Kwiecień 2016

W Stanach Zjednoczonych znaleziono żywego dwugłowego węża

Mieszkaniec Kansas, Jason Talbott miał szczęście wykonania zdjęć dziwnemu dwugłowemu wężowi. Świadek twierdzi, że jedna głowa była bardziej agresywna niż druga i starała się zaatakować innego fotografa. Jednak atak nie był skuteczny, ponieważ inne plany miała druga głowa.

 

Wydaje się, że gad na poniższym nagraniu to tak zwany wąż smugowy Pantherophis obsoletus. Sądząc po kolorze i kształcie głowy był to młody osobnik, który niedawno wykluł się z jaj. Według ekspertów, Dwugłowy wąż, niestety, nie żył zbyt długo.

Anomalie takie jak ta są dość rzadkie, ale zdarzają się w naturze. Jednak u gadów przeważnie za takie podwójne kończyny odpowiada ich zdolność do regeneracji, a nie mutacje genetyczne. Bardzo często spotyka się nadmiarowy wzrost kolejnych kończyn. Zdarzają się jaszczurki, które w ten sposób dorobiły się aż sześciu ogonów zamiast jednego.

 

 



Nowe dane na temat obiektu w kształcie tarczy w Morzu Bałtyckim

Pierwsze informacje o dziwny obiekcie na dnie Bałtyku pojawiły się 5 lat temu i od tamtej pory naukowcy usiłują kontynuować badania. Nie wiadomo, czy wszystkie informacje są dostępne dla opinii publicznej, ale to, co już znamy, jest stale przedmiotem zainteresowania.

 

 

 

W tej chwili wiadomo, że obiekt ma „poprawną” regularną formę. W jej górnej części znajdują się korytarze i partycje między nimi. Tarcza posiada własne pole magnetyczne, oddziałujące na kompas. Badacze zarejestrowali też dziwny sygnał radiowy, wydobywający się z wnętrza znaleziska.

 

Eksperci pobrali materiał składowy do analizy. Porcja próbek przypomina te, jakie występują przy najgorszych wypadkach samochodów bardzo zaawansowanych technicznie.

 

Naukowcy nie spieszą się z wyciąganiem wniosków, ale wszystko wskazuje na to, że na dnie Bałtyku znaleziono rozbity samolot lub statek pochodzenia pozaziemskiego.

 



Zlot Nad Kukułczym Jajem - część I

Czy żyjemy w rzeczywistości wirtualnej? Hologramie? Matrixie? Świecie równoległym? Hmm... nie wiem jak inni ale ja, owszem. Żyję w matrixie i mam na to niezbite dowody. W prawdziwym świecie jestem wyluzowanym kolesiem, który w wolnych chwilach buduje sobie chałupę, wędruje po świecie a dla zabicia czasu urządza rozrywkowe krucjaty. W świecie tym istnieje tylko prawda. W uniwersum wirtualnym natomiast panuje zupełnie inna sytuacja - tam aż się roi od oszczerstw, spisków, knowań i nagonek. To chyba przez moją dobroduszność nieustannie osaczają mnie tam najgorszego sortu szumowiny i kanalie. W świecie równoległym jestem między innymi psychicznie chorym przestępcą, debilem i groźnym bandytą poszukiwanym przez wszystkie możliwe organa ścigania całej tej równoległej Polski.

 

Lista moich przestępstw, która ciągle zresztą rośnie, nawet nie ma końca. Są to jak widać całkiem odmienne światy, ale jako że obydwa dzieją się w tym samym okresie przeżywam dwa różne życia jednocześnie. Trochę to takie mało wesołe było, ale naprawdę zabawne stało się, kiedy ci z matrixa na początku grudnia 2015 nagle przedostali się do mojego wymiaru po to, aby mnie zamknąć w prawdziwym domu wariatów. Tak jakoś przed świętami nagle okazało się że: 28 grudnia 2015 odbędzie się w sądzie posiedzenie, gdzie bardzo poważni ludzie będą debatować nad ciekawym zagadnieniem natury egzystencjonalnej, czy lepiej dla otoczenia będzie umieścić mnie w zakładzie psychiatrycznym czy może karnym.

 

Kiedy się o tym dowiedziałem poczułem się jak chomik w odkurzaczu - zupełnie jakby mnie zassało do innego świata. Moje przemyślenia były wówczas mało optymistyczne, ponieważ uświadomiłem sobie z goryczą, że oni usiądą tam sobie i wybiorą Plan A lub Plan B i on się urzeczywistni. Dzięki po trzykroć przedziwnym zbiegom okoliczności, tylko te dwa warianty bowiem wchodzą w rachubę i innej opcji nie przewiduje po prostu wymiar sprawiedliwości. Biegli sądowi psychiatrzy postarają się przekonać sąd o umieszczeniu mnie w psychiatryku, a prokuratura wniesie zapewne o zameldowanie mnie w zakładzie karnym. Sprawy zaszły już na taki poziom, że na chwilę obecną nikogo już nawet nie interesuje czy ja w ogóle jestem czemukolwiek winny.

 

Straszne i śmieszne a raczej strasznie śmieszne jest to, że odbywa się to wszystko pod płaszczykiem legalności - ten tekst to nie jest jakiś żart z całą powagą podkreślam. I to wszystko w sytuacji, kiedy nikt mnie nigdy nawet o nic nie oskarżył, gdyż coś takiego jak akt oskarżenia nie istnieje po prostu. Jak przystało na świat równoległy, zostałem tam rutynowo pomówiony i wrobiony, a ci sami ludzie którzy mnie nękali, przed sądem każą mi się zapewne zamknąć a potem będą na spokojnie dywagować, czy byłem poczytalny w chwili popełnienia czynu, który nigdy nie miał miejsca. Ha, ha... tego samego, którego nikt rzecz jasna nie próbował nigdy nawet udowodnić. Aby było jeszcze weselej na tej rozprawie nikt się zapewne nawet nie zająknie na temat oczywistego faktu, że nawet gdyby ten czyn miał kiedykolwiek miejsce to i tak by się już przedawnił. Jest tak albowiem od sześciu długich lat nie mogę się zwyczajnie doprosić wyjaśnień o co w tej sprawie chodzi lub o co jestem oskarżony i z czego mam się bez przerwy tłumaczyć, skoro nigdy nie popełniłem czegoś o nazwie czyn zabroniony.

 

Od sześciu długich lat cierpliwie mówię każdemu kto tylko ma ochotę słuchać, że nie mam garba i co dziwne, jakoś nie mogę nikomu tego wytłumaczyć. Dlaczego? Najprawdopodobniej brakuje mi uprawnień biegłego tłumacza w zakresie z naszego na polski. Nie może również tego wytłumaczyć mój adwokat, który jest rzekomo już od połowy dekady moim obrońcą. Dlaczego? Ponieważ tak się zabawnie składa, że pani mecenas też co prawda żyje w moim świecie ale moim obrońcą jest tylko w świecie równoległym. Sprawa jest tak zabagniona i skomplikowana, że już niemal niemożliwe stało się jej zwięzłe ogarnięcie. I właśnie z racji jej skomplikowania raczej nie dopuszczą mnie do głosu na tym posiedzeniu aby „niepotrzebnie” dalej jej nie gmatwać, albowiem dla nich już od dawna wszystko jest bardzo proste. Tak więc z braku czegoś lepszego do roboty, to chyba usiądę sobie gdzieś po cichu na boku i będę układał kostkę Rubika w czasie tych mądrych obrad. Sytuacja jest kuriozalna, bo akta mojej sprawy, która toczyła się w alternatywnej rzeczywistości są dużo większe niż teczka Bolka z mojego wymiaru.

 

To już nawet nie jest teczka, bo widziałem że oni mają tego cały karton. To nie koniec niespodzianek, gdyż z akt które również z tym kartonem przeniknęły do mojej rzeczywistości wynika, że jestem również zbiegiem. Uciekinierem i brutalnym psychopatą o ograniczonym słownictwie, wypowiadającym się niedorzecznie, którego ściga intensywnie już od długich lat dosłownie cała Polska - wszystkie areszty, zakłady karne, psychiatrzy, prokuratura, policja, straż graniczna a nawet ci zabawni kolesie od ochrony kolei. Okazuje się, że szukało mnie więcej ludzi niż Maltańskiego Kajetana. Ten jednak mały i nieważny problem, że ja o tym wszystkim co powyżej nic nie wiem, nie stanowił żadnego problemu dla ścigających mnie organów, aby mnie wetknąć w kaftan. Papiery dokumentujące mój bandytyzm i odchyły psychiczne były bowiem już od 5 lat starannie gromadzone w tajemnicy przede mną przez lokalną sitwę i jest tego tyle co przeciwko mnie spreparowali, że długich tygodni trzeba żeby to ogarnąć. I chociaż ja nigdzie przed nikim nigdy nie uciekałem, bo nawet nie wiedziałem, że mnie ktoś szuka, oni i tak gonią mnie i za wszelką cenę chcą wsadzić do wariatkowa. A robią to w taki sposób, abym się o tym nawet nie dowiedział nawet. Czysty, podręcznikowy obłęd. Jak każdy normalny człowiek, żyjący normalnie, w normalnym świecie, nawet nie wiem ile mam swoich praw, konstytucyjnych, człowieka, obywatelskich i jakichś tam jeszcze. Wiem tylko, że ile bym nie miał tych praw - oni połamali wszystkie.

 

No i to na tyle moich grudniowych wisielczych przemyśleń. To co jest poniżej to się we łbie nie mieści ale jedno jest pewne - opowieść ta jest w stu procentach oparta na faktach. Wszystkie daty i wydarzenia są autentyczne. Trochę to długie uczciwie przyznaję, ale nie można tego co się działo przez sześć lat zamknąć po prostu na jednej stronie. A działo się i to niezależnie w każdym wymiarze. Nie można też pomieszać zdarzeń z dwóch całkiem różnych światów lub zamieścić ich na dwóch marnych stronkach zaledwie. To naprawdę duuuża opowieść - tylko dla długodystansowców. Aby więc ten gigantyczny tekst jakoś przetrwać można a nawet należy skorzystać z doskonale sprawdzonych sposobów. Otóż, można dyskretnie otworzyć sobie gdzieś na boku zakładkę i odpalić nastrojowy podkład muzyczny, który wprowadzi czytelnika w hipnozę a potem klimat samej opowieści pozwalając mu bez najmniejszego znużenia dotrwać, do samego końca tej historii.

 

To działa. Wręcz idealny do tego tekstu podkład, gwarantujący szamański trans hipnotyczny, znajduje się na przykład tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=vs1mXnWuHd8 Gra muzyka? Jest klimacik? No to zaczynamy tego hmm... audioboka. I tak, od małego jestem wyposażony w sztukę rozwiązywania zagadek. Tę zagmatwaną sprawę w związku z tym także rozwiązałem. Samodzielnie ponadto. Na przekór wszystkiemu i wszystkim dałem w końcu radę ogarnąć całość, a było z czym się zmagać jak będzie można zobaczyć poniżej. Lubię zagadki z samej natury, a ta akurat heca spiskowo kryminalna jest o tyle interesująca, że dotyczy mnie osobiście. Naprawdę mnóstwo czasu zajęło mi jej rozwikłanie. To nie jest jakaś dawna historyjka ze średniowiecza lub zza siedmiu mórz opowieści dziwnej treści. To moja opowieść, w której to ja jestem ofiarą spisku, wieloletniej nagonki i permanentnego zaszczuwania i to ja a nie ktoś inny uzyskałem niepodważalne dowody i na to że jestem niewinny i na to że jestem całkowicie zdrowy na umyśle. Haniebne jest to, że tej sprawy nawet nie powinno być, ponieważ od samego jej początku dostępne były wszystkie niepodważalne dowody na moją niewinność. Ale ona jest, gdyż się zawiązał przeciwko mnie spisek, właściwie to mega spisek bo aż trzypoziomowy i zaszła bez mojej wiedzy już tak daleko, że obecnie powstał Plan A i Plan B jak pamiętamy. Na całe wrobienie mnie oraz późniejsze zaszczucie posiadam niepodważalne dowody i podam je oczywiście. Niesamowite do czego zachłanni, bezwzględni ludzie są zdolni aby wrobić niewinnego, dręczyć go latami i ochraniać jednocześnie przez równie długie lata prawdziwych przestępców. Czytając tego typu przypadki przeważnie uśmiechałem się nie dowierzając za bardzo w ich autentyczność. Teraz jednak dotyczy to mnie, są tu rzeczy o których nawet fizjologom się nie śniło, a ponadto wszystko jest do bólu prawdziwe. I w związku z tym teraz to inni mają obywatelski obowiązek popękać sobie z radochy, czytając o moim przypadku. To będzie całkiem niezły kryminałek, bo i podłe manewry w nim będą, i wredne spiski, i zwroty akcji jak u Gumisiów a nawet trup się będzie ścielił gęsto. Tak więc podczas czytania nie powinno być nudno. Wszystko zaczęło się od banalnego zdarzenia na parkingu. Te zdarzenie jest jednak tak ważne, że opiszę je nad wyraz szczegółowo, bo to ono zaważyło o całej reszcie mojego życia. To wówczas właśnie moja pogodna rzeczywistość rozszczepiła się na dwa odrębne światy.

 

