Kwiecień 2016

W sieci pojawiło się nagranie rzekomej katastrofy UFO w Yellowstone

Internauta identyfikujący się nickiem Shawn twierdzi, że nagrał coś co wygląda na skutki katastrofy jakiegoś niezidentyfikowanego obiektu w obrębie superwulkanu Yellowstone.

 

Do zdarzenia miało dojść 18 kwietnia bieżącego roku. Mimo to zdjęcia wspomnianego internauty są jedynym dowodem na to, że do czegokolwiek tam doszło. Nie ma jakichkolwiek oficjalnych informacji na ten temat. Jednak skoro spadło tam coś tajnego, lub po prostu niezidentyfikowanego, embargo informacyjne należałoby traktować jako coś oczywistego.

 

W serwisie YouTube opublikowano nagranie przedstawiające rzekome skutki katastrofy UFO. Widać coś co wygląda jak skutki upadku meteoru. Wielka smuga przecina niebo i rzeczywiście wygląda to tak jakby coś płonęło.

 

Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w obrębie Yellowstone jest wiele formacji , które mogą emitować dym, po chwili obserwacji upewniamy się, że to co widać na nagraniu to skutek upadku jakiegoś obiektu, który pozostawił wyraźny ślad swojego lotu.

 

Czy to nagranie rzeczywiście przedstawia coś niezwykłego, co miało miejsce w obrębie kaldery Yellowstone? Tego nie wiadomo na pewno, ale niewątpliwie jest to interesujące świadectwo zdarzenia, które powinno zainteresować każdego badacza UFO.

 

 



Chodzenie do kościoła ma pozytywny wpływ na zdrowie

Badania przeprowadziła grupa naukowców z Norwegii. Eksperci wykazali, że ludzie, którzy regularnie uczestniczą w nabożeństwach religijnych, mają wysoką odporność i dobre zdrowie.

 

Chodzenie do kościoła ma bardzo korzystny wpływ na zdrowie fizyczne i psychiczne. Norwegowie przeprowadzili swoje badania na grupie 120 tysięcy osób.

 

Testy wykazały, że człowiek, którzy przynajmniej raz w tygodniu spędza czas w kościele na mszy, ma zwykle niższe ciśnienie krwi i mniejszą tendencję do rozwoju chorób sercowo-naczyniowych. Ponadto, analizując krew ludzi, którzy poświęcają czas na posługę kościelną, naukowcy odkryli ich ogólny wyższy poziom wskaźników zdrowotnych, w szczególności większą wytrzymałość i odporność w doniesieniu do ludzi, nie odwiedzających świątyń.

 

„Jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia, że religia zawsze jest wbrew nauce, ale trudno dyskutować z wynikami współczesnych badań, potwierdzonych eksperymentalnie. Może mechanizm wyjaśniający nasze ustalenia leży w sile wiary?" – komentują swoja pracę norwescy uczeni.



Już w przyszłym roku możemy poznać prawdę o sygnale WoW

Historia tajemniczego sygnału "WoW" już od dziesiątek lat zaprząta umysły naukowców i ufologów. Przez bardzo długi czas sygnał ten stanowił najważniejszy dowód potwierdzający istnienie pozaziemskiej cywilizacji. Teraz jednak w dobie gwałtownego rozwoju nauki powstało już co najmniej kilka "racjonalnych wyjaśnień", które w ten czy inny sposób rozwiązują zagadkę dziwnego sygnału. Zdaniem wielu naukowców, już wkrótce będzie nam dane poznać prawdę.

 

Gdy 15 września 1977 roku o godzinie 10:16 Jerry Ehman odebrał tajemniczy sygnał za pomocą radioteleskopu Big Ear, mało kto miał wyobrażenie tego jak bardzo zmieni się nasze postrzeganie kosmosu. Zgodnie z wyliczeniami naukowców sygnał miał pochodzić z konstelacji Strzelca, a w większym przybliżeniu z systemu Chi Sagittarii a jego 72 sekundowa transmisja wywołała burzę, która trwała przez wiele lat.

 

Naturalnie pierwszą teorią co do jego pochodzenia była ingerencja pozaziemskiej cywilizacji, a pojawiającym się w niej sekwencjom znaków przypisywano różnorakie znaczenie. Co jednak najważniejsze został on wysłany na częstotliwości bardzo bliskiej linii wodoru (21 cm) i miał niezwykle wąskie pasmo (poniżej 10 kHz) co definitywnie wyklucza wiele z możliwych źródeł naturalnych fal elektromagnetycznych.

Problem pojawił się jednak wtedy, gdy nikomu nie udało się już powtórzyć podobnej rejestracji. Kompletna cisza jaka nastała doprowadziła do tego, że po 1984 roku większość badaczy wsparła pogląd związany z paradoksem Fermiego.

Oczywiście na przestrzeni lat pojawiało się wiele innych hipotez z czego wartą uwagi jest chociażby ta zaprezentowana przez Antonia Parisa, absolwenta Uniwersytetu w Petersburgu i byłego analityka Amerykańskiego Departamentu Obrony. Twierdzi on, że odpowiedzialnym ze odbiór sygnału jest przelot jednej z dwóch komet, które akurat przelatywały w okolicy systemu Chi Sagittarii. Ich istnienie zostało odkryte dopiero w 2006 i 2008 roku więc niewiedza o ich istnieniu w 1977 roku nie byłaby niczym dziwnym.

W tym wypadku częstotliwość 1420 MHz, w której odebrano sygnał byłaby jak najbardziej zrozumiałym zjawiskiem. Co więcej obie komety ponownie przelecą nieopodal systemu Chi Sagittarii już w 2017 i 2018 roku co oznacza, że jego teorie będzie można zweryfikować w praktyce.

Niestety (dla jego teorii), istniejące radioteleskopy są już zarezerwowane na najbliższe lata więc musi on albo kupić sobie własny albo zbudować nowy od podstaw. Nie wykluczone, że uda mu się znaleźć inne rozwiązanie, szczególnie, że jego kampania crowdfundingowa pozowliła mu już na zebranie 20 000 dolarów. Wtedy po raz pierwszy od ponad 30 lat, tajemnica sygnału WoW może zostać ostatecznie rozwikłana.

 

 



Na Marsie znaleziono szkielet ryby

Kolejny zdjęcia, zrobione przez Curiosity, stały się przedmiotem uwag wirtualnej archeologii.

 

 

 

Zamieszczone 15 marca 2016 na stronie internetowej NASA obraz pn. zol 1311, zdaniem jednego z badaczy, zawiera obraz szczątków ryby. Leżą one wśród marsjańskich skał w miejscu, przypominającym koryto wyschniętej rzeki.

 

W dolnej lewej części obrazu można zobaczyć dziwny przedmiot. Jego kształt jest charakterystyczny dla ciała ryby. Wyraźnie widać tam odróżniającą się głowę, płetwę ogonową i cienkie żebra (ewentualnie może być to też płetwa grzbietowa). Stworzenie swoim wyglądem przypomina flądrę. Na odkrytej płaszczyźnie widać oczodół czaszki.

 

Entuzjaści odkryć marsjańskich już nie pierwszy raz zgłosili odkrycie na Marsie obiektu, przypominające szczątki ryby.

 



Zlot Nad Kukułczym Jajem - część III

W poprzednich odcinkach... Wkrótce po tym jak wesoły aspirant Mirek zawiązał z kłusownikami niegodziwy spisek, do kukułczego jaja zleciały się kukułcze pisklaki... (podkład muzyczny jest oczywiście tutaj):

 

2012

Część III

Ciężkie pranie - Persil i trzy razy płukanie

Tak więc kiedy powróciłem zza granicy i ujrzałem Martusię zainstalowaną w budynku to mi się zrobiło delikatnie mówiąc słabo. Co innego doszczętnie zrujnować parodniową wycieczkę a co innego życie. Na tego typu sprawy jak Martusia pod moim dachem, nawet w najgorszych snach nie wyraziłbym nigdy zgody, gdyż poznałem się na królewnie aż za bardzo. Ewcia od zawsze spełniała każdy jeden jej kaprys, nawet te całkiem absurdalne i dlatego Martusia jest do szpiku kości zepsuta, chciwa i zła. Przebywanie w jednym budynku z tym toksycznym bachorem to po prostu koszmar. Rozmawiamy przecież o budynku, który jest w budowie – takim który właściwie jest i to dosłownie placem budowy.

 

Dlatego też, nawet niezależnie od charakteru „lokatorów”, zamieszkiwanie w nim jest z samej swojej natury surowo zabronione przez wszystkie możliwe akty prawne. O kreatywnej pomysłowości Ewci aby łamać prawo po to tylko, abym ja kiedyś za to odpowiedział oczywiście jeszcze nie miałem pojęcia. Nie pomyślałbym nawet, że ona jest zdolna do czegoś takiego jak zaaranżowane ataki na moje auto po to aby mnie w sprowokować i w finale raz na zawsze unieszkodliwić w psychiatryku. Nigdy nie zakładam z góry że ludzie mogą być perfidni, bo dlaczego miałbym zachowywać się jak paranoik? Podchodziłem więc do tego co się działo na budowie początkowo zwyczajnie, po ludzku, biorąc jej działania za zwykłą nieroztropność. Kaprys Martusi, aby tam zamieszkać można przyrównać jedynie do kaprysu polatania sobie za darmo samolotem. Samolotem, rzecz jasna jeszcze do końca nie zbudowanym.

 

Pomimo tego samo jej pojawienie się na budowie to sytuacja pod każdym innym względem paranormalna, jako że normalne jest przecież to, że pisklęta – nawet kukułcze - po osiągnięciu dojrzałości wyfruwają z gniazda a nie zlatują się do niego. W dodatku z młodymi sępami. Ba, gdyby te pisklęta były przy boku Ewci to nigdy, przenigdy nie pakowałbym się z nią w jakieś budowlane komitywy, jako że nie odczuwam najmniejszej potrzeby robić komuś za przyszywanego tatusia w sytuacji kiedy trudne dziecko już posiada i mamusię i ojca. Nasze plany (oficjalne rzecz jasna, bo te jej tajne nie były ani nasze ani mi wiadome) były diametralnie inne - budujemy po jednym mieszkaniu dla nas, a reszta idzie na wynajem aby sfinansować do końca budowę i mieć przy okazji parę groszy regularnego dochodu. Dochodu, z którego w przyszłości dokonane zostanie uczciwe, końcowe rozliczenie tak, aby w finale wkłady w budowę rozłożyły się idealnie po połowie. Ustalone też było od samego początku, że ja zajmuję się budową a ona koncentruje na swojej pizzerii, aby żadne z nas nie wchodziło drugiemu w drogę.

 

Tymczasem fakty były takie, że wszystko to do ustalone natychmiast wzięło w łeb, gdyż jak królik z kapelusza, nagle na budowie zmaterializował się Szymonek a zaraz po tym jak pajacyki z pudełka wyskoczyła Martusia ze swoim przydupasem i orszakiem. Orszakiem, który w międzyczasie niepokojąco przybrał na ilości. Pojawiła się tam z całym pakietem swoich koleżanek i kolegów. Cóż z tego, że jej aktualny masażysta - ten zainstalowany na budowie - był inny, w znaczeniu jeszcze mniej rozgarnięty od tamtego, którego zabrała na pamiętną wycieczkę, skoro i tak kroczył za nią korowód odmieńców wśród których błyszczała jak już wspomniana świeczka nad szambem. Całymi dniami harowałem samotnie na budowie a po pracy kiedy chciałem sobie odpocząć nie miałem nawet cienia prywatności. Leżę na przykład na wyrku w samych gaciach odpoczywając po ciężkiej pracy z zamiarem wzięcia na przykład kąpieli, a tu nagle otwierają się drzwi i przez pokój zaczynają się korowody, koleżanek, kolegów i przydupasów. Nie można wejść do kibla lub obejrzeć strony w necie, bo ruch panuje jak na polu kampingowym.

 

Na jakąkolwiek pomoc oczywiście liczyć nie można było z ich strony – kukułcza szlachta nie pracuje. Królewna Martusia nawet po sobie samej nie raczyła nigdy posprzątać a chlew robiła nieprzeciętny. Tak więc nieustannie prowadziłem jałowe dysputy z Ewcią, że takie życie to nie życie lecz kompletnie pozbawiony sensu horror. Nie po to przecież wyniosłem się ze swojego bloku, żeby pół obcego zwaliło się do mnie na niekończące się imprezy. Ten najnowszy przydupas Martusi był co prawda takim zwykłym głupszym od niej idiotą ale tupet miał o dziwo jeszcze większy od niej. I chyba dlatego właśnie został starannie wyselekcjonowany na jej docelowego pazia. Jak tylko się bezczelnie zainstalował na budowie został natychmiast wyeksmitowany i później w zasadzie tylko nocami przemykał się do swojej królewny. W sumie nie jestem do ludzi uprzedzony. Nawet do mających dwie lewe ręce ale tego oślizgłego typka znienawidziłem od pierwszego wejrzenia i wcale nie dlatego że wygląda jak blond prosiak, tylko ze względu na jego obmierzły do granic groteski charakter. Kiedy pod moją nieobecność do swojego kompa podpiął na moim biurku moją mysz i moją klawiaturę uznał że to jest już jego biurko, jego klawiatura oraz mysza. Ot tak po prostu objął to sobie w posiadanie.

 

Kiedy więc powróciłem i usłyszałem z pierwszej ręki tego typu rewelacje, zrobił wypad raczej dość nagły, bo nienawidzę bezczelności w tak prostackim wydaniu. Prosiak wabi się co prawda Ariel ale nazwałem go Persil, aby mu dokuczyć, albowiem to niezwykle dokuczliwy pasożyt. Dużo bardziej niż przeciętna wesz. Dosłownie wszystko co ten typek robił, powodowało u mnie mdłości, gdyż było z samego założenia ułomne i niezależnie od tego za co by się nie wziął natychmiast obracało się to w gówno. Ewentualnie katastrofę. W całym swoim życiu jeszcze nie spotkałem większego niż Persil nieudacznika. Drgały mi powieki od samego patrzenia na niego. Jak tylko dorwał się do barłogu Martusi robić tam za królewski wibrator, zdemolował tam w lokalu usługowym podgrzewacz wody. Jak on tego dokonał pod umywalką, gdzie jest niemożliwy dostęp nawet dla idiotów – tego nawet nie mogę sobie wyobrazić. Udało mu się jakoś ten podgrzewacz połamać i pozbawić budynek ciepłej wody. Ewcia co prawda pokryła szkody i kupiła nowy podgrzewacz ale co z tego, skoro typ zaczął przynosić kolejne straty tyle że coraz większe. Rozmowy oczywiście nic kompletnie nie dawały. Ewcia z uporem maniaka jakoś nie mogła zrozumieć tej oczywistości, że prąd budowlany jest dwa razy droższy od normalnej taryfy i w związku z tym kompletnie nie ma sensu mieszkać w tyle osób w czasie budowy, ponieważ to nie tylko jest nielegalne ale również generuje kosmiczne koszty.

 

Całkowicie zbędne, rzecz jasna. Dla porównania: kiedy nikt tam nie przebywał i prąd był zużywany tylko na betoniarki, wiertarki oraz inne maszyny budowlane, miesięczne rachunki wynosiły około 70 złotych. Kiedy jednak zwaliła się tam Martusia z Persilem oraz orszakiem i ci wszyscy ludzie zaczęli się tam kąpać i ogrzewać przy pomocy energii elektrycznej to rachunki tylko za sam prąd skoczyły na poziom tysiąca złotych. Oni oczywiście nie płacili więc się kąpali kilka razy dziennie a potem otwierali okna zimą, bo im za gorąco było od grzejników elektrycznych. Gdyby to nie była taryfa budowlana koszty spadłyby o co najmniej połowę. Gdyby wszyscy się zrzucali na te rachunki koszty również byłyby adekwatnie mniejsze. Ewcia jednak jakoś tego nie mogła zrozumieć, że pieniądze są po prostu marnowane i to wcale nie na cele budowlane. Kasa wydana na życie Martusi oraz nigdy niekończące się mycie jej spoconego przydupasa, była dokładnie tą samą kasą, której ciągle brakowało na dokończenie budowy. Za kwotę na przykład zużytą przez Persila do podgrzewania wody już ze dwa razy można było zakupić kompletny system solarny, który zapewniłby przez pół każdego roku 100 procent zapotrzebowania na ciepłą wodę. W całym budynku oczywiście.

 

Za darmo rzecz jasna. Jednak zamiast mieć ciepłą wodę przez pół roku za darmo, pieniądze zostały po prostu zużyte na nieekonomiczne elektryczne podgrzewanie wody i... wylane razem z nią w kanał ściekowy. Pojęcia o budowaniu ci ludzie nie mieli żadnego, o ekonomii również i nie mogli w związku z tym zrozumieć tej prostej sprawy, że nie ma najmniejszego sensu ogrzewać czegokolwiek w sytuacji kiedy budynek nie jest jeszcze nawet ocieplony, a zwłaszcza nie posiada izolacji dachu. Każda ilość ciepła błyskawicznie się ulatnia tamtędy no ale ponieważ nie oni za to płacili więc nie żałowali sobie stwierdzeń, że to ich nie obchodzi. Dziś wiem doskonale, że te straty były celowe i zaplanowane po to, aby te przedsięwzięcie zrujnować maksymalnie szybko. Wtedy jednak nadal brałem to na karb niefrasobliwości Ewci. Na jesień 2012 roku wypożyczyłem rusztowanie, aby budynek ocieplić chociaż z jednej strony. Zakupiłem też zawczasu tira klejów i styropianów. Ewcia oczywiście zarekomendowała mi Persila jako pomocnika, który przez te dwa, trzy tygodnie będzie stał w środku, mieszał klej i podawał mi na zewnątrz kubły oraz płatki styropianu, żebym ja nie musiał po każdy jeden skakać z rusztowania przez okna.

 

Dwie trzecie elewacji zrobiłem zresztą wcześniej samodzielnie, bo była dostępna z balkonów, jednakże jedna trzecia okrywająca klatkę schodową wymagała prac na rusztowaniu. Persil miał za to podawanie dostać dwa tysiące na rękę, jako że był rzekomo chętnym do pracy bezrobotnym. Nie byłem do tego planu przychylnie nastawiony jako człowiek już świadomy, że Persil nie tylko jest nieudacznikiem ale jest także obustronnie leworęczny no ale Ewcia nalegała. I niestety kiedy rusztowanie już ustawiono i przystąpiono do pracy, on już po pierwszym dniu tej ciężkiej roboty zrobił się jak Batman niewidzialny. Porzucił w cholerę pracę pozostawiając mnie na rusztowaniu samego. Sam nie zdążyłem tego ocieplenia zrobić szamocząc się beznadziejnie z wchodzeniem co chwilę przez okna. W pojedynkę ta praca była zupełnie bez sensu. Trwała dłużej i sprawiała zupełnie niepotrzebny wysiłek, gdyż więcej czasu traciło się na dostarczanie materiału niż na samą pracę. Efekty dezercji Persila były takie, że zabrakło dosłownie trzech dni, bo nadeszły mrozy i klej zamarzał zamiast wysychać a dalsza praca straciła rację bytu ze względu na okres zimowy. Nie pomogło nawet to, że Ewcia po wysłuchaniu potoku gorzkich słów podesłała jeszcze ze dwóch pomocników, bowiem oni też popracowali sobie jeden dzień zanim także się ulotnili. Byłem maksymalnie zawiedziony, bo Ewcia bezczelnie mi pieprzyła, że Persil rzekomo naderwał sobie staw barkowy i dlatego właśnie nie mógł pracować. Pytałem ją jak można naderwać sobie bark dźwigając ciężkie - ważące kilka gram płatki styropianu - ale nie było jasnej odpowiedzi. Rzekomo się przepracował. Dobrze więc, że nie poszedł na wcześniejszą emeryturę, bo za warunki szkodliwe czyli podnoszenie styropianowych ciężarów mógłby dostać na komisji lekarskiej alimenty, rentę, status kombatanta i pierwszą grupę inwalidzką. No nic, w tej sytuacji ludzie od rusztowań rozebrali je, bo przecież było wypożyczone na dniówki i nie było sensu trzymać go przez całą zimę. Na wiosnę natomiast po raz drugi trzeba było je wypożyczać, opłacać rozstawienie i szukać tym razem normalnych ludzi – takich, którzy nie strzelą focha i zrobią to czego się podjęli. Ewcia co prawda znowu pokryła Persila szkody ale kosztowało to wszystko zupełnie niepotrzebnie parę kolejnych tysięcy. Tak więc kazałem Ewci przekazać Persilowi, aby już nigdy więcej nie pokazywał mi się na oczy, bo za tę kwotę można było nie poprawiać i nie kończyć ale ocieplić całkiem od nowa drugą stronę budynku. Persil szansę dostał, spierdolił, kolejnej więc już nie będzie miał i to by było na tyle, stwierdziłem zamykając ostatecznie jego temat.

