Czerwiec 2016

Rosnąca Ziemia

O tym, że istnieje dryf kontynentalny, każdy wie w dzisiejszych czasach. Odkrył to jeszcze Wegener obserwując uważnie linie brzegowe kontynentów. Kiedy Alfred dostrzegł, że pasują do siebie ułożył logiczną teorię o lądzie, który kiedyś stanowił jedną całość, następnie się podzielił na mniejsze i od tamtej pory te oddalają się od siebie. Niezliczona ilość badań udowodniła jego teorię wielokrotnie. W ich trakcie okazało się nawet, że kiedy porównać ze sobą nie same kształty kontynentów ale zanurzone pod wodą krawędzie szelfu, kontury pasują do siebie jeszcze bardziej.

Odkrycie dokonane przez Wegenera rodzi pytania: co sprawiło, że kontynent pierwotny rozpadł się na mniejsze? I co konkretnie powoduje, że podzielone kontynenty oddalają się od siebie? Na te pytania nie tylko Alfred ale i nauka niestety nigdy nie dostarczyli jasnej odpowiedzi. Zamiast nich oficjalna nauka zaoferowała jedynie niczym niepotwierdzoną teorię tektoniki płyt oraz teoryjkę subdukcji. Dla przypomnienia, teoria tektoniki twierdzi, że kontynenty błąkając się to tu to tam chaotycznie dryfują sobie jako luźne płyty tektoniczne.

 

Teoryjka subdukcji natomiast, która jest tylko niedorozwiniętym dzieckiem powyższej teorii, zakłada że dryfujące bez ładu i składu kontynenty wpadają na siebie czasami, a to z kolei powoduje, że jedna płyta tektoniczna wsuwa się pod inną. Całkowity brak dowodów sprawia jednak, że obie teorie nie posiadają ze stanem rzeczywistym kompletnie nic wspólnego. Ponieważ poznane już fakty dotyczące Ziemi nawet przeczą prawdziwości powyższych założeń, sprawa kontynentów i prawdziwej natury skorupy ziemskiej nadal jest niewyjaśniona. Faktem bezspornym są bowiem głębokie podwodne szczeliny, z których nieprzerwanie od milionów lat wydobywa się lawa. Zastygając, ona po pierwsze, rozpycha się i bezpośrednio sprawia, że kontynenty oddalają się od siebie oraz po drugie, rodzi oczywiste pytanie: co się dalej dzieje z tą ogromną, wciąż przybywającą masą zastygającej skały?

 

Naukowcy nieśmiało teoretyzują, że podczas bla, bla, subdukcji skały no one się topią i z powrotem trafiają do płaszcza Ziemi, ale to oczywiście nieprawda. Zaobserwowano bowiem jedynie wypływające masy lawy. Ona wydobywa się i zastyga – to jest udowodnione i nie podlegające dyskusji. Powstają z niej nawet wyspy wulkaniczne jeśli lawa wydobywa się ciągle w jednym miejscu. Nigdy natomiast nie widziano znikającej lawy,  która hmm… rozpuszcza się? Znika? Roztapia jak śnieg i gdzieś wsiąka? Na pewno nie. Sejsmologów, z tektoniką łączy tylko tyle, że oni najbardziej nie wiedzą co z tym tektonicznym fantem począć. Zamiast wyjaśnienia zjawisk znanych z natury wysnuli jedynie dwie całkiem oderwane od rzeczywistości teorie. Aby więc odkryć prawdziwą istotę zjawisk zachodzących w skorupie ziemskiej przeprowadzimy eksperyment naukowy, który nie tylko dostarczy ludzkości dużo lepszą teorię ale również upragniony dowód na jej potwierdzenie. Udowodnimy doświadczalnie dokładnie to co dzieje się w naturze czyli, że kontynenty wręcz muszą dzielić się na mniejsze, a następnie od siebie oddalać.