Część I Rybackie Tango

2010

Jesienią tamtego roku powróciłem zza granicy kontynuować walkę na mojej budowie, którą rozpocząłem dwa lata wcześniej. Planowałem podciągnąć co nieco do przodu sprawę wodociągów, no więc wsiadłem w samochodzik i podjechałem po materiał do sklepu budowlanego. Zaparkowałem na parkingu przed sklepikiem i udałem się po rury. Kiedy z ich całym pękiem pod pachą powróciłem na parking, zauważyłem przy błotniku po drugiej stronie auta jakiegoś grubego kolesia, który się na mój widok wyraźnie wzdrygnął, kiedy mnie ujrzał wychodzącego zza rogu. Grubcio zaraz po tym jak odskoczył nerwowo od błotnika wlazł do budki rybnej i zniknął w jej wnętrz, a ja tymczasem zapakowałem rury i pojechałem do domu. Dopiero tam rozładowując auto obszedłem je dookoła i zauważyłem głęboką rysę przez cały błotnik. No odrobinkę się zdenerwowałem widząc tego typu znalezisko. Koleś poharatał wszystkie warstwy, nawet ocynk, ryjąc wszystko aż do żywej blachy. Nie mogłem pojąć dlaczego jakiś obcy, kompletnie nieznany mi skurwiel dewastuje mój samochód, skoro go nigdy nawet nie widziałem na oczy. Ponieważ akurat miałem pełne ręce roboty, postanowiłem z nim kiedyś przy okazji o tym porozmawiać. W międzyczasie rozpytałem znajomych co to za jeden, bo nie kojarzyłem w ogóle typa. Dowiedziałem się, że to jakiś cholerny kłusownik mieszkający gdzieś na zadupiu nad Zalewem Szczecińskim. I on tam sobie łapie w tym Zalewie jakieś ryby a potem je wędzi no i sprzedaje w tej swojej budzie. Mijały dni i jakiś tydzień później nadarzyła się okazja do rozmowy z rybakiem, bo wybierałem się akurat po kolejną partię rur do tego sklepu. 28 października zajechałem pod sklep i zaparkowałem pod tą cholerną budką, wziąłem w rąsię łomik do wyciągania z deseczek gwoździków i podszedłem uciąć sobie pogawędkę o moim błotniku. Opiszę tę budkę. To cuchnące rybami coś, to jest coś niewielkiego powierzchniowo, coś jakby dwie wanny postawione obok siebie ale o wysokości 2 metrów. Taki mały kontenerek na gumowych kółkach. Poniemiecki obwoźny punkt sprzedaży gorących napojów na przydrożnych parkingach, który ktoś pozbawiony odrobiny gustu bezmyślnie sprowadził do Polski, a następnie wykonał agrotuning poprzez wstawienie do środka rzeźniczej lady co sprawiło, że po tej transformacji z wózka stworzony został obwoźny punkt sprzedaży rybnej. I to coś zaparkowane było na stałe na parkingu należącym do sklepu. Pięć metrów obok znajduje się co prawda targowisko handlowe ale tam rybak nie parkował aby wydymać straż miejską naliczającą te swoje targowe opłaty. Aby ich uniknąć cwaniaczek zacumował po prostu swoją handlową toaletę na sklepowym parkingu zawłaszczając bezprawnie jego kawałek. Tak więc jak już podszedłem do tej całej budki to położyłem uprzejmie łomik na blacie i powiedziałem im... (im, bo się okazało że w środku nie ma grubasa tylko jakaś ruda kobieta), że jak im się nie podoba mój samochód to niech wezmą łom i się na nim wyżyją w mojej obecności, bo wolę tak właśnie, niż mają mi dewastować nowe auto pod moją nieobecność czyli kiedy nie widzę. Kobieta w ogóle nie zrozumiała sarkazmu ale pyta ale o co chodzi. Wyjaśniłem jej zatem, że chodzi o mój błotnik porysowany tydzień wcześniej i zapytałem ją gdzie jest ten cały rybak, który się tu wtedy nerwowo kręcił. Wówczas ona dobrze sobie to przeanalizowała i po jakiejś minucie trawienia procesów myślowych wyskoczyła na mnie z mordą, pokaż pan świadków oraz weź mi pan to udowodnij. Sprostowałemm rudej, że nie będę jej niczego udowadniał bo to nie ona tylko ten gruby mi to zrobił. Ona dalej swoje, że nie mam dowodów i że jak nie pójdę to zadzwoni na policję i powie, że ją napadłem. A no to proszę bardzo, niech pani dzwoni, odparłem i wyczekująco na nią patrzałem. Widząc moją pewność siebie zwątpiła. Wylazła z tej nory i wystawiła na deskach europalety premierową sztukę teatralną pod tytułem Zawiadomienie Policji. Zaczęła się głupawo kręcić jakby była w jakimś balecie i jęczeć, że ma rozładowaną baterię. Patrzyłem na nią z fascynacją i zainteresowaniem. Jak już się uporała z ładowarką udawała, że nie ma środków na koncie. Szydziłem z niej, że do policji telefon nic nie kosztuje bo to jest numer darmowy. Wówczas ona znowu o problemach z telefonem. Następnie zaczęła odgrywać na parkingu komedię o tym że została napadnięta opowiadając o tym wszystkim wokoło. Udawała że chce pożyczyć od kogoś telefon ale nikt jej rzecz jasna nie pożyczył, ponieważ nikt się nie nabrał na przedstawienie. Zeszli się ludzie z targowiska i sklepu budowlanego. Cały czas straszyła policją więc cały czas jej proponowałem aby za moją zgodą powyżywali się na moim aucie. Łoma który w tym celu jej dałem nawet oczywiście nie wzięła więc doręczyłem jej jeszcze ćwierć metrowego gwoździa pozostałego po pracach nad dachem, żeby na przyszłość najlepiej na swoim aucie wydrapała sentencję, że nie drapie się cudzych samochodów. Straszyła mnie dalej policją więc i ja dalej szydziłem, że jak jest napadnięta to niech weźmie chociaż ten łom, a wtedy bez trudu się przed napastnikiem obroni. Moje złośliwe riposty robiły swoje. Babsko robiło się coraz bardziej wściekłe, bo nikt się nie nabrał na jej aktorstwo i w końcu podeszła do tych ludzi, którzy wyszli ze sklepu budowlanego aby na ten cyrk sobie popatrzeć. Żenada totalna gdyż wściekła maksymalnie kobieta skompromitowała się i to dosyć publicznie. Chciała pożyczyć telefon rzekomo, chciała zadzwonić ale po jakimś czasie jak powróciła stamtąd i powiedziała że zaraz przyjedzie policja i tak nie przekonała na parkingu nikogo. Omal nie wyszła już z siebie, bo szydziłem z niej w dalszym ciągu proponując aby skorzystała z mojego telefonu jak jest jakiś problem z komunikacją. I tak minęło pięć minut, dziesięć, żadnej policji nie było więc aby nie dostała apopleksji sam zadzwoniłem na komendę, bo miałem już dość tego żałosnego dramatu. Zapytali o co chodzi. Powiedziałem, że o porysowany przed tygodniem błotnik więc oni abym się udał na komendę to zgłosić, bo nie widzą podstaw do interwencji. Ja im odparłem, że już jest w tej intencji awantura pod sklepem więc oni abym zaczekał no to przyjedzie patrol. Do komisariatu jest kilkaset metrów więc przyjechali błyskawicznie. Policjantki wysłuchały mnie, wysłuchały rybaczki, rozejrzały się po okolicy, popatrzały smętnie na mój błotnik i stwierdziły, że jak to było tydzień temu no to nie widzą powodu do interwencji. One też się nie nabrały na rybne dramaty. Pouczyły nas na zakończenie, że ja mogę iść na komendę zgłosić uszkodzenie błotnika a rybaczkę, że może zgłosić awanturę, po czym kazały się rozejść. Wówczas rybaczka zaczęła się gęsto tłumaczyć, że jej mąż jest w szpitalu, ciężko chory, na jakiejś operacji więc stwierdziłem że nie będę składał bezsensownych skarg jak jakiś mały chłopczyk i zwyczajnie odjechałem. Cała ta sytuacja była tak błaha, że policjantki nawet nikogo nie wylegitymowały, nie mówiąc nawet o wystawianiu mandatu za zakłócenie porządku jakiegoś. Kompletnie nic nie było, żadnych wulgaryzmów nawet, a więc nie znaleziono pretekstu do ukarania kogokolwiek. Jakąś godzinę potem namierzono mnie - oddzwoniono na numer z którego wezwałem policję i zapytano: czy to pan wzywał policję, odparłem że tak wiec zaproszono mnie na komisariat. Zajechałem tam i zachęcono mnie abym jeszcze raz opowiedział co się stało. Opowiedziałem. Policjantki potwierdziły wtedy, że rybak faktycznie znajduje się w szpitalu i zapytały czy będę składał na niego skargi jakieś. Odparłem że nie bo to nie ma sensu skoro i tak jest nieobecny a w dodatku go szyją i kroją. Policjantki się wtedy ucieszyły i powiedziały że skoro to tak to nic nie stoi na przeszkodzie aby się z rybaczką pogodzić. Odparłem że nie ma żadnego problemu bo w sumie nawet nie miałem zamiaru się z nią kłócić tylko chciałem pogadać sobie o błotniku z rybakiem. Odparły więc żebym najlepiej zaraz do niej podjechał i się z nią pogodził. Tak zrobiłem, wziąłem tylko jeszcze z domu na wszelki wypadek dyktafon aby po raz drugi nie oglądać greckiej tragedii i pojechałem do rybaków. Żonie rybaka powiedziałem, że nie będę składał zgłoszeń więc żeby się o męża nie trzęsła i że niepotrzebnie wybuchła ta żenująca afera. Była spokojna, już nie szalała i żadnych przedstawień nie odgrywała. Doskoczyła jednak z boku jakaś małolata i znowu zaczęła się pyskówka. Zapytałem uprzejmie czemu to to się wtrąca skoro nie zna sprawy a ona, (jak się okazało córka rybaka), że należą jej się jakieś pieniądze za napad. Wyklarowałem młodej, że niedawno sprzedałem mieszkanie więc pieniędzy mam do oporu i nawet teoretycznie nie ma w związku z tym powodów do tego aby napadać na nieudaczników nie potrafiących związać końca z końcem - takich nie posiadających nawet paru groszy na targową opłatę. Poza tym nie mogłem się powstrzymać żeby jej nie uświadomić, że nie lubię śmierdzących ryb prosto od kłusownika więc nawet nie wiem co tu jest do napadania. Dziesięć deko wędzonego bejcą węgorza? Młoda się spieniła więc wsiadłem w auto i po prostu odjechałem nie chcąc wszczynać z przekupami nowej awantury. Daleko nie zajechałem, bo nadjechał kolejny patrol i poranna historia się powtórzyła. Policjanci wysłuchali, na błotnik smętnie popatrzyli, potem pouczyli i stwierdzili, że w tej sytuacji kiedy mimo wszystko nie ma tam chęci do zgody poradzili unikać tych roszczeniowych ludzi i na tym cała heca definitywnie się zakończyła. Pojechałem więc do domu robić swoje. Nigdy więcej już rybaków na oczy nie widziałem i chociaż buduję kilkaset metrów od tego sklepu to tylko po to, aby się na nich nie natknąć po cały materiał latami jeździłem do zupełnie innego magazynu - 20 kilometrów dalej. Zimą jeszcze parę razy na komendę mnie w tej sprawie wzywali, składałem tam wyjaśnienia, raz, drugi, trzeci ale przestali wzywać, kiedy się zirytowałem i zapytałem czy jestem o coś oskarżony, bo nawet nie wiem z czego ciągle mam się tłumaczyć, skoro już dawno wszystko opowiedziałem i wszyscy na ten temat wiedzą wszystko. Policjant stwierdził, że to już koniec wzywań i rzeczywiście nigdy więcej w tej sprawie na policję mnie nie wzywano. Żyłem sobie w późniejszych latach aż do obecnych własnym życiem mając własne problemy, (o których będzie szczegółowo w częściach kolejnych), aż tu nagle po pięciu latach pod koniec 2015 roku ktoś zadzwonił do mnie z komendy, jakaś kobieta i powiedziała żebym się udał do prokuratury powyjaśniać tam sprawy pobytowo mieszkaniowe. Te całe "sprawy mieszkaniowe" to było coś kompletnie niezrozumiałego. Od paru ładnych lat bowiem, byłem jakiś taki niby poszukiwany. Poszukiwano mnie ale tak naprawdę nie wiadomo przez kogo i dlaczego. Przy każdej kontroli dokumentów, strażnicy prawa mówili, że jestem na czerwono na ich policyjnym komputerku. Kiedy pytałem kto mnie szuka i dlaczego nie potrafili nic sensownego odpowiedzieć ponad to że... jestem na ich komputerze jako "osoba do ustalenia miejsca pobytu". Hmm... jako, że nigdy nie zmieniałem adresu jakieś dziwne to było zwłaszcza, że raz to nawet w tej intencji wypełniałem jakieś papiery na komisariacie - będąc tam w sprawie kradzieży mojego prądu na budowie. No i właśnie pod koniec 2015 roku zadzwoniła do mnie policjantka i powiedziała żebym wyjaśnił w prokuraturze te swoje "sytuacje mieszkaniowe", bo tylko prokurator posiada tak silną moc aby usunąć mnie w końcu z tej komputerkowej listy „poszukiwanych”. Podała mi też przez telefon sygnaturę i poradziła udać się tam jak najszybciej. Na drugi dzień w prokuraturze raz dwa spotkałem się z prokurator wyjaśnić te mieszkaniowe historie i "się wyjaśniło", że ciągle jestem tam gdzie... zawsze byłem. Ten sam adres zamieszkania, ten sam samochód, ten sam telefon, ten sam adres budowy. Ni z gruchy ni z pietruchy prokurator zapytała czy się leczę psychiatrycznie. Wówczas zdębiałem. Odparłem że skądże znowu. Wówczas ona, że

28 grudnia ma się odbyć posiedzenie sądu w intencji umieszczenia mnie w psychiatryku. Zapytałem oczywiście o co chodzi ale rozłożyła ręce i powiedziała tylko, że dopiero co otrzymała w spadku moją sprawę i nic mi nie może więcej powiedzieć, gdyż te akta właśnie zostały wysłane do sądu. Dodała życzliwie żebym koniecznie się tam udał i najlepiej sam te akta zobaczył. Tak też zrobiłem. Jeszcze zanim dojechałem do sądu, prokurator zadzwoniła do mnie i dodała, że znalazła w papierach informację, że mam przydzielonego do mojej sprawy obrońcę z urzędu już od 2011 roku. Szok. Podała mi również namiary na panią mecenas. W sądzie, opanowanym jak u Buddy głosem sekretarki, odmówiono mi wglądu do akt sprawy motywując to tym, że prokurator musi wyrazić na to zgodę. Kiedy buddyjskiej sekretarce oznajmiłem, że to właśnie prokurator mnie tu skierowała dokładnie w tym celu, i tak spławiła mnie upierając się, że musi być zgoda. Powiedziałem że mam zgodę. Ona że musi być zgoda. Z tej próby sił buddyści wyszli zwycięsko. Ponieważ rozmowa tocząc w kółko na dobre się zapętliła, wyrwałem się z tego zaklętego kręgu, zmieniając temat na to, że tu ma być jakaś rozprawa na okoliczność umieszczenia mnie w wariatkowie. W odpowiedzi Budda ustami medium przekazał, żebym się tym nie martwił, bo moja obecność jest nieobowiązkowa. Noooo... słysząc taki tekst trochę zaniepokoiłem się w obliczu tego, że obecność nieobowiązkowa, lecz ktoś jednak chce mnie wsadzić w kaftan... obowiązkowo. Sekretarka dźwignęła powieki, nabrała tlenu, westchnęła i powiedziała że musi być zgoda. Ja jej że mam zgodę. Ona że musi być zgoda. Widząc że buddyzmu nie pokonam nie będąc nawet początkującym mnichem, sprężyłem się, wydostałem z sądu i odnalazłem "mojego" obrońcę. Pani mecenas była nie mniej ode mnie zaskoczona i powiedziała, że w ogóle nie kojarzy mojej osoby, o sprawie kompletnie niczego nie wie, a jako że nie wie no to nie może mi w niczym pomóc. Powiedziałem jej, że byłem w sądzie i rzeczywiście jest jakaś moja sprawa w której ja jestem wariatem a ona podobno od 4 lat moim obrońcą. Pani mecenas, no cóż słysząc pierwszy raz w życiu nowinę o tym że broni kogoś z domu wariatów zwyczajnie rozłożyła ręce i zrobiła się całkiem niekomunikatywna. Nawet tak trochę niepewnie rozglądała się na boki.

4 grudnia napisałem więc sobie pisemko do sądu o umożliwienie mi dostępu do akt sprawy w celu zapoznania się z nią na własną rękę. Po paru dniach przyszła odpowiedź, że prokurator musi wyrazić zgodę. Deja vu istnieje - oto namacalny dowód.

9 grudnia dotarło do mnie pismo od mecenas, że sprawdziła to co jej przekazałem i "rzeczywiście jest moim obrońcą ale żadne zawiadomienie o czymś takim do niej nie dotarło". Obiecała, że jak będzie w sądzie to dokładnie zbada akta sprawy. Niestety, kiedy tam była, jej również na to nie pozwolono, bo Budda przekazał wiadomość, że chce zgody prokuratora.

9 grudnia po południu wypiłem na odwagę szybkiego żubra i wieczorem udałem się do psychiatry, którą znalazłem z ogłoszenia po to, aby się upewnić że to wszystko dzieje się naprawdę i sprawdzić czy to aby nie jest przypadkiem jakimś stanem paranoidalnym. Zostałem przez całkiem miłą panią doktor przebadany, wysłuchany, wypytany, obdarowany dobrymi życzeniami i otrzymałem zaświadczenie lekarskie. Z co ważniejszych spraw okazało się że: "nastrój psychiczny mam wyrównany i jestem bez objawów choroby psychicznej", czyli zupełnie zdrowy na bani.

28 grudnia nieobowiązkowo ale stawiłem się w tym sądzie i co się okazało? Okazało się, że nikogo tam nie obchodzi czy ja kiedykolwiek popełniłem coś o nazwie czyn zabroniony tylko wszystkich interesuje kwestia na jak długo umieścić mnie w zakładzie psychiatrycznym. Oświadczyłem z wrodzonym optymizmem, że nie wyrażam zgody na leczenie nieistniejących u mnie chorób i zaprezentowałem zaświadczenie lekarskie. Pani mecenas, która do sądu również przybyła, nadal nie udostępniono akt tylko powiedziano po buddyjsku coś na odczepnego o "groźbach karalnych", których się rzekomo kiedyś dopuściłem. Dodano też, że to wszystko jest w aktach. Ponieważ te moje "badania", "wnioski", "opinie" i "diagnozy" - tak jak cała reszta akt - to było nadal jakieś ściśle tajne, pani mecenas wezwała na świadka owych psychiatrów, którzy sądowi o konieczności mojej przymusowej obserwacji psychiatrycznej zaopiniowali. Stwierdziła, że niezależnie od tego co tam jest w tych starych aktach, do których nikt zresztą nie ma dostępu, to w świetle tego że nie jestem chorym na dekiel psycholem bo mam na tę okoliczność nawet bardzo aktualne zaświadczenie od psychiatry, złożyła formalny wniosek o wezwaniu psychiatrów na świadków na okoliczność czy aby na pewno podtrzymują swoją dużo mniej aktualną od mojej opinię lekarską. Sędzia przychyliła sie do tego wniosku i tak zrobiła. Pani mecenas zauważyła też, że jeszcze nigdy w swojej długiej karierze nie spotkała się z przypadkiem aby za tak cienkie podejrzenia wnioskować o przymusową obserwację psychiatryczną. Na rozprawie oświadczyłem też zgodnie z prawdą, że nigdy się psychicznie nie leczyłem, bo nigdy umysłowo na nic nie chorowałem. Opisałem też przebieg zdarzenia z tej awantury rybackiej i od razu zauważyć się dało, że sędzia o prawdziwym zdarzeniu nie ma bladego pojęcia. To pan wezwał policję, zapytała. Oczywiście że tak odparłem i opowiedziałem ze szczegółami jak było. Zrozumiałem też natychmiast od razu po jej minie, że niestworzone rzeczy muszą być w tych aktach i dlatego aż tak trudno będzie się do nich dostać. Wezwano więc biegłych psychiatrów na świadków i odroczono to na 22 stycznia.

 

2016

22 stycznia psychiatrzy przybyli i się w sądzie ładnie przedstawili zakłócając u mnie pogodę ducha swoimi niemieckimi nazwiskami, na które mam alergię jeszcze z czasów Czterech Pancernych. Sędzia ich przepytała na okoliczność rzekomej konieczności umieszczenia mnie w psychiatryku i wtedy zaczęła się jazda. Doktorek, z którym nigdy nawet jednego słowa nie zamieniłem nagle zaczął pieprzyć jak potłuczony, że moja mama była psychicznie chora i ja mogłem to po niej odziedziczyć. Aby tego dowieść istnieje rzekomo potrzeba badań typu tomografia mózgu i innych dostępnych wyłącznie w szpitalu zamkniętym. Widząc jak te pseudonaukowe idiotyzmy skrzętnie są protokołowane, zerwałem się z ławeczki i mu dosyć wkurwionym głosem wyklarowałem, że bredzi, bo choroba mojej mamy ani nie była psychiczna ani też nie jest dziedziczna i że to co on opowiada to są po prostu bzdury. On wówczas natychmiast wysnuł teorię, że moja agresja słowna może się przerodzić w czynną i aby to sprawdzić muszę być obserwowany przez dłuższy okres czasu. W warunkach szpitalnych, rzecz jasna, bo tylko w takich można według niego zobaczyć przy okazji jak też sobie radzę w sytuacjach stresujących a w warunkach ambulatoryjnych nie da się tego zrobić. Pani sędzia pyta go więc czy zamierza w tym celu wywoływać u mnie stres celowo. Doktorek się zmieszał i zaczął pieprzyć, że on nie będzie na mnie eksperymentował tylko obserwował jak sobie radzę z innymi pacjentami jak mi rąbną na przykład szczoteczkę do zębów, rozbiorą do naga lub coś w tym rodzaju. W dzieciństwie chyba Mengele musiał go inspirować. Oczywiście ten wróżek podtrzymał swój niezdrowy wniosek o obserwacji psychiatrycznej wobec mojej osoby. Jego koleżanka też się udzieliła. Od razu podważyła moje zaświadczenie lekarskie o braku chorób psychicznych tym że "jest ono jednorazowe, bla, bla, nie wystawione przez dwóch bla, bla, niezależnych biegłych" i tym samym rzekomo nieważne. Normalnie niebywałe. Wygląda na to, że każdy jeden człowiek, który nie ma dwóch niezależnych zaświadczeń od dwóch biegłych psychiatrów, może w każdej chwili spodziewać się przy drzwiach sanitariuszy, którzy podważą jego poczytalność. Już miałem zapytać ją czy w związku z tym zamierza jak świadek jehowy wyruszyć na misję od drzwi do drzwi i werbować do psychiatryka wszystkich ludzi na mieście nie posiadających dwóch zaświadczeń że nie mają nierówno pod deklem, ale ze względu na salę sądową ugryzłem się w język. Potem bredziła, że co prawda nie byłem karany, uczyłem się przeciętnie od 7 roku życia lecz nie powtarzałem klas i nie mam kartoteki kryminalnej ale... mogę kiedyś zostać chorym psychicznie, bo istnieje taka możliwość. Zapytałem ją czy jest na tej planecie chociaż jedna osoba której nie dotyczy identyczna pseudo diagnoza, że "ktoś może zostać chorym... kiedyś", ale sędzia uchyliła mi to pytanie. Oświadczyłem więc, że pani doktor kłamie, bo o moje wykształcenie nigdy nie pytała nawet. Gdyby zapytała to bym jej powiedział oczywiście, że wcale nie uczyłem się "normalnie" tylko po badaniach psychologicznych kiedy się okazało że rozróżniam kolory, znam tabliczkę mnożenia oraz alfabet wysłano mnie do szkoły rok wcześniej od rówieśników, czyli w wieku 6 lat. Gdyby o to pytała to oczywiście bym jej opowiedział, gdyż to nie jest powód do wstydu. A że nie pytała to teraz sobie płynnie dokłamuje wszystko bezczelnie przed obliczem sądu. Pani doktor nieco się zmieszała. Jak ochłonęła to stwierdziła, że być może prócz agresji mam być może jeszcze urojenia i to też można sprawdzić wyłącznie w szpitalu. Rozmowa mi się z nią nie kleiła, tak więc przestałem jej zadawać pytania. Mecenas zapytała ich konkretnie, czy byłem poczytalny w chwili popełnienia czynu, bo to i tylko to właśnie, mieli biegli ustalić. Odparli że nie wiedzą tego i dlatego jest konieczność obserwacji. Wynika więc, że jedyne co wybadali to... konieczność dalszych badań. Mecenas zawezwała więc na świadka policjanta, osobnika który jako pierwszy zaopiniował wymiarom sprawiedliwości o moich psychicznych odchyłach. Sąd zawezwał go i odroczył posiedzenia na 29 stycznia.