 

 

2013

Przez całą zimę pracowałem sobie spokojnie wewnątrz skręcając dalej wodociągi i stawiając ścianki działowe. Podciągnąłem też do przedostatniego piętra kanalizę, otynkowałem tradycyjnie półtora kolejnego piętra i ogarnąłem garaż. I pewnego dnia Ewcia podesłała mi jakiegoś emeryta po to aby w jej mieszkaniu zrobił instalację elektryczną, bowiem tylko ono pozostało jeszcze nie okablowane. Dziadkowi przez pół dnia trzeba było tłumaczyć gdzie ma co się znajdować. Bardzo odporny był na tego typu informacje. W końcu pojął gdzie ma być każdy kontakt a gdzie jakie gniazdko kiedy mu porobiłem kółka, kreski i krzyżyki na ścianach, bo projektu za żadne skarby świata nie był w stanie ogarnąć. Dziadek jak już wszystko zrozumiał, dostał w garść wiertarkę z młotem i zaczął kuć rowki pod kable. Jeszcze tego samego dnia wszystkie wykuł ale wieczorem coś mu tam nie przypasowało z Ewcią na temat pieniędzy więc tradycyjnie, jak wszyscy inni podesłani przez nią ludzie, on też porzucił tę robotę w cholerę po jednym dniu pracy. Nigdy więcej już go nie widziano. Moich sprawdzonych elektryków, którzy zrobili w przeszłości całą resztę budynku już nie było na horyzoncie, bo wyemigrowali z Tuskolandu na stałe do Skandynawii. Ewcia miała więc poważny problem. Dziadkowi nie dała pieniędzy więc szukała kolejnych naiwnych. Ku mojemu zdziwieniu znowu podesłała Persila z jakimś jego kumplem rzekomo mającym uprawnienia elektryczne. Odradzałem jej to ze szczerego serca, bo typ już udowodnił i to wiele razy, że dosłownie niczego nie potrafi. Tego nieudacznika nawet z ciuchbudy po jednym dniu zwolnili, bo nie potrafił zrozumieć jak się u Łachmaniego sprzedaje łachy. Ewcia jednak mocno nalegała jako, że to przydupas jej Martusi i uwzięła się aby dać mu kolejną szansę. A zatem machnąłem na to ręką ostrzegając ją tylko, że jak Persil ponownie spierdoli to Ewcia znowu się wbije w koszty tak jak za tamte rusztowanie, które zupełnie niepotrzebnie trzeba było wypożyczać po raz drugi. Ewci podejrzanie mocno zależało żeby Persilowi dać kolejną szansę no więc pokazałem debilom te wykute rowki i wytłumaczyłem prostymi słowami, gdzie trzeba dokończyć układanie kabli, bo w międzyczasie sam już je po dezercji dziadka położyłem w przedpokoju i kuchni. Naprawdę ciężko mi szło rozmawianie z tym ułomem bo pierwsze co, to Persil zapragnął zamurować już zrobione gniazdko i umieścić je w innym miejscu. Nie wiedział oczywiście z powodu obciążeń wrodzonych, że to gniazdko do internetu do którego już lata temu są doprowadzone przewody, więc to jeszcze udało się uratować uświadamiając go, że mu rękę urwę jeśli coś takiego zrobi. Drugą rękę ostrzegłem, że straci jeśli uszkodzi kable od domofonu, bo wszystkie one juz dawno są zatynkowane w klatce schodowej. Więcej do tego gniazdka i do kabli Persil już się nie zbliżył tak więc aby na niego nie patrzeć udałem się na robić swoje, bo widok Persila jest wybitnie depresyjny i działa destrukcyjnie na morale. Pojawili się też akurat moi ludzie do dokończenia elewacji, którą przerwałem jesienią. I kiedy tak robiłem z nimi swoje, czyli kończyłem ocieplenie klatki schodowej, Persil z tym swoim kolesiem poszli całkiem na żywioł i udowodnili że to co jest idiotoodporne jednak można schrzanić. Ech... poprzenosili wyłączniki światła z normalnej pozycji, metr sześćdziesiąt od ziemi przy drzwiach pod... parapety, czyli jakieś pół metra od podłogi. W dodatku pod oknami. Pozmieniali też pozycję gniazdek, których położenie ustaliłem jeszcze z dziadkiem oraz Ewcią, jako że to miało być przecież jej mieszkanie. Powykuwali też mnóstwo niepotrzebnych nowych rowków, tak że jak zobaczyłem ich rękodzieło to mi ręce opadły. Wykopałem ich stamtąd i powiedziałem Ewci, że ze względu na bezpieczeństwo przeciwpożarowe nie umieszcza się wyłączników prądu pod oknami bo deszcz lub woda z kwiatków na parapecie może zrobić zwarcie i że nie wiem czy takie coś w ogóle przejdzie odbiór techniczny jako totalnie niezgodne z projektem budowlanym. Była więc awantura ale Ewcia uparcie twierdziła, że jest ok i jej to nie przeszkadza. Ewcia jest bowiem taka że zawsze wie lepiej. Zaraz potem poszła za ciosem i wykorzystała moich ludzi od ocieplenia i zleciła im otynkowanie dwóch pokojów, czego ja nie zdążyłbym zrobić bo już się szykowałem powoli do kolejnego wyjazdu. Ludzie ci to byli moi ludzie więc otynkowali profesjonalnie tę masakrę Persila, potem nawet jeszcze położyli na tym wszystkim ekspresowo gładzie. Spalili przy okazji moje mieszadło do klejów i zapraw ale nie robiłem dramatów bo było na gwarancji. Jak już zrobili swoje powstawiałem wszystkie drzwi i zrobiłem w tym lokalu ogrzewanie podłogowe oraz wylewkę zaraz na nim aby zabezpieczyć całą instalację i pozakrywać również elektryczne kable przy okazji – te idące podłogą. Potem jak to wyschło posprzątałem całość, tak że do mojego wyjazdu mieszkanie było już w stanie deweloperskim uprzątnięte na błysk dosłownie w ostatniej chwili. Po powrocie miałem zamiar pomalować je i położyć glazurę aby było pod klucz, ale pewnego dnia tuż przed samym wyjazdem słyszę, że ktoś wchodzi do budynku i pociska sapiąc po schodach na górę. Wychodzę na klatkę schodową i widzę że to Persil z kim jeszcze więc się pytam kto to jest, jak sie tu dostał no i po co. Okazało się że był to Persil ze swoim przyadoptowanym tatusiem. Kiedy mi oznajmili, że będą tu pracować a potem mieszkać no to zaniemówiłem. Jak ochłonąłem to wytłumaczyłem im, że nic o tym nie wiem jako inwestor oraz właściciel tej nieruchomości, a skoro oni nie mają ani tytułu prawnego do niej ani pozwolenia na budowę tak więc jedyne co mogą to stąd w podskokach wypieprzać. Ten cały Persil zaczynał mi już na poważnie działać na nerwy. Usunąłem ich z budowy w krótkich żołnierskich słowach, kazałem jeszcze oddać klucze dla Ewci, gdyż to ona  jak się okazało im je przekazała i jako inwestor zamknąłem temat ich tak zwanego „pracowania i zamieszkiwania” na mojej budowie. Spuścili oczy i się wynieśli. Te najście to była najdziwniejsza sytuacja w moim dotychczasowym życiu i szczyt bezczelności ale to tylko niewinny początek. Wytłumaczyłem zaraz Ewci, że nie po to samodzielnie kupiłem ziemię, pozwolenie na budowę, projekt i wyłożyłem kasę jako inwestor żeby postawić budynek, bez niczyjej łachy samemu sobie stwarzając te oto miejsce pracy, aby jakieś obce dla mnie przydupasy jej córki próbowali żerować na moim dorobku szukając sobie samozwańczo i pracy i zamieszkiwania w sytuacji, kiedy nie ponosili w ogóle związanych z tym trudów i kosztów. Oznajmiłem jej, że jakiegoś samozwańczego inwestorstwa tu nigdy nie było i nie będzie i nikt mnie nie będzie okradał ani z mojej pracy, ani z owoców jakie do tej pory już wypracowałem - mając oczywiście na to wszystkie możliwe pozwolenia, uprawnienia oraz wymagane zgody. Poradziłem jej też, że jak Persil ma smykałkę do majsterkowania to niech sobie kupi kuźwa ziemię, opłaci pozwolenie na budowę no i buduje tam aż do obesrania jakieś pałace dla swojej kurewny, zamiast się wbrew mojej woli na moją budowę nachalnie wpie*dalać, bo pracowanie z tym typem to ostatnia rzecz, której mi potrzeba w życiu, ponieważ kiedy chciałem aby pracował to go nie było, gdyż porzucił robotę. Nie sprawdził się jako pomocnik więc tym bardziej jako „inwestor” nie jest mile widziany. Te wykopanie bezczelnego uzurpatora śmiało można więc określić jako pierwsze spłukanie Persila. Po przywróceniu w ten sposób sytuacji normalnej i wyklarowaniu wszystkim zainteresowanym jak sprawy z mojego punktu widzenia i z punktu widzenia prawa wyglądają, ogarnąłem cały budynek żeby nie było nigdzie syfu i wyjechałem za granicę zorganizować finanse, bo Ewcia tradycyjnie zawiodła pod tym względem. W tym samym czasie wesoły aspirant Mirek tradycyjnie rozpoczął moje poszukiwania...

Nie było mnie jakieś pół roku. Jesienią powróciłem i zobaczyłem przykre zmiany. Otóż Persil ze swoim ojczymem jednak zrobili samowolnie wykończeniówkę, czyli położyli kafle i pomalowali ściany. Poza tym ukradli moje klucze i jak gdyby nigdy nic razem z Martusią - w mieszkaniu, które miało być Ewci - sobie zamieszkali, przywłaszczając je bezprawnie. To nie koniec. W lokalu usługowym który „się zwolnił” po emigracji Martusi na drugie piętro, zainstalowali umysłowo chorą kobietę - mamusię Ewci. Babcia Kazia ma takiego Alzheimera, że nawet nie wie gdzie jest albo jaki jest dzień tygodnia. Błąkała się po budowie i w każdej chwili mogła zlecieć na przykład ze schodów jako, że nie było nawet poręczy na klatce schodowej. Sytuacja na budowie powoli zaczynała zalatywać kryminałem. Dużo trudnych rozmów przeprowadziłem z Ewcią na ten temat. Bardzo dużo. Wszystkie one jednak kompletnie do niczego nie prowadziły. Zaczęła mydlić mi oczy, że oni wszyscy wykupią te mieszkania, że je wynajmą, że jej mamusia też coś wykupi albo da kasę za wynajem, że będzie dobrze, bla, bla i tak dalej. Uświadomiłem ją, że to co ona robi to jest po prostu kryminał z punktu widzenia prawa ale nie przejmowała się tym aspektem zakwaterowywania ludzi na terenie budowy. Wręcz bezczelnie twierdziła, że policja jej guzik zrobi. Nie mogłem tego zamieszkiwania jej matki i reszty rodziny wcale zrozumieć, bo jej mamusia raz że miała swoje własne mieszkanie i tym samym nie posiadała absolutnie żadnych potrzeb mieszkaniowych, a dwa Martusia zresztą to samo, bo odkąd spłukałem Persila ona gdzieś tam na obrzeżach miasta znalazła sobie razem z nim swój własny chlewik. Kiedy ci wszyscy ludzie zwalili się na budowę, powstał taki chaos, że co dzień to zupełnie innej wersji wysłuchiwałem. Natłok bełkotu był przytłaczający. Jak Ewcia bredziła że się chce mamusią rzekomo zająć - to pytałem dlaczego się nią nie zajęła w jej własnym domu tylko na budowie, gdzie nie ma absolutnie warunków do czegoś takiego? Jak bredziła, że Persil tu pracował przy „remoncie” więc powinien mieszkać – pytałem dlaczego nie remontował u babci Kazi i tam nie zamieszkał w podzięce. Jak pieprzyła, że oni te mieszkania wykupią – odpowiadałem no to świetnie, więc chodźmy do cholernego notariusza i niech... wykupią. Wówczas nie będę musiał jeździć za granicę tam zarabiać na „naszą” budowę. Codziennie były zupełnie inne jałowe dyskusje, czyli zwykłe pierdolamenty nie prowadzące kompletnie do niczego. Jak jednak zobaczyłem moje mieszkanie na poddaszu - jedyne jeszcze surowe – no to się do reszty załamałem i straciłem do samego końca resztki złudzeń. To co tam zastałem wywołało wojnę i zakończyło raz na zawsze etap żałosnej gry pozorów ze strony kukułczego plemienia. Tam, gdzie wcześniej był idealny ład i porządek, podczas tej samowolnej wykończeniówki Persil ze swoim przyadoptowanym tatusiem nawet tam wetknęli swoje nosy i rozpieprzyli moje narzędzia i całą resztę materiałów na jedną bezładną kupę. Nawet mające centymetr grubości stalowe mieszadło, które powróciło z gwarancyjnej naprawy, udało im się połamać. Zrobili mi tam taki burdel że szkoda gadać. Połowa kluczy poginęła a druga połowa leżała nie wiadomo gdzie. Na zakończenie pozostawili otwarte okna i nawpuszczali do środka mnóstwo ptaków. Te wszystkie jaskółki oraz gołębie tak zasrały krokwie, że capiło jak na kurzej fermie. Na zakończenie całe te ptactwo tam zdechło, bo pod koniec lata ktoś pozamykał okna. Z tej padliny wykluło się następnie jakieś robactwo, które zaraz potem również wyzdychało zalegając na parapetach i nie mogąc się wydostać na zewnątrz. Sajgon totalny. Dwa miesiące ten chlew ogarniałem dochodząc do krawędzi wytrzymałości psychicznej. Jakiekolwiek rozmowy już dawno straciły rację bytu, gdyż do niczego nie prowadziły. Tak więc aby nie marnować czasu, bo im o to właśnie chodziło, z myślą o sobie zakupiłem kolejnego tira klejów i styropianów, wypożyczyłem rusztowanie aby zanim nadejdzie zima ocieplić budynek z drugiej strony, co pozwoli zmniejszyć koszty i popchnie budowę do przodu. Wolałem po prostu zrobić coś sensownego przed nadejściem zimy zamiast tracić bezcenny czas na nic nie dające awantury. Szymonek mi pomagał więc ocieplenie tym razem poszło jak z płatka, bo jeśli chodzi o pracę to jest punktualny i sumienny człowiek. W zaledwie dwa tygodnie się uwinęliśmy z całą elewacją i to bez żadnych problemów. Udało się nawet ogarnąć nowe rynny, blachy, parapety oraz całą resztę dostępną tylko z rusztowania. W odwdzięce pomogłem chłopakowi robiąc mu w jego mieszkaniu na osiedlu w trzy tygodnie remont. Wymieniłem mu tam wszystkie okna, zrobiłem kompleksowo łazienkę, kuchnię i kawałek przedpokoju. Co ciekawe, w czasie kiedy ja z Szymonkiem marzliśmy na rusztowaniu pieprzony Persil i pieprzona Martusia nawet nam drzwi nie otworzyli uniemożliwiając dostęp do rusztowania z drugiego piętra. Bezprawne przywłaszczenie tego mieszkania sprawiło, że musieliśmy z Szymonem zapieprzać z ciężkimi kubłami po oknach z innych pięter, aby się wydostać na zewnątrz. Chora sytuacja, bo trzy razy cięższa była ta praca kiedy chodziliśmy z całym materiałem okrężną drogą. I kiedy my zasuwaliśmy na zimnie ze zgrabiałymi rękami, w tym czasie Persil zajął się hodowlą i zabijaniem nudy w najszerszym tego słowa znaczeniu. Nie mógł nigdy znaleźć pracy tak więc kupił sobie Playstation, potem Nintendo i jakoś zabijał gorycz bezrobocia. Kiedy znudził się konsolami zajął się hodowlą drzewek bonsai. Zapełnił nimi wszystkie parapety i zapisał się na forum polskich bonsaistów nawet. Ma wrodzoną smykałkę do hodowli, bo szybko sprawił sobie jeszcze gołębnik i umieścił w nim myszy i chomiki. Po chomikach dokupił akwarium wielkie jak kino domowe i hodował tam jakieś glonojady. Ciągle jednak się nudził na bezrobociu więc szybko pojawił się pies. Persil to naprawdę ciekawy przypadek. Dlaczego jest nieudacznikiem? Krążą na ten temat rozmaite teorie. Moja jest taka, że studiował politologię więc dlatego jest z wykształcenia… politowania godny. Z zawodu bowiem jest licealistą a z zamiłowania bezrobotnym. Oprócz tego, że jest obustronnie leworęczny ma tylko tupet i chyba dlatego właśnie starał się zostać radnym z platformy oszustów. Kręcił się nawet na tę okoliczność przy komisjach wyborczych ale jako, że puszczał tam tylko bąki przepadł w wyborach razem z resztą tej fałszywej kupy gówna. Zabijać nudę jednak potrafił, bo kiedy już mu się i piesek znudził natychmiast zaczął zbierać znaczki i monety - co chwilę kurier jakieś paczki do Persila zwoził. To nie koniec. Patologia jak wiadomo może rodzić tylko patologię, tak więc do kompletu, raz dwa jakiegoś bękarta tam jeszcze z Martusią spłodził - więc ich przebiegły plan wyszedł wówczas na jaw w pełnej okazałości. Zamierzali po prostu od samego początku zająć te mieszkanie metodą z Dzikiego Zachodu, okłamując mnie do ostatniego momentu, że to będzie mieszkanie Ewci. Gdybym znał ich plany to rzecz jasna nawet złotówki nigdy bym w ten lokal nie włożył i ani jednego dnia pracy, robiąc na przykład zamiast tego na gotowo swoje własne mieszkanie. Okłamali mnie co do tego mieszkania zatajając dla kogo będzie no i zajęli je Persilem stawiając mnie po prostu podle w obliczu faktów dokonanych. Błyskawicznie zasypali całe mieszkanie nieprzeliczoną ilością pogłowia najwyraźniej licząc na to, że ktoś im to kiedyś uzna za jakiś „wkład budowlany”. Ojczyma Persila doskonale rozumiem, bo gdybym był na jego miejscu i też przyadoptował takiego ułoma to nie ulega wątpliwości, że również zrobiłbym wszystko co w mojej mocy aby te kukułcze jajo podrzucić komuś innemu aby się go z własnego domu pozbyć. Ojczym Persila był nawet tak zdesperowany, że nabrał jakichś kredytów i zakupił całe AGD do tego mieszkania oraz kupę mebli beznadziejnie zadłużając się u lichwiarzy. W ten prosty sposób przebiegła Ewcia nakłoniła Persila i jego ojczyma do sfinansowania wykończeniówki, tak jak mnie wcześniej nakłoniła do sfinansowania stanu deweloperskiego i wszyscy z jej córką włącznie byli strasznie zadowoleni kiedy tak nawzajem się poobdarowywali. Niestety ale ich szczęście odbyło się wyłącznie moim kosztem bo i moje mienie i owoce mojej pracy oni sobie nawzajem podarowali nie dając mi za to nawet złamanej złotówki. Mi podarowali tylko mnóstwo stresu, przywilej opłacania za nich kosztów eksploatacyjnych i spraw podatkowych od nieruchomości. Ewci te mieszkanie nie kosztowało ani grosza i ani jednego dnia pracy. Ona ma co prawda własny lokal usługowy, ponadto oddany już dawno do eksploatacji ale zakwaterowywała córkę, zięcia, syna, matkę i wnuczkę wyłącznie w moim lokalu nie oddanym jeszcze do użytkowania. Wyłącznie w stosunku do mojego mienia była bardzo hojna i wyłącznie wobec swojej rodziny. Zastanawiacie się teraz zapewne, ci którzy to czytacie, dlaczego w tej sytuacji nie zareagowałem. Powody są dwa. Po pierwsze gdybym zrobił co trzeba i porozdzielał po zachłannych ryjach kilka prawych prostych – nie ulega wątpliwości że siedziałbym już dawno w domu wariatów. Taki bowiem był plan Ewci właśnie i cel tego całego knucia. Nie wiedziałem nic jeszcze o psychiatryku ale coś mnie intuicyjnie tknęło aby tego typu rzeczy nie robić ponieważ… po drugie - całe moje życie jest dowodem na karmiczną sprawiedliwość. Karma jest surowa, nieuchronna i nigdy mnie jeszcze nie zawiodła. Ona nigdy nie wybacza. I Karma właśnie w najlepszy możliwy sposób wszystko wynagradza. Zarówno dobre jak i złe uczynki. Postanowiłem wówczas całemu temu towarzystwu, które mnie z premedytacją oszukało w odpowiednim momencie odpowiednio odpłacić ale dopiero jak już się pojawi pani Karma. Tymczasem czując się okradziony z pracy jaką wykonały Persile bez pozwolenia i wbrew mojej woli, udałem się do nadzoru budowlanego zgłosić fakt zaistniałej samowoli budowlanej ale mówiąc oględnie zostałem tam spławiony – będzie o tym szerzej w osobnej części. Przecież nie może tak być że ktoś obcy wchodzi sobie na cudzą budowę robi wykończeniówkę a potem mieszka… uniemożliwiając tym samym nawet kontynuowanie budowy legalnemu inwestorowi. To przecież oczywiste no ale ta przykra i leniwa baba z nadzoru ani myślała w tej sprawie zainterweniować. Sprawiała wrażenie przyspawanej do krzesełka - takiej której nawet koniami nie uda się wydobyć z jej nory aby dokonała oględzin budowy. Zacisnąłem więc z bezsilności zęby, pogrążyłem się w ponurych rozmyślaniach i czekałem na rozwój wydarzeń wiedząc że wcześniej czy później nadejdzie surowa pani Karma i wyrówna jak walec wszelkie niesprawiedliwości. Snując rozważania nad wyjściem z tej beznadziejnej sytuacji coś mnie tknęło ponownie, żeby mimo wszystko nie reagować w sposób nagły i nie rozdzielić po tych zachłannych ryjach po prostu kilku prawych prostych w celu przyśpieszenia sprawiedliwości która sama z siebie nie była zbyt rychliwa. I bardzo dobrze, że wykazałem się wówczas nieziemską cierpliwością oddając wówczas  nie tylko Karmie ale i mędrcom ze wschodu honory. Bardzo dobrze bo z wiedzy jaką obecnie posiadam wiem że gdybym choćby tylko jeden raz zareagował w sposób gwałtowny niechybnie wsadzono by mnie w kaftan i odstawiono do psychiatryka. Mędrcy ze wschodu natomiast od zarania dziejów zawsze twierdzili, że zemstę należy serwować wyłącznie na chłodno. Bez emocji i bez nerwów należy się odegrać i głównie to mi w tamtym okresie przyświecało. Chcąc nie chcąc robiłem więc po prostu swoje wiedząc doskonale, że z tego co sam sobie wypracuję żaden oszust i tak mnie nie okradnie, bo wcześniej czy później ale nadejdzie koniec budowy oraz dzień sprawiedliwego rozliczenia  pracy oraz nakładów na tle finansowym. No i oczywiście nadejdzie również pewnego pięknego dnia Karma. Tego że taki dzień miał nigdy nie nadejść tylko skierowanie mnie w odpowiednim momencie do domu wariatów, oczywiście wówczas nie wiedziałem. Oni jednakże wiedzieli, bo papiery już były dawno przygotowane. Dziś wiem, że perfidnie czekali z tym ruchem do momentu aż... skończę budynek i będę bez grosza. Nie czekali jednak bezczynnie ale nie uprzedzajmy faktów...

Tymczasem mi po zrobieniu ocieplenia pozostało jeszcze całkiem sporo funduszy, a więc zrobiłem jeszcze kompletną wykończeniówkę pierwszego piętra. Były tam dwie kawalerki - obrzuciłem je płytkami, ulepiłem dwie łazienki i pomalowałem całość. W tym samym czasie przez całą zimę cała ta patologia jaka się tam zainstalowała starała się maksymalnie zatruć mi życie. Wręcz śmiejąc mi się w twarz kradli i niszczyli narzędzia, co uważam nawet nie za profanację ale świętokradztwo co najmniej, strącali worki z tynkiem ze schodów, grali w piwnicy po nocach w ping ponga abym nie mógł zmrużyć oka, zaczęli się do mojego domu schodzić jacyś dziwni ludzie z bloków a potem sterczeli z piwem na klatce schodowej, a Martusia od czasu do czasu pozostawiała w różnych lokalach nie spuszczone po sobie odchody. Polecenie Ewci aby mi podsrywać te dziwne dziecko wzięło chyba zbyt dosłownie do siebie. Ktoś zdemolował od wewnątrz bramę do garażu, ktoś próbował wyważyć drzwi od klatki schodowej aby tamtędy dostać się do tego pomieszczenia - tego typu rzeczy non stop się wydarzały i nigdy nie było winnych. Ja sobie to wszystko w pamięci notowałem i całymi miesiącami spokojnie robiłem swoje czekając na lepsze czasy i nadejście Karmy.