 

Potwierdzenie tego w warunkach laboratoryjnych, to jest podstawowy cel eksperymentu. A przy okazji postaramy się obalić raz na zawsze niedorzeczną wodę po kisielu, czyli opartą na niepotwierdzonej teorii tektoniki płyt, niepotwierdzoną teoryjkę subdukcji. Nasuwające się na siebie dryfujące skały, które potem w nadprzyrodzony sposób gdzieś znikają, są po prostu niedorzeczne. Nikt, nigdy nie widział czegoś takiego, no ale taka jest właśnie teoryjka subdukcji. Bardzo dużo poruszam się po świecie i bardzo wiele osobliwych rzeczy już widziałem. Nigdy jednakże nie zauważyłem kontynentu wsuwającego się pode mnie. Widywałem jedynie wsuwające się mężatki, biustonosze, majtki. Dość często i… stosunkowo się to przydarzało. Widziałem  również wsuwające się pode mnie powodziowe fale. Widziałem wsuwające się łapki kieszonkowca. Widywałem nawet dużo świń podsuniętych przez podludzi.

 

Nigdy jednak wsuwającego się kontynentu nie zaobserwowałem. Nasuwającego się, zresztą również. Nasuwały się jedynie starsze kobiety w kolejce sklepowej, przykre myśli kiedy skończył się zapas żubra , ale nigdy, przenigdy, żaden kontynent nie nasunął się na mnie. Wręcz przeciwnie – już kilka razy udało mi się stwierdzić grunt usunięty spode mnie, co bezpośrednio było przyczyną kilku poważnych zniknięć jakich doznałem. Zniknięcia są fascynującym zjawiskiem z jednej strony lecz z drugiej niepokojąco groźnym, ponieważ człowiek nigdy nie wie gdzie się potem zmaterializuje. Czasami bowiem zmuszony jestem poruszać się w całkowitych ciemnościach polegając jedynie na słuchu. I kiedy pewnego razu szedłem tak sobie borem, lasem, polem, w buzi papierosek, w ręku żubryk, człowiek szczęśliwy bo w zasadzie wszędzie pachnie lato, cykają świerszcze, ćwierkają nietoperze aż tu nagle wyciągnięta stopa napotyka pustkę. Nie ma niczego. Jeden krok temu ziemia była a teraz jej nie ma. W ułamku sekundy bardzo dużo dziwnych myśli kłębi się we głowie. A ciało nadal idzie do przodu.

 

Ha, to Matka Ziemia rozstąpiła się przed szczęśliwym człowiekiem i przyjęła go na swoje łono. I niestety prawda jest taka, że żadna płyta tektoniczna nie wsunęła się wtedy pode mnie i dopiero miękkie jak żelbeton dno melioracyjnego rowu zamortyzowało teleportację. W jednej chwili byłem, a w następnej mnie nie było na powierzchni Ziemi. Zniknięcia są niezwykle traumatyczne, bo potem ręką przez trzy dni nie można ruszać i przez jakiś tydzień trzeba chodzić bokiem, bo coś się przestawia w biodrze. Innym razem, po zniknięciu odnalazłem się z twarzą pod wodą – wówczas oczywiście również żadna płyta tektoniczna nie przybyła mi z pomocą. Straciłem podczas tamtego zniknięcia nie tylko papierosa ale również żubra. On zniknął jeszcze szybciej ode mnie. Przez dwa dni wydobywałem kamyki z nosa, uszu i spod powiek, jakie podczas zniknięcia zaczerpałem.

 

Słuch absolutny niestety nie pomógł, ponieważ rowu z wodą nie słychać tak samo jak rowu bez wody. Zniknięcia są strasznie nieprzewidywalne. Jeszcze innym razem idąc jak saper bardzo ale to bardzo ostrożnie po to, aby nie zniknąć po raz kolejny, widziałem na własne oczy jak zniknęła tuż przede mną kobieta. Idzie, kręci sobie dupką i nagle fuuuch… i jej nie ma. W jednej sekundzie marudząc na głos parła do przodu, a w drugiej już jej nie było pośród ziemskich stworzeń. W absolutnej ciszy uświadomiłem sobie, że ona po prostu zniknęła. Pomimo upału poczułem na kręgosłupie wielki lodowy paluch. Z wrażenia aż mi papieros wypadł z gęby.