25 stycznia nadal nikomu nie udało się dostać do akt mojej sprawy tak więc udałem się do prokuratury z wnioskiem o zgodę na wgląd do tych akt. Tam dosłownie od ręki życzliwa prokurator na piśmie mi jej udzieliła.

26 stycznia udałem się z tym papierem do sądu. Tam jak zwykle z buddyjskim spokojem odmówiono mi. Zachłannie skonfiskowano pisemną zgodę na dostęp do akt ale powiedziano na pocieszenie, że ich... nie ma. Sytuacja rodem z Kafki. Czując się jak ofiara kieszonkowca wprowadziłem się w stan zen i zapytałem tak z ciekawości, kiedy będą akta, skoro na pojutrze mam rozprawę i warto byłoby się chociaż z grubsza zapoznać ze sprawą. Równie dobrze mógłbym pytać o to samo leśne drzewa. Akt nie ma no i ich przecież panu nie stworzę - pogodnie odparła jak zawsze opanowana sekretarka. Zapowiedziałem się zatem na jutro.

27 stycznia akta w końcu się odnalazły i dostałem do nich dostęp. Zrobiłem sobie bardzo ładne fotokopie, wpisałem się do książki pamiątkowej, zrobiłem spis treści stron które sfotografowałem, potem w papierniczym zrobiłem wydruki i już po pierwszym dniu ich studiowania nagle stała się jasność. Zostałem iluminowany. To co tam było przechodzi po prostu ludzkie pojęcie. Nagle zrozumiałe stały się wszystkie niewytłumaczalne rzeczy, jakie na przestrzeni ostatnich lat nieustannie mi się w życiu przydarzały. Wszystko nabrało i logiki i sensu układając się w jedną kompletną całość.

29 stycznia świadek policjant nie przybył. Wezwano go zatem ponownie i sprawę odroczono na 22 lutego. Na polu walki o akta pani mecenas pozostała za mną daleko w tyle i dopiero jakiś tydzień po mnie, jej także udało się w końcu dorwać do moich teczek. Moich cyfrowych fotokopii nawet kijem nie chciała dotknąć. Chyba dlatego że jej generacja jest totalnie nieskomputeryzowana. Pani mecenas wszystkie swoje pisma sporządza na prehistorycznej maszynie do pisania - tak więc w sądzie tylko ja już znałem te akta i byłem co prawda w pełni gotów do rozmowy ze świadkiem no ale nie przybył. A oto co było w tych aktach. Sześć lat wcześniej...

 

2010

28 października. Jeszcze tego samego dnia, kiedy na parkingu wybuchła awantura, wezwano na komendę żonę rybaka, która oświadczyła ludzkim głosem, że nie ma czasu składać wniosków o ściganie ponieważ jeszcze żadnej ryby nie sprzedała i musi wracać do roboty. Rybaczka zapowiedziała się, że przyjdzie jutro i opowie wszystko o groźbach. "O groźbach" pisze w notatce sporządzonej z jej wizyty. Potem jak wiadomo ja byłem wezwany, kiedy policja do mnie oddzwoniła i oni wiedzieli już doskonale, że nie będę składał żadnych skarg na rybaków tak więc usunęli z akt identyczną notatkę z mojej wizyty na komendzie, która także musiała być wówczas sporządzona. Nie ma po niej śladu w aktach. Co się działo potem? Ja byłem jak wiemy na dowidzenia przepraszać się z rybaczką i pocieszać ją, że nie będę składał skarg na kłusownika, a tymczasem ona miała potem cały dzień i całą noc na to, aby się z tym wszystkim przespać. Chyba miała z resztą kłusowników nocne branie, bo zamiast spać, zmówiła się z córką, uzgodniły zeznania, wyuczyły ich na pamięć i to właśnie w ciemną noc z 28 na 29 października gdzieś w ponurej chatce rybackiej zawiązał się pierwszy spisek przeciwko mnie. Spisek pierwszego poziomu.

29 października. Na drugi dzień obydwie przybyły z rybackiej wioski do miasta i udały się na komendę wyrecytować z pamięci wyuczoną w nocy wersję. Sprawa ruszyła z miejsca. Przydzielono do niej policjanta, który nigdy nawet nie widział na oczy miejsca zdarzenia. Czterech policjantów widziało osobiście podczas interwencji no ale cóż... do rozwikłania sprawy przydzielono speca od dochodzeń kryminalnych aspiranta Mirka. Ryby głosu nie mają ale kłusownicy owszem. Rybaczka zaraz po tym jak zainfekowała komisariat zapachem kiszonego śledzia usiadła naprzeciwko Mirka i opowiedziała mu o groźbach uszkodzenia ciała. Podała mnóstwo informacji w swoich zeznaniach. Opisując moje auto wykazała się delikatnym niedomaganiem pamięci, bo podała aż trzy cyfry z tablicy rejestracyjnej błędnie. Ujrzała też w moim aucie jakąś kobietę widmo, która przyjechała tam rzekomo razem ze mną. Opowiedziała że szukałem grubego rybaka, że żądałem od niej pieniędzy, że ona żądała świadków, że rzuciłem w nią łomem, że łom poleciał na jakiś blat, gdzie była jakaś kasetka z pieniędzmi, że zniszczona została kasetka za 20 złotych i coś jeszcze za 230, że rzuciła się do ucieczki, że pozamykała dobytek uciekając, że wybiegła do sklepu wołać o policję, "nie wiem konkretnie kto zadzwonił po policję" napisała, potem pobiegła strzec przyczepki i jak już była pod przyczepką nadjechała policja. Potem zeznała, że zostaliśmy pouczeni o możliwości złożenia skargi, że potem jeszcze raz do niej przyjechałem jak już pojechała policja, że ona potem była na komendzie zapowiedzieć się na jutro, że byłem po południu po raz kolejny, z dyktafonem i "zachowywał się normalnie jakby nie ten człowiek, on mnie przeprosił", że obiecałem jej nie składać zawiadomień i że w cholerę sobie odjechałem autem. Muszę tu przyznać, że trochę rybaczkę poniosła fantazja, ponieważ te rzuty łomem oraz dramatyczne ratujące życie ucieczki są kompletnie bez sensu, jako że ta lada w przyczepce nie tylko jest ze szkła więc rozsypałaby się w drobny mak gdyby upadł na nią stalowy łom ale ona jest szerokości zaledwie około dwudziestu centymetrów. A zatem skoro praktycznie staliśmy z rybaczką podczas kłótni twarzą w twarz po obydwu jej stronach, no to gdybym tylko chciał ją dorwać wystarczyłoby zwyczajnie wyciągnąć rękę. Ponadto w zeznaniach jest skreślone że łom "upadł na podłogę" i przeprawione na "upadł na blat". Ta rzekoma ucieczka jest zmyślona również jako, że przecież nikt uciekający o życie nie zabiera podczas panicznej ucieczki po drodze kluczyka i kłódki i nie zamyka spokojnie na kluczyk i kłódkę przyczepki a potem nie kontynuuje ucieczki, bo już dawno byłby złapany chociażby przez wyciągniętą rękę. Zapisane w zeznaniach branie kluczyków kłódek i zamykanie na kluczyk kłódki tej rybnej budki nijak nie pasuje do panicznych ucieczek. Poza tym nawet gdyby była mistrzem świata w zamykaniu kłódek na kluczyki i budek na kłódki i uciekła do sklepu i tam uratowała się wśród ludzi no to przecież nie powracałaby natychmiast stamtąd z powrotem do napastnika czającego się na nią przez cały czas przy tej przyczepce. Ponadto, kiedy już przybywa policja to raczej nie ma w zwyczaju wypuszczać z rąk bandyty zastanego na miejscu napadu. Następnie zeznawała córka rybaka. Napisała, że wie od mamy że rzuciłem w nią łomem ale ona zdążyła się odsunąć więc łom wylądował na ścianie, że jak łom upadł to połamał kasetkę z pieniędzmi robiąc szkody o wartości odpowiednio 20 i 220 złotych, że były z mamą na komendzie powiedzieć że przyjdą jutro złożyć zawiadomienie i jak wróciły to znowu przyjechałem pod budkę rybną, podała też numery rejestracyjne mojego auta i też pomyliła w nich aż trzy cyfry błędnie, że nie słyszała co mówiłem do jej mamy i że to ona zadzwoniła wtedy po policję. Mój komentarz do tych rybackich zeznań: znowu mamy mistrzynię świata, tym razem mistrzynię refleksu, która zdążyła się uchylić z odległości 20 cm przed nadlatującym łomem mającym metr długości. Jak z takiej odległości można nie trafić metrowym łomem? Jak można się uchylić? Cuda, same cuda. Ponadto zmowa jest tu ewidentna, bo chociaż obydwie rybaczki pomyliły się co do numeru rejestracyjnego mojego samochodu podając aż trzy cyfry błędnie to pomyłka ta jest uwaga... identyczna. Zdumiewające, ale obie podały dokładnie ten sam błędny numer. Pomyłka identyczna a prawdopodobieństwo czegoś takiego jest na poziomie totalizatora. Znaków na tablicy jest bowiem osiem - prawie jak ping pongów w dużym lotku - aż tu nagle nie mające w ogóle szczęścia w życiu plemię kłusowników no masz... dwa razy z rzędu trafia tę samą trójkę. Niebywałe po prostu. Latający łom także latał on różnie, raz na podłogę a raz na ścianę. On ma metr długości i waży chyba z pięć kilo tak więc po tym jak ktoś poprawiał zeznania już nie wiem jak on mógł polecieć na ścianę i nie zahaczyć po drodze stojącej twarzą w twarz rybaczki, a potem zignorować grawitację, jeszcze raz nie zahaczyć rybaczki i polecieć z powrotem na blat, aby pod koniec swojego lotu zniszczyć jeszcze jakąś kasetkę na pieniądze a nie zniszczyć samego blatu kiedy miał o wiele większą energię. Poza tym tego typu kasetki są raczej ze stali a blat był na pewno ze szkła. Hmm... inna sprawa, że odkąd tylko położyłem rybaczce ten łom na ladzie na samiutkim początku tego zdarzenia, to tylko ona od pierwszej aż do ostatniej sekundy miała go przez cały czas do wyłącznej dyspozycji i dopiero na drugi dzień - grubo po zeznaniach - dała go policji kiedy ta przybyła dokonać oględzin tej rybnej budki. Przez ponad dobę od awantury żona i córka rybaka miały ten łom w swojej budzie a policja to chyba szukała przez tę dobę masek gazowych, aby dokonać obdukcji tej rybnej chlewni. Kwoty jakie podały też są podobne - jakim cudem mogły tak szybko wycenić straty i jakim cudem ani tych strat ani szkód nie widział żaden z czterech policjantów dzień wcześniej podczas zdarzenia?

29 października jakaś komisja społeczna natychmiast wyruszyła w teren i błyskawicznie dokonała obywatelskich oględzin tego chlewika. Detektywi od medycyny sądowej i eksperci kryminalistyczni nic ciekawego tam w raporcie nie napisali tak więc nie będę tego komentował zbyt mocno, albowiem był to i tak już drugi dzień z całej reszty mojego życia od którego nie mam żadnych kontaktów z przetwórstwem rybnym. Nie mam więc naocznej wiedzy co też rybaczki sobie moim łomem zdemolowały, aby wyłudzić ode mnie pieniądze. Z opisu wynika, że rybacka riksza jest ustabilizowana na ziemi przy pomocy kołków, obłożona dookoła europaletami robiącymi chyba za reprezentacyjny czerwony dywan, ma nawet hak i jest przystosowana w każdej chwili do ciągnięcia po matce ziemi na dwóch kółkach. Zawiera na całej długości ladę a za ladą krzesło. Co ważne, było tam też w raporcie społecznym, że na ladzie (tej której nie strzaskał łom) leżała kasetka na pieniądze którą łom strzaskał jednak jakimś cudem podczas swojego dziewiczego lotu. Wygląda więc, że łom był po prostu zdalnie sterowany jako, że latając jak perszing po tej latrynie rybnej jakoś omijał on ludzi oraz co delikatniejsze sprzęty. Z opisu wynika też, że łom chyba jednak przestrzelił ściankę tej toalety miotając się po jej wnętrzu i że na szczęście rybaczka nie poszła z tym na skup złomu tylko włożyła go do swojej szafki a potem wręczyła policji. Policja na drugi dzień zabezpieczyła znalezisko.

29 października policjantki, które przyjechały na moje wezwanie sporządziły coś jakby raport z tej interwencji. Uwaga to pierwszy dokument preparowany przez policję. Pisze tam między innymi: "podczas interwencji kobieta zachowywała się agresywnie, krzyczała. nie można było z nią nawiązać logicznej rozmowy. mężczyzna był zdenerwowany ale nie zachowywał się agresywnie" - tak napisała policjantka kończąc notatkę (i tak właśnie było) ale co dziwne początek notatki został kompletnie przerobiony i dlatego "zrobił się sprzeczny" z tym co jest na końcu notatki. Napisano w nim tak: "udałam się na ulicę Piłsudskiego gdzie mężczyzna w pawilonie rybnym rzucił w sprzedawczynię łomem. Po przybyciu na miejscu zastaliśmy zgłaszającą kobietę..." W rzeczywistości ta notatka jest wyprodukowana dużo później, bo zawiera dorobione informacje: 1 - że rybaczka wezwała policję, 2 - że wezwanie było do rzuconego łoma. To jest oczywiście nieprawda bo raz że mnie nie zatrzymano, dwa rybaczka sama mówiła dzień wcześniej o groźbach a nie o latających łomach jakichś, trzy wiem na sto procent że nie zadzwoniła na policję, bo miała rzeczywiście coś z baterią w telefonie i byłem cały czas tuż obok. Policjantki też rzecz jasna o tym wiedziały ale napisały co innego. Dlaczego to zrobiły i sporządziły sam sobie przeczący raport ("wzywająca" kontra "nie można z nią było nawiązać logicznej rozmowy")? Oczywiście po to, aby tą przysługą koleżeńską pomóc policjantowi, którego przydzielono do wyjaśnienia sprawy. Policjantki przerobiły raport wiedząc doskonale, że to ja je wezwałem bo to jest pierwsza rzecz, o którą się pyta każdy patrol podczas interwencji.

3 listopada wszczęto oficjalnie dochodzenie i przydzielono do niego wspomnianego policjanta Mirka. Mirek wezwał mnie na komendę, wysłuchał i oczywiście puścił do domu. Ze trzy razy jeszcze mnie tam wzywał w tej sprawie.

18 listopada wezwał mnie po raz kolejny. Tym razem byłem już poirytowany i zapytałem o co chodzi, bo wszystko na ten temat już tyle razy mówiłem i nawet nie wiem czy jestem o coś oskarżony i nie wiem z czego niby mam się ciągle tłumaczyć. Odparł że nikt mnie nie oskarża tylko że to jest przesłuchanie świadka i musi być na piśmie. I tak sobie rozmawialiśmy o tym o tamtym on pisał, ja mu jeszcze raz wszystko opowiedziałem, potem mi przeczytał i dał do podpisania - z grubsza się zgadzało z tym co mu mówiłem tak więc podpisałem. Potem mu podpisałem jeszcze garść innych kartek o moich prawach obywatelskich no i udałem się do domu.