 

2014

Zeszło mi tak do wiosny i nigdy nie mogłem pojąć jakim trzeba być skurwysynem aby człowiekowi, któremu zawdzięczają dach nad głową tego typu rzeczy robić w jego własnym domu. Zastanawiało mnie to bardzo i dużo nad tym medytowałem ale nie miałem jeszcze nawet szans na zrozumienie faktu, że to jest działanie celowe - zmierzające bezpośrednio do tego abym wybuchnął i dał im wreszcie dowód mojej „agresji”, którą już cztery lata temu „przewidział” aspirant Mirek. Pracując i medytując zorganizowałem sobie dla zabicia czasu sam ze sobą konkurs na to kto z nich wszystkich okaże się największa kanalią. I tak miejsce czwarte zajęła Ewcia, kiedy z rozbrajającą szczerością pewnego pięknego dnia oznajmiła mi że „już nie jestem jej do niczego potrzebny”. Hmm... nic nowego w sumie, bo już dawno opadły mi łuski z oczu. Miejsce trzecie przysługuje babci Kazi za ciągłe - około 10 razy na minutę - zadawanie jednego i tego samego pytania które ją dręczyło kiedy błąkała się po budowie. Gdzie jest Ewa? Tylko to babcię Kazię interesowało i pytała o to nawet kiedy Ewa była tuż obok. Alzheimer ma swoje zalety - zapewnia pogodę ducha i beztroskę w każdych okolicznościach. Babcia Kazia jest tak zajebista, że cała rodzina może się nad nią znęcać i jej non stop ubliżać lub inaczej doprowadzać do rozpaczy a ona na drugi dzień wstaje z uśmiechem, mózg ma zresetowany i niczego nie pamięta. Miejsce drugie należy oczywiście do Martusi, która z uporem godnym lepszej sprawy pół roku węszyła za jakimś lokalem którego zapomniałem na klucz zamknąć żeby tam wejść i natychmiast postawić klocka. Wygrał natomiast konkurs ojczym Persila. Był bezkonkurencyjny w dniu kiedy przyszedł „odwiedzić” pasierba a potem ktoś przyszedł „odwiedzić” jego. Powiedział mi wtedy z rozbrajającym uśmiechem abym przerwał swoją pracę, poszedł na dół i otworzył drzwi jego „gościom” bo on nie ma do domofonu klucza. Zrobił mnie wtedy cieciem, który otwiera drzwi nieproszonym gościom nieproszonych gości, tak więc okazał się mistrzem nad mistrzami spośród tupeciarzy. Persila w tych eliminacjach nawet nie klasyfikowałem, ponieważ on nawet w konkursie na największego dupka byłby zawsze drugi. To tylko politolog - politowania godny młotek - który jeszcze niczego w życiu nie zatrybił. On jest tak nieudolny, że nawet gdyby w Holandii ubiegał się o humanitarną eutanazję – odpadłby w czasie rozmowy kwalifikacyjnej.

Wiosną jak zwykle z pieniędzmi zrobiło się krucho i konieczne stało się udać za granicę aby coś zarobić, bo Ewcia tradycyjnie nie miała obiecanych funduszy. Na gigantyczne rachunki za prąd Persilów jednak jakoś miała pieniądze. Na dużo mniejsze wydatki, budowlane, niestety nie i sam to z własnych środków ciągnąłem. Do tego czasu Persil w ramach zatruwania mi życia zdążył zniszczyć okno i połamać wszystkie futryny w mieszkaniu, które przywłaszczył. To wszystko oczywiście było zakupione za moje pieniądze, bo Ewcia oprócz robocizny za gładzie i tynki w dwóch pokojach tego mieszkania nie zapłaciła za nic więcej na tej budowie odkąd przystąpiła do współwłasności. Zażądałem więc czegoś na wzór funduszu remontowego w wysokości 100 złotych miesięcznie od łebka. Raz, żeby pokryć straty a dwa żeby zmobilizować ich do nie robienia kolejnych. Tylko jeden miesiąc zdążyłem przed wyjazdem to zebrać. Te 5 stów wykorzystałem do szybkiego remontu lokalu usługowego, który zdewastował Persil kiedy tam nocował u Martusi. Kopulując porobili dziury w ścianach i jakieś plamy więc całość zupełnie nowego i jeszcze nawet nie używanego lokalu trzeba było naprawiać, odkażać i ponownie pomalować. Wszyscy na ten fundusz wyrazili zgodę.

Późną wiosną Mirek tradycyjnie zaczął mnie szukać po całym kraju natychmiast po tym jak ja wyjechałem. Ten dzielny człowiek musiał mieć telepatyczną wieź z Ewcią no bo jak inaczej tak doskonałą synchronizację wytłumaczyć? Zaraz po wyjeździe utknąłem w Belgii z powodu bólów żołądkowych. Tak mocno mnie tam zemdliło, że nie mogłem prowadzić samochodu. Pamiętam, że wcześniej zjadłem kanapki zrobione mi przez Ewcię na drogę i zjechałem z drogi w las przenocować. Niestety ale jak wjechałem to już nie mogłem stamtąd wyjechać. Nie wiedziałem co jest grane wiedziałem tylko że nie mogę nic zjeść i nic robić, bo mdłości mnie normalnie dobijały. Przez jakiś tydzień skręcając się w boleściach siedziałem w tym cholernym lesie pijąc w sumie tylko wodę ze strumyka. Potem poczułem się lepiej i dojechałem jakoś do Paryża. Tam od razu miałem robotę i chociaż dalej walczyłem z mdłościami to w sumie nie były one już tak dotkliwe jak na początku. Poza tym metodą prób i błędów odkryłem, że nic mnie nie boli jak spożywam mleko skondensowane i wodę. Od czasu do czasu próbowałem zjeść coś innego ale zawsze kończyło się to bezsennością nad ranem i bólami w żołądku. W moim brzuchu nic się nie trawiło tylko tam zalegało i chyba gniło sobie. Praktycznie więc całe lato nic nie jadłem prócz cholernego mleka z tubki. Nawet z kawą na pewien czas dałem sobie spokój. Nie wiedziałem zupełnie co jest grane i podejrzewałem coś na wzór rozstroju żołądka wywołanego tym przewlekłym stresem jaki mi zafundowali ci życzliwi ludzie w moim własnym domu. Niewiele się pomyliłem tak nawiasem mówiąc. Na lekarza za granicą oczywiście nie było mnie stać tak więc jakoś przetrwałem tam lato nie szalejąc po restauracjach i odkładając problem żołądkowy do czasu powrotu. Zarobiłem jakieś pieniądze i wróciłem późnym latem do domu. W planach miałem ocieplenie dachu więc z marszu zamówiłem znowu tira styropianu, płyt osb, folii, pianek montażowych i tego typu rzeczy. Potem rozpytałem znajomych o dobrego gastrologa i z natychmiast się do niego udałem. W życiu jeszcze nie byłem u takiego specjalisty. Doktorek gruntownie mnie zbadał, wysłał na testy, nastawił parę kręgów i dał dwie diagnozy. Pierwsza - wrzody na żołądku - wtedy mam brać antybiotyki żeby te bakterie wymordować. Druga - nie mam bakterii odpowiedzialnych za procesy trawienne - wówczas mam zażyć wszystkie możliwe probiotyki. Po badaniach laboratoryjnych prawdziwa okazała się diagnoza druga. Wykupiłem więc wszystko to co doktorek mi zapisał i przystąpiłem do nauki trawienia mojego żołądka bo przez prawie pół roku on się zupełnie tego oduczył. Doktorek kazał spokojnie wytrenować żołądek jedząc przez pierwsze dwa tygodnie tylko rzeczy delikatne typu zupki no i oczywiście zapodać wszystkie probiotyki jakie mi zapisał. Niesamowita ulga nastąpiła od razu już po pierwszej dawce. Mdłości zniknęły jak ręką odjął. Powróciła chęć do życia.

Sytuacja na budowie tymczasem w ogóle się nie zmieniła. Persil i jego królewna nadal byli bezrobotni oraz biedni. Nie przeszkodziło im to jednak w tajemnicy przede mną latem się ożenić i urządzić hucznego wesela na sto osób w luksusowym ośrodku kiedy byłem nieobecny.

https://www.youtube.com/watch?v=aLrllgVq-0s&feature=youtu.be

Trochę mi się to dziwne wydawało, że ludzie którzy mi w moje życie nachalnie się wprosili mnie jako jedynego nie... zaprosili na tego typu uroczystość, no ale prawda jest taka że wówczas z bardzo wielu rzeczy kompletnie sobie jeszcze sprawy nie zdawałem. W tym właśnie roku zaczęło się już dziać drastycznie na budowie. Jak zobaczyłem, że z trzech wybudowanych do tej pory pięter Ewcia, babcia Kazia, Persil i Martusia zajęli... wszystkie no to mi nieco skoczyło ciśnienie. Drugie piętro zajęli już dawno. Parter i piwnicę zawalili rzeczami typu na zapas, z rodzaju pudła po telewizorach, stare buty, gitary, kartony miśków pluszowych, znoszonych łachów, mebli, rowerów i tak dalej. Pierwsze piętro wykorzystali jako wózkownię, bo to przecież normalne jest, że jak jest dziecko to musi mieć pięć wózków dla siebie na spacer oraz dwa wózki zabawkowe przy okazji. Babcia Kazia też była tak miła, że się teleportowała piętro wyżej obejmując ze swym barłogiem ukończoną na wiosnę przeze mnie jedną z kawalerek. Jacyś dobrzy ludzie naznosili jej tam mnóstwo mebli tak że babcia Kazia nagle była „urządzona”. Jak zapytałem ją co ona tam robi to mi rutynowo odpowiedziała: „gdzie jest Ewa?” Pogadaliśmy więc sobie. Klatkę schodową zastałem kompletnie zasypaną przez kilkaset par butów Martusi, jej przydupasa, ich zapasowych łachów, rowerów, zabawek dziecięcych i akcesoriów do chomika. Do pełni goryczy uświadomiłem sobie, że każdy z mieszkańców odnalazł swoje własne miejsce pod moim dachem. Nawet rybki, pies i chomiki Persila znalazły swój ciepły kącik. Każdy tylko... nie ja. Jako jedyny nadal miałem swoje ubrania poupychane w workach na śmieci - tak jak je spakowałem sześć lat wcześniej przy wyprowadzce z mojego mieszkania jeszcze na samym początku budowy. Zwalone były latami gdzieś w garażu i tam sobie gniły w tym syfie, ponieważ, „nigdy jakoś nie było miejsca” na to abym je sobie do jakiejś szafy na przykład położył. Szaf było bez liku co prawda i innych mebli no ale tak wyszło, że wszystkie zajęła Martusia. Na dosłownie trzech piętrach trzymała swoje łachy. Ewcia zdobyła się nawet na odrobinę szczerości i rzekła, że nie wie czy się tu dla mnie znajdzie miejsce jakieś. Funduszu remontowego rzecz jasna pod moją nieobecność nikt nigdy nawet nie zbierał, tak więc nawet nie było paru groszy na wymianę spalonych żarówek lub zapasowe bezpieczniki. Ten dzień powrotu zza granicy był dniem mojego wielkiego rozczarowania. Jeszcze nigdy w życiu nie poczułem się tak podle jak wówczas. Nawet gratów syna Ewci z mającego być moim parteru nigdzie nie zabrano, co uniemożliwiło już kolejny rok wykorzystanie tego piętra przeze mnie. Stwierdziłem więc, że już mam dość, nie pozwolę im się wykończyć i nie ma już najmniejszego sensu robić ponownych konkursów na kanalię roku. Nadeszła pora przywołać panią Karmę.

16 września udałem się na drugie piętro i oznajmiłem Persilowi, że mam zamiar ocieplać dach w swoim własnym domu. Wyjaśniłem mu, że w tym celu tira materiału który lada dzień nadjedzie zamierzam zmagazynować na klatce schodowej najwyżej jak to możliwe, czyli od drugiego piętra w górę i w związku z tym nie będzie możliwości poruszania się po klatce schodowej. Na zakończenie uprzejmie zaproponowałem mu żeby zabrał psa, chomiki, konsole, rybki oraz swoje bękarty z mojej posesji i po prostu wypierdalał, bo inaczej uwolnię Krakena i będzie tu Armagedon. On wówczas ze stoickim spokojem zapytał gdzie ma iść ze swoim dzieckiem. Odparłem mu wzruszając ramionami, że jako wolny człowiek może iść na Rosję, na Czechy lub na Skandynawię. Wszędzie może iść dokąd zapragnie, nawet na Niemcy może się udać, wszędzie z wyjątkiem tych stu paru metrów kwadratowych gdzie się mieści moja budowa. Persil przyjął to nad wyraz spokojnie i odparł, że „jak nie pozostawię go w spokoju to on doniesie na mnie do nadzoru i dostanę 50 tysięcy kary za to że... on tam mieszka.”

Ojoj, oczywiście nie spodziewałem się, że taki ułom zdolny jest do takiego inteligentnego szantażu, tak więc od razu wezwałem Krakena, policję znaczy. Policja natychmiast przybyła, wykrakała Persilowi wypado-wyrok i wyprowadziła typa. Zabrał swojego kundla i poszedł precz coś tam sobie brąchając pod nosem. To było drugie spłukanie Persila. To że on - aż tak obciążony genetycznie - wiedział o tego typu karach zapisanych przez ustawodawcę w prawie budowlanym jest dowodem na to, że on z całą tą patologią raz że spodziewał się tego typu rozmów, a dwa doskonale się do nich przygotował. Masakra jacy ludzie są podli, perfidni i wyrafinowani, kiedy co chwila granica tej podłości jeszcze bardziej się obniża. Ustawa prawo budowlane rzeczywiście strasznie kara za użytkowanie obiektu nie oddanego do eksploatacji. W rzeczywistości jest to 75 tysięcy a nie 50 jak Persil mnie straszył - tylko że ten ułom nie postudiował ustawy do końca, bo gdyby to zrobił to by wiedział że to on a nie ja przystąpił do użytkowania, a jeszcze wcześniej do... samowoli budowlanej razem ze swoim przyadoptowanym tatusiem. Wkurzyłem się po tym szantażu okrutnie, ale ponieważ zbliżała się zima nie rozdrabniałem się na jakieś jałowe wojny z typem którego i tak już w moim życiu nie ma, tylko normalnie robiłem swoje. Pozbyłem się toksycznego gnoja z mojej posesji po raz już któryś z kolei, w ślad za nim oczywiście udała się „na tułaczkę” Martusia, a ja po raz kolejny odzyskałem i święty spokój i pełną kontrolę nad moją własnością oraz niesamowitą ulgę psychiczną, kiedy on i jego „goście” przestali mnie w końcu szykanować w moim własnym domu. Ewcia co prawda zaczęła od tamtej pory miotać się nerwowo zupełnie jakby miała rozpalony pogrzebacz w dupie ale miałem ją i tak gdzieś bo oni wszyscy już wielokrotnie zdradzili wobec mojej osoby swoje prawdziwe zamiary. Już od dawna nie miałem co do niej złudzeń. Wiedziałem ze celowo generuje mi niepotrzebne koszty i opóźnia z premedytacją budowę. Nie wiedziałem w sumie jeszcze tylko o psychiatryku - reszta kart już się zdążyła odsłonić. Zapytałem ją jeszcze tylko tak dla formalności, czy jako kobieta mająca swój własny lokal gastronomiczny mogłaby zamiast się niepotrzebnie troszczyć o cudze, przybłąkane bękarty odgrzewać mi - pożytecznemu kuźwa człowiekowi - zapisane przez doktora ciepłe zupki żebym wyleczył żołądek. Oczywiście odmówiła, dając dowód nie tylko że „już nie jestem jej do niczego potrzebny” ale i na to, że na starość nie mógłbym z jej strony liczyć nawet na szklankę wody. Wyrzuciłem więc natychmiast cały syf po jej córce i zięciu z parteru czyniąc niemożliwe możliwym, czyli że na moje ubrania „znalazło się wreszcie miejsce”. Aby sobie samemu przyrządzać te cholerne zupki najpierw zrobiłem oczywiście kolejną kuchnię - tym razem na pierwszym piętrze gdzie się przeniosłem ze swoim biurem po to, aby ten lokal znowu nie został zasiedlony - a potem już mając te ciepłe zupki - raz dwa ociepliłem dach nie musząc wreszcie jak paranoik przed nikim ukrywać swoich własnych narzędzi na swojej własnej budowie. Warto tu bowiem dodać, że odwieczny spokój i swobodny dostęp do wszystkich pomieszczeń to Persil pierwszy zakłócił kiedy ukradł moje klucze do mieszkania na drugim piętrze a potem zamykał je... przede mną. Od tamtej pory każdy zamykał co tylko mógł - ja także i to było naprawdę popieprzone bo wszędzie trzeba było jak idiota poruszać się z pękiem kluczy. Nigdy wcześniej takie dziwne sytuacje nie miały miejsca bo w zupełności wystarczało zamykać tylko drzwi na zewnątrz - te do całego budynku - co było praktyczne w sytuacji kiedy wszędzie się prowadzi jakieś prace a i tak nie ma tam jeszcze żadnych lokatorów. Ewcia dostała kurwicy na wieść, że banda darmozjadów na czele z jej Martusią oderwana została od koryta i obecnie musi sobie sama wynajmować lokal oraz samodzielnie zdobywać całą resztę potrzebną do życia. Karma jest straszliwa. A zemsta rzeczywiście smakuje najlepiej na chłodno. Jest wówczas taka słodziutka. Doskonale wiedziałem i to od ponad roku, jakie są motywy mamuni i ojczymka Persila - tego który wygrał pamiętny konkurs. Miał on bowiem jeszcze dwóch równie nieudanych, pełnoletnich pasierbów w swoim nędznym bloku tak więc mając co nieco ciasnawo w tej norze stawał na głowie aby to mi podrzucić swoje kukułcze jajo żeby się go w końcu pozbyć. Jak pamiętamy, nawet szalone kredyty zaciągnął aby tego dokonać i nawet do samowoli budowlanej się posunął - taki był desperado aby się Persila pozbyć. Nawet w swoim czasie posunął się do tego, że ze mnie zapragnął zrobić ciecia w moim własnym domu. Ja tymczasem całymi miesiącami cierpiałem znosząc w milczeniu szykany oraz skutki ich knucia i tylko trzymałem kciuki, aby Persil w końcu się wżenił w tę patologię. I jak tylko to latem zrobił, to pozamiatane. Karma wkroczyła z całym swoim majestatem i uczciwie podliczyła na około trzysta procent – każdemu podług indywidualnych zasług. Ojczymek Persila zamiast mi podrzucić jedno kukułcze jajo otrzymał trzy w ramach Karmy: Persila, jego kurewnę oraz kolejnego bękarta który im się w międzyczasie wykluł. Dodatkowo do budżetu jego mrowiska wpadło jeszcze bękarcikowe. He He… Karma ich sprawiedliwie nakarmiła. Sumienie mam absolutnie czyste, gdyż jako człowiek poczciwy, nieziemsko cierpliwy oraz wielkoduszny dałem Persilowi i to zupełnie za darmo bardzo wartościowy drogowskaz na nową drogę życia w czasach, kiedy jeszcze nie zdążył sobie u mnie nagrabić. Otóż, kiedy mnie naszedł rok wcześniej i oznajmił bezczelnie, że będzie tu pracował a potem mieszkał - wykopałem go stamtąd i to był właśnie ów bezcenny życiowy drogowskaz, którego niestety nie dostrzegł. A przecież postawiłem mu go tuż przed samym nosem. Mógł wówczas gdyby był honorowym człowiekiem rzucić coś w stylu: „pieprzę to wszystko - nie będę właził tam gdzie mnie nie chcą” i odejść sobie w cholerę albo... powrócić pod moją nieobecność po to, aby mnie okradać, poniżać, szantażować, niszczyć wyposażenie i dręczyć. Jak wiemy wybrał to drugie. Świadomie. Celowo. Z premedytacją. Szantażyk dowiódł tego ponad wszelką wątpliwość. Jak nie wiemy natomiast, gdyby był człowiekiem honoru uniknąłby totalnej dożywotniej katastrofy. Katastrofy, o której chyba nawet do dziś nie ma bladego pojęcia ze względu na wrodzone defekty i problemy ze zrozumieniem nawet oczywistych rzeczy. On jest bowiem z tych którzy nie rozumieją nawet jak się mówi do nich wprost otwartym tekstem. Ten nieszczęśnik, gdyby sobie wówczas niepotrzebnej wojenki ze mną nie wszczynał, dziś byłby wolny jak ptak i poza własnymi obciążeniami nie posiadał innych. Nie miałby na głowie żadnego garba i nie musiałby targać ze sobą przez życie niezmywalnej hańby mieszańca. Ta hańba to bowiem osobna opowieść. Otóż tajemnicą poliszynela jest to, że Ewcia nie do końca jest Polką. Jej tatusiem był jakiś Cygan, o którym wiadomo tyle samo co o nieznanych żołnierzach. Babcia Kazia dawno, dawno temu przeżyła turbulentny romans z Cyganem w efekcie którego pojawiła się Ewcia na świecie. Cyganie jeszcze bardziej od żydów gardzą mieszańcami tak więc z owocem tej miłości została Kazia samotnie kiedy jej luby koczownik ulotnił się nie pozostawiając adresu. Jakiś czas potem niejaki Mietek - człek o wybitnie dobrym serduszku - przyadoptował to, posłał do szkoły, wyżywił, wychował no i ożenił się z Kazią rzecz jasna. Cygański gen jednak pozostał w Ewci a potem w Martusi no i oczywiście w kolejnym bękarcie przechodząc z pokolenia na pokolenie. Persil mi się kiedyś po tej „eksmisji” odgrażał tak jakoś dumnie, że jest tatusiem. Sprostowałem mu wówczas, że bycie tatusiem to nie jest to samo co bycie ojcem. Uświadomiłem mu, że wcale nie był pierwszym przydupasem sprowadzanym na budowę przez Martusię ale jest pierwszym, który się wżenił w używaną królewnę i będzie pierwszym, który będzie chował cygańskiego bękarta. Nie rozumiał za wiele więc go doinformowałem w ramach słodziuteńkiej, karmelkowej zemsty, że nawet jak zrobi badania DNA i nawet jak się okaże, że jest faktycznie ojcem tego dziecka, no to i tak będzie to dziecko z domieszką cygańskiej krwi. Ha, ha, bo taka jest właśnie bolesna i gorzka prawda. Persil był bardzo niepocieszony tą wiadomością więc pocieszyłem go, że nawet jak się w końcu ogarnie z tą sytuacją i rozwiedzie z Martusią no to i tak przez najbliższe ćwierć wieku będzie płacił alimenty na Cygana. Jak to cudownie przekazywać było dobre wiadomości typkowi który jeszcze do niedawna czuł się gospodarzem na mojej posesji. On na serio tak się czuł odkąd zapierniczył mi moje klucze i sobie zamieszkał – myślał, że w ten sposób ma mieszkanie… hmm… Powrót na ziemię był bardzo bolesny kiedy się okazało, że mieszkania nie ma a wszystko „co ma”, (bękart + długi za meble i AGD) „ma” właśnie dlatego, bo nie dostrzegł bezcennego drogowskazu, który mu wytyczyłem, kiedy mu kazałem wypierdalać z mojej posesji. Zanim jeszcze przystąpił do samowoli budowlanej, zanim dokonał kradzieży moich kluczy i zanim przywłaszczył sobie mieszkanie sfinansowane przeze mnie przy którym ze dwa lata sobie żyły wypruwałem. Persil kiedyś zrozumie, że tak samo jak Ewcia która puściła przecież z torbami własną mamusię babcię Kazię, tak samo Ewcia została pozbawiona wszystkiego przez własną córkę Martusię, która dla siebie i przydupasa zagarnęła mające być jej mieszkanie. Cygański gen spowodował to wszystko. I tak samo on pewnego dnia zostanie puszczony z torbami przez bękarta… którego spłodził, kiedy tylko ten dorośnie – to nieuniknione i nie było jeszcze ani jednego wyjątku od tej cygańskiej reguły. Kukułcze pisklę jak tylko się wykluwa i obrasta w piórka – natychmiast wykańcza inne gatunki – zwłaszcza te opiekujące się kukułką. Heh... chwała Karmie i chwała mędrcom ze wschodu - zasadziłem mu wówczas w bani tak silne ziarno z tym Cyganem, że wcześniej czy później ono zakiełkuje i łeb mu się rozpęknie od nadmiaru procesów myślowych. To tylko kwestia czasu. I nie przesadzam wcale bo gen cygański rzeczywiście jest niezmywalną hańbą mieszańca, o której będzie zresztą wyczerpująco poniżej. Biedny, nieszczęśliwy Persil nawet nie wie do czego jest zdolny ten przeklęty gen. Ale dowie się kiedyś na swojej własnej skórze, to pewne. Ten gen to po prostu coś potwornego, no ale nie uprzedzajmy wypadków i nie odbiegajmy od głównego wątku...