 

Zmaterializowała się dopiero po jakimś czasie wisząc jak pająk na krzakach jeżyn, nie mogąc ani ręką ani nogą dosięgnąć Matki Ziemi. Oczywiście nie pomogła jej nie tylko płyta tektoniczna ale nawet doskonały wzrok, gdyż nie usłyszała rowu z jeżynami z odległości ćwierć metra. Niesamowite jest być naocznym świadkiem czyjegoś zniknięcia. Dupa boli potem przez miesiąc ze śmiechu, no i zajady zawsze się robią w tego typu sytuacjach. Żadne płyty tektoniczne podczas zniknięć się nie wysuwają. Subdukcja zwyczajnie nie istnieje. Można to bez najmniejszego trudu udowodnić po prostu znikając… ale z oczywistych względów nie wolno ludzi narażać na zajady. Udowodnimy więc to w bezbolesny sposób. Przeprowadzimy w tym celu prawdziwe naukowe doświadczenie w profesjonalnie kontrolowanych warunkach laboratoryjnych. Do doświadczenia potrzebne będą tylko cztery składniki: entuzjastycznie nastawiony na odkrycia naukowe uprawniony kierownik eksperymentu, symulator Ziemi, wolontariusz Marian i odrobina dobrego, świeżego wina. Na pozór niby ciężko o powyższe składniki ale poniższy poradnik pomoże rozwiać pozory.

 

1. Najłatwiejsza część to oczywiście symulator Ziemi. Zawsze jest dostępny u gumowych ludzi. 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Prosta, łatwa i przyjemna sprawa.

2. Odrobinkę trudniej będzie o wolontariusza, bo według prastarej przepowiedni kandydat musi mieć na imię Marian i być jak astronauta; dzielny, niezłomny i odporny nie tylko na ciężkie warunki występujące na Ziemi ale również silne przeciążenia występujące w kosmosie. Musi również posiadać bardzo elastyczne podejście do przepisów i warunków pracy. Najlepiej więc przeprowadzić rekrutację w najbliższym ośrodku szkoleniowym kosmonautów, czyli za Lidlem w krzakach. Będąc tam rozpoczynamy selekcję wśród astronautów. Śpiące królewny odpadają. Zmęczeni rycerze również. Szukamy nadczłowieka, który ma ekstremalnie rozwinięty zmysł równowagi i nawet podczas trzęsienia ziemi jest w stanie na stojąco odegrać pełny hejnał na butelce bełta. To musi być twardy jak granit zawodnik odporny nie tylko na upał, deszcz i radioaktywne promieniowanie ale również atak Talibów oraz tsunami. Tylko Marian jest w stanie sprostać wyzwaniu ale na całe szczęście współczesny świat jest pełen Lidlów i bezimiennych ekstremalnych Marianów. W porze letniej wystarczy po prostu wejść w krzaki. W zimowej zresztą również, jako że jedną z bardzo wielu zalet Marianów jest także ta, że są nadnaturalnie mrozoodpornymi istotami.

3. Nieco trudniej będzie z dobrym winem, gdyż do naszych celów ze względu na wyśrubowane wymagania jeśli chodzi o skład chemiczny i termin przydatności do spożycia niestety nie każde się nadaje. Dlatego zdradzę od razu że najlepsze jest młode wino pochodzące z renomowanej destylarni Apacza. Jedynie Apacz daje pewność, że nie leżakował dłużej niż dwa dni i pochodzi z pierwszego deptania.

Ponadto tylko Apacz udziela sześciodniowej gwarancji, że nie zbryla treści pokarmowej w jelitach, bo oprócz bejcy i benzyny, zawiera także żywe kultury grzybów, kompost z jabłecznika oraz odpowiednią ilość chloru, siarki, węgla, wodoru i pozostałych pierwiastków obecnych w skorupie ziemskiej w okolicach tektonicznych. Innymi słowy dobre wino musi pochodzić z koncesjonowanej bimbrowni, pachnieć jak wulkan i palić jak lawa, a warunki te spełnia wyłącznie gatunkowy Apacz w kwasoodpornych opakowaniach. O klasie tego wina najlepiej chyba mówi przekazywane szeptem z ust do ust starodawne przysłowie: „Jak chcesz zrobić dobre wrażenie na kobiecie - nie rób z siebie dziada i na pierwszą randkę kup wino za minimum 30 złotych”. Zawsze stosuję się do mądrości ludowych i z osobistego doświadczenia wiem, że kobieta po prostu zaniemówi, kiedy w ramach sawuar wiwru na pierwszą randkę przyniesie się w reklamówce sześciopak Apaczów i siódmego z aluminiową kokardką pod pachą. Odpowiednie kokardki dla luźnych Apaczów są dostępne oczywiście w kwiaciarniach. No i to na tyle kultury - pisuar wiwr jest magicznym kluczem do miłosnych podbojów. Jeszcze żadna ziemska kobieta nie oparła się ogromnej mocy zgromadzonej w siedmiu Apaczach.

