznik Muzeum Fitzwilliam.

Ślad badano przy wykorzystaniu promieni rentgenowskich i tomografii komputerowej. Należy pamiętać, że sama trumna, stanowiąca część bogatej kolekcji, jest bardzo dobrze zachowana. Skrywa ona prawdopodobnie ciało kapłana Nesavershefita, który zmarł około 1000 r. p. n. e.

Przypomnijmy, niedawno naukowcom udało się ustalić wiek doskonale zachowanej starożytnej egipskiej szaty. Okazało się, że powstała ona w okresie od około 5,1 do 5,5 tys. lat temu i jest tym samym najstarszym ubraniem spośród wszystkich znanych na świecie.

 

 



Tajemnicza Arka Gabriela coraz bardziej interesuje sobą internautów

Ostatnimi czasy w internecie, coraz więcej słyszy się o dziwnym artefakcie nazywanym Arką Gabriela. Internauci odnoszą się do niej tylko jako do „Instrukcji anioła Gabriela dla Mahometa” co jedynie bardziej utrudnia zrozumienie czym ona właściwie jest. Jakby tego było mało, to w toku szaleństwa teorii spiskowych są ludzie, którzy połączyli jej istnienie z: masowymi zgonami w Arabii Saudyjskiej, operacjami rosyjskiej marynarki na Bliskim Wschodzie, tajnymi bazami na Antarktydzie oraz przywódcą kościoła prawosławnego w Rosji.

 

Naturalnie nie ma żadnych potwierdzonych dowodów na istnienie Arki Gabriela, która oczywiście jest czymś zupełnie innym niż staro-testamentalna Arka Przymierza. Istnieje za to szereg plotek na jej temat, z czego najbardziej „poważaną” zdaje się ta, że archanioł Gabriel, który zwiastował Maryi narodziny Jezusa i podyktował Mahometowi treść Koranu podarował temu drugiemu rzeczoną Arkę z poleceniem aby ten pogrzebał ją w miejscu kultu, gdzie później mogłaby zostać wyciągnięta w przypadku nadejścia końca świata.

Zdaniem wielu ów miejscem kultu miał być Wielki Meczet w Mekce, w którym miliony pielgrzymów zbierają się rok do roku. Budowla ta miała być rozbudowana w listopadzie 2015 roku kiedy to doszło do upadku żurawia, który zabił blisko 107 osób. Jedna z plotek na temat tego zdarzenia głosi, że budowlańcy natrafili właśnie na tajemniczą Arkę Gabriela, która jakimś sposobem wywołała upadek żurawia. Nie dalej jak dwa tygodnie później blisko 700 pielgrzymów zostało zadeptanych na śmierć co również miało być rezultatem działania Arki.

 

Niedługo potem bo już w grudniu 2015 roku w saudyjskich portach nieopodal miasta Dżudda dostrzeżono obecność rosyjskiego statku badawczego Admirał Władimirskij, który to miał rzekomo przetransportować tajemniczą Arkę na Antarktydę. Oficjalnie statek rzeczywiście przybił tam do portu lecz jedynie po zapasy i sprzęt potrzebny do dalszej pracy.

Admirał Władimirskij

Już w styczniu tego roku doszło do spotkania papieża Franciszka z patriarchą Moskwy Cyrylem. Obaj przedstawiciele swoich kościołów spotkali się po raz pierwszy od 1000 lat i zdaniem niektórych ich rozmowy nie były wynikiem chęci pojednania. Zgodnie z obowiązującą teorią podczas części ich spotkania, która była objęta tajemnicą papież Franciszek obdarował patriarchę Cyryla średniowiecznym manuskryptem mówiącym na temat Arki Gabriela.

Jak gdyby tylko po to by uwiarygodnić te doniesienia tuż po rozmowie z papieżem Franciszkiem patriarcha Moskwy udał się na wyprawę na... Antarktydę, gdzie odprawiać miał msze. Rzekomo udał się tam razem z tajemniczym manuskryptem mającym umożliwić zapanowanie nad Arką, która następnie została przetransportowana do tajnej bazy Rosjan,  zdecydowanych by ją zbadać w celu uzyskania nowej superbroni.