 

2011

Mirek zajmujący się dochodzeniem nie próżnował zimą. Poczytał sobie zeznań świadków, przetrawił to wszystko i ulepił dwie wersje zdarzenia, które popchnął do prokuratury. Pierwsza - bandyta napada na kobietę, wzywa policję a policja wypuszcza go do domu. Druga - kobieta jest napadnięta a więc wzywa policję, policja przybywa i też wypuszcza bandytę do domu. Obie wersje są idiotyczne no ale cóż... Mirek to wesoły optymista. Wersji trzeciej - że nie było napadu tylko awantura bo człowiek któremu zdewastowano błotnik i próbowano go spławić wezwał policję i policja... też go odesłała na szczaw, Mirek nie raczył umieścić w papierach z dochodzenia tylko ją całkowicie wymazał z rzeczywistości. Podrasował jeszcze tylko notatkę z interwencji policjantek aby z tych dwóch idiotycznych wersji ulepić sobie jedną, która mu się wydawała mądrą i pchnął to wszystko do nadzorującej dochodzenie prokuratury. W prokuraturze jednak nie siedzą przecież debile tak więc od razu ktoś tam wyłapał, że z tych dwóch wersji które im Mirek podesłał żadna nie ma nawet odrobiny sensu. Ponieważ kluczową sprawą natychmiast rzucającą się w oczy były sprzeczności na temat wezwania policji, z prokuratury wysłano Mirkowi:

3 stycznia jako rzecz oczywistą, pisemne postanowienie: "ustalić kto powiadomił policję o zdarzeniu i przesłuchać tą osobę" Co zrobił Mirek? Mirek zdał sobie sprawę, że podrasowanie raportu policjantek nie uszło niczyjej uwadze i trochę podważyło jego zdolności jako pisarza S-F. Mimo ciężkiej zimy Mirkowi zrobiło się ciepło pod dupą, bo gdyby Mirek był normalnym policjantem, wydobyłby mój biling z tamtego dnia od parszywego orange lub ruszył dupę do oficera dyżurnego i wydobył nagranie z policyjnego rejestratora zgłoszeń po to, aby rzetelnie wykonać polecenie prokuratora. Z zeznań świadków już zresztą znał doskonale całą prawdę i na pewno miał świadomość tego, że rozżalone rybaczki zmówiły się w prymitywny sposób tylko po to aby mi dokuczyć. Rybaczka przecież sama zeznała: "nie wiem kto wezwał policję". Mirek mógł więc w każdej chwili sprawę wyprostować i zamknąć temat zmyślonego napadu lub pogrozić palcem rybaczkom, że coś tam coś tam jest w kodeksie na przykład za składanie fałszywych zeznań. Mógł to zrobić gdyby był uczciwym gliną. Wkopałby jednakże policjantkiz patrolu, które mu się wcześniej przysłużyły podrasowując dla niego raport z interwencji, w którym napisały, że zgłaszającą była rybaczka. Mirek jednak nie był uczciwy więc nieźle się nagłowił jak zlepić teraz te brednie do kupy i wybrnąć z kłopotów tak, aby nikt nie dostał na komisariacie po dupie. Polecenie prokuratora to jednak polecenie - nie można go tak jak moich wyjaśnień olać - a więc w efekcie swoich rozmyślań Mirek nie ruszył dupy ani do orange ani do rejestratora. Z dupy jedynie zaczął preparować kolejne fałszywe dowody.

1 lutego Mirek podobno postawił mi zarzuty z artykułu o groźbach karalnych, jednakże nic takiego sobie nie przypominam. Przypominam sobie natomiast, że wręcz nie mogłem się doprosić odpowiedzi na pytanie czy jestem o coś oskarżony, skoro wciąż muszę się z czegoś tłumaczyć. Co ciekawe druga kartka tych "postawionych zarzutów" nosi zupełnie inną datę: 10 lutego, masakra jakie błędy ten człowiek popełniał wypełniając papiery.

2 lutego Mirek wezwał na przesłuchanie rybaka. Kłusownik potwierdził, że był wówczas w szpitalu - być może ktoś robił mu z wątroby filety - nigdy tego nie ustalono. Ustalono jedynie, że kłusownik nic nie wie bo go nie było a sprawę zna tylko z telefonu od żony. Podobno żądałem 1200 złotych tak mu naopowiadała rybaczka lamentując w telefon.

10 lutego Mirek znowu wezwał mnie na składanie wyjaśnień. Męczył mnie tam ze cztery godziny gadając o wszystkim tylko nie sednie. Interesowała go wiedza tajemna, ezoteryka, wróżbiarstwo, socjotechnika... a jak tylko zasłyszał w trakcie rozmowy to co mu pasuje pisał nerwowo w formie zeznania. Protestowałem że to co tam klepie na klawiaturze jest kompletnie wyrwane z kontekstu, że to jest zaledwie co piąte lub szóste zdanie... on jednak kiedy tylko chciał wybierał sobie to co mu pasuje i wówczas notował jak mrówka. A jak dwoma palcami już coś na klawiaturze ulepił no to mi odczytywał fragmenty. Jak protestowałem że to nie wszystko co mówiłem to się tylko pytał: czy to moje słowa? No moje mówiłem ale co dziesiąte zaledwie a nie pełna wypowiedź. Jak twoje słowa no to w porządku i tak właśnie Mirek mnie "przesłuchiwał". Zdanie po zdaniu wydobywał co tam chciał i sobie notował. Trwało to godzinami, a kiedy się skończyło na zakończenie kazał podpisać i to bez czytania całości. Protestowałem że chcę to zobaczyć więc dopisał życzliwie że: "chcę być zaznajomiony z materiałami dotyczącymi tego postępowania..." i tylko w taki sposób mu to podpisałem. Potem poszedłem do domu. Pamiętam że się go jeszcze zapytałem ile razy będę wyjaśniał że nie jestem garbaty, bo nawet nie wiem o co się mnie oskarża. Mirek powiedział że to było po raz ostatni i że nie będzie mnie więcej wzywał. I na swój specyficzny sposób dotrzymał słowa, gdyż wzywać mnie zaczęli... psychiatrzy. Nigdy mi tych "chcianych materiałów z postępowania" nie udostępniono. Wyrwałem je cudem dopiero po pięciu latach - dosłownie w przededniu przymusowego pobytu w domu wariatów. I dopiero teraz widzę, kiedy mam przed oczami te akta, że każdy jeden cholerny świadek w tej sprawie dostał prawo do swobody wypowiedzi. Każdy tylko nie ja. Każda z osób zamieszkujących rybacką chatkę lub biorących w tym udział otrzymała kartkę papieru oraz długopis i mogła sobie samodzielnie powylewać wszystkie swoje żale na papier. Każdy tylko nie ja. Tylko "moje" wyjaśnienia napisał tendencyjnie Mirek osobiście, tak ładnie czytelnie na komputerze. Wszystkie pozostałe zeznania to są ręczne bazgroły. Tylko "moje" Mirek sobie czytał i nie wiem tylko dlaczego tych swoich wypocin Mirek nigdy sam nie chciał podpisać. To co tam było w tych zmanipulowanych wyjaśnieniach to się po prostu w pale nie mieści. Mirek po prostu zrobił ze mnie potwora. Debila, który porusza się po mieście z łomem i napada bezbronne kobiety. Idiotę, który nie tylko jest niepoczytalny ale brutalny i niezdolny do złożenia sensownych wyjaśnień. To co Mirek napisał sam określił później jako "niedorzeczne" a więc zawnioskował o badania psychiatryczne. A ja oczywiście nic kompletnie wówczas o tym nie wiedziałem, bo nikt nawet nie raczył mnie z tym nigdy zapoznać. I kiedy tak żyłem sobie potem zupełnie normalnie Mirek rozpuścił wici po świecie. Ponotował jaki mam dobytek, czy posiadam długi, czy byłem kiedyś na jakimś odwyku, izdebce i tak dalej, obwąchał dokładnie mój stan majątkowy i wykonał pełne rozpoznanie mojej skromnej osoby. Słowem, prześwietlił mnie na wylot i okazało się, że jestem jak łza wszędzie czysty. Ku jego rozpaczy nie figurowałem nawet w jakimś zabawnym rejestrze osób legitymowanych.

14 lutego Mirek nękał nawet ministerstwo sprawiedliwości zapytaniami czy byłem kiedyś karany. Wszędzie byłem czysty. Mirek więc bazując tylko na tym, że "wypowiadam się niedorzecznie" nadał kierunek całej tej sprawie podważając po prostu moją poczytalność. Brnął po prostu w swoje manipulacje coraz dalej ale... w tym obłędzie była jednak metoda. Ta metoda nosi nazwę "na wariata" i jest już od bardzo dawna sprawdzonym sposobem aby kogoś usunąć z rzeczywistości, ale nie uprzedzając faktów...

24 lutego prokuratura bazując na opinii brutalnego debila, jaką jej zaprezentował Mirek w spreparowanych przez siebie papierach wniosła o wyznaczenie mi obrońcy z urzędu oraz biegłych psychiatrów, którzy sprawdzą moją poczytalność w momencie popełnienia zbrodni. Pamiętajmy, że wersji prawdziwej dzięki Mirkowi prokuratura nie poznała nigdy, ponieważ ta wersja ujawniłaby że on oraz obie policjantki kłamią, aby się kryć nawzajem na przekór faktom, dowodom, rejestratorom i świadkom. Widząc więc tylko obraz brutalnego chama, który jest debilem nawet nie zastanawiano się w prokuraturze czy zrobię to ponownie tylko roztrząsano czy mam siedzieć w areszcie czy w domu wariatów z obawy, że ponownie napadnę kogoś niebawem, o co oczywiście podejrzewał mnie stróż prawa Mirek. Całkiem ciekawy jak widać Mirek nadał kierunek tej sprawie rzucając mnie na żer resortów siłowych. Kabaretem totalnym jest już pismo, że zostałem o tym wszystkim powiadomiony. Nigdy tego nie zrobiono bo tak naprawdę miałem o tym po prostu nie wiedzieć. Chyba dla mojego dobra Mirek nie chciał mnie niepotrzebnie denerwować – porządny z niego człowiek. Koncepcja słuszna, tylko jak w praktyce sprawić aby mnie który o tym nie wie wsadzić tak abym się nie dowiedział i nie mógł tym samym wybronić? Wymyślono więc badania psychiatryczne, których rzekomo unikam i to byłby powód aby mnie dorwać i gdzieś tam przypiąć pasami. Od marca zaczęły przychodzić do mnie wezwania na przymusowe badania psychiatryczne. Konstruowane były tak, że nawet gdybym ich nie unikał to i tak nie mógłbym się stawić. Dochodziły bowiem po terminie badań jakie wyznaczono. Byłem przez cały czas oczywiście błogo nieświadomym niczego człowiekiem, który nawet nie został nigdy o nic oskarżony i kompletnie nie rozumiał sensu czegoś takiego jak niemożliwe do zrealizowania badania. Napisałem więc do nadawcy po którymś tam już wezwaniu, że nie mogę się na nich stawić gdyż są wyznaczone po terminie. Następne zatem nadsyłano z miesięcznym wyprzedzeniem...

10 marca tymczasem Mirek pomyślał chyba, że wysyłając mnie na te z góry skazane na niepowodzenie tournee po gabinetach parapsychologicznych ma już mnie do samego końca z głowy, bo się tak rozluźnił, że nie zawahał się preparować kolejnych dokumentów a przy okazji zrobić w jajco prokuraturę napuszczając na mnie świadomie cały jej aparat. Pamiętajmy, że tak zwana "prokuratura", "sąd", "policja" to są rzeczy nieistniejące w prawdziwym świecie. W prawdziwym świecie te "instytucje" to tak naprawdę "pani prokurator", "pani sędzia", "pani policjant" - po prostu kobiety. Kobiety, którym dano do poczytania opowiadanie Mirka o wyczynach agresywnego i niebezpiecznego debila. W odpowiedzi na styczniowe postanowienie prokuratury żeby sprawdził kto to taki wezwał policję, Mirek wręcz niewyobrażalnie przekłamał rzeczywistość pisząc w odpowiedzi: "w toku postępowania... bla, bla... ustaliłem, że o zdarzeniu powiadomiła policję pani taka i taka..." (żona rybaka). Chyba dla rozbawienia wszystkich pogrążył wówczas tym kłamstwem mnie do samego końca, bo tak naprawdę guzik wówczas ustalił ten wesoły Mirek. Zataił rutynowo już po raz kolejny prawdziwą wersję, przemilczał fakt, że żona rybaka sama zeznała że nie wie kto wezwał policję, nie zadzwonił po raz kolejny do parszywego orange po biling mojego numeru i nie ruszył oczywiście dupy do rejestratora. Zamiast tego wyprodukował kolejne kłamstwo przeciwko mojej osobie i świadomie popchnął je do prokuratury. Pogrążył też ostatecznie Mirek również jednocześnie siebie, bo dziś mam na to niepodważalny dowód i raczej nie spocznę zanim on nie otrzyma za to orderu uśmiechu. Oczywiście za ofiarność i odwagę, bo Mirek to najweselszy policjant ze wszystkich żyjących w moim wesołym miasteczku. Prokuratura tymczasem chyba nawet nie czytała ręcznie gryzmolonych zeznań żony rybaka tylko się nad nią z urzędu ulitowała i zaczęła dochodzić czegoś jakby zadośćuczynienia 1000 złotych na jej rzecz od mojej osoby. Żona rybaka w tym celu nawet numer konta była tak miła i życzliwie podała. Mimo tego wszystkiego co niegrzeczny Mirek do tej pory nabroił i mimo że prokuratura to była kobieta, to jednak ktoś tam jednak nadal miał wątpliwości co do sprawy bo te "wypuszczenie bandyty przez policję do domu" to jednak jest coś co nieczęsto się przydarza nawet w matrixie. A tamtego dnia przydarzyło się... trzykrotnie: parking, komenda, parking ponownie.

10 marca przypomniano więc Mirkowi na piśmie, że jeszcze w listopadzie kazano mu aby ruszył dupę w teren i popytał ludzi. Może znajdą się świadkowie i takie tam...

10 marca ktoś wyznaczył mi też obrońcę z urzędu. Mały problem z tym jest tylko taki, że aż do grudnia 2015 roku nie tylko ja ale także pani mecenas bladego pojęcia o tym nie miała. Nie wiem, być może Mirek znowu zapomniał komuś o czymś istotnym opowiedzieć, na przykład podejrzanemu, że ma adwokata lub adwokatowi, że może kogoś obronić.

4 kwietnia sensacja, bo w niecały miesiąc po ostatnim kłamstwie Mirka, ku jego rozpaczy nagle odnajduje się zaginiony świadek. Świadek ten oczywiście także dostał w garść papier i długopis i sporządził rękopis. Nabazgrał tak niewyraźnie, że stało się to kompletnie nieczytelne i chyba dlatego wszystkim aż do dziś umknęło to co tam pisze. Przez całą noc ślęczałem żeby odkodować ten starożytny manuskrypt i co się okazuje? Okazuje się że po pierwsze, to Mirek pisał (!) osobiście tego manuskrypta starając się aby był on maksymalnie nieczytelny i sprawiający wrażenie że autorem jest świadek. Po drugie, Mirek już po raz kolejny został na wrabianiu mnie przyłapany. Po trzecie są tam bowiem takie informacje, że Mirek już się nie wyłga, że nie wiedział o mojej niewinności. Świadkiem był pracownik sklepu budowlanego. Zeznał że to on zadzwonił na policję kiedy pół kobieta pół ryba naszła go i poprosiła ludzkim językiem aby to zrobił. Zeznał też, że nie widział aby miała jakieś ślady uszkodzenia ciała. Interesujący jest zwrot "uszkodzenia ciała" jaki wyskrobał Mirek, bo kiedy się rozmawia ze zwykłymi ludźmi to w tego typu sytuacjach używają terminu "obrażenia", "rany", "siniaki", "rozcięcia" lub wszystkich innych nazw tego samego, z wyjątkiem akurat określenia "uszkodzenia ciała", nieprawdaż? "Uszkodzenia ciała" to terminologia sądowo policyjno prokuratorska, z którą się zwykły człowiek spotyka tylko czasami - na przykład kiedy ktoś w telewizorku ogłasza jakiś wyrok. Dziw mnie ogarnia, że optymista Mirek nie poszedł na całość i nie napisał fachowo "uszkodzenia ciała tępym narzędziem", tylko poprzestał na samych "uszkodzeniach ciała". Najlepszy jednak jest ten oto fragment rękopisu Mirka (niby pisanego przez świadka): "przyszła kobieta która sprzedaje ryby z kontenera niedaleko sklepu. Prostuję, ona przybiegła do sklepu i zaczęła krzyczeć że została zaatakowana łomem. Prosiła aby zadzwonić na policję..." Rodzi się tu oczywiste pytanie: jaki normalny świadek, żyjący w normalnym świecie i używający normalnego języka przerywa w tak przedziwny sposób swoje własne zeznania, że używa słowa "prostuję" i zaraz potem pisze jeszcze raz ale zupełnie inną wersję? Wersję którą no masz, aż tak rozpaczliwie wymyślił sobie kilka miesięcy temu... spisujący te zeznania wesoły aspirant Mirek? Ucieczek jak wiemy przecież nie było gdyż są pod każdym względem nielogiczne, napadów też nie było bo żaden policjant nie dostrzegł nigdy skutków czegoś takiego na miejscu, aż tu nagle zjawia się świadek który... prostuje (!) że jednak było "bieganie", którego tak bardzo do ich opowieści brakowało i rybakom i Mirkom. Mirkowi bardzo musiało się nie spodobać to co usłyszał od świadka i robił co tylko mógł aby zeznania po raz kolejny zmanipulować. Prostuję, wyprostować... do rzecz jasna genialnej wersji obmyślonej tylko po to, aby uprawdopodobnić swoje wcześniejsze "dochodzenia śledcze". Po raz już kolejny oczywiście upadła jego wersja, że to rybaczka wezwała policję. Upadła też, że Mirek coś w tej sprawie "ustalał". Upadła też wersja policjantek, które przybyły do... "wzywającej". A mojej wersji oczywiście jak nie było tak nadal nie ma nigdzie w formie dokumentu, ponieważ ktoś ciągle zapominał ją spisać. Tymczasem ja krążyłem po tych cholernych psychiatrach jako człowiek nie mający kompletnie nic do ukrycia. Co miesiąc lub dwa nękali mnie wezwaniami. Straszyli w nich, że jak się nie stawię to mnie przywlecze policja a więc się stawiałem, bo w sumie co mi tam a nuż dowiem się czegoś przy okazji o swojej psychice. Dowiedziałem się jednak u jasnowidzów tylko tyle, że według Mirka "wyłączyłem u rybaczki korę mózgową, bo uszkodziła mi samochód". Ha, ha, ta kora mózgowa to jest naprawdę coś, bo Mirek był tak miły, że z moich zmanipulowanych starannie na komendzie wyjaśnień, jeszcze jeden raz tylko jeszcze staranniej wybrał sobie najciekawsze według niego fragmenty. I tylko na tych staranniejszych kawałkach opierali się obecnie psychiatrzy. Wypytywali mnie zatem z nieukrywaną ciekawością jak się wyłącza korę mózgową u rybaków, tak więc mogliśmy podczas tych badań wreszcie po ludzku sobie pogadać. Powiedziałem wróżkom oczywiście jak było, czyli że rybaczka za grosz nie zrozumiała sarkazmu kiedy dałem jej łoma aby zdemolowała mi auto no i tyle... nikomu nic nie zrobiłem. Ba, to mi uszkodzono samochód, więc o co chodzi? Nigdy nie powiedzieli mi jednak o co chodzi. Nigdy też nie powiedzieli ani słowa o wynikach badań. Nawet pomimo moich nalegań, że to jest moje elementarne prawo do zapoznania się z wynikami badań lekarskich. Nie powiedzieli czy jestem na coś chory, czy muszę się leczyć, kompletnie nic mi nigdy nie chcieli wyjaśnić. Pytałem czy mam nerwicę i potrzebuję coś na uspokojenie lub depresję i czegoś na rozweselenie. Niczego nie mówili. Nic nie kazali leczyć. Żadnej terapii mi nigdy nie zaproponowali. Nic, tylko kolejnymi wezwaniami namolnie mnie latami nękali. Z ich opinii - zamieszczonej do akt - wynika tyle samo co od każdej innej wróżki: "Badaniu podaje się niechętnie, pozostaje w kontakcie logicznym formalnym. Prawidłowo zorientowany wielokierunkowo, nie leczony psychiatrycznie, odwykowo, detoksykacyjnie. Mocno kontroluje swoje wypowiedzi. Uwagę skupia. Pamięć nie zaburzona", no i wisienka na torcie: "wypowiada szereg zarzutów mogących być urojeniami" - to ostatnie to przecież można powiedzieć o każdym, w tym oczywiście o nich samych. Z tych wszystkich "badań" na przestrzeni lat, tak naprawdę tylko jedno było prawdziwym, rzetelnym badaniem. Otóż raz w drodze wyjątku nie wezwano mnie do psychiatrów tylko do psychologa i tam koleś zrobił mi masę testów z prawdziwego zdarzenia. Wręczył mi mnóstwo łamigłówek do rozwiązania, testów do wypełnienia, rysunków, klocków, zagadek historycznych i tak dalej. Trwało to jakieś dwie godziny i także zakończyło się kompletnie niczym. Zamiast wyników usłyszałem tradycyjnie "dowie się pan" - i tradycyjnie guzik się dowiedziałem. Oprócz tej jednej wyjątkowej wizyty wszystkie pozostałe były do bólu takie same. Czy pije pan? Nie. Czy upadł pan na główkę? Nigdy. Miał jakieś urazy? Nie. Czy były jakieś przypadki w pana rodzinie? Nie. Co się ostatnio w pana życiu zmieniło? Sprzęgło w moim życiu ostatnio się zmieniło i filtr paliwa również. Tego typu pytania padały. I kompletnie niczego się z tych badań nigdy nie dowiedziałem. W kółko tylko na moje zapytania odpowiadali, że o wynikach "dowiem się".