Ewcia szalała, kiedy pozbyłem się tych cholernych pasożytów. Kiedy, kukułki, sępy oraz gryzonie zostały w końcu odszczurzone z terenu budowy jej plan psychicznego nękania mnie zaczął się bowiem sypać. Nie mogła przeboleć, że po raz kolejny odzyskałem i pogodę ducha i kontrolę nad swoim domem. Tymczasem Persil i Martusia tak jak nigdy wcześniej nie mogli znaleźć pracy, tak teraz już na drugi dzień mieli i pracę i okazję do kształtowania swoich charakterów. Skończyły się hodowle  fauny i flory. Dobiegły końca nocne turnieje ping ponga, granie całymi dniami na konsolach, odrażająco głośne kopulowanie chyba po to aby mnie zniesmaczyć i zbieranie znaczków w ramach miodowego półtorarocza. Nawet wyprowadzania pieska aby przed wejściem zrobił kupkę już nie było. U pasożytów zaczęło się kształtować coś na niewyraźną jeszcze formę zrozumienia, że te wszystkie rzeczy biorą się z uczciwej pracy a nie wyrywania komuś z gardła. Kiedy Ewcia kwiczała, że odebrałem „jej dzieci" pocieszałem ją że one są „do wzięcia” poza budową, w miejscu gdzie ciężką i uczciwą pracą dokładają starań nad poprawą własnego wizerunku stając się z dnia na dzień lepszymi i społecznie pożyteczniejszymi jednostkami. Chyba do dziś jeszcze nie dotarło do niej, że tych „jej dzieci" nigdy nie powinno być na budowie tak więc fakt ich nie bycia nie jest czymś niezwykłym tylko najzupełniej normalnym. Zapomniała biedna, że stan nienormalny to ona wprowadziła i że te dzieci z premedytacją mnie szantażowały. Nie wiedziałem wówczas jeszcze, że tym posunięciem niesamowicie pokrzyżowałem ich ambitne i długofalowe psychiatryczne plany ale Ewcia oczywiście wiedziała doskonale o tym wszystkim co nabroił Mirek i dlatego w ramach przykręcania mi śruby w akcie desperacji w:

październiku 2014 rąbnęła mi z segregatorów faktury za materiały budowlane oraz całą dokumentację: protokoły odbiorów, projekt, pozwolenie na budowę, itp. Zbliżał się koniec roku więc jak zawsze pragnąłem zwalić faktury do księgowej a potem do skarbówki żeby odzyskać zwrot podatku z tytułu ulgi budowlanej. Rok wcześniej byłem pod nieustaną presją związaną z szykanami i nie miałem na to czasu, tak więc tych faktur było już co nieco z ostatnich dwóch lat. Z grubszych spraw były tam rachunki za ocieplenie całego budynku, za wykończeniówkę całego pierwszego piętra oraz za inne sprawy wykonywane na budowie w ostatnich latach. Było tego na kilkadziesiąt tysięcy więc dałem Ewci ultimatum, że jak nie ochłonie i faktury się nie odnajdą to sprawa trafi na policję a budynek i jej pizzeria będzie natychmiast przeszukany od piwnicy aż po dach. Odparła w złości, że jest kuratorem więc policja jej gówno zrobi. Rzeczywiście kiedyś tam wspominała, że ma jakąś ciocię klocię w jakimś sądzie i ta ciocia kiedyś jej załatwiła fuchę kuratora. Jak tylko otarła z gęby pianę to dokumenty co prawda mi oddała ale z fakturami się zapiekła i ich nie zwróciła, a zatem żeby nie mogła skorzystać ze znajomości na policji złożyłem:

 

w grudniu 2014 bezpośrednio do prokuratury zawiadomienie o kradzieży faktur oraz nie wyobrażając sobie życia pod jednym dachem ze złodziejami, jednocześnie do sądu pchnąłem wniosek o zniesienie tej współwłasności.

Odtąd sprawy zaczęły biec wielowątkowo:

2015

Kradzież Faktur

Po moim zgłoszeniu prokurator Grzesio zlecił dochodzenie komendzie Mirka i...?

17 lutego komenda Mirka odmówiła wszczęcia dochodzenia. Jakaś sierżant Ewa uznała, że moje faktury nie są moje ale są własnością... Ewci. W związku z tym zaistniał "brak znamion czynów zabronionych".

31 marca na wniosek komendy Mirka prokurator Grzesio zatwierdził te postanowienie o odmowie wszczęcia dochodzenia.

8 kwietnia prokuratora Grzesia coś chyba tknęło, bo postanowił jednak uchylić swoje własne postanowienie i postanowił podjąć na nowo postępowanie ale pod inną klauzulą.

zanim jednak ono do mnie dotarło:

28 kwietnia napisałem zażalenie na postanowienie z 31 marca, bowiem posiadałem już kolejne dowody, jakie uzyskałem z sądu, w którym ruszył w międzyczasie proces z Ewcią.

29 kwietnia prokurator Grzesio „po namyśle” postanowił jednak umorzyć dochodzenie, te które wznowił i któremu nadał inną klauzulę wobec "braku danych uzasadniających popełnienie czynu zabronionego"

22 maja prokurator Grzesio zarządził o odmowie przyjęcia zażalenia jako, że skarżona decyzja nie istnieje.

Czy coś się w sprawie moich skradzionych dwa lata temu faktur toczy czy nie toczy - tego to już nawet Salomon nie wie, bo prokurator Grzesio na bank jest do samego końca zakręcony. Tak zagmatwał, że nikt nic nie wie.

Póki co na dziś sprawa wygląda tak, że w moim wesołym miasteczku można kraść moje faktury, bo to nie jest zabronione ponieważ one należą do złodziei.

Sygnatura tej sprawy L.Dz. D-174/15 – umorzyła sierżant sztabowy Ewa K z KPP w Policach

W kwietniu 2015 roku przebywałem za granicą i dopiero tam dowiedziałem się o decyzji z 31 marca, jaką podjął prokurator Grzesio. A jako że jeszcze w lutym odbyła się pierwsza rozprawa o zniesienie współwłasności, na której wypłynęły w charakterze dowodów liczne fałszywe faktury Ewci - świadczące że ona w zmowie z innymi ludźmi już od dwóch lat rzekomo kupowała materiały budowlane na naszą posesję, miałem nowe dowody rzucające na sprawę ukradzionych faktur nowe światło. Odzyskując oczywiście swoje skradzione faktury w magazynach budowlanych w formie duplikatów, pobawiłem się też bowiem w detektywa i uzyskałem na to niezbite dowody. Jedyny problem był tylko taki, że na napisanie zażalenia było zaledwie kilka dni a ja byłem za granicą w małej dziurze, gdzie nie było nawet poczty. Tak więc wysłałem te zażalenie mailem do żony brata aby ona je złożyła do prokuratury zanim upłynie termin na tę czynność.

28 kwietnia - aby uniemożliwić próbę oszustwa na moją szkodę ze strony Ewci, żona brata złożyła te zażalenie w prokuraturze.

To niebywałe ale prokurator Grzesio nie zainteresował się w ogóle fałszywymi fakturami Ewci, skradzionymi moimi, prawdziwym motywem ich kradzieży lub osobami które już w przeszłości nagle zmarły a ich mieszkania przeszły na własność rodzinki Ewci, co opisałem szczegółowo w zażaleniu. Tego typu sprawy nie noszą najwidoczniej znamion czynów zabronionych.

Znamiona noszą czyny, których nie popełniono. Prokurator Grzesio dopatrzył się, że podpis na moim zażaleniu złożyła żona mojego brata i napuścił na nią natychmiast policję od Mirka. Dziewczynę błyskawicznie zaszczuto, nachodząc wiele razy po domu i po sąsiadach, wzywano na komendę stwarzając atmosferę zagrożenia, tam zmuszono w końcu do przyznania się do winy, a zaraz potem do dobrowolnego poddania się karze i błyskawicznie zafundowano jej wyrok - 800 złotych za „sfałszowanie podpisu”. Nikt jej nie powiedział, że ze względu na nieposzlakowaną opinię należało jej się niejako z urzędu warunkowe umorzenie sprawy. Nie powiedzieli jej oczywiście koledzy Mirka również tego, że ten podpis nie wyrządził nikomu żadnej szkody, gdyż to było bądź co bądź zawiadomienie organów ścigania o przestępstwie a nie dajmy na to wyłudzenie choćby złotówki kredytu. Nie powiedzieli również, że jej czyn ma dosłownie zerową szkodliwość. Tylko zamiast tego wszystkiego natychmiast ją skryminalizowali robiąc z niej przestępcę - fałszerkę podpisów. I to wszystko przy ignorowaniu faktów, że żona brata posiadała wystawione przeze mnie pisemne upoważnienie do odbioru i wysyłania wszelkiej mojej korespondencji pod moją nieobecność. To wszystko odbyło się na komendzie Mirka a sąd przyklepał kapturowy wyrok oczywiście, bez żadnego obrońcy i pod jej nieobecność. To co robi ta sitwa Ewci jest po prostu straszne.

Sygnatury i „inne klauzule” jednej i tej samej sprawy nadane, przemianowane i umorzone przez prokuratora Grzegorza S z Prokuratury Rejonowej Szczecin Zachód

2 Ds. 82/15

2 Ds. 1119/15

Fałszywe faktury

Jeszcze zanim ruszył proces, zaraz po Nowym Roku nastąpiła wymiana pism i wniosków dowodowych rozesłanych przez mojego i Ewci prawnika. W jej materiale dowodowym po raz pierwszy wówczas ujrzały światło dzienne jej „nakłady budowlane”. Były to fałszywe faktury - cały stos - opiewające na ładnych kilkadziesiąt tysięcy złotych. Jako że nie było mi dosłownie nic wiadomo o tym aby Ewcia cokolwiek kupowała, bo od początku budowy dzień w dzień trzymam rękę pulsie i osobiście nabywam cały materiał, poślęczałem nad nimi przez dobre dwa tygodnie sprawdzając każdy pojedynczy artykuł z tych fałszywych faktur na stronach Leroy Merlin oraz Castoramy według jego indywidualnej sygnatury. To co ustaliłem w sklepowych wyszukiwarkach okazało się porażające. Faktury te były niemal w stu procentach lipne. Fałszywe były dane adresowo personalne mówiące, że… babcia Kazia (!) rzekomo zakupiła mnóstwo materiałów budowlanych. Pomijając już to, że ze względu na Alzheimera babcia Kazia jest niezdolna iść na drugą stronę ulicy po papierosy bo zanim tam dojdzie to zapomni co miała kupić, ona nigdy nie mieszkała pod wskazanym na fakturach adresem z pierwszego piętra, ponieważ była zainstalowana na dziko w pomieszczeniu usługowym na parterze kiedy Martusia się teleportowała na II piętro. Cała reszta budynku w owym okresie, kiedy preparowano faktury, to poza właśnie parterem był stan surowy. Ten adres z faktur notabene do dziś (2016) nawet jeszcze nie istnieje, ponieważ budowa jest formalnie niedokończona i nie są ponumerowane lokale. Faktury te były preparowane na dwa lata zanim jeszcze nadałem numer samej posesji (luty 2015). W czasie preparowania tych fikcyjnych nakładów budowlanych istniał wyłącznie numer ewidencyjny działki - nie było jeszcze żadnego adresu, podkreślam. Pomijając już fałszywe dane adresowo personalne fałszywej klientki sam materiał z tych faktur również okazał się kuriozalny. Na mojej budowie jest bowiem na przykład wszędzie glazura i ogrzewanie podłogowe a na fakturach złożonych przez Ewcię w sądzie w charakterze dowodów były tymczasem egzotyki typu panele podłogowe i grzejniki. Na mojej budowie są łazienki w postaci prysznica zrobionego ręcznie przeze mnie z mozaiki i luksferów lub wanny a na fałszywych fakturach gotowa kabina prysznicowa. Na mojej budowie kupowałem i wstawiałem drzwi do mieszkań o szerokości ok 100 cm, czyli tak zwane "setki" a na lipnych fakturach były drzwi "dziewięćdziesiątki". Ponadto ja kupiłem pięć drzwi a babcia Kazia tylko jedne, rzekomo. W pomieszczeniach zainstalowałem drzwi "dziewięćdziesiątki" a na fakturach były jakieś "sześćdziesiątki" - również tylko jedne. Na mojej budowie osobiście zrobiłem wodociągi z rur stalowych a na lipnych fakturach były nabywane rury plastikowe oraz przejściówki do miedzi. Mnóstwo było tam absurdalnych rzeczy aż rażących w oczy i rozwikłałem je mozolnie wszystkie, artykuł po artykule.

Przy okazji odzyskiwania moich skradzionych faktur z archiwów sklepów budowlanych (co udało mi się oczywiście uzyskać w formie duplikatów) pobawiłem się przy okazji w detektywa widząc, że część lipnych faktur była płacona kartą płatniczą lub wręcz zamawiana z dostawą do domu. I co się okazało? Okazało się, że na te lipne faktury niby babci Kazi zrzucało się tak naprawdę solidarnie mnóstwo ludzi spokrewnionych lub zaprzyjaźnionych z Ewcią - posiadaczy owych kart kredytowych. Persil, jego ojczym, jacyś obcy a nawet Szymonek. I na jednej z tych faktur właśnie, tej z dostawą do domu okazało się również niezależnie, że prawdziwym klientem był Szymonek a cały towar pojechał na jego posesję. Tylko faktura była wystawiona na babcię Kazię, rzekomo zamieszkałą na budowie, ponadto pod nieistniejącym nawet do dziś adresem.

Wówczas przypomniałem sobie, że spłacając dług wdzięczności wobec niego w zamian za jego pomoc przy ociepleniu ja sam zrobiłem mu kompletną glazurę w łazience, w kuchni i przedpokoju oraz wymieniłem wszystkie okna i wstawiłem tę cholerną kabinę prysznicową (tę glazurę i tę kabinę z lipnej faktury babci Kazi), bo chłopak się zawziął i urządził tam remont kapitalny. Wówczas jednak powiedziano mi, że on sam to sobie kupił. Wymienione tam u niego było wszystko w ramach kapitalnego remontu - wanna na brodzik, wyburzone ścianki, zerwane podłogi, wszystkie drzwi, okna, rury, kable, cały osprzęt no i to tam właśnie powędrowała kabina prysznicowa o wymiarach znanych z lipnych faktur. Sam mu ją zresztą zamontowałem po zrobieniu płytek. Tam trafiły również nowe grzejniki i panele podłogowe.

Uświadomiłem sobie zatem wówczas, że w świetle tego że skoro fałszywe faktury były już od dwóch lat w tajemnicy przede mną preparowane - w czasach zanim jeszcze wystąpił między mną a Ewcią jakikolwiek konflikt - to może oznaczać tylko jedno - że moje faktury od samego początku były skazane na "zaginięcie" i to był prawdziwy motyw ich kradzieży a nie chęć zemsty "za wypędzenie Persila" (rok później) lub abym się nie mógł rozliczyć ze skarbówką i odzyskać paru złotych vatu. Uświadomiłem też sobie ze zgrozą, że skoro ci ludzie, aż tak starannie i na lata naprzód przygotowują swój każdy ruch z zimną wyrachowaną premedytacją no to nie są to amatorzy tylko psychopatyczni specjaliści, którzy doskonale wiedzą co i kiedy należy robić, gdyż mają ustalony szczegółowo plan działania. Oni na lata naprzód przygotowywali się jak widać do oszukania moich spadkobierców i zrobienia w jajco nie tylko ich ale i sądy oraz skarbówki. I te faktury rzeczywiście były doskonałe, oszukali nimi policję, sąd a nawet urząd skarbowy, bo pieniążki na te materiały pochodziły przecież ze sprzedanego mieszkania i w tej sytuacji aby nie płacić podatku należało wykazać takie lub inne wydatki na cele budowlane - gdyż tylko wtedy skarbówka nie ściąga swojego haraczu. To nie koniec moich przemyśleń, bo kolejną rzeczą oczywistą wynikającą z poprzednich wniosków, był jakże logiczny fakt, że absolutnie bez sensu jest preparowanie tego typu oszukańczych faktur w sytuacji kiedy ja - człowiek który sam budował budynek własnymi rękoma i sam nabywał w tym celu wszystkie materiały - w każdej chwili może ten wałek z lipnymi fakturami ujawnić, ot tak po prostu. Przecież w praktyce ani policja, ani żaden sąd, ani inspektor ze skarbówki nigdy nie chodzi po domach i nie sprawdza czy tam są na przykład grzejniki czy ogrzewanie podłogowe, nieprawdaż? Nikt nie mierzy drzwi i nie ogląda kafelków w łazience czy aby na pewno się zgadzają z sygnaturą na fakturze. I dlatego też nikt z tych instytucji nigdy nawet tego nie sprawdził, bazując wyłącznie na papierkach. Tylko ja mogłem im te plany pokrzyżować i dlatego mam niezbitą pewność co do tego, że moje problemy żołądkowe to nie był przypadek tylko próba otrucia. Ze zgrozą przypomniałem sobie, że zaraz po tym jak wyjechałem za granicę w 2014 roku, przez cały tydzień skręcałem się z bólu w lesie. Zwykły przypadek sprawił, że byłem tam poza zasięgiem i telefon nie działał. Ani ja wtedy nie mogłem do nikogo zadzwonić ani nikt do mnie. A co robiła w tym czasie Ewcia? Ewcia, tuż po moim wyjeździe robiła rzeczy, których nigdy nie robiła w ubiegłych latach. Biegała po znajomych, po rodzinie i wypytywała czy ze mną wszystko w porządku, bo nie daję znaku życia. No troskliwy anioł po prostu, aczkolwiek w ubiegłych latach guzik ją mój pobyt za granicą obchodził i jak wyjeżdżałem to całymi miesiącami nie zadzwoniła zapytać co u mnie, tylko zamiast tego pod moją nieobecność knuła przeciwko mnie z całą resztą tej patologii. I tak szukając wówczas informacji na temat trutek, które mogą wyjałowić kompletnie układ pokarmowy w jednym z wyników natknąłem się na rtęć. Kiedy już konkretnie wyszukałem objawów zatrucia rtęcią to nagle okazało się że mam je... wszystkie. Rozchwiane zęby, ogólne zmęczenie, gwałtowne siwienie, bóle stawów, otępienie umysłowe i szum w uszach. Zrobiłem więc natychmiast intensywną chelację i nie minęły nawet dwa tygodnie i wszystkie objawy zniknęły jak ręką odjął. Przestały latać zęby, zniknęło przewlekłe zmęczenie - znowu mogę z papierosem w zębach wnosić worki na trzecie piętro, zniknęły bóle stawów, rozjaśnił się umysł no i zatrzymało się siwienie - same ozdrowieńcze cuda normalnie. Masakra co te kukułcze jajo już nawymyślało, aby wyłudzić ten budynek.

To co sobie uświadomiłem po ujrzeniu fałszywych faktur to jednak tylko początek, bo rozmyślając już bardziej szczegółowo nad całością problematyki Ewci - i posiadając już nieco utraconą wcześniej wrodzoną jasność umysłu - dojrzałem natychmiast kolejną oczywistość - tę, że nie byłem wcale jej pierwszą ofiarą tylko co najmniej... trzecią o ile nie czwartą. Ona już bowiem w przeszłości przejmowała nieruchomości w całkiem podobny sposób. Ale zanim do tego przejdę dokończę sprawę fałszywych faktur na podstawie dokumentów.

Wczesnym latem po wizycie u prokuratora Grzesia, któremu się musiałem gęsto z podpisu żony brata tłumaczyć, okazałem mu fałszywe faktury. Mimo że mu je położyłem tuż przed oczami i wytłumaczyłem o co chodzi, popatrzał tylko na nie jak na śmierdzące gówno i mnie spławił. Poradził mi zgłosić to na policję. Tak też zrobiłem po niemal dwóch godzinach prób odwiedzenia mnie na komisariacie od zrobienia tego.

2 sierpnia policjantka Ewa z komendy Mirka przejrzała je i rutynowo odmówiła wszczęcia dochodzenia "wobec braku znamion czynów zabronionych"

Wygląda więc, że w moim wesołym miasteczku wolno fałszować faktury aby mnie kantować, samowolnie sobie „inwestować” bez pozwolenia na budowę na mojej budowie no i nie płacić przy okazji podatku.

Komenda Mirka niechętnie ale jednak z urzędu powiadomiła skarbówkę a skarbówka wszczęła jednak swoje własne dochodzenie - chyba dlatego że nie mieści się w moim miasteczku.

Sygnatura tej umorzonej sprawy D – 5410/15 – sierżant sztabowa Ewa K z KPP w Policach

Bezprawne przywłaszczenie mienia o znacznej wartości

Kiedy byłem na komendzie Mirka zgłaszać fałszywe faktury przy okazji zgłosiłem też kradzież kluczy i bezprawne przywłaszczenie mieszkania przez plemię szantażującego mnie Persila, czyli rażące naruszenie władania właściciela swoją własnością.