Powiedzenie, że teoria ta jest dziurawa to spore niedopowiedzenie. Mimo iż perspektywa spiskujących hierarchów kościoła i tajemniczych anielskich artefaktów brzmi interesująco, to zagłębianie się w tego typu teorie nie może doprowadzić do niczego dobrego. Połączenie kilku niepowiązanych ze sobą elementów i stworzenie z nich wiarygodnej teorii to sztuka godna naukowca, ale wymyślanie na poczekaniu bzdurnych teorii nie podpartych żadnymi dowodami to już domena pisarzy science fiction i lepiej by było gdyby tak zostało.

 

 



Jordański Wielki Mur zdumiał historyków - nikt nie wie kto go wybudował i po co

Naukowcy działający w ramach Projektu AAI (Aerial Archaeology in Jordan) ustalili za pomocą zdjęć lotniczych, położenie szczątków rozległego starożytnego muru, który musiał być zbudowany w starożytności na terenach dzisiejszej Jordanii. Nowe badanie spowodowało u archeologów jeszcze więcej pytań. Nie jest do końca jasne, kto stworzył te struktury i w jakim celów.

 

Pierwsze wzmianki o jordańskim wielkim murze , znanym jako Khatt Shebib, pochodzą z 1948 roku i pochodzą od brytyjskiego dyplomaty, który podczas lotu samolotem zauważył przypadkiem tę niezwykłą kamienną strukturę. Podczas ostatnich badań, naukowcy odkryli, że najdłuższa ściana muru rozciąga się od północnego-wschodu na południowy-zachód i wynosi aż 106 km. Licząc po całości z odgałęzieniami będzie to nawet 150 km ruin muru.

 

Według naukowców pierwotnie, mur nie był zbyt wysoki. Sięgał najwyżej do około metra wysokości i pół metra szerokości. W pobliżu Khatt Shebib stwierdzono również obecność około stu wież o średnicy od dwóch do czterech metrów. Niektóre z nich zostały zbudowane już potem gdy powstał mur. Eksperci zastanawiają się jaki cel miało istnienie tych budowli. Padają sugestie, że mogły służyć jako schronienie na noc, albo mogły być używane podczas polowań, jako odpowiedniki naszych myśliwskich ambon.

Obecnie naukowcy są w stanie tylko określić z przybliżeniem wiek budynków i rozległego muru. Sądząc z fragmentów odnajdowanej tam ceramiki, budowle powstały pomiędzy Królestwem Nabataean (III wieku p.n.e. - 106 n.e.) i kalifatem Umajjadów (661-750 n.e). Mała wysokość ściany, jak również niewielka ich grubość pozwoliła naukowcom na sformułowanie teorii, że konstrukcja nie miała znaczenia militarnego tak jak słynny chiński Wielki Mur..

Naukowcy nie wykluczają, że mur mógł być granicą między polami starożytnych rolników zajmujących się uprawą ziemi oraz pasterzy. Według ekspertów więcej szczegółów będzie można podać dopiero po następnym badaniu archeologicznym, które może pozwoli rozwikłać tajemnicę tej wielkiej budowli.

 

 

 



W USA i w Kanadzie ponownie słyszano dziwne głośne dźwięki

Mieszkańcy kanadyjskiej prowincji Quebec mieszkający w pobliżu Dollard des Ormeaux, twierdzą, że 16 lutego bieżącego roku, słyszeli niezwykłe odgłosy dobiegające z nieba. W dwa dni później podobne zjawisko wystąpiło w Forest Grove w amerykańskim stanie Oregon.

 

Wiadomo też, że podobne odgłosy gromów są fenomenem rejestrowanym w Ameryce Północnej już od XIX wieku. Tym razem mowa nie o odgłosach harmonicznych, a o gromach dźwiękowych niewiadomego pochodzenia, które skutecznie uprzykrzają życie mieszkańców dotkniętych fenomenem skupisk ludzkich. Świadkowie zgodnie twierdzą, że bardzo trudne jest zidentyfikowanie źródła tych odgłosów, mimo, że są one bardzo słyszalne.

Mieszkańcy amerykańskiego Forest Grove twierdzą wręcz, że tych zjawisk akustycznych przybywa. Niektórzy nazywają to zjawisko Seneca Guns (Działa Seneca). Nazwa pochodzi od zjawiska przeciągłego grzmotu nieznanego pochodzenia słyszalnego od 1850 roku w okolicach Jeziora Seneca i Jeziora Cayuga w stanie Nowy Jork. Zjawisko to można opisać jako odgłosy przypominające wystrzały z dział artyleryjskich.