 

30 maja... tymczasem Mirek robił co mógł aby ze mnie zrobić psycho-uciekiniera. Nie wiedział, że napisałem że nie mogę się stawiać na badaniach bo docierają grubo po terminie więc założył optymistycznie, że się nie stawiam no bo... uciekłem. Jest z tego dnia jakaś notatka z rozpytywań na mój temat "środowiska". I z tej notatki wynika, że moje środowisko naturalne w ogóle mnie nie zna jako człowieka. Aby to osiągnąć Mirek albo ktoś inny z policji "pytał o mnie" między innymi zupełnie obcych mi ludzi z innych klatek schodowych. Żaden detektyw oczywiście nie poszedł nigdy do sąsiada z naprzeciwka ani też oczywiście nie zadzwonił do mnie tylko rozpytywano ludzi rzeczywiście obcych. A ci oczywiście mówili że mnie nie ma. W ferworze "poszukiwań" od czasu do czasu pytano też mojego brata czy aby przypadkiem mnie nie zna. Nie będę tego komentował nawet. Wiedziano oczywiście doskonale gdzie pracuję, gdzie jestem, jaki mam adres, telefon, samochód i tak dalej (co się zresztą okaże później) i wiedziano, że czasem jestem parę tygodni za granicą - tak więc dokładnie w tych precyzyjnych momentach, kiedy mnie akurat nie było w domu - udawano się w moje okolice aby mnie "szukać". Skala tych udawanych poszukiwań jest tak ogromna, że teraz obecnie można się rozpłakać ze śmiechu po konfrontacji danych z mojej teczki i danych z mojego życia. W czasie gdy byłem "poszukiwany" przez wszystkie organa ścigania wirtualnej Polski, w realnym życiu budowałem dom kilkaset metrów od komendy Mirka. Długimi latami rozliczałem się z wodociągami, zakładem energetycznym, urzędem skarbowym, z urzędem miasta, z ludźmi budującymi mój dom, ba nawet parszywy orange nigdy nie miał żadnych problemów aby mnie namierzyć i oszukać na rachunkach za internet. Z akt wynika, że tylko biedna policja nie wiedziała gdzie jestem i nie mogła mnie znaleźć.

3 czerwca prokurator (kobieta szukająca niebezpiecznego psychola) rzeczywiście się wkurzyła. Nie wiedziała oczywiście o tym wszystkim co nabroił Mirek tak więc bazując na plotkach jakie on wyprodukował podczas "swoich poszukiwań" ona również tylko że już na serio na własną rękę zaczęła mnie ścigać. Te jej "poszukiwania" to osobny temat. Przez całą Polskę zaczęły wędrować gołębie pocztowe bombardujące ministerstwo sprawiedliwości zapytaniami czy nie jestem przypadkiem gdzieś osadzony, bo to przecież jest logiczne skoro obcy ludzie z innych klatek schodowych nie skojarzyli nigdy na miejscu mojej obecności. Szukano mnie zatem na wszystkie możliwe sposoby ale... również tak aby przypadkiem nie znaleźć. Mirek jak wiemy dopiero uczył się na pisarza, bo co chwilę prostował pisarskie pomyłki, więc jako nie do końca jeszcze wprawiony straszliwie przekręcił moje nazwisko (zamienił "ę" na "em") więc... nikogo takiego ministerstwo oczywiście nie odnalazło wśród swoich pensjonariuszy. Pani prokurator natomiast musiała być z kolei bardzo zdenerwowana, bo szukała kogoś o moim co prawda nazwisku ale urodzonego zupełnie gdzie indziej (zamiast Toruń był Kamień Pomorski) tak więc też nikogo takiego nie udało się ministerstwu nigdy odnaleźć w swoich zasobach ludzkich. Wszystkie możliwe kartoteki sprawdzano z ramienia Mirka i prokuratury: osób skazanych, poszukiwanych listem gończym, aresztowanych, itp. Efekt był taki że nikt o moim nazwisku i moim peselu nie jest nigdzie aresztowany i nie siedzi w zakładzie karnym. Wiedziano o tym już 3 czerwca. Co jest bardzo zagadkowe to fakt, że notatki, że jestem czysty nie zawierają błędów - "pomyłek pisarskich" - znanych z zapytań o to czy jestem czysty. Paradoks niewytłumaczalny.

3 czerwca zawieszono postępowanie motywując to tym, że nie wiadomo gdzie ja jestem i nie odbieram korespondencji. Co interesujące, o tej decyzji postanowiono mnie powiadomić korespondencyjnie - pozostawiam to bez komentarza.

6 czerwca w dalszym ciągu uporczywie szukano kogoś urodzonego w Kamieniu Pomorskim.

13 czerwca powiadomiono straż graniczną żeby zatrzymała tego człowieka który się nazywa jak ja ale urodził się w Kamieniu Pomorskim jeśli tylko będzie przekraczał granicę.

13 czerwca zarządzono w prokuraturze ogólnokrajowe poszukiwania mnie przez komisariat policji z mojego miasta - komendę Mirka.

14 czerwca komenda policji przeszukała dziwne rękopisy Mirka i odnalazła oczywistą informację, że urodziłem się w Toruniu a nie Kamieniu Pomorskim.

16 czerwca prokuratura naprawiła "pomyłki pisarskie" Mirka i zaczęła więc ścigać na skalę ogólnopolską właściwego człowieka obarczając tym oczywiście komendę naszego detektywa Mirka.

20 grudnia. Mirkowi chyba się już zaczynały kończyć pomysły na kierowanie poszukiwań na fałszywe tropy ale jako, że miał dobre samopoczucie to jeszcze raz się zdobył na pokaz swoich śmiesznych umiejętności i poinformowano z komendy prokuraturę oficjalnie, że rozpoczęto poszukiwania mnie tyle, że tym razem byłem synem Stanisława a nie Jerzego. Mirek to pomysłowy człowiek muszę przyznać, bo kiedy się wyjaśniła sprawa z nazwiskiem i Kamieniem Pomorskim wyprodukował „pomyłkę pisarską” z moim ojcem. Wcześniej co prawda ministerstwo szukało syna Jerzego ale co tam szkodzi poszukać też syna od Stanisława. Grunt aby ścigać podejrzanego.

2012

18 kwietnia wiosną prokuratura zapytała ministerstwo oraz komendę Mirka jak tam idą poszukiwania mojej osoby.

16 maja komenda Mirka odparła: "Informujemy że poszukiwania nadal trwają. Do dnia dzisiejszego nie zdołano ww. zatrzymać i ustalić miejsca pobytu. O wszelkich poczynionych ustaleniach będziemy informować na bieżąco."

23 października na jesień prokuraturę znowu coś tknęło więc wypuszczono gołębie do ministerstwa sprawiedliwości żeby zobaczyć czy gdzieś mnie nie osadzono. Odpowiedź ze wszystkich kartotek jak zawsze: nie siedzi, jest czysty. Rozpytano też na mój temat zapewne przez telefon policjantów od Mirka ponieważ.

23 października komenda Mirka znowu dała do prokuratury sygnał życia: "Informujemy że poszukiwania nadal trwają. Do dnia dzisiejszego nie zdołano ww. zatrzymać i ustalić miejsca pobytu. O wszelkich poczynionych ustaleniach będziemy informować na bieżąco."

2013

29 kwietnia z prokuratury znowu pofrunęły gołębie do ministerstwa sprawiedliwości. I znowu nadeszła radosna wiosenna odpowiedź że jestem czysty i nie figuruję nigdzie.

7 maja wybrudzono ze snu zimowego Mirka, bo z komendy do prokuratury wyruszyło pismo: "Informujemy że poszukiwania nadal trwają. Do dnia dzisiejszego nie zdołano ww. zatrzymać i ustalić miejsca pobytu. O wszelkich poczynionych ustaleniach będziemy informować na bieżąco."

28 października pani prokurator upomniała się o mnie ponownie w ministerstwie sprawiedliwości oraz w komendzie Mirka pytając jak tam idą poszukiwania syna Jerzego.

15 listopada zanim jeszcze udał się na hibernację, Mirek lub ktoś z jego kolegów napisał prawym klawiszem myszy pisemko do prokuratury: "Informujemy że poszukiwania nadal trwają. Do dnia dzisiejszego nie zdołano ww. zatrzymać i ustalić miejsca pobytu. O wszelkich poczynionych ustaleniach będziemy informować na bieżąco."

 

2014

29 kwietnia prokuratura tradycyjnie już wiosną znowu zaatakowała gołębiami ministerstwo sprawiedliwości nękając je zapytaniem o moją karalność lub rejestrację w ich ewidencjach. Odpowiedź jak zawsze: czysty i nie figuruje nigdzie - czyli nie zimował u nas. Nagabnięto też chyba Mirka bo:

7 maja Mirek chciał być jak Tommy Lee Jones ze Ściganego, bo z jego komendy nadeszło pismo zaraz jak tylko zrobiło się ciepło: "Informujemy że poszukiwania nadal trwają. Do dnia dzisiejszego nie zdołano ww. zatrzymać i ustalić miejsca pobytu. O wszelkich poczynionych ustaleniach będziemy informować na bieżąco."

16 września ta komedia o moich rzekomych poszukiwaniach oficjalnie zaczęła się sypać. Zmotoryzowany patrol z mojej komendy oraz tym samym komendy Mirka (jako że jest tylko jedna w moim wesołym miasteczku) "odnalazł mnie" i sporządził notatkę. Tak naprawdę to ja sam "się odnalazłem", bo nawet nie wiedząc oczywiście o moich poszukiwaniach wezwałem policję na interwencję po to aby usunęła z mojej budowy namolnego kolesia, który mnie od dłuższego czasu szantażował, nachodził i nękał. Policja przybyła więc zmotoryzowanym busem i wyprowadziła z mojej posesji typa, który ośmielił się mnie zaszantażować pięć minut wcześniej. Jest w tej notatce z mojego "odnalezienia" niezbity dowód na to, że ani nie ukrywałem się ani nie myliłem tropów. Telefon przecież posiadam ten sam co zawsze, samochód, adres, dokumenty, miejsce pobytu i tak dalej. Co jest ciekawe to fakt, że na przestrzeni tych lat kiedy Mirek mnie "szukał" ja non stop byłem w kontakcie telefonicznym z komendą albo dzwoniąc do nich albo oni do mnie w różnych sprawach. Byłem też oczywiście "odnajdywany" od czasu do czasu również przez inne "zmotoryzowane patrole" policji lub straży wiejskiej jak chociażby kiedy, zapaliłem papierosa na dworcu głównym jakoś dwa lata wcześniej. Wybuchła wówczas gorąca trójstronna debata na wysokim szczeblu pomiędzy mną, strażą kolejową i policją na temat tego czy kładka dla pieszych nad dworcem jest dworcem czy też ona jest miastem. I podczas tych obrad na temat miejsc do palenia także byłem rzecz jasna "odnaleziony". Odczepili się dopiero kiedy zobaczyli że mam w kieszeni odebrane wezwanie... na komisariat Mirka, (w zupełnie innej sprawie) - wezwanie na pojutrze. Notatki z tego "odnalezienia" w aktach nie ma. "Odnajdywały" mnie również na przestrzeni lat różne patrole drogowe, szukające spalonych żarówek, brakujących pieczątek w dowodach rejestracyjnych, zużytego ogumienia, oparów piwa w oddechu w ramach tych śmiesznych akcji o kryptonimie "znicz" albo "liść dębu". I chociaż zawsze co prawda mówili mi wówczas, że jestem "poszukiwany" to zawsze puszczali do domu nie wiedząc co ze mną począć albowiem nie kazano im w przypadku "odnalezienia" lub "zatrzymania", robić kompletnie niczego. Byłem "poszukiwany" ale nie mieli mnie dostarczyć do czy ja wiem... prokuratora, więzienia, aresztu lub na izbę zatrzymań u Mirka lub do dajmy na to psychiatry, ponieważ nie miałem tak naprawdę ani żadnych zaległych wizyt u jasnowidzów ani nie było innych instytucji w których rzeczywiście ktoś by za mną tęsknił. Poginęły jedynie z akt sprawy wszelkie ślady o tym że byłem "badany" co dwa - trzy miesiące w sumie kilkanaście razy. Uchowały się zaledwie ze trzy tego typu dokumenty od psychiatrów. One poginęły po to, aby dać organom pretekst do poszukiwań a w rzeczywistości nie miałem nawet czegoś o nazwie "zaległe wizyty" i dlatego w praktyce wypuszczano mnie do domu podczas moich "odnalezin". Usunięto po prostu z teczki większość część badań po to, aby sprawić wrażenie że się gdzieś tam nie stawiam. Zaległych spotkań u wróżek jednak jak wiemy nie było i dlatego to wszystko to była tylko fikcja mająca mi wyprodukować opasłą "psychiatryczną teczkę" wypełniającą prokuratorskie akta. Pani prokurator jednakże ucieszyła się ze swojej strony, że udało się mnie "znaleźć" tak więc na ten sam adres co zawsze wysłała "poszukiwanemu":

24 września kolejne rutynowe wezwanie do badań psychiatrycznych na 11 listopada. Tym razem jednak dla urozmaicenia mi życia pani prokurator umówiła mnie z psychologiem. Oczywiście byłem pogadać sobie o korach mózgowych u tego kolesia.

30 października jednak prokuratura z tajemniczych powodów znowu kazała Mirkowi mnie na skalę ogólnokrajową ścigać. Znowu też wypuszczono gołębie do ministerstwa. Odpowiedź jak zawsze: nie figuruje nigdzie, nie zimował i jest czysty.

30 października komenda Mirka odpisała rutynowo prawym klawiszem, że "poszukiwania trwają... będziemy informować na bieżąco" mimo iż to policjanci z tej komendy parę tygodni temu mnie "odnaleźli"... (pominęli jakże taktownie, że po moim wezwaniu) ale nie pominęli, że na mojej posesji.

2 grudnia nadeszła do prokuratury opinia od psychologa, u którego oczywiście byłem na randce w ciemno 11 listopada. Tę opinię rzecz jasna utajniono przede mną bo jak się okazuje jest ona i dla Mirka, który twierdził że jestem niepoczytalny bo się "wypowiadam niedorzecznie" i dla kłusowników druzgocąca. Okazuje się,że przebadano mnie kompleksowo czyli: "wykorzystując skalę inteligencji WAIS RD, Wechslera, zrobiono wielowymiarowy kwestionariusz osobowości, WMK2, test pamięci figur geometrycznych Graham Kendall i jeszcze jakiś test postaciowania oraz wywiad psychologiczny. To ostatnie, to chyba na okoliczność "wyłączeń kory mózgowej w szarostrefowym przemyśle rybnym" jaki opracował Mirek dążąc przed laty do mojej niepoczytalności. Jasnowidz napisał co prawda że: "ujawniam jakieś oznaki zaburzeń" ale nie sprecyzował jakie są te oznaki i jakich dotyczą zaburzeń. Dodał też snując swoje teorie, że "nie przyjmuję do świadomości, że mogą istnieć błędy w procesach myślowych" - nie określając jednak czy chodzi o jego czy moje procesy myślowe. Jednakże tego co nie wynika z wróżenia (subiektywnego gadania) lecz z twardych obiektywnych dowodów, czyli faktycznych testów medycznych nie mógł już przeinterpretować na moją niekorzyść, bo testy to testy a ich wyniki nie pozostawiają już cienia wątpliwości lub pola manewru dla jasnowidzów oraz ich zdolności słowotwórczych. Z co ciekawszych fragmentów tej opinii uzyskanej na podstawie praktycznych testów wynika bowiem, że: "Zna dobrze pojęcia nadrzędne i prawidłowo wykorzystuje je w swoich wypowiedziach. Formułuje je poprawnie pod względem gramatycznym i logicznym. Odpowiednio funkcjonują procesy spostrzegania, zapamiętywania i odtwarzania spostrzeżeń. Powierzchownie interpretuje normy etyczno moralne oraz standardy i zasady życia społecznego." Samoocenę mam "umiarkowanie podwyższoną" i "niski poziom ambicji". "Nie mam problemów z kontrolowaniem i hamowaniem przeżywanych emocji. Nie przejawiam oznak skłonności do zachowań impulsywnych i dość dobrze radzę sobie ze stresem. Jestem też nieufny i podejrzliwy". A niby jaki mam być jak od lat kompletnie nie wiem o co chodzi? Psychowróżek dopisał tam jeszcze, że mam he, he "wyraźne skłonności do przeciwstawiania się autorytetom" - to chyba dlatego bo kiedy tak sobie gadaliśmy o psychiatrach i korach mózgowych to mu wyjaśniłem zwięźle co myślę o pederaście Freudzie, który dla ludzi hetero oraz normalnych nie jest żadnym autorytetem. Pamiętam że lekko spiął się wówczas jasnowidz, bo na koniec dopisał jeszcze: "W sytuacjach konfliktowych może reagować agresją", co się oczywiście kłóci z wynikiem testu: "nie przejawia oznak skłonności do zachowań impulsywnych". Badanie jakiś "zmian organicznych" nie wykazało znaczącego ich nasilenia i to tyle raportu od pana wróżki.