Ktoś na komendzie Mirka był tak miły, że spisał moje zgłoszenie ale robił ten nieznany mi gościu to tak, aby wyglądało jakby je składał ktoś niespełna rozumu. Po niemal dwóch godzinach odwodzenia mnie od składania zeznań jednak je spisano, ponieważ wyraźnie na to nalegałem ale wyglądało to mniej więcej tak: "ja chcieć zgłosić ktoś ukraść mi klucze. świadek nie potrafi zebrać myśli. twierdzi że przywłaszczono mu lokal mieszkalny..." itp., itd...

Nie wiedziałem wtedy jeszcze o „kierunku psychiatrycznym” ale teraz oczywiście wiem, że ten sposób notowania moich zeznań był oczywiście celowy.

Efekt?

Efekt jest taki, że nikt nigdy nawet nie podjął na komendzie Mirka dochodzenia w sprawie ukradzionych mi kluczy i bezprawnego przywłaszczenia przez Persila mieszkania. Jego szantażyk również nie został oczywiście nigdy zbadany, oskarżony lub ukarany. Tak samo samowola budowlana jakiej wbrew mojej woli dokonał na mojej budowie. Wszystkie powiadomione o tym instytucje, policja, prokuratura i nadzór budowlany dokonały... totalnego zaniechania działań.

To wszystko zapewne są tylko moje urojenia a nawet jeśli nie, to nie „noszą znamion czynów zabronionych” - bo jak inaczej to wytłumaczyć?

Sitwa Ewci i jej inne ofiary

Zadziwiająca niechęć ze strony komendy Mirka do zbadania problemów prawnych produkowanych ze strony Ewci skłoniła mnie do głębszych przemyśleń nad nią jako taką. Odgrażała mi się nie raz, że jest kuratorem lub informatorem i policja jej gówno zrobi, ale tak prawdę mówiąc nigdy tego bełkotu nie brałem na poważnie jako że padał po pijanemu. Teraz jednak biorę, bo wiem, że nie jestem pierwszym którego skrzywdziła. Takich osób jak ja było całkiem sporo.

Pierwszą ofiarą o której wiem był brat jej matki, Adam. Znałem go jako poczciwego człowieka, który był samotny, pracował jako ochroniarz i posiadał własne mieszkanie. I pamiętam że kiedyś Ewcia zaczęła go nagle nęcić że załatwi mu wcześniejszą emeryturę i nie będzie musiał pracować. Adam zrezygnował więc z pracy, przekazał Ewci wszystkie swoje dokumenty i tak ona go rozliczyła z zusem i fiskusem, że stał sie bezrobotnym bankrutem. Żadnej emerytury mu nie załatwiła rzecz jasna, tylko doprowadziła do nędzy a potem uzależniła kompletnie od siebie. Zaczął przychodzić do niej na miskę zupy kiedy szybko stracił środki do życia. Po tych zupkach momentalnie zrobił się jak zombie - był zamulony umysłowo i szurał nogami po ziemi jak ci nieszczęśni kolesie nafaszerowani psychotropami w zakładach psychiatrycznych. I w tym właśnie okresie Adama intensywnie nakłaniano na spisanie testamentu. On wcinał sobie te zupki a oni - klika Ewci - sterczeli nad nim jak stado sępów. Jak już Adam spisał ten cholerny testament to raz dwa znalazł się na cmentarzu. Zmarł nagle i w sumie nie wiadomo nawet na co. A mieszkanie po Adamie to jest właśnie jak się okazuje… „mieszkanie Szymona”, na które trafił niemal cały materiał z tych lipnych (rzekomych) faktur babci Kazi. O samym Adamie natomiast nikt już nie powiedział później nawet jednego dobrego słowa. Rodzina Ewci non stop go oczernia, że był alkoholikiem, nieudacznikiem, nie radzącym sobie życiowo i tym podobny bełkot. Ciekawe czy ktoś zna chociaż jednego alkoholika mającego stałą pracę lub niezadłużone mieszkanie. Co jeszcze ciekawsze, gdyby nie ten nieszczęsny testament, te mieszkanie drogą naturalnego dziedziczenia, czyli bez żadnych testamentów, objęłaby w razie jego śmierci w swoje posiadanie... babcia Kazia - rodzona siostra Adama. Babcia Kazia nie była jednakże w planach Ewci uwzględniana jako spadkobierca ale...

druga ofiara. Przypomniałem sobie tak rozmyślając o ubiegłych latach, że jak tylko wyjechałem za granicę bodajże w 2012 nastąpiły bardzo dziwne rzeczy. Dostałem nagle telefon od Ewci późną nocą, że zmarł jej ojczym Mietek. Cały czas wysłuchiwałem jaki on był niedobry, że pił, bił i tego typu historie. Dziwne rzeczy, bo tak naprawdę on i babcia Kazia to byli szczęśliwi emeryci, pomagający jak tylko mogli Ewci przy każdej okazji. Kazia nie raz dawała jej pieniądze na jej pizzerię a Mietek osobiście nabył a potem położył jej polbruk przed lokalem i wyłożył płytkami ogródek piwny kiedy otworzyła sobie jeszcze pub. Nie było mnie dosłownie kilkanaście tygodni i w tym krótkim okresie on - wcześniej zupełnie zdrowy - nagle umarł nie wiadomo na co. Jednocześnie babci Kazi tragicznie się pogorszył stan zdrowia. Jego mieszkanie i samochód zostały sprzedane a oszczędności życia wyparowały z konta. Parę tygodni to wszystko zaledwie zajęło Ewci. Kolejna nagła śmierć i kolejne przejęte mieszkanie. Babcia Kazia jakoś przeżyła to co się stało tak nagle, ale obecnie tak jest faszerowana tabletkami, że nawet nie wie gdzie się znajduje jak już wspominałem. Jak już zrobiono z tej kobiety bezdomną została zainstalowana na mojej budowie. Po powrocie do Polski znalazłem ją w lokalu usługowym. Żeby było śmieszniej babci Kazi wmówiono nawet że ona niby coś na mojej budowie nabyła. Masakra.

Kolejną ofiarą był pan Antoni. Starszy człowiek obarczony ciężko chorą małżonką na wózku inwalidzkim. Ciągle mu było mało pieniędzy na opiekę nad żoną. Na początku budowy dorabiał u mnie nocami jako stróż siedząc po prostu w swoim samochodzie i pilnując aby złomiarze do końca mojej stali zbrojeniowej do skupu nie wynieśli. Niczego co prawda nie upilnował, nawet mojego samochodu, no ale trochę sobie dorobił pan Antoni. Bardzo szybko pamiętam, że Ewcia tego człowieka „przejęła” obiecując mu złote góry i wykorzystując fakt, że jako eks taksówkarz miał własne auto. Zatrudniła go na czarno do rozwożenia pizzy, również częstowała zupkami i tak ganiała aż ten człowiek... padł z wyczerpania. Wracając po prostu z kolejnego kursu upadł i zmarł na progu pizzerii. Ze dwadzieścia minut klienci, którzy wybiegli usiłowali go reanimować. Potem profesjonalni ratownicy. Niestety zmarł. Samej Ewci nikt z policji lub inspekcji pracy nigdy w tej sprawie nie zadał nawet jednego pytania. Co bardzo ciekawe w tej historii to niezrozumiała troska Ewci o wdowę po panu Antonim. Mi nigdy na budowę nie dostarczyła ciepłego posiłku w porze obiadowej a tu wobec kompletnie obcej osoby nagle zaczęła odgrywać anioła i dowozić jej, (kolejnym kierowcą) codziennie obiadki. Druga matka Teresa normalnie. Nie znam tej pani na wózku ale znam już doskonale Ewcię i założę się o bardzo duże piwo, że ta nieszczęśliwa ciężko chora wdowa także jest samotna i także jest nakłaniana na testamenty jakieś przez te stado sępów. W zamian za „dożywianie i opiekę”, rzecz jasna. Dużo dziwnych spraw tak nagle stało się zrozumiałe i jasne no ale... prokuratora Grzesia w ogóle to nie zainteresowało. Zamiast się zająć działającą już zupełnie jawnie mafią mieszkaniową, dużo lepiej ze mnie zrobić psychola a z mojej rodziny kryminalistów - tak jest prościej i lepiej dla Ewci, jej sitwy i sprawy.

Z innych przypadków to wiem, że jakiś wujek robił dla Ewci pizzerię i niestety zmarł kiedy ją skończył zanim zdążył się z nią rozliczyć. Potem jak już otworzyła na spółkę ten lokal to raz dwa wykosiła wspólniczkę przejmując go wyłącznie na siebie.

Niczego w tych sprawach nigdy nie zrobiono. A uważam, że to co robi Ewcia nosi pospolitą nazwę mafia mieszkaniowa. Widząc naocznie jakie akcje dzieją się zakulisowo w sprawie mojej kamienicy - jestem tego wręcz pewny.

Te mieszkaniowe mafie w Polsce to prawdziwa plaga i nierzadko biorą w nich udział, policjanci, prokuratorzy lub notariusze. Nie ma więc żadnych przeciwwskazań, aby pani kurator nie mogła podobnej mafii sobie zmontować. Oto garść pierwszych z brzegu linków aby sobie uzmysłowić jak to wszystko się odbywa i na jakich szczeblach jest organizowane:

http://stonoga-zbigniew.pl/sprawa-bandyckiego-wejscia-do-domu-w-lomiankach/

http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/3494537,mafia-mieszkaniowa-przed-...

http://www.dzienniklodzki.pl/artykul/9115249,falszujac-cztery-akty-notar...

http://www.fakt.pl/mafia-morduje-emerytow-by-przejac-ich-mieszkania,arty...

Fascynujące linki, nieprawdaż?

 

W moim przypadku, kiedy Ewcia formalnie – jako kukułcze jajo - przystąpiła do współwłasności włożyła całe, heh... 5 tysięcy złotych. Wcześniej za nieruchomość zapłaciła 95 tysięcy, czyli 75 za działkę i 20 za budynek, gdyż tyle właśnie ta surowa skorupa była wówczas warta. Dziś wartość samej chałupy - nie obarczonej ponadto nawet złotówką kredytu - oscyluje dobrze ponad bańkę, tak więc apetyty sitwy wzrosły i jest to w pełni zrozumiałe. Jedyny problem Ewci i reszty patologii jest tu tylko taki, że ta obecna wartość budynku nie wzięła się z dupy lub jej fałszywych faktur ale z ośmiu lat mojej harówki oraz stosunkowo grubej wyłożonej przeze mnie kasy. Ona i to dosłownie po trupach idzie do celu i nie cofnie się przed niczym aby to przejąć. Kolejna część tej opowieści opisze to bardziej szczegółowo...

Kradzieże prądu

W lutym 2015 tradycyjnie już z braku środków przerwałem prace na budowie, wyłączyłem na bezpieczniku swój prąd budowlany i wyjechałem za granicę zebrać jakieś środki, bo na nakłady ze strony Ewci już nawet przestałem liczyć. Było to tuż po odczycie liczników elektrycznych i uregulowaniu należności.

Wybudzono oczywiście tradycyjnie Mirka aby mnie znów niby poszukał a ja tymczasem sobie wyjechałem...

W kwietniu Ewcia nie wpuściła na teren posesji inkasenta z Enei, który przybył odczytać liczniki. Przyjechałem więc z Francji dokonać owych odczytów i podać je drogą telefoniczną. Po kilku dniach kiedy dotarły faktury okazało się, że podczas mojej nieobecności Ewcia i babcia Kazia, zużyły z należącego do mnie licznika energii na kwotę ponad 1600 złotych. Przekazałem jej fakturę wygenerowaną podczas mojej nieobecności. Ona jednak uznała za stosowne pokryć jedynie połowę pomimo mojej całkowitej nieobecności w rozliczeniowym okresie i pomimo iż ona z matką zajmują półtora piętra a ja tylko połowę jednego. Kosztowało mnie to ponad 800 złotych bo Enea straszyła windykacją w czasie kiedy Ewcia pokryła tylko jedną drugą. Wyjeżdżając wyłączyłem więc swój licznik w skrzynce z bezpiecznikami aby podobna sytuacja nie miała więcej miejsca w przyszłości. Ewcia, bowiem posiada dwa własne liczniki a więc może sobie brać stamtąd energii ile tylko zechce...

W czerwcu otrzymałem jednak informację o kolejnej fakturze – tym razem na kwotę ponad 2700 złotych, jaka z mojego wyłączonego licznika została wygenerowana przez Ewcię oraz resztę patologii Persila która... powróciła. Tak więc niezwłocznie złożyłem wniosek do zakładu energetycznego aby wstrzymał jak najszybciej dostawę energii do mojego licznika – plac budowy.

16 czerwca zakład energetyczny przybył i wyłączył dostawę energii. Spisano końcowy odczyt, zdjęto przewody, zaplombowano je jak również zaplombowano sam licznik oraz wyjęto na stałe bezpieczniki.

30 czerwca przybyłem do kraju w związku z kolejną rozprawą i zauważyłem że prąd jednak płynie z licznika plac budowy, ponieważ działało oświetlenie klatki schodowej i piwnicy. Wezwałem policję i w obecności patrolu oraz dzielnicowego otworzyłem skrzynkę z licznikami. Skrzynka od bezpiecznika była zdemolowana – ktoś się do niej włamał i uszkodził zamek, natomiast licznik był rozplombowany i ponownie nielegalnie podłączony do prądu. Śladów włamania z zewnątrz nie było na teren klatki schodowej tak więc dokonano tego włamania z terenu posesji. Oględziny budowy w obecności policji wykazały, że w mieszkaniu na drugim piętrze (pod drzwiami) znajdują się zabawki dziecięce a na piasku przy wejściu do budynku znajdują się ślady wózka dla dzieci – i stąd pewność że Persil po raz kolejny powrócił podczas mojej nieobecności na teren budowy bezprawnie zamieszkać tam sobie. Widziałem go zresztą z dozorcą nad ranem następnego dnia jak chyłkiem uciekał z posesji.

W świetle tego wręczyłem fakturę Ewci, zleciłem Eneii wymianę licznika na przedpłatowy aby mnie nie okradano i nie zadłużano wbrew mojej woli i powróciłem do Francji.

Ewcia pomimo wezwania z groźbą windykacji nie zapłaciła za skradziony prąd tak więc:

1 października powiadomiłem na piśmie komendę Mirka o włamaniu do skrzynki elektrycznej, zerwaniu plomby i kradzieży prądu na moją szkodę. Tym razem sam napisałem powiadomienie żeby znowu go ktoś życzliwie nie spisał tak aby wyglądało że składa je jakiś przygłup i zatrzymałem sobie potwierdzenie zgłoszenia. W materiale dowodowym przedłożyłem faktury, protokoły z odczytów, zaplombowania oraz wymiany licznika a także... przyznanie się Ewci do zerwania plomby, które w międzyczasie osobiście złożyła składając zeznania w sądzie cywilnym kiedy sędzia ją przycisnęła podczas procesu o zniesienie współwłasności jaki tam się toczy.

28 października policjantka Kamila z komendy Mirka odmówiła wszczęcia dochodzenia, tradycyjnie już "z powodu braku czynu zabronionego"

No kurwa. Przysługiwał mi tam zapisany w jej śmiesznym piśmie wgląd do akt tej sprawy więc udałem się na komendę wejrzeć sobie do nich. Podczas zapoznawania się z materiałami dotyczącymi tej przykrej historii, prowadząca ją policjant Kamila przedstawiła mi niezwykle uprzejmie dowód wpłaty dokonanej przez Ewcię na sumę 2438 złotych z dnia 29.06.2015 - co miałoby niby świadczyć w jej mniemaniu o tym, że szkody nie ma gdyż... została przez Ewcię uregulowana jeszcze w czerwcu. Pomimo podejrzeń co do prawdziwości tego dowodu, nie pozwolono mi go skserować tylko wręczono mi odręczny odpis tej transakcji.

W świetle tego, że faktura z Eneii wystawiona na kwotę 2776 złotych pochodzi z lipca a wezwanie do jej zapłaty z groźbą windykacji z sierpnia jest pewne, że Ewcia nie dokonała tej wpłaty na rzecz tej należności, gdyż ta podejrzana płatność odbyła się w czerwcu. Logiczne, jako że przecież nawet pół cyganki nie potrafią z miesięcznym wyprzedzeniem wywróżyć należności do zapłaty. Pół cyganki potrafią tylko fałszować faktury. Potwierdza to również faktura wystawiona przez Eneę pod koniec lipca, w której przy okazji obnażane są kolejne nieprawdziwe zeznania Ewci o jakich usłyszałem od prowadzącej śledztwo Kamili:

- okazuje się że Ewcia nie dokonała wpłaty również z poprzedniego wezwania do zapłaty na kwotę 824 złote - tylko ja tego dokonałem i stąd zadłużenie wyniosło wówczas tylko jeden grosz po tej operacji - co potwierdzono mi oczywiście w Eneii kiedy byłem wyjaśnić tę kwestię podczas regulowania poprzedniego wezwania do zapłaty oraz sprawdzania stanu salda w związku z całym tym zajściem na moją szkodę,

- gdyby niezależnie ode mnie ona także dokonałaby tej wpłaty - tak jak zeznała na policji - to oczywiście byłaby nadpłata w adekwatnej wysokości 824 złote a tego również na fakturze nie ma tylko w miejscu nadpłaty figuruje wartość zero (jeden grosz - potwierdzony mi zresztą przez zakład energetyczny)

- nie ma oczywiście na tej lipcowej fakturze również śladów rzekomej wpłaty w czerwcu owych 2438 złotych, jaką przedstawiła na policji Ewcia - tylko nadal widnieje do zapłaty na fakturze (oraz dotyczącym jej wezwaniu do zapłaty z sierpnia) oryginalna kwota 2776 złotych - co świadczy o tym, że nic nie zostało wpłacone na konto od czasu mojej wpłaty 824 złotych - kiedy saldo oscylowało wokół jednego grosza.

Ewcia tym samym wytworzyła mi szkodę łącznie na ponad 3600 złotych a potem powtórzyła na komendzie Mirka swój popisowy numer z fałszywymi fakturami, przedstawiając znowu jakąś lipę zamiast prawdziwego rachunku. A zatem opisałem Kamili i reszcie optymistycznych policjantów na komendzie Mirka szczegółowo jej machloje w zażaleniu, podparłem to paragrafami za kradzież energii, która jest przestępstwem ściganym z urzędu i:

10 listopada pchnąłem je z nowymi dowodami do prokuratury. Prokuratura popchnęła to bezpośrednio do policjantki Kamili.

2 grudnia Kamila napisała mi z komendy Mirka smutny list, że łaskawie zarządziła o przyjęciu mojego zażalenia, bo zostało złożone w terminie i jest dopuszczalne. Potem przesłała je do prokuratury.

29 grudnia prokuratura też wysłała mi list ale zrobiła to tak abym go nigdy nie otrzymał. Zamieniono bowiem moje imię na kopercie na Piotra jakiegoś i poczta nie chciała mi tej przesyłki wydać, mimo iż cała reszta danych była prawidłowa. Po numerze przesyłki i dwóch podróżach do prokuratury udało mi się ustalić co to był za list i odebrać w sekretariacie jego kopię. Był to oczywiście list do mnie a nie Piotra jakiegoś. Prokuratura informowała mnie w nim, że moje zażalenie powędrowało do sądu rejonowego wraz z wnioskiem o... utrzymanie w mocy zaskarżonego postanowienia.

Hmm... czyżby kradzież prądu też ostatecznie miała „nie nosić znamion czynów zabronionych”? Ciekawe jakie jeszcze cuda zostaną natworzone aby chronić złodziei przed odpowiedzialnością, skoro nawet na stronach Enei i w rozporządzeniu ministra są ustawowo określone taryfy karne nawet za... zerwanie plomby. Pożyjemy, zobaczymy, sam jestem ciekaw jak daleko sięgają macki Ewci i tej sitwy, bo ja z tym prądem pójdę nawet do sądów najwyższych jak zajdzie taka potrzeba.

Sprawa obecnie jest w toku... niezbadane są wyroki... ale Ewci plecy i tak powoli zaczynają mnie przerażać...

Sygnatury tej sprawy:

L. Dz. 7670/15 KPP w Policach – sierżant sztabowy Kamila W

Ko 1306/15 – Prokuratura Rejonowa Szczecin Zachód

Donosy i meldunki.

Jeszcze w maju, kiedy tylko rozpętało się piekło z zerwaną przez kukułcze plemię plombą z mojego licznika otrzymałem tajemnicze pismo z urzędu miasta, w którym grożono mi karami za to, że nie złożyłem deklaracji o wywozie odpadów komunalnych. Podobno właściciel ma taki obowiązek z chwilą pojawienia się pierwszych lokatorów. Co dziwne ten list był na budowie wetknięty w drzwi do mieszkania na I piętrze jako że nie ma jeszcze na budowie ani skrzynki na listy ani adresów. Persil jak się okazuje jednak nie był gołosłowny kiedy mnie rok wcześniej szantażował, że będę płacił kary za to że… on tam mieszka. Kiedy odpisałem do urzędu miasta, żeby nie posługiwać się adresami które nie istnieją tylko nadal pisać na mój normalny adres do korespondencji i że niczego nie wiem o lokatorach ale wiem sporo o namolnych dzikich lokatorach nachodzących mnie od lat i usiłujących ciągle na budowie zamieszkiwać wybuchnął mały skandal. Okazało się, że Ewcia nielegalnie zameldowała na terenie budowy na pobyt stały dosłownie kilka tygodni wcześniej siebie, Persila, Martusię i tego bękarta który im się wykluł. Babci Kazi o dziwo nie zameldowała. Kiedy z osobą towarzyszącą udałem się wyjaśnić to do meldunkowego naczelniczka walnęła skruchę i powiedziała abym się zgłosił z aktem notarialnym to się błąd naprawi. Poinformowałem ją że kiedy w lutym 2015 roku nadałem numer policyjny tylko tej posesji to odmówiono mi zameldowania się pod nim ponieważ „to jest budowa a budynku nie ma w ewidencji”. Zapytałem ją dlaczego w takim razie na podstawie tego samego aktu notarialnego zameldowała tam osoby postronne, w dodatku pod nieistniejącymi adresami, jako że numer jest tylko posesji a nie są jeszcze nadane numery mieszkań, ale nie potrafiła mi tego wytłumaczyć. Na drugi dzień już była całkiem inna rozmowa. Naczelniczka pozwoliła sobie powydzierać na mnie i osobę towarzyszącą mordę wrzeszcząc, że ma w dupie prawo budowlane, gdyż ma swoje własne o ewidencji. Machała nam przed nosem tym swoim prawem jednak nie była w stanie powiedzieć który konkretnie artykuł tego prawa pozwala się zameldować na terenie budowy, w budynku nie widniejącym w ewidencji, pod nieistniejącym adresem, na cudzej posesji. Skończyło się to tak, że po wizycie...