Pochodzenie tych głośnych dźwięków pozostaje niejasne. Niektórzy łączą je z aktywnością sejsmiczną, ponieważ podobne dźwięki towarzyszyły w przeszłości trzęsieniom ziemi. Słyszano je między innymi przed dwoma wielkimi zjawiskami tego typu jakim były trzęsienia w New Madrid w 1811-1812 roku oraz w Charleston w 1886 roku. Czyżby głośne odgłosy w Oregonie i w Quebecku oznaczały zapowiedź znaczącej aktywności sejsmicznej w tej części świata?

 

 

 



Niezwykła transmisja radiowa z niewidocznej strony Księżyca, wciąż pozostaje niewyjaśniona

W maju 1969 roku, na dwa miesiące przed tym gdy Neil Armstrong rzekomo postawił stopę na Księżycu, miała miejsce misja Apollo 10, która odbyła lot nad powierzchnią Księżyca. Okazuje się, że po utracie sygnału z Ziemi, gdy załoga przelatywała po niewidocznej stronie Księżyca, została zaskoczona przez dziwną transmisję radiową przypominającą "muzykę".

 

Trzej astronauci podróżujący Apollo 10 niechętnie omawiali potem ten incydent. Zachowały się jednak nagrania zawierające zapis ich wypowiedzi. Intrygujący jest fakt, że transmisja nie może pochodzić ze źródła stworzonego przez człowieka, bo po tamtej stronie Księżyca nasz sygnał radiowy nie docierał. Oznaczało to również, że gdy rozpoczęła się ta dziwna transmisja astronauci nie mogli porozumiewać się z Ziemią.

Al Worden, astronauta z lotu Apollo 15, wyjaśnił, że istnieją specjalne rejestratory które zapisują co się dzieje w czasie bez możliwości dokonania transmisji na Ziemię. Następnie, gdy połączenie jest znowu możliwe centrala robi zrzut zapisanych danych i dzięki temu kontrola lotów w Houston może dowiedzieć się, co się stało w tym czasie. Dzięki temu te zapisy przetrwały po dziś dzień.

Muzyczna transmisja z ciemnej strony Księżyca trwała prawie godzinę i załoga próbowała się potem dowiedzieć czy NASA wie coś o tym co usłyszeli. Wszyscy znajdujący się na pokładzie uznali, że było to coś wyjątkowego.

Gdy potem kapsuła Apollo 10 powróciła na Ziemię, uczestnicy tego lotu postanowili nie mówić o tym zdarzeniu w obawie, że zostaną zakwalifikowani jako osoby mające problemy psychiczne, co skreśliłoby wszystkie przyszłe misje NASA z księżycowymi włącznie.

Kwestia dziwnej transmisji jest niezaprzeczalna, ale naukowcy nadal nie mają pojęcia jakie jest jej pochodzenie. Jedna z możliwych hipotez zakłada, że są to naładowane cząstki oddziałujące z polem magnetycznym, w podobny sposób, w jaki robi to Jowisz i Saturna. Jest oczywiście jeden problem - Księżyc nie ma pola magnetycznego ani atmosfery jakiegokolwiek rodzaju.

 

 



Strażnik muzeum w USA gwałcił mumię, liczącą ponad 2,5 tys. lat

Policja w Stanach Zjednoczonych aresztowała 44-letniego ochroniarza z Smithsonian Museum. Mężczyznę oskarżono o współżycie z mumią egipską.

 

James Monroe pracował jako stróż nocny w muzeum Smithsonian przez ostatnie dziewięć lat i cieszył się dobrą opinią, pisze Snopes. Jednak po swoim rozwodzie z żoną, jego zachowanie zaczęło wzbudzać wątpliwości.

 

Zdaniem kolegów, Monroe od niedawna stał się bardzo przygnębiony i rozdrażniony. W tym samym czasie pracownicy placówki stwierdzili poważne uszkodzenia mumii i postanowili zainstalować ukrytą kamerę w pomieszczeniu, gdzie była ona zdeponowana. Zarejestrowany film zszokował wszystkich. Okazało się, że Monroe uprawiał seks z eksponatem, która liczy ponad dwa i pół tysiąca lat.

Zaraz po obejrzeniu „erotyka” z udziałem Monroe, dyrektor postanowił zwolnić ochroniarza. Ponadto, zboczeńca osadzono w więzieniu, gdzie oczekuje na proces pod zarzutem nieprzyzwoitości i zniszczenia mienia. Monroe trafił również na badania psychiatryczne.