2015

1 lutego kolejny patrol zmotoryzowany z komendy Mirka "odnalazł" mnie znowu i przy okazji odnalazł też, że nie mam pieczątki w dowodzie rejestracyjnym. Co prawda ona (tak jak i ja) nigdy nie zaginęła bo po prostu nie byłem na przeglądzie technicznym ale odnaleziono to wszystko. Poczytalny byłem kiedy dokonano znaleziska tak więc wyceniono to na 100 zeta. Wypuszczono mnie oczywiście, bo tak naprawdę nikt za mną nigdy nie tęsknił.

11 lutego znowu mnie zaczęto dręczyć wezwaniami do psychiatrów.

4 marca kolejne wezwanie, na którym zapytałem ile jeszcze będą mnie nękać. Powiedzieli, że już nie będą więcej. Wyniki, cele tych wizyt i całą resztę zachowali jak zawsze wyłącznie dla siebie. Co dziwne oni też, jak w swoim czasie Mirek, na swój osobliwy sposób dotrzymali słowa i nie wzywali więcej. Wzywać mnie zaczął psychiatryk...

26 marca jasnowidze po czterech latach wyprodukowali opinię i popchnęli ją do prokuratury. Wynika z niej że: "nie są w stanie udzielić odpowiedzi na pytanie poczytalności", rzecz jasna w momencie popełnienia zbrodni. Nie chcieli też ale chyba na podstawie akt musieli tam dopisać, że nie miałem konfliktów z prawem, problemów wychowawczych, kar dyscyplinarnych i tak dalej. I nie wiadomo dlaczego na koniec zaczęli pieprzyć coś o konieczności mojej obserwacji psychiatrycznej, aby zobaczyć czy mogą wystąpić u mnie skłonności do zachowań agresywnych w dłuższych okresach czasu. Wypocili że chcą robić na mnie jakieś eksperymenty żeby zobaczyć jak też sobie niby radzę w sytuacjach trudnych i stresujących. Masakryczne w tym wszystkim jest to, że jak każdy jeden człowiek zamknięty za niewinność - wówczas raczej na pewno zareagowałbym agresywnie, no bo czyż nie? Czy jest chociaż jedna osoba na tej planecie, która nie zareagowałaby buntem właśnie na tak rażącą niesprawiedliwość, jaką jest umieszczenie za nic w szpitalu psychiatrycznym?

27 kwietnia nie zrażona tym wszystkim prokuratura nadal wysyłała gołębie do ministerstwa. W dalszym ciągu byłem we wszystkich rejestrach czysty. Od pewnych miłych ludzi z prokuratury wiem że moją teczkę przeniesiono wówczas gdzieś, gdzie się wkłada sprawy do umorzenia...

13 maja (to bardzo ważna data i jeszcze o niej będzie w kolejnych częściach) jednak do sądu poszedł dość nagły wniosek aby mnie umieścić w psychiatryku. Miano o nim powiadomić mnie oraz obrońcę jednak jak zwykle ktoś zapomniał to zrobić.

14 maja sporządzono pisma do mnie i do pani mecenas w tej intencji. Pism tych oczywiście nikt nigdy nikomu nie wysłał - kompletny brak o czymś takim informacji. I na tym się akta "mojej sprawy" definitywnie kończą. Wnioski nasuwają się bezdyskusyjne. Sitwa, która mnie wrobiła od samego poczatku doskonale wiedziała, że jestem niewinny. Nękali mnie tylko po to żeby nękać i non stop węszyli po rejestrach aby znaleźć upragniony "dowód" na to, że jestem osobą wchodzącą w konflikty z prawem lub agresywną. Ponieważ robili to w całkowitej tajemnicy przede mną jest to więc oczywisty spisek. Spisek drugiego poziomu. Dużo większy niż tamten rybacki. W sprawach tego typu, czyli osławionych przymusowych obserwacjach psychiatrycznych człowiek nie ma absolutnie żadnych szans na samodzielną obronę, jeśli ma przeciwko sobie wymiary sprawiedliwości, ponieważ "wariatów" nikt nie słucha po prostu. W tego typu sytuacjach jedyną szansę niesie pomoc osób z zewnątrz - osób nawet nie pomówionych o to, że są nienormalne. W tym właśnie kierunku nawet na sali sądowej biegli psychiatrzy prowokowali mnie do wyprognozowanych przez samych siebie wyimaginowanych "ataków agresji". Dodam że bezskutecznie. Robili to po to, bo sprawa karna jest tak cienka, że przegraliby ją już po pięciu minutach gdybym ją znał ja lub mój obrońca. Dlatego nie chcieli postawić mnie przed sądem i dopuścić abym się o niej dowiedział tylko latami pragnęli wetknąć mnie w kaftan ukradkiem i zawieźć do wariatkowa za pomocą spreparowanych przeciwko mnie "dowodów" dostarczonych w tajemnicy przede mną do sądu aby ten je tylko życzliwie przyklepał, bazując wyłącznie na teczkach. Ci ludzie prowokowali mnie całymi latami, abym w końcu wybuchnął sprawiedliwym gniewem i dał im ten wymarzony przez nich "dowód" na ich chorą hipotezę o mojej "brutalnej agresji". Nie doczekali się nigdy podkreślam - ale to co robili aby ten efekt uzyskać jest po prostu niewybaczalne. Do sądu musiałem się wręcz prosić aby się dostać. I cóż z tego że tam byłem skoro niczego wartościowego co mówię zwyczajnie nie pisze się w protokołach tylko dalej debatuje o tym jak bardzo jestem niepoczytalny i jak długo powinienem być odosobniony. Ponieważ kryminalnego haka nigdy na mnie nie znaleźli, bo nigdy nie brałem udziału w czymś z rodzaju kradzieży, rozbojów, zbrodni lub awantur, uczepili się żeby chociaż sprowokować mnie do tych wymarzonych i jakże upragnionych przez psychowróżki "aktów agresji" do jakich według nich "mogę być zdolny" w przyszłości. Dlatego przez te wszystkie lata - kiedy już Mirek zrobił swoją robotę i spreparował mi etykietkę agresywnego, uciekającego debila - zadaniem reszty sitwy było jedynie dostarczyć na moje szaleństwo dowodów. Dowodów jawnej agresywności. Jednego chociażby, bo jeden w zupełności by im wystarczył. Jedno nie ulega dla mnie wątpliwości - że gdybym nie miał nerwów ze stali i chociaż raz przez te wszystkie lata dał się im sprowokować - to już dawno bez żadnego wyroku siedziałbym w kaftanie i był faszerowany psychotropami. To nie ulega wątpliwości. Nie ulega też wątpliwości, że gdyby niewinnego zamknęli w kaftan - on by się rzecz jasna nieuchronnie wkurwił. A wówczas mogliby w nieskończoność przedłużać tę swoją "obserwację psychiatryczną". Strasznie podły jest ten system.

 

Finał I części

22 lutego 2016 na posiedzeniu sąd przesłuchał Mirka. Najweselszy policjant z mojego miasta z dziesięć minut całkiem wyluzowany barwnie opowiadał jak to od kilkunastu lat dzielnie walczy z przestępczością i tego typu rzewne historyjki. Potwierdził to co zeznałem, że kiedy on mnie "przesłuchiwał" gadał również na tematy nie związane ze sprawą i że spisał "moje" wyjaśnienia osobiście. Potem, o dziwo ja miałem okazję zadać mu parę pytań. Zapytałem więc czy jest aby doświadczony w przesłuchaniach, to znaczy czy ma w tym kierunku jakieś specjalne predyspozycje. Mirek zaczął natychmiast przechwalać się, że ma 17 lat doświadczenia jako policjant, posiada jakieś kursy, szkolenia i tak dalej. Tak więc zadałem mu delikatne pytanie, dlaczego jako ekspert od przesłuchań nie zareagował kiedy w zeznaniach rybaczek miał przed oczami dowód na oczywistą zmowę - tę słynną pomyłkę na temat mojego numeru rejestracyjnego - niemożliwą na poziomie matematycznym. Mirek się zakłopotał i udał że nie wie o co chodzi, bo mu pamięć nie domaga. Kolejnym pytaniem było dlaczego widząc zmowę w czasach kiedy nie szwankowała mu jeszcze pamięć, czyli na drugi dzień po zeznaniach, nie pogroził natychmiast rybaczkom paluszkiem że coś tam coś tam jest w kodeksach za składanie fałszywych zeznań. Mirek osowiał. Następnie poszedłem za ciosem i go wprost zapytałem dlaczego zamiast mnie oczyścić z podejrzeń wrobił mnie, zeznając dla prokuratury nieprawdę że ustalił że to rybaczka wezwała policję. Nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie gdzie niby ustalił on coś takiego. Chciałem go jeszcze podpytać na okoliczność policyjnego rejestratora zgłoszeń ale sędzia mi przerwała. Chyba wyczuła, że wiem za dużo o całym spisku i zabrała mi głos udzielając pouczenia, że mam się pytać Mirka tylko o jego sposoby przesłuchań. Skoro to tak, to zapytałem Mirka dlaczego nadał tej sprawie kierunek na psychiatrów uznając, że moje wyjaśnienia są niedorzeczne oraz nie bazując kompletnie na niczym założył, że mogę niebawem powtórzyć swój rzekomy akt agresji, którego nikt nie był łaskaw nawet udowodnić. Odparł że jestem nietypowy i pierwszy raz się spotkał z tego typu co moje wyjaśnieniami. Stracił całą pewność siebie. Potem pani mecenas podważyła opinię psychiatrów, że niby istnieje jakaś konieczność moich badań w psychiatryku, bo wynalazła we własnych źródłach informacje, że te wszystkie badania które koniecznie chcieli mi zrobić w szpitalu, bez problemu można zrobić w warunkach ambulatoryjnych z tomografią mózgu włącznie. Potem ja złożyłem oświadczenie, że te pseudo eksperymenty, które chciał na mnie robić doktorek i tak niczego nie dadzą, ponieważ nie da się określić czy byłem poczytalny w momencie popełnienia czynu skoro ten czyn nigdy nie miał miejsca. Dodałem, że dowody na moje zdrowie psychiczne - brak chorób umysłowych już dostarczyłem w grudniu w formie zaświadczenia od psychiatry - a dowody na moją niewinność znajdują się w aktach sprawy od samego jej początku. Wyjaśniłem też, że doktorek kiedy mówił że moja mama była psychiczna a ja mogłem po niej to odziedziczyć nie zrobił tego bez powodu. Choroba mojej mamy była bowiem fizyczna i że ta choroba nie jest dziedziczna. Dodałem też że doktorek jest lekarzem więc doskonale wie o tym, że to są tylko bzdury. On powiedział to w zupełnie innym celu - oświadczyłem. On mnie sprowokował świadomie i z premedytacją naruszając dobre imię mojej mamy tylko po to aby zobaczyć jak zareaguję na tego typu zniesławienie. Zrobił to na sali sądowej, podkreśliłem. On zresztą nawet nie ukrywał w swoich wyjaśnieniach, że chciałby na mnie w zamkniętym szpitalu robić tego typu eksperymenty, bo na wolności on podobno nie ma do tego warunków. Chciałby poddawać mnie naciskom, aby zobaczyć jak też sobie radzę w sytuacjach stresujących. I oświadczyłem na zakończenie, że wysoki sąd widział na własne oczy jak wówczas zareagowałem kiedy zniesławił dobre imię mojej mamy - otóż zerwałem się z ławeczki, podniosłem głos mówiąc że to co on gada to są jakieś bzdury no i to tyle. Nie było wymarzonej przez doktorka agresji słownej lub co gorsza "zdiagnozowanego przez niego" przerodzenia się jej w agresję czynną, ani nawet wulgaryzmów - i sąd to wszystko widział na własne oczy. Załączyłem też do akt informację wydrukowaną ze stron Uniwersytetu Warszawskiego że choroba mojej mamy nie jest ani psychiczna ani dziedziczna. Z twarzy sędzi widziałem że to nie była dla niej niespodzianka – widocznie też to sobie już wcześniej na własną rękę sprawdziła. Tylko ze względu na salę sądową oszczędziłem doktorkowi wtedy riposty po której ze dwa miesiące musiałby leżeć na kozetce u psychoterapeuty aby powrócić do równowagi. Poza sądem słyszałby coś w stylu żeby zamiast diagnozować moją zmarłą mamę, która już nie może się przed nim bronić, przebadał własną mamusię, to być może uda się nauce ustalić skąd się na tym smutnym świecie biorą takie zabawne debile. Na koniec przedstawiłem sądowi niepodważalny dowód, czyli wynik eksperymentu medycznego, który udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że po umieszczeniu osoby zdrowej w szpitalu psychiatrycznym nie ma nawet cienia możliwości aby osoba ta została zdiagnozowana jako zdrowa. To jest po prostu niemożliwe i udowodnił to ponad wszelką wątpliwość słynny eksperyment Rosenhana. W trakcie tego eksperymentu profesor psychiatrii Rosenhan i siedmiu innych psychiatrów udali się do siedmiu różnych szpitali psychiatrycznych aby się przekonać w praktyce ile czasu potrzeba personelowi aby stwierdzić u zdrowego pacjenta brak chorób psychicznych. W tym celu każdy z pseudopacjentów oznajmił że słyszy głosy aby się dostać do środka a kiedy już otrzymali wstępną diagnozę schizofreników i zostali przyjęci, natychmiast zaprzestali symulowania czegokolwiek. Każdy z nich zachowywał się później zupełnie normalnie, przestrzegał regulaminów i czekał na poprawną diagnozę. Wynik? Nie doczekał się żaden. Nigdy. Sprawy wręcz poszły w niebezpiecznym kierunku, bo wszyscy ci badacze zaczęli się obawiać o swoje życie. Aby opuścić szpital każdy musiał się przyznać do schizofrenii, wyrazić zgodę na leczenie i liczyć na litość szantażującego ich personelu. Kiedy opublikowano wynik tego eksperymentu zrobił się skandal na skalę światową. Natychmiast rozległy się wrzaski oburzenia z innych placówek, że u nich taki numer nie przeszedłby ze względu na rzekomo bla, bla... "lepsze metody diagnostyczne". Profesor rzucił więc wyzwanie największym krzykaczom. Powiedział że w zaledwie 3 miesiące udowodni przy pomocy podstawionych pseudopacjentów, że się mylą. Krzykacze podjęli wyzwanie i w przeciągu 90 dni wykryli aż 42 przypadki symulacji schizofrenii, po których tryumfalnie wypuścili symulantów na wolność. Profesor wówczas oznajmił z troską, że nie wysłał do tej placówki... ani jednego podstawionego pacjenta. Kolejny skandal wybuchnął obnażając w pełni całą chorą patologię tak zwanej psychiatrii. Ten eksperyment Rosenhana powtarzano jak świat długi i szeroki później dziesiątki razy. Wynik zawsze identyczny: nigdy nie udało się człowieka zdrowego zdiagnozować jako zdrowego po umieszczeniu go na obserwacji psychiatrycznej. Sędzia przyjęła to do wiadomości i wrzuciła opis tego eksperymentu do mojej teczki. Kiedy wszyscy już skończyli gadać, pani sędzia sięgnęła po kodeksy i orzekła, że odrzuca wniosek prokuratury o umieszczenie mnie na obserwacji psychiatrycznej. Podparła to artykułami, żeby nie stosować tego typu środka w sytuacji kiedy ewentualna kara może być grzywną lub wyrokiem w zawiasach za czyn o niskiej szkodliwości. Sędzia dodała też w postanowieniu, które jest prawomocne od zaraz, czyli niezaskarżalne, że "nie ma racji prokurator, że to co sie wydarzyło cechuje wysoki stopień społecznej szkodliwości. Zajście miało miejsce ponad 5 lat temu i od tamtej pory nie naruszyłem porządku prawnego i nie toczy się żadne inne postępowanie karne przeciwko mnie." Akta powracają do prokuratury. Co będzie dalej nie wiem. Mogą to wyrzucić w cholerę a mogą dalej mnie nękać jakimiś sprawami karnymi. Wszystko zależy od tego czy wesoły Mirek i reszta sitwy nadal mają jakieś pomysły. Póki co nie ma czegoś takiego jak akt oskarżenia. Wydaje mi się, że chcieli mnie po prostu przenieść w kaftan bez zbędnych formalności - ponadto na tyle na ile oni sami uznaliby za stosowne. Psychoterroryzm po prostu. Nie myślę jednak nawet przez krótką chwilę, że to było jakieś nieporozumienie albo pomyłka. W mojej historii nic nie dzieje się z przypadku - w tym oczywiście również ta heca z psychiatrykiem. W sumie nie wiem czy to jest powszechnie wiadome, ale w Polsce nie ma nic łatwiejszego niż umieszczenie kogoś zupełnie zdrowego w zakładzie psychiatrycznym. I to na dowolny okres czasu. Jeśli ktoś nie wierzy proszę zajrzeć pod tego linka:

http://wpolityce.pl/kryminal/273787-11-lat-w-psychiatryku-zostal-uniewin...

a zobaczy, że ten człowiek był zupełnie bezprawnie trzymany jedenaście lat w szpitalu psychiatrycznym. Nigdy nawet go na oczy nie widział prokurator lub sąd jakiś - identycznie zresztą jak to planowano w moim przypadku. Do dziś mam dreszcze jak sobie przypomnę te buddyjskie opanowanie kiedy mi oznajmiano pogodnie, że "moja obecność nie jest obowiązkowa" - ależ to wyrachowana perfidia. Koniecznie trzeba zajrzeć tutaj, gdyby ktoś pomyślał, że to był odosobniony przypadek:

http://www.se.pl/wiadomosci/polska/normalny-czlowiek-od-8-lat-w-psychiat...

a zobaczymy historię innego człowieka, którego z kolei osiem lat trzymano w psychiatryku tylko dlatego, że jako inspektor nadzoru nie chciał brać łapówek i udziału w ustawionych przetargach. Kolejny przypadek to człowiek, który zwinął paczkę kawy w sklepie.

http://www.dziennikzachodni.pl/wiadomosci/rybnik/a/rybnik-spedzil-8-lat-...