8 maja i złożeniu odpowiedniego wniosku Burmistrz

9 lipca wszczął procedurę postępowania administracyjnego o wymeldowanie z urzędu całej tej patologii. Z Ewcią włącznie.

Ta „procedura” jednakże w praktyce wygląda tak, że na budowę wyruszyła „kontrolo komisja” czyli dwie tępe baby z urzędu meldunkowego, które po przybyciu na miejsce pod asystą dwóch strażników miejskich (po kiego?) nie chciały w praktyce skontrolować tego co przybyły zobaczyć. Mimo zaproszeń w ramach „drzwi otwartych” nie weszły do budynku ze mną i nie stwierdziły że nikogo tam nie ma, lecz gapiąc się smętnie z trawnika na antenę satelitarną Persila stwierdziły „że tam się mieszka a więc jest w porządku”. Potem na miejsce budowy wyruszył dzielnicowy, poczytał sobie chłop tablic informacyjnych, informujących wszem i wobec, że to jest... teren budowy, zadzwonił do mnie pod numer z tablicy, zapytał czy tam się mieszka, usłyszał że nie, bo od jesieni 2014-go, czyli od czasu usunięcia Persila przez policję z posesji już go tam nie ma i popchnął tę wiadomość na komendę Mirka - swoją komendę, rzecz jasna. Na komendzie „procedura” ugrzęzła.

Do dziś nic się w sprawie nie dzieje. Nadal są na mojej budowie zameldowani ludzie pod nieistniejącymi adresami. Ludzie nie mający absolutnie żadnego tytułu prawnego do tej nieruchomości. Nikogo nie obchodzi, że budynek jest w budowie i nie ma go w ewidencji, że takie adresy nie istnieją po prostu. Trzecie spłukanie Persila jakoś nie może do dziś się urzeczywistnić formalnie. Masakra totalna. A ja oczywiście - współwłaściciel oraz jedyny inwestor - nijak nie mogę się zameldować w swoim własnym, legalnie wybudowanym, własnymi rękami domu, tylko nadal mam być bezdomny. Wesołe jest życie w moim wesołym miasteczku.

Po wszystkich kontratakach z mojej strony Ewcię coraz bardziej brała kurwica. Najbardziej musiało ją chyba dręczyć to, że mimo aż takich zmasowanych i perfidnych akcji nadal brak było z mojej strony zaprogramowanych już lata wcześniej „aktów agresji”. Nie wiem czy ktoś inny wytrzymałby tego typu zorganizowane prowokacje bez wybuchu sprawiedliwego gniewu ale wiem że Ewci zaczynał się już palić grunt pod nogami, bo czas nieubłaganie upływał i mimo wszystkich jej działań budowa dobiegała jednak do końca. Ponadto toczyłem z nią przecież proces sądowy od roku, odbywałem oczywiście wizyty na policji oraz na prokuraturze - tej samej która też rzekomo mnie szuka - tak więc sypał się już i to na całego zorganizowany przez Mirka i Ewcię obraz „uciekającego” przed wymiarem psychola - bandyty.

Ostatecznie, w praktyce Persil został razem z Martusią ponownie spłukany i był już nawet przez policję oficjalnie uświadomiony podczas tamtej interwencji, że nie może na budowie przebywać i od tamtej pory ukrywa się przede mną bawiąc czasami w kotka i myszkę. Ewci powoli kończyć się zaczęli sojusznicy. Nawet z urzędu miasta odezwały się do mnie jej dawne koleżanki i poinformowały, że mam do zapłacenia zaległe podatki, które chyba z inwencji Ewci znającej tam wszystkich „zaginęły” po to aby mi nagle spaść na głowę po latach z odsetkami za zwłokę. Podatki te się „odnalazły” i zostały uregulowane bezodsetkowo, ku jej rozpaczy.

 

Pozostałe podsrywajki

W ramach umilania mi życia, Ewcia oczywiście nie spoczęła na laurach. Knuła w dalszym ciągu usiłując mnie zamknąć w psychiatryku. Przełom roku 2015 i 2016 to był dla niej ostatni moment aby to osiągnąć i dlatego jeszcze:

10 października Ewcia wycięła mi kolejny numer. Malowałem akurat nowe poręcze na klatce schodowej kiedy wtargnęła na budowę znowu z jakimś typem, którego nigdy na oczy nie widziałem. Widząc jakiegoś oślizgłego osobnika wyglądającego na coś pomiędzy łysym szczurem a świadkiem jehowy wziąłem kamerę i pytam się go kim on jest i co tutaj robi. Odpowiedzi nie było. Byłem jak zwykle ignorowany a tymczasem typ najpierw wszedł sobie do jednego, a potem do drugiego mieszkania dysponując kluczami które mi w ubiegłych latach skradziono. Tymi samymi kluczami w sprawie których policja nawet nie wszczęła nigdy dochodzenia. Zanim tylko typ się zabarykadował z Ewcią w środku ona wrzasnęła do mnie, że on tu będzie pracował w sensie „pilnował mnie” i ma na tę okoliczność umowę o pracę. Kolejny samozwańczy inwestor, znaczy się znalazł. Ewcia chciała rozpaczliwie powtórzyć numer z Persilem tylko tym razem nie czekając nawet aż wyjadę. Z braku czasu najprawdopodobniej. Potem by się pewnie okazało, że on... dom zbudował - tak samo zresztą jak w międzyczasie twierdzą w sądzie Persile. Tam są zresztą całe hordy fałszywych świadków ale opiszę to osobno w kolejnej części. Tymczasem nie czekając więc aż jakiś nowy intruz porobi mi jak kiedyś Persil szkody wyłączyłem kamerę, sięgnąłem po telefon i wezwałem policję. Usłyszeli to będąc zabarykadowani w środku, tak więc zaczęli pośpiesznie uciekać z budynku. Ten typ schodząc po schodach złośliwie strącił stojący na nich kubełek z farbą, a potem się zatrzymał i ciekawie patrzył co z tym fantem pocznę. Pohamowałem chęć dania mu w mordę i złapałem skurwiela za rękaw aby nie uciekł przed przyjazdem policji. Wyrwał się co prawda ale nie zdążył się ulotnić. Policja przybyła, schwytała go przed budynkiem i jak zwykle pouczyła, że możemy złożyć skargi. Ja że on wtargnął i mi strącił farbę a on że naruszyłem mu nietykalność rękawa. Wyjaśnienia ze strony Ewci były już natomiast zupełnie inne. Przed policją stwierdziła, że ten typ to coś w rodzaju opiekuna jej ciężko chorej matki, która miała rzekomo jakiś atak korzonków. Ta idiotka najwyraźniej zapomniała o tym co nagrała parę minut wcześniej kamera no ale to właśnie cała Ewcia. Cygański gen nigdy nie pozwoli na to aby przez gardło przeszło choćby jedno słowo prawdy. Ja oczywiście nie mam pięciu lat tylko jestem duży chłopczyk, tak więc nie pobiegłem się poskarżyć, że jakiś maluch wtargnął na moją budowę i celowo rozlał mi kubełek farby. Kupiłem drugi i malowałem swoje poręcze w dalszym ciągu a ten typ został jak wielu przed nim także uświadomiony przez policję, że ma tu zakaz wstępu jako osoba nieupoważniona.

21 listopada wyleniały Gienio (typek od „opieki” nad babcią Kazią), Ewcia i plemię Persila udało się do prokuratury z garścią nowych skarg na mnie. Plemię się poskarżyło, że zostało zniesławione - zniesławił ich mój wniosek o wymeldowanie z urzędu z nieistniejących adresów i poinformowanie urzędu że to złodzieje, dzicy lokatorzy oraz szantażyści, których nigdy nawet nie powinno być na terenie budowy a byli ponieważ zakradli się pod moją nieobecność po to… abym za ich pobyt zapłacił ustawowe kary. A Gienio i Ewcia poskarżyli się, że ich zelżyłem, popychałem na schodach i naruszyłem nietykalność osobistą kiedy przybyli opiekować się rzekomo chorą matką. Zapomnieli poskarżyć się, że budowa to nie miejsce dla chorych matek, że zajście zostało zarejestrowane, że te lżenie to: „przepraszam kim pan jest i co tutaj robi?" , że był tam również dozorca i że na nagraniu ich wizyta była określona „do pracy” a nie „do opieki”. Zapomnieli nawet o tym, że babcia Kazia biegała żwawo po schodach przed kamerą, co jest niemożliwe przy ataku korzonków. O tym, że babcię Kazię ograbili, zniszczyli psychicznie i się nad nią nieludzko znęcają trzymając jak psa pod kluczem na zimnej budowie, zapomnieli opowiedzieć. Ja nie zapomnę i dlatego powiem, że babcia Kazia to taka sama ofiara Ewci jak wiele innych osób. To że ona jest rodzoną matką kukułczego cygańskiego jaja, niczego nie zmienia w tej kwestii. Ewcia tylko dlatego aby zdobyć kasę ograbiła własną matkę z całego dorobku życia - mieszkania, oszczędności i samochodu - a potem wyrzuciła na moją budowę aby mieć ją z głowy. Zupełnie jak śmiecia. Kiedy napisałem do prokuratury, że po budowie błąka się bezdomna staruszka, zmieniło to tylko tyle, że prokurator Grzesio zaniechał działań a mi skradziono kolejne klucze, wymieniono zamki i... zaczęto babcię Kazię zamykać tam kompletnie samą - bez jakiejkolwiek opieki. Poza tym ona od dawna jest non stop pod płaszczykiem „troskliwej opieki” faszerowana pigułkami po których szura nogami i się dziwnie śmieje, potem jest zamykana na klucz i często kiedy ustaje działanie tej chemii ona odzyskuje świadomość. Wówczas wyje po całych nocach przeklinając całą swoją rodzinę a zwłaszcza Ewcię która ją tak urządziła. To też mam na nagraniach i jedyny problem jest taki, że na policji lub prokuraturze kompletnie nikogo to nie obchodzi. Tak samo zresztą jak zeznania dozorcy, która jest nie wpuszczana do tych instytucji i traktowana po prostu jak powietrze. A tymczasem ona również wszystko widziała, jest w stanie zeznawać tylko nikt tego nie chce słuchać.

Po takich właśnie numerach zmierzających do tego, abym to ja a nie Ewcia lub Persil został pociągnięty do odpowiedzialności za ich perfidne czyny, a ta budowa nigdy nie dobiegła końca i kosztowała mnie przy okazji jak najwięcej, nie mam żadnej wątpliwości, że chodziło im od samego początku o to aby mnie finansowo i psychicznie zniszczyć. Po tym ostatnim najściu z tym oślizgłym typem, natychmiast zatrudniłem spawaczy i pod...

koniec listopada wstawiłem kratę przy wejściu uniemożliwiającą całkowicie dostęp do budynku. Mam do tego jako inwestor pełne prawo. Aby uchronić teren budowy przed dostępem osób nieupoważnionych mogę tu zgodnie z prawem trzymać złe psy, zamurować drzwi, okna, odciąć prąd, wodę - cokolwiek. To jest wręcz mój obowiązek jako inwestora. Te plemię Persila całymi latami dewastowało mi wyposażenie, kradło prąd, wodę, narzędzia, robiło samowole budowlane, kradli klucze, szantażowali, prowokowali nieustannie do awantur, wymieniali zamki, przywłaszczali ukończone lokale a w pewnym momencie zameldowali się nawet pod nieistniejącymi adresami oraz pisali potem donosy abym opłacał wywóz ich śmieci, aż w końcu umieścili mi nawet na budowie umysłowo chorą osobę, którą wykończyli wcześniej, po to tylko, aby i mnie psychicznie wykończyć. Uznałem po prostu, że to już w zupełności wystarczy i odciąłem całkowicie dostęp do budynku korzystając z oczywistych uprawnień inwestora, którego obowiązkiem jest zabezpieczyć teren przed dostępem osób nieupoważnionych. Powiadomiłem Ewcię nawet na piśmie, że ma ograniczony dostęp, a Persila aby do końca stycznia zabierał swoje zabawki i wypierdalał z nimi z mojej piaskownicy, pod groźbą oddania ich dla osób potrzebujących gdyby jemu rzecz jasna nie były już potrzebne. Ostrzegłem też Ewcię, że skoro nie pomógł dozór, monitoring, to w końcu jest krata. A krata wcale nie jest moim ostatnim słowem, bo gdyby przez kratę jakoś znów weszli to raz dwa napotkają złe psy, zamurowane drzwi, wyjęte okna, odciętą wodę oraz cały szereg innych rozwiązań prawnych przystosowanych do walki z cygańską patologią, w której trzy czwarte uczestników jest jakimś bękartem. Patologia rodzić może wyłącznie patologię i stąd właśnie na budowie wziął się kolejny bękart - jej wnuczka. Poinformowałem ich drogą korespondencyjną, że w świetle prawa najpierw należy się rozliczyć z inwestorem oraz wykonawcą w zakresie poniesionych nakładów, potem zakończyć budowę, (bo tak się akurat nieszczęśliwie złożyło że tylko moje mieszkanie jest niedokończone i jestem jak ten szewc który chodzi bez butów), następnie należy zgłosić zakończenie robót poprzez kierownika budowy do nadzoru, potem uzyskać ostateczną decyzję pozwalająca na użytkowanie ze strony tej instytucji i dopiero wtedy można będzie udać się do notariusza sformalizować wykup lub najem lokali i... wydawać komukolwiek jakieś klucze i przystąpić do eksploatacji budynku. To jest normalna legalna procedura w tym kraju i nie ma absolutnie żadnego powodu aby nie miała taka być właśnie. Inna kolejność nie wchodzi w rachubę w świetle mających miejsce w przeszłości wydarzeń, bo prędzej padnę nim znowu jakiś cygański pasożyt pożeruje sobie na owocach mojej pracy lub powegetuje  bezproduktywnie na mój koszt okradając mnie z mediów, dobytku albo energii. Z całej tej przeklętej zgrai tylko ja nie posiadam obecnie żadnych źródeł utrzymania. Wszyscy oni mają renty lub emerytury (babcia Kazia), pensje (Persil i Martusia zarabiają odkąd nadałem im właściwy kierunek na poszukiwanie pracy) lub działalność gospodarczą, (Ewcia i jej parszywa pizzeria). Nawet bękart ma bękarcikowe i tylko ja z nich wszystkich nie mam z czego żyć i tylko ja czekam cierpliwie już ósmy rok na zarobek jaki sam sobie wypracowałem na swojej własnej ziemi, swoimi własnymi rękoma, swoją własną przedsiębiorczością i swoimi własnymi pieniędzmi. Ten sam zarobek z którego wszyscy ci patologiczni oszuści pragną od  lat mnie okraść. Nic nie odpowiedzieli ale jak mnie nie było to obstukali jednak jakimiś młotkami solidne kłódki zamykające kratę a kiedy nie pokonali ich już nigdy potem nie próbowali jej przejść, bo uświadomiłem ich w kolejnym liście, że teren ponownie jest dozorowany i monitorowany więc jeśli się włamią pod moją nieobecność i tak nie unikną za to odpowiedzialności.

Jeszcze zresztą tego samego dnia kiedy wstawiłem kratę, Ewcia tradycyjnie chciała wtargnąć z babcią Kazią na budowę. Widząc kratę złapała za pręty i poszamotała się przy niej wściekle dosłownie jak małpa w zoo a potem kiedy nic nie wskórała wezwała policję dzwoniąc przy mnie do tej swojej Kamili. Kamila ją olała ale patrolowa policja przybyła i niestety ale uświadomiła ją że ja tu mogę być bo jestem inwestorem a ona nie tylko nie może tu mieszkać ale jeśli się włamie będzie odpowiadać po prostu za włamanie. Po tym pouczeniu poszli. Ewcia chciała kratę wykopać bo ta Cyganka jest naprawdę zawzięta ale na szczęście policjanci usłyszeli te łomoty i się wrócili. Ponownie ją ostrzegli, że jak zgłoszę włamanie Ewcia będzie odpowiadać i dopiero po tym odpuściła sobie i razem z babcią Kazią w końcu poszły gdzieś w cholerę. W ten sposób po raz już któryś odzyskałem kontrolę nad swoim życiem i mieniem. Trochę żal że moich pism do prokuratury nikt nigdy nie wziął na poważnie kiedy pisałem dwa lata temu, że babcia Kazia się po budowie błąka, bo kiedy nikt nigdy tego nie sprawdził oni zaczęli się nad nią wręcz znęcać. Faszerowali ją jakimiś pigułkami po których robiła się dziwna a potem ją zamykali na skradziony klucz na całe noce w kolejnym lokalu. Oni następnie udawali się do tego jej pubu na jakieś libacje a Kazia kiedy ustawało działanie pigułek odzyskiwała świadomość. Wyła więc po całych nocach nie mogąc się z tego lokalu wydostać i wyzywała całą swoją rodzinę która ją tak urządziła a zwłaszcza Ewcię. Naprawdę żal, że nikogo nagrania nie interesują, tak samo jak zeznania dozorcy która te nieludzkie praktyki widziała, bo tej osobie już dwa lata temu można było pomóc i jakoś ją przed jej pazerną rodzinką uchronić - być może nawet odzyskać jedno z jej utraconych mieszkań drogą anulowania aktu notarialnego. Prawda bowiem jest taka, że babcia Kazia nigdy nie miała absolutnie żadnych „potrzeb mieszkaniowych”. Miała swoje własne mieszkanie po mężu, powinna mieć jeszcze drugie po bracie i jedyne co jej naprawdę potrzeba było do życia to tylko towarzystwo kogoś na zakupy lub do kościoła, aby nie zapomniała tam torebki lub portmonetki ze względu na demencję starczą. Drogę do kościółka zna, po mieście też się sama porusza i pod każdym innym względem jest w pełni samodzielna. Ona nie ma tylko... towarzystwa i dobrej pamięci – to wszystko co jej dolega. Po tym jak cała rodzinka ją ograbiła wyrzucono ją jak śmiecia na moją budowę, pozorując „opiekę nad chorą osobą”. „Opiekę” na nieogrzewanej i pozbawionej ciepłej wody budowie! Po tym jak została bezdomną, cała jej rodzinka która posiada wręcz wyśmienite warunki (niemal pusty dwupiętrowy domek jednorodzinny i kilka mieszkań) nie chciała z nią nigdy zamieszkać, zadowoliła się tylko jej pieniędzmi. Na bieżąco zresztą zachłannie zagarniają jej emeryturę a wcześniej z jej pieniędzy kochana wnuczka Martusia urządziła sobie huczne wesele, kochany wnuczek Szymonek kapitalny remont, a kochana córka Ewcia otworzyła sobie pub do kompletu z pizzerią. I to wszystko w czasach kiedy rzekomo nie mieli pieniędzy a ja musiałem się błąkać po świecie aby coś zarobić. Ewcia mimo iż posiada własny lokal usługowy i mogłaby śmiało urządzić dla córki wesele po przysłowiowych kosztach, zaszalała i wykupiła luksusowy dom weselny oraz imprezę na ponad sto osób - tak bardzo była ona biedna w rzeczywistości. Dla mnie przygotowała mega wałek z fakturami przy pomocy których pragnęła desperacko nieudolnie „rozliczyć” kasę wyszarpaną z babci Kazi. Już chyba po raz piąty udało mi się zgodnie z prawem pozbyć oszustów i już po raz piąty powinni odpowiedzieć za swoje czyny ale... to niemożliwe, ponieważ posiadają po prostu niewytłumaczalny parasol ochronny ze strony miejscowej prokuratury oraz policji.

Z pozostałych podsrywajek ze strony Ewci można tu jeszcze wspomnieć o obelżywych listach które pisała do Enei i podpisywała moim nazwiskiem aby mnie z tą instytucją skłócić.

Oprócz tego - mimo iż mi się nigdy nie udało tego dokonać - ona dodzwoniła się o dziwo do infolinii parszywego orange i tam zmieniła mój adres do korespondencji podając mój pesel i inne dane w celach weryfikacji. Efekt był taki, że przez jakieś pół roku parszywy orange wysyłał moje faktury na adres Ewci pizzerii, a Ewcia je potem wyrzucała w cholerę fundując mi kupę kłopotów z tego tytułu.

Dosłownie kilka dni po wstawieniu kraty w sądzie karnym uruchomiono procedurę już od miesięcy spokojnie czekającą w uśpieniu, umieszczenia mnie w psychiatryku. Przypadek? Ależ skąd – w tej sprawie nie ma żadnych przypadków. Nie przypadkowo to się odbyło dosłownie na kilka dni po tym jak znowu odzyskałem kontrolę nad swoim życiem…

Ewcia posiada wręcz niespożyte zapasy energii i wiem, że nigdy nie zaprzestanie mnie gnoić ale mam małą nadzieję, że za całokształt zasiądzie kiedyś pewnego pięknego dnia na ławie oskarżonych razem z resztą tej patologii, która od lat niszczy mi moje spokojne wcześniej i beztroskie życie. Być może uda się tego dokonać po zakończeniu procesu cywilnego o zniesienie tej chorej współwłasności... niezbadane są wyroki więc tego nie wiadomo. Sam proces tymczasem trwa. Proces ponadto to grubszy temat i jego przebieg umieszczę w następnej części... tam też będzie ciekawie...

Tymczasem jeśli jest jakiś prawnik lub dziennikarz śledczy pragnący poważnie zająć się tym bezprawiem proszę o kontakt lub poradę. Myślę, że choćby tylko dla tych którzy już umarli a ich mieszkania zostały przejęte warto się tą sprawą zająć – i to jest główny powód że ja to wszystko piszę. Drugim, powodem jest oczywiście ten że nie zamierzam pokornie jak cielę patrzeć jak staję się kolejną ofiarą tej sitwy – to tyle…

cdn.



Nowo odkryty satelita Księżyca nie pochodzi z Ziemi

Na Księżycu widziano już rozmaite anomalie, ale ta najnowsza jest doprawdy zadziwiająca. Astronomowie wypatrzyli niezwykły obiekt orbitujący wokół srebrnego globu. Innymi słowy nasz satelita zyskał satelię, a jego pojawienie się jest uznawane za zagadkę i nigdy wcześniej nie zaobserwowano niczego podobnego.

 

Odkryty obiekt oznaczony jest tymczasowym numerem XG02E65. Na podstawie jego jasności uznano, że musi być struktura o średnicy 16 do 20 metrów. Pojawiły się też podejrzenia niektórych naukowców sugerujące, że obiekt ten jest zabłąkaną asteroidą. Jeśli tak, to mamy szczęście, że ta rzekoma skała nie spadła na Ziemię, ponieważ grziłoby to powtórką z deszczu meteorów nad Czelabińskiem.

 

Jednak trzeba zaznaczyć, że nie wiadomo czy na pewno jest to jakaś kosmiczna skała złapana przez pole grawitacyjne Księżyca czy też po prostu jakiś obiekt wybrał taki sposób zadokowania na chwilę w naszej przestrzeni kosmicznej. Sądząc po niewielkich rozmiarach mogłaby to być na przykład sonda badawcza jakiejś obcej cywilizacji, która jak my ciągle poszukuje innego inteligentnego życia we wszechświecie.