Ochroniarze dołożyli mu jeszcze parę paczek, aby zrobić z błahego wykroczenia przestępstwo, a kiedy protestował dostał diagnozę "urojeniowca" i spędził osiem lat w zakładzie zamkniętym. Wszyscy ci ludzie nigdy nawet muchy nie skrzywdzili – zostali zwyczajnie pomówieni - tak samo zresztą jak w moim przypadku. Załatwienie komuś niewygodnemu psychuszki przy pomocy metody "na wariata" jest stosunkowo proste - ktoś szkaluje albo oczernia, następnie jakiś policjant, prokurator albo adwokat kieruje wniosek o umieszczenie w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym, sąd bez żadnych dowodów przyklepuje to opierając się tylko na usłużnych opiniach biegłych no i pozamiatane. To wszystko. I nie stanowi żadnego problemu fakt, że jest to całkiem nielegalne, gdyż "legalnie" powinno się trzymać na "obserwacji" najwyżej 4 tygodnie. W praktyce jednak jak ktoś nie przyzna się do choroby i nie wyrazi zgody na leczenie przedłużają mu pobyt o 6 miesięcy, potem kolejne 6 i tak bez końca - już bez udziału sądów. Jest tak, bo jak już ktoś jest w psychiatryku na starcie ma diagnozę: "schizofrenii bezobjawowej" lub jej nowszej nazwy "stanów paranoidalnych" ewentualnie zrobią z człowieka "urojeniowca". To wręcz reguła w Polsce. Po tym jak z własnego doświadczenia wiem, że wstępna "diagnoza" Mirka była potem całymi latami prawym klawiszem myszy niemal słowo w słowo popierana i przez prokuraturę i przez biegłych nie ulega wątpliwości, że w szpitalu też by ją kopiowali bez końca. Przypadki innych ludzi dowodzą, że nie można z tego typu diagnozą liczyć na to, że ktoś wysłucha, na przykład jakiś uczciwy sąd lub prokurator lub co gorsza jakiś tam rzecznik praw pacjenta w jakimś psychiatryku. Wszędzie są prawe klawisze myszy i wszędzie będą kopiować pierwszą "diagnozę". Bez końca – ściśle według metodologii udowodnionej ponad wszelką wątpliwość przez profesora psychiatrii Rosenhana. W tym psycho bagnie wszyscy dążą do tego aby "pacjent" nawet o fakcie umieszczenia go w psychiatryku - tak jak w moim przypadku - dla własnego dobra rzecz jasna nawet się nie dowiedział aż do chwili kiedy jest już za późno. Takich przypadków są w Polsce tysiące. Żaden z tych ludzi nigdy nie wydostał się stamtąd o własnych siłach, mimo iż pisali o swojej krzywdzie dosłownie do wszystkich możliwych instytucji: ministrów, rzeczników, trybunałów lub sądów najwyższych. Cóż można tu jeszcze by rzec? Oddam może głos samym psychiatrom: "Psychopaci zawsze są wśród nas. W spokojnych czasach my badamy ich zachowania, lecz w okresach niepokojów oni nami rządzą." — Ernst Kretschmer, niemiecki psychiatra "Kiedy psychopaci zdobywają władzę i dobrobyt stają się skłonni do uznania siebie za kryterium normalności, a tym samym ludzi normalnych za wadliwych. Podporządkowanie człowieka normalnego osobnikom psychicznie nienormalnym działa na jego osobowość traumatyzująco, zniekształcająco i nerwicorodnie. W świetle więc prawa naturalnego, jest to rodzaj krzywdy i bezprawia, które mogą występować na każdą skalę społeczną. Niestety, nie są one wymienione w żadnym kodeksie prawa." - psycholog Andrzej Łobaczewski Sąd na moje hmm... szczęście, odrzucił do kosza ten wniosek o przymusowej obserwacji psychiatrycznej mojej skromnej osoby. Jestem jedynym znanym mi przypadkiem, któremu udało się z tego typu gnoju wydostać o własnych siłach. Zaważyło najprawdopodobniej moje zaświadczenie od psychiatry, że jestem zdrowy na bani i chyba dlatego że je mam nie chcieli już dalej przeginać na wydrę. Poza tym całe moje dlugoletnie uczciwe życie – zarówno przed jak i po tej awanturze - jest najlepszym dowodem na to, że "diagnozy" Mirka i prokuratury są całkowicie błędne – podobnie jak „prognozy” psycho wróżków. Mimo to bardzo daleki jestem od odtrąbienia zwycięstwa. To żadne zwycięstwo i to z aż trzech ważnych powodów. Po pierwsze - te odrzucenie psychiatryka to tylko preludium do uwertury - w prokuraturze już czeka na wszczęcie... co najmniej sześć kolejnych pomówień wobec mojej osoby i to dużo większego kalibru - mam bowiem dość dużo "życzliwych" mi ludzi. To cała przeklęta sitwa. Nie wiem na co prokuratorzy czekają i niczego jeszcze nie wszczynają - być może czekają, aż ponownie moje zgłoszenia na policję w tych rejestratorach policyjnych już się zdążą przedawnić - tego nie wiem i mogę póki co snuć wyłącznie domysły. Po drugie - ten dwupoziomowy spisek, jaki opisałem powyżej to tylko pikuś w porównaniu do spisku trzeciego poziomu - o którym napiszę w częściach kolejnych. Próba wetknięcia mnie do wariatkowa to było naprawdę nic w porównaniu z hardkorową jazdą, jaka się działa równolegle do niej w świecie rzeczywistym. Takiego zaszczuwania nikt chyba jeszcze nie przeżył jak mi było dane doświadczyć. A przynajmniej ja o takim nie słyszałem. Ono nadal zresztą trwa w najlepsze. Zniszczono mi przez te lata kompletnie życie osobiste, zrujnowano dobre imię i nieodwracalnie wyrządzono nawet nie jedną tylko kilkadziesiąt krzywd, których nigdy nie uda się już naprawić. Sytuacja jest obecnie taka, że nawet najprostszej sprawy nie mogę załatwić w żadnym urzędzie - zupełnie jakby między mną a innymi ludźmi było szkło pancerne. W pewnym momencie nawet rodzina powoli się już zaczęła ode mnie odwracać. Po trzecie - wiem i to ponad wszelką wątpliwość że oni nigdy, przenigdy nie zaprzestaną mnie niszczyć na dosłownie wszystkie możliwe sposoby. Jeśli nie mają pretekstu - nie zawahają się go zwyczajnie wymyślić - i robią to na wręcz masową skalę. Moje życie dzięki nim to kompletna ruina. Ale wesoło jest i każdy się cieszy. Najbardziej rozbawionym człowiekiem w tej części okazał się Mirek - najweselszy policjant w moim wesołym miasteczku. Aspirant Mirek w zamian za doszczętne zniszczenie mi życia, czyli kradzież wyłącznie dla siebie całej mojej życiowej radości - pozostawił mi niestety tylko dużo smutku. W związku z tym ze swojej strony ja też chciałbym trochę go rozweselić i to zanim jeszcze rozczulą się nad nim i pasują go na komendanta. Bardzo bym tego chciał - tylko nie wiadomo jak to zrobić, albowiem Mirek to tylko żałosny pionek w tej opowieści. Spisek trzeciego poziomu, który opiszę w kolejnych częściach, jest bowiem dużo większy, cholernie rozległy i proszę uwierzyć już teraz kiedy powiem, że nie ma żadnego sensu rozweselać Mirka idąc na prokuraturę lub policję. To nie wchodzi w rachubę, bo Mirek to jest policja, a poza tym obie te instytucje i tak jeszcze nigdy palcem nawet nie kiwnęły w sprawie oczywistej nawet sprawiedliwości. Wręcz przeciwnie –na przekór wszelkim faktom i dowodom nieustannie od lat kryją sitwę i bez przerwy szukają haka... na mnie. Heh, tak naprawdę zatem jedynym skutecznym batem na knucia i spiski w moim świecie jest więc tylko kompletna jawność. Jawność, której jak diabeł święconej wody boją się ci wszyscy krętacze potrafiący wyłącznie knuć potajemne spiski.

Jeśli jest gdzieś prawnik lub dziennikarz śledczy, który chciałby zająć się tym bezprawiem i doprowadzić do tego aby sprawcy nie pozostali jak dotąd całkowicie bezkarni to proszę o kontakt lub poradę – docenię każdą merytoryczną. Dla zainteresowanych:

Sygntury tej psychuszkowej sprawy:

VII KP 75/15 Sąd rejonowy Szczecin prawobrzerze i zachód wydział VII karny

2Ds 4313/10 - prokuratura rejonowa Szczecin Zachód

L dz D-8338/10 komenda powiatowa policji Police – aspirant Mirosław R.

Fotokopie akt i kopie wszelkich dokumentów również są do dyspozycji wszystkich chętnych jako że w tej sprawie nie było nigdy nic tajnego a wręcz przeciwnie – na przekór ustawie o ochronie danych osobowych moje dane wyświetlano czerwoną czcionką (!) na gigantycznym telebimie w sądzie – inne sprawy były czarnymi literami a moja no cóż... czerwoną czcionką – efekt był taki tej socjotechniki, że dosłownie każdy z mojego miasta wie że Robert G „miał sprawę o obserwację psychiatryczną” – z góry dziękuję wszystkim których udało się tym rozweselić.

Nic mi nie wiadomo czy sprawca dewastacji mojego samochodu odbył chociaż jedną wizytę u psychiatry, która mogła by ustalić czy był poczytalny w momencie zbrodni lub rzucić światło na motywy którymi się kierował, ale wiadomo mi przynajmniej jak się nazywa cała ta rybacka patologia oraz gdzie mieszka:

Krzysztof A - rybak

Barbara A – żona rybaka

KatarzynaA – córka rybaka – wszyscy są z Trzebieży

Wiem doskonale, że bardzo wiele trudnych spraw można załatwić po prostu dając zasłużonej świni w mordę ale niestety - ja już od dawna jestem pod tym względem dosłownie w kaftanie, czyli kompletnie ubezwłasnowolniony. Mam po prostu dosłownie związane ręce, bo wiedząc doskonale od samego początku o tym co nabroił Mirek, całkiem spore stado hien już od bardzo długich lat, wręcz nie może się doczekać z mojej strony nawet najmniejszego objawu mojej "agresji" - która wynika przecież z jakże naukowych i "mądrych" tak zwanych "diagnoz" pseudo lekarzy, które są tak samo prawdziwe jak horoskop wróżki. A o prowokacjach aby tę agresję wywołać i to na niespotykaną skalę będzie obszernie w częściach kolejnych. Zapewniam, jeszcze nigdy o czymś tak absurdalnym nie słyszano i to nawet jeśli chodzi o tak zwane „warunki polskie”. Jeśli ktoś nie wierzy podam skromną próbkę: w następnych odcinkach:

wg policji z komendy Mirka - można legalnie kraść moje dokumenty

wg policji z komendy Mirka – można legalnie fałszować inne dokumenty na moją szkodę wg policji z komendy Mirka - można legalnie okradać mnie z prądu, kluczy, mieszkań...

wg prokuratury komenda Mirka ma oczywiście rację Smile

wg komendy Mirka i prokuratury - to wszystko co powyżej oficjalnie, prawomocnie i z bardzo ważną pieczątką: "nie nosi znamion czynów zabronionych", a coś takiego w sumie jak... przyznanie się sprawców do kradzieży - to nie jest w sumie istotnym powodem do ścigania sprawcy złodziejstwa – to jest dobry powód aby sprawcy tę kradzież umorzyć „z braku znamion czynów zabronionych” oczywiście Smile

Ha, ha, już wiemy że według komendy Mirka, prokuratury i biegłych, "znamiona czynów zabronionych" noszą wyłącznie czyny nie popełnione nigdy przeze mnie, tak więc już sześć lat temu postanowiono w tych instytucjach, że najlepszym miejscem do życia dla mnie, nie będzie mój własny dom ale psychiatryk.

wg sitwy natomiast – która to wszystko bardzo starannie aranżuje - komenda Mirka i prokuratura są zbyt łaskawe jeśli chodzi o moje życie prywatne – sitwa postanowiła zapewnić mi życie za miastem... pozagrobowe rzecz jasna.

cdn...



Niemal niewidzialne UFO zarejestrowane nad USA

Jeden z łowców UFO ze Stanów Zjednoczonych,  twierdzi, że uzyskał "wspaniały materiał" pokazujący zakamuflowany niezidentyfikowany pojazd, który patroluje okolice przez chmury. Według entuzjastów ma to być po prostu kolejny dowód istnienia UFO. 

 

Nagranie pokazuje tajemniczy pojazd znajdujący się na niebie nad miastem Frayser w North Memphis, Tennessee. Na pierwszy rzut oka, "pojazd" jest trudny do zauważenia, ponieważ ukrywa się za chmurami, Ale po przestudiowaniu wersji nagrania o zwiększonej ekspozycji, okazało się, że istnieje tam jakiś  dziwny cień.

Według świadków cytowanych przez brytyjski dziennik The Daily Mail, nagranie wykonał jeden z mieszkańców, który usłyszał na zewnątrz niepokojący hałas. Sądził, że uda mu się ustalić jego pochodzenie i dzięki temu udało się uchwycić ten niezwykły obiekt. 

 



1500 letnia mumia nosiła buty „Adidasa”

Czyżby kolejny dowód podróży w czasie? Być może znane marki odzieżowe stanowiły inspirację dla starożytnych Mongołów... W górach Ałtaju w Mongolii na wysokości 3 tys. m n. p. m. archeolodzy odkryli zmumifikowane ciało starożytnego człowieka. Zaskakujące jest zwłaszcza bardzo współcześnie wyglądające obuwie na jego nogach.

 

Trudno w to uwierzyć, ale na nogach zmarłej kobiety (w grobie brak było łuku i stąd takie ustalenia) odkryto buty, do złudzenia przypominające dzisiejsze produkty niemieckiej marki Adidas. W oczy rzucają starannie szyte, białe paski trampek.

 

Użytkownicy Internetu zaczęli żartować, że Mongołowie wymyślili słynną markę obuwniczą ponad 1500 lat temu, produkując jednocześnie wysokiej jakości buty. Pochówek górski znaleziono w miejscu, gdzie w okresie wczesnego średniowiecza nie było nomadów.

 



Czy Annunaki stworzyli rodzaj ludzki do wydobywania minerałów ?

Istnienie starożytnej rasy Annunaki już od wielu lat jest obiektem debat i sporów pomiędzy badaczami. Mimo iż ich obecność była rejestrowana w wielu starożytnych tekstach to historycy „głównego nurtu” konsekwentnie decydują się je ignorować. Czy to że jakaś pozaziemska cywilizacja dotarła kiedyś na naszą planetę jest wystarczającym powodem by negować istnienie źródeł historycznych mających często po kilkaset tysięcy lat ?

 

 

Zgodnie z badaniami prowadzonymi przez Zecharia Sitchina, Annunaki czyli „Bogowie” byli twórcami pierwszych ludzi zwanych Adamu, którzy mieli pełnić rolę niewolników. Pierwsi ludzie mieliby więc być rezultatem działania inteligentnego projektu rasy Annunaki, która manipulowała materiałem genetycznym prehistorycznego człowieka 450 000 lat temu.

Z historycznego punktu widzenia nie da się zaprzeczyć, że istnieje wiele podobieństw między starożytnymi Sumeryjskimi tekstami a dzisiejszymi świętymi księgami takimi jak np. Biblia. Jednak czy można założyć że ich źródło jest takie samo ? Niektóre z afrykańskich ludów wierzą, że pozaziemskie istoty odwiedzały nas już dziesiątki tysięcy lat. Jedna z legend ludu Zulu opowiada o „gościach z gwiazd”, którzy przybywali na Ziemię by wydobywać złoto i inne zasoby naturalne. Ich kopalnie miały być obsługiwane przez „Pierwszych Ludzi”.

 

Opowieści o Annunaki – tych których Anu zesłał z Nieba na Ziemię – są o wiele bardziej tajemnicze niż zdaje się większości osób zainteresowanych tym tematem. Przykładowo podczas prac archeologicznych w biblijnym mieście Nineveh, zespół kierowany przez dr Austena Henry'ego Layarda odkrył ruiny starożytnej asyryjskiej biblioteki Ashurbanipal. Jednym z odkrytych artefaktów był zestaw tabliczek z pismem klinowym zwanych Enűma Eliš lub „Siedem Tablic Stworzenia”. Opowiadają one historię o przyjściu Annunaki z niebios i o ich rządach nad rasą ludzką.

O wiele ważniejsza wydaje się jednak inny teksty znany jako Sumeryjska Lista Królów, która nadaje wyraźne ramy czasowe rządom „Bogów” nad ludźmi.

" Gdy królestwo zstąpiło z nieba, królestwo było w Eridug . W Eridug , Alulim został królem ; rządził 28 800 lat. Alaljar rządził przez 36 000 lat. 2 królowie ; oni rządzili 64 800 lat. "

Najwcześniejsze zapisy w Liście pozwalają określić istnienie co najmniej 8 królów, którzy rządzili Ziemią przez blisko 241 200 lat od powstania rasy ludzkiej aż do „Wielkiej Powodzi, która utopiła cały ląd”. Tuż po skończeniu się Wielkiej Powodzi z nieba zstąpili kolejni królowie aż do momentu, gdy tron objęli pierwsi ludzie.