 

 



Wiązka z powierzchni Ziemi unosi się w kierunku UFO na orbicie

Kilka dni temu, 16 kwietnia, jeden z przekazów z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej przyniósł niezwykłe obrazy. Jeden z internautów z Niemiec zdołał uchwycić coś, co wygląda jak teleportacja w kierunku obiektu pozostającego na orbicie.

 

Na ujęciach widać rzeczywiście jakąś wiązkę energii, która zdaje się być emitowana z powierzchni Ziemi. Można również dostrzec jakiś kształt na orbicie okołoziemskiej, który wydaje się być adresatem tej wiązki. Chwilę po tym obiekt znika.

Albo był to jakiś rodzaj napędu, albo próba zestrzelenia UFO. Obserwacja ta została udokumentowana i zgłoszona do organizacji MUFON, która 17 kwietnia bieżącego roku zarejestrowała ją pod numerem 75904.

 

 



Zlot Nad Kukułczym Jajem - część II

W poprzednim odcinku... Kiedy wesoły aspirant Mirek nawiązał nikczemne kontakty z kłusownikami natychmiast zawiązał się niegodziwy spisek, który sprawił, że zamiast w szerokim świecie toczyć boje o wyższe sprawy, zmuszony byłem na skalę lokalną walczyć z wiatrakami... (podkład muzyczny jest nadal tutaj):

 

Część II

Kukułcze jajo

2007

Przyczyną melodramatycznej decyzji o budowie własnego domu był niejaki Lesław B - były sędzia ze Szczecina. Lesio jest i to według bardzo wielu ludzi, żałosną prawniczą kanalią. W stanie wojennym był tak służalczy, przymilny i dyspozycyjny wobec władzy, że nadgorliwie skazywał walczących o wolność Polaków chroniąc jednocześnie kapusiów i kolaborantów. Uczciwym robotnikom pragnącym jedynie poprawić swój marny żywot, zasądzał najsurowsze możliwe wyroki i dorobił się na całym Pomorzu Zachodnim powszechnej nienawiści z tego właśnie powodu. Nękał ludzi walczących z systemem podczas gdy ta cała walka to było w zasadzie pisanie na murach hasełek antysystemowych. W ramach sprawiedliwości dziejowej, natychmiast po upadku komuny wykopano zatem obżydliwego Lesia ze stołka sędziowskiego. Co począł Lesio na progu śmierci zawodowej? Lesio został radcą prawnym i otworzył sobie kancelarię. Klientów jednak nie miał tylko niedobrą opinię, tak więc aby się pożywić mój dobry znajomy prezkazał mi, że Lesio zainfekował swoim doradztwem aż kilka zachodniopomorskich spółdzielni mieszkaniowych - ostatnich bastionów PRL - tych przedziwnych instytucji stojących ponad prawem i dlatego będących bardzo dobrym schronieniem dla różnej maści szumowin. Znajomy dodał też, że Lesio jako że nie mógł już swojego procederu praktykować w sądach, to w spółdzielniach mieszkaniowych niczym szkodliwy gryzoń niszczył normalnym ludziom życia. Ile krzywd wyrządził to nawet nie sposób opisać. Internet wręcz pęka od szczerych do bólu, subiektywnych i niezależnych od Lesia, opinii na jego temat:

http://www.spieprzajdziadu.com/2009/03/27/nadzieja-w-emigracji/

http://www.glos.com.pl/Archiwum_nowe/Rok%202005/010/strona/czarna%20list...

http://13grudnia81.pl/sip/index.php?opt=1&n=B&idS=1401

W moim konkretnym przypadku Lesio, jako radca prawny mojej spółdzielni, pewnego dnia obudził się nad ranem spocony i zanim jeszcze udał się na lewatywę, uroił sobie że nie płacę czynszów więc posiadam długi. Był tak rozgorączkowany tym co odkrył, że zanim jeszcze obejrzał go doktor w celu zbicia mu temperatury, natychmiast napisał jakiś paszkwil na tę okoliczność, przymerdał się z nim do sądu, tam zaskamlał że jest głodny, co poskutkowało tym, że natychmiast zapadł jakiś kapturowy wyrok. Zanim się obejrzałem otrzymałem nakaz zapłaty Lesiowi nieistniejącego długu. Wydany zaocznie rzecz jasna - kompletnie bez mojej wiedzy. Nie powiem, usiłując mnie okraść na pieniądze zdenerwował mnie wówczas Lesio. Widząc, że mam do zapłaty całkiem z dupy wzięte kilka tysięcy udałem się z tym gównem do prawnika. Ten opieczętował swoimi stemplami moje zgrabne pisemko sporządzone do bólu logicznie na podstawie wydruków salda z mojej spółdzielni, sąd oczywiście to uwzględnił i wycofał nakaz zapłacenia nieistniejących długów wydając nawet na tę okoliczność prawomocny wyrok. Niestety, mimo doskonałej okazji, na gorączkę mózgową sąd Lesiowi niczego nie przepisał. Mimo to odetchnąłem z ulgą ciesząc się z wygranej i żyłem sobie dalej nie mogąc zrozumieć dlaczego Lesio jest aż tak bardzo wirusopodobny. Znajomi, których o to pytałem mówili, że zapewne choroba weneryczna dotarła już do jego mózgu – ale prawdę mówiąc nie wiem ile jest w tym prawdy – chyba raczej niewiele, no bo czy wirus może złapać wirusa? Po jakimś czasie Lesio znowu się odezwał w intencji kolejnych rzekomych długów. Udałem się zatem na pielgrzymkę do spółdzielni wiedząc doskonale, że czynsze na bieżąco mam opłacone i nie posiadam długów. Wziąłem nawet na tę okoliczność z księgowości nowy wydruk salda a z chałupy dowody opłat. A jednak już na miejscu spotkała mnie spora niespodzianka. Okazało się bowiem, że Lesio był tak miły, że zignorował wyrok, zaraził w międzyczasie wszystkie księgowe i one przeksięgowały na jego polecenie moje kolejne czynsze na poczet odsetek od tamtego nieistniejącego długu. Skłonny jestem zatem przypuszcać, że Lesio to jednak rzeczywiście jest kanalia i jest to wiadomość z dużym prawdopodobieństwem potwierdzona również moim doświadczeniem osobistym. Zapewne kiedyś być może uznam, że Lesio to nieuczciwa i zachłanna świnia z bogatymi tradycjami o doskonale ugruntowanej opinii. W przyszłości być może będę też skłonny uważać, że Lesio jest jak tasiemiec, który oplótł aż kilka spółdzielni mieszkaniowych. Ilu bezradnych, nie mających środków na prawnika, biednych ludzi on wykończył w ten sposób finansowo wpędzając w bezdomność lub co najmniej długi - tego nie sposób nawet zliczyć. Po mieście krążą pogłoski, że Lesio tylko po to aby się kosztem uczciwych ludzi pożywić stał się rakotwórczym grzybem atakującym zdrowe, niezadłużone lokale mieszkalne. Ludzie w spółdzielni zaczęli wówczas powoli rozumieć, dlaczego wujek Adolf w swoim czasie organizował takim nowotworom dość skuteczną chemioterapię. Zaczynano to po prostu w końcu rozumieć. Każdy z członków spółdzielni miał swoją na ten temat teorię, a moja była taka, że gdyby ludzkość była owadami a na Ziemi panowała niepodzielnie rasa cyklopów, Lesio jako pierwszy zostałby zabity kapciem. Nawet sąd nie był władny odzyskać skradzionych mi w ten sposób w spółdzielni pieniądzy. Tak więc, aby nie żywić w dalszym ciągu wiecznie głodnego nowotwora, podjąłem wówczas męską decyzję aby w oczekiwaniu na nadejście kolejnego zbawiciela obeznanego w arkana chemioterapi, wypieprzać tymczasem jak najdalej od ciężko chorej spółdzielni zarażonej aż tak agresywnym pasożytem. Wad nie posiada tego typu rozwiązanie żadnych, a do co większych zalet zaliczyć można głównie tę, że posiadacz własnego domku nie musi płacić chorych czynszów tak jak to robi każdy jeden nieszczęśliwy posiadacz spółdzielczego "własnościowego" mieszkania, które z własnością ma tyle samo wspólnego co Lesio ze uczciwością. Sprzedałem więc mieszkanie i z żalem porównywalnym jedynie do smutku po zeskrobanym z buta psim gówienkiem, na spokojnie pożegnałem się z tasiemczym Lesiem.

2008

Jakoś właśnie w tamtym okresie, bodajże podczas zabawy sylwestrowej zwąchałem się z Ewcią. Ewcia, co warto od razu zaznaczyć, jest uosobieniem czystego zła – demonem w kształcie kobiety z piekła rodem - no ale wówczas rzecz jasna tego nie wiedziałem. Chodziłem z nią co prawda w młodości do szkoły ale w czasie całych pięciu lat technikum, być może z pięć razy zamieniłem z nią jakieś zdanie. Kompletnie w różnych środowiskach wówczas się obracaliśmy i chyba to było tego przyczyną. Nieważne. I kiedy tak, po kilkunastu latach spotkaliśmy się przypadkowo w sklepie, zaprosiła mnie i moją na zabawę sylwestrową, którą w swoim lokalu wyprawiała. Nie miałem planów na Sylwka więc skorzystałem. Tam okazało się, że mamy całkiem podobne plany - opuścić blokowiska i się wybudować. Ewcia nie sprawiała złego wrażenia, wręcz przeciwnie. Miała już dorosłe dzieci będące gdzieś na stałe w Anglii, prowadziła dobrze prosperującą pizzerię i raczej dobrze miała w głowie poukładane, skoro wręcz doskonale sobie w życiu radziła. Samodzielnie ponadto, gdyż była dawno po rozwodzie.

Raz dwa uzgodniliśmy więc, że postawimy wspólnie coś jakby bliźniaka aby kosztów projektów i działek nie mnożyć przez dwa. Z działkami pod domki było jednak wtedy raczej krucho ze względu na boom budowlany no ale w końcu przytrafiła się działka pod małą kamieniczkę na sześć lokali. Opyliłem więc błyskawicznie mieszkanie ale Ewci coś tam nie szło pod tym względem. Najpierw nie miała kupca, bla, bla, potem mąż bla, bla, nie wyrażał na sprzedaż zgody, potem coś tam jeszcze jej wynikło, a jeszcze potem zrobił się kryzys na rynku mieszkaniowym. Kupiłem więc tę działkę samodzielnymi siłami, potem jeszcze zamówiłem u architekta projekt i opłaciłem caluteńką biurokrację do momentu aż mi w garść wcisnęli pozwolenie na budowę. Następnie jako posiadacz dumnego tytułu inwestora, natychmiast skrzyknąłem brygadę i bęc... postawiłem raz dwa budynek w stanie surowym.

2009

Ten rok upłynął sobie na spokojnej pracy. Brygady murowały, wylewały stropy za stropami, alkohol też wylewały, tak więc były po kolei wyrzucane z budowy, następne brygady też murowały i też wylewały, a więc również były wyrzucane aż w końcu po ciężkiej batalii z tymi wszystkimi pijakami w...

2010

... były już widoczne efekty walki z chorobą alkoholową. Stały już sobie dumnie ściany nośne oraz dach. Pamiętam, że to było w czasie kiedy upadł na ziemię samolot z prezydentem i biskupami. Stan bardzo surowy został zatem ukończony i... skończyła się moja kasa. Całość jakże prostych dotychczasowych obliczeń wyglądała wówczas tak: działka z uzbrojeniem wyniosła 150 tysięcy, a szkielet budynku, czyli ściany nośne oraz dach jakieś 50 tysięcy. Sam budynek wówczas mimo iż trzypiętrowy kosztował śmiesznie tanio, ponieważ te pięć kondygnacji to tylko plomba w zasadzie. Plomba wstawiona między już istniejące identyczne kamieniczki – postawione dużo wcześniej. A jako, że sąsiedzi już dużo wcześniej swoje domy wybudowali no to nie było w ogóle potrzeby stawiać dwóch największych ścian bocznych tylko w zasadzie sam przód i tył budynku – taki prezent od matki natury – no i dlatego wyniosło to tak tanio. Pozostało więc jedynie dokończyć stan surowy a potem zrobić wykończeniówkę. Zmobilizowałem więc konkretnie Ewcię do jakichś zdecydowanych ruchów na rynku mieszkaniowym ale jak zaczęła znowu że mąż na sprzedaż jej mieszkania nie wyraża zgody no to trochę czarno zacząłem widzieć te jej finansowe obiecanki. Zobowiązała się po raz tysięczny oczywiście sprężyć, a ja też ze swojej strony również żeby nie siedzieć bezczynnie ruszyłem dupę za granicę, żeby tam w międzyczasie też coś na budowę zarobić. I kiedy pod koniec lata powróciłem zza granicy jakiś miesiąc później miało właśnie miejsce rybackie tango, które szczegółowo opisałem w części pierwszej.

Nie wiedziałem wówczas oczywiście o tym, co nabroił w świecie równoległym Mirek ale widziałem, że coś się zaczyna dziać dziwnego, aczkolwiek nawet nie miałem wtedy nawet szans aby całość tajemniczych spraw ogarnąć, jako że one wszystkie odbywały się całkowicie poza moją rzeczywistością. Zdałem sobie tylko tak pobieżnie sprawę, że coś się dzieje i to bardzo niedobrego. Nastąpił bowiem i to dość nagle zmasowany wysyp dziwnych, zagadkowych zdarzeń, jakich jeszcze nigdy w życiu nie doświadczałem. Dzisiaj oczywiście wiem doskonale po lekturze akt ze sprawy psychiatrycznej, że to wszystko było starannie ukartowane ale wówczas błądziłem kompletnie po omacku. O co chodzi? O to, że odkąd tylko się zadałem z Ewcią, to ciągle coś mi się przydarzało, czego wcześniej nie miewałem. Były to bardzo osobliwe zdarzenia. A to jakiś bandziorek próbował napadać, a to ktoś ciągle demolował mi samochód. Pamiętam, że kiedyś odprowadzałem Ewcię późnym wieczorkiem do domu i wtedy jakiś żul siedzący pod monopolowym na masce czyjegoś samochodu, zerwał się z tej maski i rzucił na nas z pijackim amokiem w oczach dłuższą chwilę po tym jak bez słowa przeszliśmy obok. Koleś miał w oczach niezdrowy szał bitewny i bardzo ale to bardzo niedobre zamiary, kiedy tak pędził z pianą na mordzie w naszym kierunku. Tak więc kiedy tylko podbiegł wyłapał prawego prostego, oderwał się od ziemi i bezpiecznie zapadł w śpiączkę na trawniku. Jego brat również dostał amoku więc też wyłapał i zaległ na chodniku. W jakieś dwie sekundy zapanował spokój. Byliśmy już w domu kiedy żul numer jeden odzyskał przytomność i zaczął rzucać butelkami po oknach w ramach odwetu. Ewcia wezwała co prawda policję ale policja niczego nie ustaliła. Nie znaleźli biedni świadków, nawet swoich notesików nie udało im się znaleźć no i bandziorkowi się upiekło. O co mu chodziło nigdy nie ustalono. Jakieś kilka czy kilkanaście tygodni później ten sam bandziorek, w tym samym miejscu zabił nożem innego kolesia, który również odprowadzał tamtędy kobietę do domu. Zabity chłopak był co prawda piłkarskim bramkarzem ale życia niestety nie obronił tamtej nocy. Wtedy policja jakoś jednak się zmobilizowała, odnalazła swoje notesiki no i bandziorek z tego co pamiętam chyba dostał dożywocie. Obecnie nadal się resocjalizuje. Z innych interesujących zdarzeń z tamtego okresu to pamiętam, że pod Ewci domem nieustannie ktoś demolował mi samochód. Rybackie tango to nie był jakiś odosobniony przypadek tylko końcowy fragment dłuższej serii. Pewnego razu ktoś przejechał mi po całym boku, bokiem swojego gruchota, tak więc po śladach mojego lakieru na jego rzęchu a jego lakieru na moim, bez najmniejszego trudu zlokalizowałem dziadka mieszkającego z Ewcią po sąsiedzku. Emerytowany kamikadze mieszkał w klatce obok. Co dziwne mimo iż się nie wypierał i nie unikał pokrycia kosztów naprawy to za żadne skarby świata nie chciał racjonalnie mi wytłumaczyć dlaczego on to zrobił. No nie był w stanie tego wyjaśnić. Bardzo dziwna sprawa, albowiem to nie była parkingowa szkoda, czyli "zły dotyk - który całe życie boli" a potem ucieczka, tylko pociągnięcie z wredną premedytacją od początku aż do końca samochodu. Celowe, bo przecież gdyby to był "zły dotyk" to nawet głuchy i ślepy by to poczuł, potem zaprzestał no i się wycofał – czyli uciekł. Dziadek jednakże w żaden sposób nie potrafił logicznie wytłumaczyć dlaczego jak trącił moje auto to nie zaprzestał tego, ale wręcz celowo to kontynuował do chwili aż porysował cały bok na pełnej długości. Hm... sprawa do dziś niewyjaśniona. Innym razem patrzę sobie przez okno na sielski obrazek jak nasza zdolna młodzież trenuje podnoszenie ciężarów usiłując wyrwać z ziemi betonową ławkę aby jej nie przeszkadzała na stojąco się napić, patrzę, a tam idzie sobie chodnikiem bardzo elegancka pani z pieskiem też elegancko wystrzyżonym, takim w kokardkach prosto od fryzjera. I ta pani tak sobie idzie, idzie, kręci dupką no... i nagle jeb... wyciąga z torebki śrubokręt i atakuje mój samochód usiłując zerwać znaczek opla z bagażnika. Masakra. Paniusia z pieskiem nie daje jednak rady znaczkowi, tak więc chowa śrubokręt i... dalej idzie ze swoim pieskiem. Jakby nigdy nic. Takiej fazy jeszcze nigdy w życiu nie widziałem. Na drugi dzień pytam się Ewci co to za jedna ta od pudla, a ona mówi że to jej bardzo dobra koleżanka jeszcze z podwórka. Skoro to tak, no więc dobra, nie drążyłem tego, bo oprócz paru rys na bagażniku nic mi tam w sumie nie zniszczyła, no ale na wszelki wypadek zacząłem od tamtej pory stawiać auto w zupełnie innym miejscu. Bezpośrednio pod budowę je przestawiłem. Tam był stróż zainstalowany w swoim samochodzie, tam byli w przyczepie kampingowej robotnicy, tak więc logicznym miejsce mi się wydawało. Jednakże po niedługim czasie tam też ktoś po raz kolejny uszkodził mi zderzak i zbił tylną lampę za jednym zamachem. Robotnicy po ciężkiej pracy, ciężkim piciu, ciężko spali tak więc nie usłyszeli niczego. Stróż ciężko spał na trzeźwo więc też nie pomógł rozwiązać zagadki. Lokalni złodzieje piasku, żwiru i stali zbrojeniowej także nie zauważyli nic podejrzanego. Sąsiad wspominał tylko, że mu pospać nie dali, bo najpierw głośno pili a potem jakiś huk go przebudził w środku nocy – zapewne kiedy moje lampy pękały. Ech... jak tylko wstawiłem nowe i znowu auto naprawiłem przydarzyło się rybackie tango. I dopiero po nim ataki na moje auto definitywnie się zakończyły. Nie mogłem wówczas zrozumieć co ci wszyscy ludzie chcą od mojego samochodu, bo nigdy wcześniej mi się takie rzeczy nie zdarzały. A przecież całe życie trzymałem auto na ulicy. Dopiero dziś rozumiem dlaczego to się ciągle działo i skończyło dopiero, jak już wesoły Mirek nadał mi kierunek na psychiatryk.

2011

I w moim prawdziwym życiu dopiero na długo po tym jak już Mirek zrobił swoje, Ewcia się do budowy finansowo przyłączyła. Wcześniej tylko bardzo starannie przyglądała się jak buduję i zaglądała to tu to tam ale nie była chętna do partycypowania w kosztach, nie dając w praktyce nawet złotówki na cele budowlane. Sam kupiłem działke, sam opłaciłem projekt i sam postawiłem surowy budynek. Ale jak już ustaliła z Mirkiem, że jak przyjdzie pora to zamieszkam sobie w wariatkowie wówczas sytuacja diametralnie się zmieniła - wyskoczyła z kasy i poszliśmy do notariusza, gdzie za pół ceny jaką do tej pory w to wszystko włożyłem odsprzedałem jej jedną drugą. Uczciwie to zrobiłem - tak aby na starej koleżance szkolnej jak jakiś Lesio nie żerować. Za niecałe 100 tysięcy odsprzedałem jej jedną drugą działki i budynku w stanie surowym. Po kosztach w sumie, gdyż tyle to właśnie było wówczas warte. Na sam koniec roku się to odbyło a więc grubo po manewrach Mirka. Jako że od tamtego momentu istnieje ścisła i precyzyjna korelacja czasowa zdarzeń z obydwu światów, jest pewne to, że Ewcia zrobiła to mając już niezbitą pewność co do mojej psychiatrycznej przyszłości. I od tego momentu właśnie zaczęły się dziać cuda w moim życiu oraz na mojej budowie. Kiedy wyjeżdżałem za granicę zarobić pieniądze, Mirek jak opętany rozpoczynał moje poszukiwania. Kiedy powracałem, Mirek dawał sygnał życia i zapadał w sen zimowy. I wtedy do boju wyruszała Ewcia, nic nie robiąc innego tylko non stop starając się mnie do wybuchu gniewu sprowokować. Zgodność ich działań na przestrzeni kolejnych lat jest wręcz idealnie zsynchronizowana - i stąd moja pewność co do tego, że są od początku w zmowie.

I właśnie od momentu kiedy Ewcia użyła Mirka - który wcześniej użył rybaczek - zawiązał się spisek trzeciego poziomu. Spisek, w którym Ewci przypadła rola kukułczego jaja, które jak już się wkluje w tę nieruchomość, to mnie od wewnątrz wykończy, a Mirkowi rola usłużnego policmajstra, który natworzy mi w mięczyczasie do oporu przestępczych kartotek. I tak naprawdę tylko dlatego Ewcia idąc w końcu do notariusza formalnie się dołączyła. Gdyby nie miała gwarancji ze strony Mirka co do mojego losu to nawet złotówki by w ten interes rzecz jasna nigdy nie włożyła – tak właśnie jak... nie włożyła. Zrobiła to zatem z pełną premedytacją i drobiazgowo przygotowanym planem. Małymi krokami ta przeklęta kobietopodobna zmora zaczęła mnie zaszczuwać.

Tymczasem ja za kasę od Ewci – która po transkcji sprzedaży stała się oczywiscie moją kasą - dokończyłem stan surowy: powstawiałem wszystkie okna, drzwi, porobiłem ścianki działowe, tynki, wylewki posadzkowe, instalację CO, wodną, kanalizacyjną, elektryczną, domofonową i telefoniczną, a z kasy zarobionej za granicą wystarczyło jeszcze na wykończeniówkę pod klucz całego parteru, gdzie była kawalerka i lokal usługowy. Położyłem tam kafle, urządziłem dwie łazienki, kuchnię i pomalowałem ściany. Przenieśliśmy się tam wówczas z Ewcią żeby nic nie wsiąkło, jako że na posesjach sąsiadów non stop były kradzieże w całym okresie ich budowy. Ginęło im wszystko, bo ciągle zdarzały się jakieś włamania. My postanowiliśmy być mądrzejsi i nas dzięki temu że byliśmy na miejscu nigdy nie okradziono. Ponieważ jeszcze zimą Ewcia zaczęła ściemniać, że więcej pieniędzy nie ma i już nie będzie miała, bo jej mąż żądał połowy kasy za wyrażenie zgody na sprzedaż mieszkania, obiecała dać jakąś kasę w przyszłym roku. U mnie też zrobiło się jak zawsze na wiosnę krucho z gotówką. Postanowiłem więc ponownie wyjechać za granicę coś tam zarobić a ona obiecała co nieco ze swojej pizzerii odłożyć. Nawet się odgrażała, że ją sprzeda jak zajdzie taka potrzeba. Bała się jednak nocować na budowie sama więc zaproponowała aby pomógł jej pilnować tego bałaganu jej pełnoletni synek, który właśnie zjechał z Anglii. Szymonek zainstalował sobie wyro w lokalu usługowym. Na wyro naznosił z siedem kołder i ulepił tam legowisko w kształcie barłogu. Nie było jeszcze ciepłej wody, ogrzewania i tym podobnych fanaberii więc rozumiałem jego motywy do walki z zimnością. Po ustaleniu wszystkiego – czyli że będzie tam z Ewcią nocami wszystkiego pilnował - pojechałem za granicę poszukać tam jakiegoś zarobku. Pod jesień powróciłem z pieniędzmi i zauważyłem pierwszą niepokojącą zmianę. Otóż Szymonek, który miał budowy pilnować gdzieś wsiąknął bez śladu a na jego wyrze zainstalowała się córunia Ewci razem ze swoim przydupasem. Ta córunia to grubszy i osobny temat - w życiu jeszcze nie spotkałem tak rozwydrzonej i toksycznej żmijki. Była całkowitym przeciwieństwem swojego brata. Szymonek był punktualny, życzliwy, skromny, zawsze uprzejmy i chętny do pomocy. Natomiast ona wręcz przeciwnie. Martusia to rozwydrzony, przekarmiony bachor o wybujałym pod niebiosa ego i rozrośniętej aż po najdalsze krańce świata postawie roszczeniowej godnej tylko tych dziwnych ludzi z Republiki Środkowej Afryki. Brak powabu rekompensowała sobie otaczając się koleżankami, które obowiązkowo były jeszcze grubsze i brzydsze od niej – taki tani trik aby lepiej wypaść. Tylko w takim towarzystwie mogła błyszczeć ale tak prawdę mówiąc nie był to blask zorzy porannej tylko raczej nerwowe migotanie zapachowej świeczki ponad szambem. W swoim własnym mniemaniu Martusia była oczywiście utalentowaną piosenkarką, poetką, gawędziarką - do dziś mi dupę ze śmiechu urywa jak czytam jej porzucone na budowie pamiętniki - a tak w rzeczywistości no to poza może cycem, którym mogłaby wykarmić Somalię, Bangladesz i Etiopię, posiadała kompletny brak innych zalet. Ich nieobecność nadrabiała niesamowitym wręcz tupetem, postawą roszczeniową oraz bezczelnością. Podam pierwszy lepszy przykład z życia, aby nie być gołosłownym. Otóż przytrafiła mi się kiedyś praca we Francji w luksusowym miasteczku tuż nad brzegiem Atlantyku. Znajomy ma tam dom w najdroższej okolicy - tuż za wydmą przy samiutkim oceanie - no i pewnego razu postanowił go sobie uratować, aby go nie zeżarła wilgoć. Z braku jakiejkolwiek izolacji fundamentów trzeba było w całym domku zaimpregnować gumą starożytne płytki i na wierzchu położyć nowe aby ten obiekt nie spijał wreszcie do wewnątrz wody gruntowej, bo bez tego walka z wilgocią była skazana na porażkę. Koleś mimo że potomek Wikinga, nie nadążał wylewać za burtę wody z pochłaniaczy wilgoci strategicznie rozmieszczonych po calutkim domu. Praca więc prosta na jakieś dwa tygodnie za jakies trzy tysiące euro. Tak więc zapytałem go czy mogę w takie świetne miejsce zabrać Ewcię aby zobaczyła trochę szerokiego świata. Powiedział że spoko tylko wyczulił mnie żeby ona nowych płytek nie potratowała, bo właśnie z tego powodu on nie zabierze tam swojej baby i bachorów. Obiecałem mu gorliwie, że Ewcia nie podepcze na pewno bo nie jest w sumie tępą krową, a dla bezpieczeństwa tych nowych płytek przegonię ją albo na plażę albo na ogród aby nie było nerwowo. Zgodził się. No i pojechaliśmy z Ewcią. Zaraz jak tylko przepierdzieliliśmy się przez rozkopane szkopy napomknęła ni z tego ni z owego, że jej córunia jest na jakiejś wycieczce szkolnej w Paryżu. Wzruszyłem ramionami, bo jej córunia mnie tak samo za granicą obchodzi jak tamtejsze radary. Ewcia jednak na to, że koniecznie musimy ją odwiedzić. Ja jej na to, że "odwiedzały się" przecież tydzień temu w domu. A ona wówczas że jej się kończy wycieczka i mogłaby udać się dalej z nami. Mówię więc że Paryż wcale nie jest po drodze i tłumaczę o co chodzi z kafelkami - że mój klient nic o tym nie wie. Wie tylko o Ewci i tylko na nią wyraził zgodę, bo nawet własnych bachorów nie wziął aż tak bardzo się trzęsie o te swoje płytki. Ewcia strzeliła więc focha i się zrobiło ponuro. W końcu ustaliliśmy, że Martusia pojedzie jednak z nami ale tak aby koleś od płytek nie widział tego. Wysadzi się ją gdzieś tam na miejscu i ona sobie pójdzie do jakiegoś hotelu za swoją własną kasę. Zajechaliśmy więc do Paryża zgarnąć ją z tej całej wycieczki a tam kolejna niespodzianka. Królowa wytoczyła się z autokaru z własnym orszakiem. Siedem walizek i jakiś łysawy pulpecik robiący za pazia. Nogi mi zmiękły - bagażnik pełen narzędzi, dlatego praktycznie zero ubrań zabrałem - w końcu to przecież tylko wyjazd na dwa tygodnie, a Martusia na niecały tydzień zabrała z domu wszystko – praktycznie przeprowadziła się do Paryża. Miała w swoich tobołach porcelanowe ulubione kubki, pluszowe misie bez których jak się jest doroslym to nie idzie zasnąć, kurczaka z rożna, jakieś słoiki, worek karmy dla ludzi na diecie i chyba jeszcze żelazko z czajnikiem oraz pościel. Tak więc jak to wszystko udało się upchnąć na tylnej kanapie to nie widziałem kompletnie niczego w lusterku wstecznym. Resztę zawieszenia wykończyła sama Martusia i ten cały przydupas, który jak się okazało również "dojechał" do niej "przy okazji" tyle że z Anglii. I w ten sposób wycieczka po  romantycznej Prowansji nagle okazała się koszmarnym dramatem w podparyskim kalifacie. W aucie natychmiast zrobiło się duszno, rozpętały się burze, potem huragany jakieś, co chwilę ktoś musiał w tym deszczu się wysrać i podróż kompletnie mi nie szła. Od mokrych słoni natychmiast wszystko beznadziejnie zaparowało i nikt nie nadążał wybierać z auta wody. Zajechaliśmy jednak jakoś na miejsce i aby koleś ich nie zobaczył wysadziłem ich przed mostem wiodącym na wyspę żeby idąc kawałek wreszcie obeschli choć trochę. My z Ewcią dojechaliśmy na miejsce autem a oni wyruszyli na nogach mając przed sobą prostą jak drut nieskomplikowaną drogę. Na miejscu koleś pokazał materiał - ze trzy palety klejów i płytek - i wyjaśnił jak i gdzie pragnie je położyć. Oprowadzając nas po swoim domu odstąpił nam przy okazji swoje małżeńskie łóżko i ręką pokazał, że jak już będą płytki w wejściu do sypialni to możemy śmiało wchodzić do niej przez okno, żeby ich nie potratować zanim wyschną. Ewcia nie kumała w ząb języków obcych więc po swojemu zrozumiała jego gesty, czyli że niby mamy tu do sypialni nie wchodzić a spać mamy na tarasie za oknem. Ech buractwo z niej wyszło totalne i po tym jak natychmiast strzeliła dużego focha interpretując wszystko na opak postanowiłem wówczas nigdy więcej nie zabierać jej poza gminę z obawy że znów narobi w świecie wiochy. Martusia tymczasem z tym przydupasem wtoczyła się na most i zaraz po nim zaginęła w cholerę śląc dramatyczne sms-y, że nie wie gdzie jest. Przez cały dzień nie dali mi spokojnie pracować, bo ciągle tylko zaginiona Martusia wypełniała tematy do rozmów. Cóż pocznę, że bez przewodnika na prostej drodze wsiąknęły grubasy. Powiedziałem Ewci, że niech się wali i pali ale ja robię swoje, bo nie przyjechałem na wakacje, a po robocie to owszem ewentualnie się jej poszuka. Tak też zrobiliśmy i dopiero  wieczorem udało się ich odnaleźć. Oczywiście byli po drugiej stronie mostu. Pojechaliśmy pod hotel. Ceny ich zaskoczyły niemiłosiernie, więc postanowili zabrać parę tobołków i zbudować sobie na wydmach szałas. W nocy było jakieś 20 stopni więc każdy normalny człowiek by się położył w śpiworze i zasnął. Martusia jednak nie. Najpierw do rana znosili do dziury w ziemi jakieś mchy, porosty, drzewka, liście a potem gałęzie i w końcu ulepili ten swój wymarzony szałas tak, że można było ich tam wreszcie osiedlić. Nad ranem powróciliśmy z Ewcią do domu a gdy się koleś zapytał gdzie byliśmy powiedziałem mu że po pracy pokazywałem Ewci wyspę, zabytki, latarnię morską, kościołek i jakiś port a potem zbłądziłem. Łyknął to i nie wnikał. Przez cały cholerny tydzień kładłem te przeklęte płytki i nie miałem ani chwili wytchnienia. Pojechałem tam do pracy a zamiast się na tym skupić musiałem wysłuchiwać czy Martusi dupa nie zmarzła, czy Martusia dostała rano cieplutką kawkę, czy Martusia ma papier toaletowy... po prostu koszmar. Mówiłem Ewci aby dała mi spokój bo co mnie obchodzą obcy dorośli ludzie. Przecież nie przyjechałem tu niańczyć królewien tylko zarobić pieniądze na naszą budowę. Ostatecznie, królewna ma pazia prosto z Anglii więc niech pazio się królewną zajmi. Wytłumaczyłem jej że z nas dwojga tylko Ewcia ma wolne więc może się do oporu włóczyć po wydmach i tulić Martusię od rana do nocy a jak się znudzi to może wziąć miotłę i pozamiatać z córką plażę. Strzelała więc focha za fochem zamiast się zająć czymś pożytecznym. Jak córunia dostała termos gorącej kawy to zaraz miała życzenie aby jej skombinować rower, bo naszła ją ochota pozwiedzać wyspę w ramach walki z celulitem. Jak otrzymała przemycony rower to zażyczyła sobie drugi rowerek dla przydupasa. Jak otrzymali dwa rowery zawracali dupę żeby im majtki wyprać. W pewnym momencie normalnie wody w Atlantyku do podmycia dup im brakowało. I tak w kółko, normalnie bez końca wysuwali jakieś chore życzenia, zupełnie jakbym był jakąś złotą rybką. Tymczasem koleś od płytek widząc, że robota idzie jak trzeba po paru dniach zawinął się do siebie do Paryża nie krępując nas swoją obecnością. Zapłacił z góry i był zadowolony, że wszystko idzie dokładnie tak jak powinno. I jak tylko chata zrobiła się wolna córunia natychmiast zażyczyła sobie pokoju z widokiem na morze. Aby nie płoszyć sąsiadów dostała jednak kanciapę z widokiem na kibel. Inna sprawa, że nie było pomysłu jak ich przemycić do środka tak, aby żaden ciekawski sąsiad tego nie widział, tak więc zakradali się dopiero grubo po zmroku. W chałupie zaraz zrobili trzodę bo zaczęli się jak oszalali kąpać, prać, prasować, puszczać głośno muzykę i imprezować tak, że nie dało się pracować a więc ich usuwałem jeszcze przed świtem aby sąsiedzi ich nie widzieli dając na nową drogę życia rowerki i mapkę cholernych ścieżek rowerowych pokrywających całą wyspę. Z bardzo wielkim trudem jakoś udało się tę robotę dokończyć. Sąsiedzi i tak podejrzewali, że w domku są goście ale udawali uprzejmie, że nie wiedzą tego. Jak już było wreszcie po wszystkim zamknąłem chałupkę, zostawiłem sąsiadom klucze i wyruszyliśmy do domku poodwozić te towarzystwo. 2 tysiące kilometrów jednak nie da się przejechać w jeden dzień. Nienawidzę jeździć nocą więc wieczorkiem gdzieś pod Austrią zjechałem w pole. Rozłożyłem fotele dla siebie i Ewci a Martusi i przydupasowi dałem po śpiworku żeby poszli sobie w owies jako ludzie już zahartowani pobytem na wydmie. Były fochy, poranna rosa na ich twarzach, tak więc cały następny dzień panowała w aucie ponura atmosfera z tego powodu. W szkopach znowu były deszcze więc w aucie zapanowała depresja totalna. Tuż przed granicą żeby nie paść na ryj kupiłem na autostradzie kawę. Oczywiście się rozlała bo z tego wszystkiego trzęsły mi się już ręce. Sięgam więc po mokre chusteczki, które trzymam za fotelem na tego typu okazje. Chusteczek nie było oczywiście bo Martusia je wszystkie zużyła chodząc srać co pięć minut. I te chusteczki to była kropla, która przelała czarę goryczy. Od rozlanej kawy miałem lepkie ręce, a od rąk momentalnie oblepiła się cała kierownica. Nie dało się jechać w tym syfie. Wybuchła taka awantura i poleciał taki potok gorzkich słów, że stwierdziłem autorytatywnie, że już nigdy, przenigdy te trudne grube dziecko nie zbliży się do mnie, aby choć na minutę jeszcze raz zatruć mi życie. Jak już ich dowiozłem do domu to z ulgą powróciłem do pracy. Ewcia pożegnała mnie pocieszając że Martusia nie będzie się zadawać z awanturnikiem, tylko ułoży sobie życie w Anglii razem ze swoim paziem. Pazio był jakimś miszczem tatuażu spod Białegostoku więc widoki na karierę miał doskonałe jako że mieszkał w dzielnicy zamieszkałej przez murzynów. Ucieszyłem się jednakże, że królewna będzie bliżej arystokracji no i pojechałem.

I kiedy jesienią powróciłem do Polski znalazłem Martusię zainstalowaną na budowie. W dodatku z kolejnym gachem. Szymonek gdzieś tymczasem zaginął. Zapytałem tylko, jak to kuźwa, ale w odpowiedzi padło żałosne: "no bo z Dżerym spod Białegostoku coś nie wyszło". Hmm... czyżby murzyni spod Londynu jednak nie pragnęli masowo się wytatuować? Czyżby nie poznali się na piosenkarskim talencie królowej Martusi? Normalnie żal. Ręce mi opadły, bo zupełnie co innego zniszczyć wycieczkę, a co innego życie. O tym że właśnie taki był plan oczywiście nie wiedziałem...

Jakoś przeżyłem nagły i niezapowiedziany powrót Szymonka z Anglii, bo chłopak był przyzwoity i zapragnął „mamie pomóc” zamiast dajmy na to rozwijać tam „obiecującą karierę dla wiodącej światowej marki”, czyli pakowacza krewetek dla Tesco, no ale Martusi powrotu na łono rodziny z „trasy biznesowo-koncertowej”, czyli angielskiego zmywaka nie mogłem przeboleć. Urodzona jest do królowania i koncertowania i tak nagle królowa ballady osierociła nieprzebrane rzesze murzynów tylko czekających na wykarmienie ich śpiewaną poezją? Ech... naprawdę przykro zaczęło się dziać, kiedy do kukułczego jaja pozlatywały się ze wszystkich stron kukułcze pisklaki...

cdn.

 



Projekt RIESE - Ostatnia tajemnica Hitlera

Historia tego projektu sięga już osiemdziesiąt lat wstecz. Riese to tajny kompleks, podziemne miasto, które miało powstać w Górach Sowich na terenie południowej Polski. Plany były tak duże i rozległe, że szybko zdecydowano się na nazwę Riese, czyli Olbrzym.

 

Budowa tego kompleksu stanowiła wyzwanie w tamtych latach, to też kilka tysięcy osób straciło życie i zdrowie w czasie prac, mówiono nawet, że warunki były gorsze niż w piekle. Dziś Riese to po prostu nazwa tajnego projektu III Rzeszy, którego czas realizacji przypadł na okres trwania II wojny światowej. Robotnicy, złodzieje, czy osoby podlegające jakiejś formie kary, byli przewożeni na teren Gór Sowich i zmuszani do nadludzkiej pracy.

 

Wykopano ponad kilkanaście kilometrów tuneli, w tym grot, pieczar i podziemnych komnat. Teorie, co do celu całego przedsięwzięcia były różne. Jedni twierdzili, że miał być to skarbiec, schron lub miejsce do produkcji tajnej superbroni, która miała zapewnić Hitlerowi zwycięstwo i przejęcie władzy nad Europą. Niestety do dziś projekt Riese stanowi jedną z największych i najmroczniejszych zagadek II wojny światowej i III Rzeszy.

 

Projekt Riese był na tyle rozbudowany i skomplikowany, że obejmował kilka odrębnych placów budów. Praca nie polegała jedynie na drążeniu otworów w ziemi i skałach, ponad to prace obejmowały także przygotowanie sieci dróg i mostów. Olbrzym nie miał być zwykłym kompleksem wojskowym, miał być najnowocześniejszą i największą kwaterą dla Hitlera i głównych dowódców III Rzeszy. Budowa tajnego kompleksu na terenie Polski świadczy o zamiarach Hitlera, który siłą chciał przejąć władzę nad starym kontynentem.

 

Dodatkowo można przypuszczać, że ekspansja III Rzeszy po zwycięstwie mogłaby sięgać dalej i dalej. Dlaczego? Przeznaczeniem Olbrzyma było zapewnienie odpowiednich warunków dla produkcji Wunderwaffe. Jest tutaj mowa o wszelkich środkach transportu, systemach wystrzeliwania rakiet V2, ośrodku badań atomowych, chemicznych a także biologicznych. Jednak hipoteza, która budzi największe emocje to ta mówiąca o trwających pracach nad napędem anty grawitacyjnym, czyli nad stworzeniem tak zwanego UFO Hitlera o kryptonimie V7. To właśnie ta technologia miała zapewnić zwycięstwo w II wojnie światowej i każdej następnej. Plany obejmowały prace na zaawansowanym poziomie, wielu badaczy historii twierdzi, że gdyby II wojna światowa potoczyła się inaczej to Hitler zdążyłby wyprodukować swoja tajną broń a wówczas dzisiejszy świat wyglądałby zapewne inaczej.

tunel

Bardzo ważną informacją jest ta mówiąca, że kompleks w Górach Swoich po dzień dzisiejszy nie został w pełni odkryty. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że pod ziemią zalegają nadal nie odsłonięte tunele, pomieszczenia i kwatery a co za tym idzie, plany i tajne dokumenty, które w przyszłości mogą rzucić więcej światła na tajemnicę Riese. Tę hipotezę potwierdza pismo Alberta Speera jednego z przywódców III Rzeszy, który w liście do Hitlera z września 1944 roku pisze o postępach prac na terenie tajnego kompleksu, z owych notatek można wyciągnąć wniosek, że prace były bardziej zaawansowane niż dziś się sądzi, oraz obejmowały znacznie większy obszar. Czy więc po dziś dzień leżą gdzieś plany tajnej superbroni Wunderwaffe? Jest to możliwe.

 

W ostatnim czasie dużo mówi się o pociągu ze złotem, po który dosłownie sięgają wszyscy, począwszy od Niemiec, po przez Rosjan a skończywszy na Izraelu, mimo, że ów pociąg nie został nawet odnaleziony. Przy tej okazji należy zauważyć, że Riese było także przeznaczone do składowania różnego rodzaju skarbów zdobytych w czasie wojny. W wielu dokumentach istnieje wzmianka o pociągu pełnym złota, który miał zaginąć w niewyjaśnionych okolicznościach na trasie między Świebodzicami a Wałbrzychem. Z resztą po dzień dzisiejszych tamte tereny są miejscem działania wielu poszukiwaczy skarbów.

 

Po zakończeniu II wojny światowej osoby, posiadające informacje o Riese często umierały w niewyjaśnionych okolicznościach, zwłaszcza te, które miały zamiar podzielić się swoją wiedzą ze światem. To też można z dużą pewnością stwierdzić, że wiele ciekawych a czasem zapewne sensacyjnych informacji nadal czeka na ujawnienie. Kompleks Riese to projekt, który osobiście nadzorował Hitler, a to mówi wiele. Tajny kompleks wojskowy III Rzeszy miał być miejscem tajnych badań nad super technologią i człowiekiem, ponieważ wielu Hitlerowskich naukowców prowadziło badania nad wytrzymałością człowieka. Owe badania często przypominały tortury przy użyciu wymyślnych narzędzi. Adolf Hitler był człowiekiem łączącym w obie charyzmę, inteligencję i szaleństwo, a to mieszanka bardzo niebezpieczna.

 

Artykuł pochodzi z portalu www.tajemnice-swiata.pl

Tajemnice Świata

 

 



Rybacy z Tajlandii złowili dziwnego białego "potwora"

Podczas konwencjonalnego połowu u wybrzeży Tajlandii, rybacy wyciągnęli z wody dziwne stworzenie, którego przedtem nigdy nikt nie widział. Długie podłużne ciało mierzy ponad pół metra i ma kolor perłowo – biały. Ryba wyposażona jest w ogromny otwór gębowy, usiany długimi zębami, jak igły.

 

 

 

Potwor może pochodzić z głębin oceanu, gdzie występują bardziej kapryśne formy życia. Jednak w pobliżu Tajlandii nie ma takich miejsc.

 

Stworzenie wyciągnięte z wody było bardzo aktywne i agresywne, co widać na załączonym filmie. Dziwna ryba chciała zdecydowanymi ruchami szczęki pogryźć kij, którym dźgali ją rybacy.



Strony