Co ciekawe pierwsze opowieści o Wielkiej Powodzi pochodzą właśnie z sumeryjskich tekstów. Starożytna księga nazywana Genesis z Eridu opowiada historię człowieka Utnapishtima, któremu Bogowie rozkazali zbudowanie ogromnego statku i zebranie w środku „ziarna życia”. Całość tekstu miała być napisana 2,300 lat p.n.e.

Istnieje wiele dowodów wskazujących na to, że Annunaki rzeczywiście istnieli i wykorzystywali rodzaj ludzki jako swoich niewolników. Przykładowo leżące 150 kilometrów od Port Maputo (południowa Afryka) miasto którego powstanie datuje się na okres kiedy człowiek zdaniem naukowców nie powinien jeszcze zejść z drzewa.

Zdaniem badacza Michaela Tellingera, jednego z pierwszych, którzy zdecydowali się zbadać te ruiny ich istnienie może całkowicie zmienić sposób w jaki postrzegamy ludzką historię. Co więcej Tellinger sugeruje wprost, że całość starożytnego miasta może być jedynie częścią większej konstrukcji składającej się z 10 000 kilometrów kwadratowych a powstałej blisko 160 000- 200 000 lat p.n.e.

Opowiadając o Annunaki nie sposób jednak nie wspomnieć o ich rodzimej planecie znanej przez nas jako Nibiru. Gdy w 1976 roku Zecharia Sitchin opublkował swoją książke pt” Dwunasta Planeta” i zaprezentował swoje tłumaczenia sumeryjskich tekstów opowiadających o Annunaki, świat dowiedział się o wielu interesujących fragmentach stawiajacych to czego dowiadujemu się w szkole pod zupełnie innym kątem.

 

Nibiru miałoby być mityczną planetą, która jest ulokowana za Plutonem i okrąża nasze słońce po znacznie wydłużonej orbicie. Zgodnie z tłumaczeniami Sitchina rodzinna planeta Annunaki była w jakiś sposób zagrożona a jedynym sposobem na jej uratowanie było … złoto. Sitchin zakładał, że Nibiru krąży wokół Słońca po eliptycznej orbicie trwającej 3600 lat. Złoto miało rzekomo pomóc w utrzymaniu istnienia atmosfery Nibiru.

 

Z racji swoich właściwości, złoto potrafi odbijać promieniowanie podczerwone, a dzięki swojej ciągliwości stanowi świetną barierę przed ciepłem. Co więcej, złoto to jedyny metal który w zasadzie nie ulega żadnym czynnikom atmosferycznym, a mimo to jest stosunkowo łatwy w obróbce. Warto zauważyć, że starożytne monumenty tworzone przez te dawne cywilizacje miały być oryginalnie obudowane złotem i kto wie, może to właśnie dlatego Egipskie piramidy przetrwały próbę czasu. Może dla Annunaki złoto nie było wcale materiałem zdobniczym tak jak dla nas, ale pełniło rolę zabezpieczenia budowli przed korozją.

 

Niestety ale liczne braki w ciągłości historycznej naszego gatunku powodują, że traktujemy zamierzchłą przeszłość, jako coś, co odeszło w niebyt i nie wpływa na nasz los. Może być jednak zupełnie inaczej a człowiek pozbawiony dziejów swego rodu pozostaje w niewiedzy i ignorancji ,która mimo iż pozwala żyć w spokoju to nie daje nam szansy na poznanie prawdy o tym jakie były początki rodzaju ludzkiego.



Zwoje z Qumran - zagubiona prawda

qumran

…Czy zachowały się listy pisane ręką samego Jezusa z Nazaretu?… Książka ‘‘Święty Graal, święta krew’’ była jedną z tych, o których nie zapomina historia, była jedną z najgłośniejszych i najbardziej kontrowersyjnych pozycji końca XX wieku. To dzieło, po prostu rozpętało prawdziwą burzę na świecie i w samym Watykanie. Teorie i hipotezy, które zostały przedstawione i opisane w tej książce stały się źródłem inspiracji dla wielu twórców i pisarzy.

 

Najbardziej znani to, DanBrown i jego dzieło ‘‘Kod Leonarda da Vinci’’ na podstawie, której powstał film o tym samym tytule w reżyserii Rona Howarda, film okrzyknięty mianem najlepszego thrillera wszechczasów. To zainteresowanie filmem i książką jednoznacznie dowodzi, że w dzisiejszych czasach ludzie i świat domagają się wyjaśnienia licznych spornych kwestii związanych z Jezusem, judaizmem, chrześcijaństwem oraz oczywiście z wydarzeniami, które miały miejsce 2000 lat temu. Przez ostatnie dziesięciolecia warstwa niedomówień i różnego rodzaju teorii, czasem bardzo skrajnych, urosła już do takich rozmiarów, że nawet sam Watykan woli milczeć niż podjąć próbę konfrontacji z owymi teoriami i hipotezami. Stanowisko Watykanu jest poniekąd destrukcyjne, jest samobójstwem, ponieważ milczenie do niczego nie prowadzi, mało tego, milczenie jest oznaką słabości.

 

Nie mniej jednak na koniec wstępu, powstaje dość smutne pytanie, czy Watykan może bronić Jezusa skoro sam w sobie jest podzielony przez różne frakcje dążące do władzy? Czy ostatnie wydarzenia w centrum, których była abdykacja Ratzingera, konklawe przeprowadzone w błędny sposób, pioruny uderzające o kopułę Bazyliki, i wreszcie czy obecny papież rzeczywiście jest papieżem czy tylko jak twierdzi znany włoski pisarz Antonio Soccibiskupem odzianym w biel? Bardzo dużo fundamentalnych pytań, na które kościół nie chce odpowiedzieć. Kapłani nabrali wody w usta i milczą, smutne, bardzo smutne.

 

Michael Baigent historyk i pisarz, często utrzymuje w swoich książkach czy też artykułach, że miał w ręku dwa listy wykopane pod kamienicą w Jerozolimie. Mają one pochodzić z I wieku naszej ery. Zostały spisane po aramejsku i adresowane są do ówczesnego Sanhedrynu, czyli nie jako sądu żydowskiego. Treść listów to obrona przed zarzutami o świętokradztwo i przypisywanie sobie boskich atrybutów, czy boskiego pochodzenia. Baigent twierdzi, że zostały one spisane ręką samego Jezusa z Nazaretu, ponieważ jak utrzymuje, Jezus przeżył ukrzyżowanie. Na potwierdzenie swojej hipotezy autor często przytacza opinie innych historyków i naukowców. Ostatecznie ciężko jest mu odmówić dobrych chęci w dążeniu do poznania prawdy. Jest to tylko jedna z hipotez, do której nie odnosi się w żaden sposób Watykan, przynajmniej nie oficjalnie. Czy zatem milczenie jest przyznaniem racji? A może po prostu chodzi o cos więcej, chodzi o inną jeszcze bardziej szokującą informację? Oczywiście nie możemy tego wykluczyć zwłaszcza, że Watykan może być również nazwany twierdzą informacyjną. Lata jednak mijają, a to, co ukryte często wychodzi na jaw w najmniej oczekiwanym momencie.

 

Rok 1944. Beduiński pasterz i wieśniak Mohamed ed-Dib wędruje po okolicy północnego krańca Morza Martwego, jak często mu się zdarzało, poszukiwał zagubionej kozy. Fakt, że w tej okolicy panowała duża bieda sprawiał, iż można dosłownie napisać, że koza była na wagę złota. Po kilkunastu minutach poszukiwań natrafia na jaskinię, nigdy jej wcześniej nie widział, przynajmniej nie zwracał na nią wagi. Uznał, że koza może być w środku, ponieważ jaskinie to naturalne miejsce schronienia. Mohamedpochylił się, wziął do ręki kamień i rzucił nim do wnętrza ciemnej jamy. Niestety nie usłyszał beczenia kozy, usłyszał trzask pękającego naczynia. Zdziwiony wszedł powoli do wnętrza jaskini i zamiast kozy dostrzegł gliniane naczynia, jedno z nich było pęknięte, za sprawą owego kamienia. Szybko dostrzegł pierwszy zwój, wystający z uszkodzonego miejsca. Był to jednak pierwszy element układanki, układanki od teraz nazywanej Zwojami z nad Morza Martwego lub Zwojami z Qumran.

 

Zwoje wywołały burzę, było to odkrycie, które zainteresowało różne kręgi, nawet CIA chciało pozyskać owe znalezisko. Badania nad zwojami z nad Morza Martwego trwają po dzień dzisiejszy, część z nich została zatajona, cześć sprzedana na czarnym rynku, część ujawniona. Jedno jednak jest pewne, części prawdy to za mało, gdzieś tam, być może w archiwach Watykanu lub prywatnych kolekcjach milionerów leżą zakurzone elementy zwojów z nad Morza Martwego a w raz z nimi leży prawda. W kolejnych częściach przyjrzymy się bliżej owemu znalezisku i temu, jakie ono wywołało konsekwencje w świecie i samym Watykanie.

 

 

Więcej na ten temat możecie przeczytać na www.tajemnice-swiata.pl

Tajemnice Świata

 

 



W Legnicy miał mieć miejsce cud eucharystyczny

Zgodnie z oficjalnym komunikatem biskupa Legnicy Zbigniewa Kiernikowskiego 25 grudnia 2013 roku w parafii św. Jacka miało mieć miejsce „Wydarzenie Eucharystyczne o znamionach cudu eucharystycznego”. Podobno na hostii, która upadła na posadzkę i została później podniesiona i złożona do naczynia z wodą (zgodnie z obowiązującym zwyczajem) po pewnym czasie pojawiły się czerwone odbarwienia przypominające krew.

 

Zdecydowano nie informować o tym wiernych, a ówczesny biskup Legnicy Stefan Cichy powołał specjalną komisję, której celem miała być weryfikacja tego zdarzenia. W lutym 2014 roku wyodrębniono fragment czerwonej substancji z hostii i poddano go analizie w kilku niezależnych laboratoriach. Wyniki badań okazały się jednak znacznie wykraczać poza wyobrażenia biskupa.

Zgodnie z tym co napisano w komunikacie:

Ostatecznie w orzeczeniu Zakładu Medycyny Sądowej czytamy: „W obrazie histopatologicznym stwierdzono fragmenty tkankowe zawierające pofragmentowane części mięśnia poprzecznie prążkowanego. (…) Całość obrazu (…) jest najbardziej podobna do mięśnia sercowego” (…) ze zmianami, które „często towarzyszą agonii”. Badania genetyczne wskazują na ludzkie pochodzenie tkanki.

Wydarzenie zostało już zgłoszone do Watykanu i przedstawione Kongregacji Nauki Wiary. Odpowiedzialnemu za odkrycie tajemniczej hostii księdzu proboszczowi Andrzejowi Ziombrze biskup Legnicy polecił stworzenie odpowiednich warunków do zaprezentowania relikwii oraz stworzenie księgi gdzie zapisywano by wszelkie ewentualne cuda jakie mogłyby nastąpić za pośrednictwem hostii.

Całą treść komunikatu możecie przeczytać TUTAJ



Ogromne UFO widziane podczas transmisji z ISS

Wszystkie przekazy na żywo transmitowane na Ziemię z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej są oczywiście pod stałą obserwacją rozmaitych zapaleńców poszukujących w nich interesujących sekwencji. Od czasu do czasu udaje się zaobserwować dziwne obiekty poruszające się w okolicy ISS oraz w zasięgu jej kamer. Tym razem jest to bardzo intrygujący obiekt prawdopodobnie o sporych rozmiarach.

 

Zdarzenie miało miejsce 5 kwietnia 2016 roku i widziało to jednocześnie kilku internautów obserwujących przekazy z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Obserwacja ta była bardzo szeroko komentowana w kręgach ufologicznych. Niektórzy nazywali ten obiekt "statkiem obcych" zbliżającym się do ISS.

Liczne obserwacje wokół stacji to rzeczywiście UFO, ale w większości są to po prostu niezidentyfikowane śmieci kosmiczne. Nie zapominajmy, że stacja kosmiczna pozostaje na relatywnie niskiej orbicie kilkuset kilometrów, gdzie często kumulują się deorbitujące szczątki wystrzeliwanych w przeszłości rakiet i satelitów.

Jednak w tym konkretnym przypadku ilość osób twierdzących, że to nie są zwykłe kosmiczne śmieci jest zadziwiająco duża. Zwraca się uwagę na kolorystykę obiektu i sposób w jaki odbija się od niego światło. Nie wygląda też na to, aby obiekt miał niepewną orbitę i koziołkował w przestrzeni w chaotyczny sposób. Skojarzenie do wahadłowca wydaje się w tym wypadku uzasadnione.

Skończyło się tym, że jeden z łowców UFO zaskoczony tym co zobaczył zgłosił ten incydent jako oficjalny przypadek obserwacji UFO do organizacji MUFON zajmującej się katalogowaniem i wyjaśnianiem takich spraw. Ostatecznie obserwacja została zarejestrowana pod numerem 75648.

 

 

 

 



Czym jest tajemnicza święta Góra Uluru w Australii

Góra Uluru znajduje się w środkowej części Australii i jest największym monolitem na naszej planecie. Dodatkowo Aborygeni uznają to miejsce za święte i nietykalne. Z kolei dla samych turystów góra Uluru jest miejscem docelowym licznych wycieczek, to miejsce po prostu zapiera dech w piersiach. Zatem czy warto się tam kiedyś wybrać i na własne oczy zobaczyć to majestatyczne miejsce? Odpowiedz wcale nie jest taka jednoznaczna mimo, że góra Uluru to coś niepowtarzalnego, coś wręcz nie z naszej planety. W okolicy tego tajemniczego monolitu często dochodzi do zagadkowych zdarzeń, część z nich kończy się dramatycznie.

 

Wyliczanie można rozpocząć od częstych wypadków, do których dochodzi w strefie otaczającej świętą górę. Zwiedzający bardzo często tracą przytomność, części z nich zdarza się to po raz pierwszy w życiu. Z kolei inne osoby dostają zawału serca, wylewu bądź udaru, chociaż dotąd cieszyły się doskonałym stanem zdrowia. Zdarzają się także przypadki, w których turysta skręca sobie kark, łamie nogę czy rękę. Czy to przypadek? Zapewne część z owych wydarzeń jest losowa, ponieważ w tego typu miejscach nie trudno o jakieś drobne urazy, nie mniej jednak takie natężenie owych negatywnych zjawisk daje do myślenia.

 

Co ciekawe wielu turystów i zwiedzających zabiera na pamiątkę jakiś kamyk czy kawałek czegoś z góry Uluru, po upływie kilku miesięcy owe kawałki powracają do dyrekcji parku w małych paczuszkach, mimo iż nikt o nie się nie upominał. Dlaczego więc turyści sami zwracają owe pamiątkowe fragmenty skał? Czyżby nie przynosiły one szczęścia a zupełnie coś innego? Tutaj nie musimy pozostawać w sferze domysłów, ponieważ część paczek zawiera listy informujące o nieszczęściach, jakie zaczęły nawiedzać osoby, które postanowiły zabrać ze sobą cześć tej świętej góry.

 

Nasza planeta skrywa w sobie wiele niewyjaśnionych tajemnic, do jednych z nich możemy zaliczyć świętą górę Aborygenów. Miejsce wyjątkowe a mimo to wzbudzające jakąś formę szacunku i strachu. Nie pierwszy już raz możemy spotkać się z miejscem, które łączy w sobie pierwiastki piękna i czegoś nieodgadnionego być może nawet niebezpiecznego. Właśnie ta wyjątkowość i tajemnica są tak magnetyzujące i przyciągające. Aborygeni często mawiają, że ich góra jest górą śmierci. Szczególnie dla tych, którzy w sposób niegodny odwiedzają to miejsce.

 

Na własnej skórze mógł się o prawdziwości tych słów przekonać Greg Leeding 54 letni ojciec, mąż i głowa rodziny. W trakcie wspinaczki na Uluru doznał rozległego ataku serca, atak był na tyle silny, że ratownicy nie byli w stanie nic zrobić. Mężczyzna zmarł. Po jakimś czasie, syn tragicznie zmarłego turysty relacjonuje całe zdarzenie w ten sposób. „Ojciec czuł się źle przed podejściem, był niespokojny i pełen obaw, zupełnie bez powodu. Wszyscy jesteśmy w szoku, nie wiemy jeszcze, co tak naprawdę się stało.”

Do wypadków nie dochodzi tylko i wyłącznie na samym miejscu, przykład dwóch brytyjskich turystów pokazuje, że przekleństwo czy klątwa góry Uluru nie zna granic. Ci dwaj młodzi ludzie po powrocie z wycieczki, której celem była święta góra aborygenów, nagle giną pod kołami śmieciarki w samym centrum Nowego Yorku. Przypadek czy może realne oddziaływanie czegoś lub kogoś? Dodatkowo należy także zwrócić uwagę na owe paczki zwrotne zawierające ‘‘kamienie pamiątki’’ zabrane z tego miejsca i dołączone do tych paczek listy.

O to jeden z opublikowanych listów, którego fragment wydaje się dość tajemniczy. „Jest we mnie dość mocno zakorzeniona niepewność, co do duchowości i kultury aborygenów, a gdy nie wiesz czegoś dobrze, lepiej jest zachować dużą dozę ostrożności, więc zwrócenie kamienia będzie pewną formą zabezpieczenia dla mnie” Zabezpieczenia? Przed czym? Przed oddziaływaniem martwego kamienia?

 

Góra Uluru to miejsce święte, niepowtarzalne, niebezpieczne, dla każdego będzie ono uosobieniem czegoś innego. Takie rejony świata przyciągają po mimo swojej często negatywnej opinii. Świadczą o tym dziesiątki tysięcy turystów, którzy co roku odwiedzają Uluru. Część z nich nawet nie ma pojęcia o istnieniu doniesień czy też legend ostrzegających przed tą świętą górą z kolei inna część odwiedzających zna doskonale ryzyko, jednak gra jest warta swojej ceny. Kto wie, może wystarczy tylko i wyłącznie podejść do tego miejsca z szacunkiem, a żadna klątwa czy też negatywne zdarzenia nas nie spotkają i wizyta w tym świętym miejscu będzie dla nas przeżyciem które zapamiętamy na całe życie.

 

Artykuł pochodzi z portalu www.tajemnice-swiata.pl

Tajemnice Świata

 

 



Strony