 

4. No i w końcu uprawniony kierownik doświadczenia. Droga do kierownikowania oficjalnie jest długa i mozolna, bo jak niesie wieść gminna, aby zostać kierownikiem trzeba jak jakiś głupi latami biegać z tornistrem po gimnazjach albo jak jakiś głupszy z mopem po McDonaldach. W obydwu przypadkach bolesna sprawa. Na całe szczęście jest bacologia, która wypracowała metodę na to, aby zostać kierownikiem w ułamku sekundy. Ponadto w zupełnie bezbolesny sposób. W tym celu idziemy po prostu na strych lub do piwnicy po starożytny worek. Rozworkowujemy to co dla przyszłych pokoleń zaworkował pradziadek. Odkładamy na bok wypchanego psa, głowę dzika, szablę na tych z Jugendamt i Hitlerjugend, fotografie prababci z okresu kiedy była czarno biała i wydobywamy cel naszych poszukiwań - najbardziej jaskrawy sweter utkany z solidnego konopnego sznurka. Najlepszy jest taki czerwony w renifery albo mikołaje – zapinany na guziki robione ręcznie z rogu karibu. Na głowę dobrze jest założyć również czapkę z krowim dzwonkiem a na nogi plażowe klapki – najlepiej z rodzaju tych, które mlaskają. Tak wyekwipowani wkraczamy w krzaki za Lidlem – dla oszczędności można to zrobić oczywiście podczas poszukiwań bezimiennych Marianów - i dzięki specjalnemu odzieniu już po niecałej sekundzie da się słyszeć:

- Masz piensiesiąt ghroszy, kiehrowniku?

Można? No ba. W ułamku sekundy zostaliśmy kierownikiem. Prawdziwym kierownikiem, cieszącym się prawdziwym autorytetem u odrobinkę mniej starannie poddanej procesom edukacyjnym warstwy społecznej. Żadnej lipy typu docent lub magister tylko autentyczny kierownik posiadający autentyczny szacunek u załogi. I to już wszystko, a teraz sam…

EKSPERYMENT NAUKOWY

 

Na początek ostrożnie żeby się nie poparzyć otwieramy butelkę i dajemy załodze powąchać kapsla. Pod wpływem feromonu, który jest najsłodszą tajemnicą producenta, Marian zakochuje się od pierwszego oddechu w Apaczu. Miłość to najsilniejsza chemia, mamy więc gwarancję, że Marian już nas nie opuści. Trzymając butelkę w zasięgu wzroku ale poza zasięgiem jego rąk idziemy prosto do gumowych ludzi. Marian niczym zombie podąża naszym śladem. Z gumowymi bardzo serdecznie witamy się ściskając z szacunkiem ich porośnięte bieżnikiem dłonie, po czym przedstawiając główne założenia eksperymentu wynajmujemy od nich na potrzeby doświadczenia symulator Ziemi. Witamy się również z wyglądającym jak dipol panem Gienkiem, zatrudnionym w laboratorium na jedną trzydziestą drugą etatu przy usuwaniu plam oleju przy pomocy trocin, za którą to pracę otrzymuje dwa Harnasie dziennie, co pozwala mu przetrwać kapitalizm na monofazie. Następnie, jak już dobiegnie końca część powitalna, bardzo dokładnie ustawiamy Mariana na środku maszynki do zakładania opon.

 

Tam przy pomocy imadełka hydraulicznego będącego na wyposażeniu mocujemy prawidłowo jego stopy, aby podczas eksperymentu nie spadł, nie połamał nóg i nie przemienił się przypadkowo w lajkonika. Gdyby przejawiał oznaki niepokoju podajemy mu Apacza a potem starannie oznaczamy samoprzylepnymi etykietkami: Dębica oznacza Amerykę  – nalepiamy ją na lewą rękę Mariana, Continetal to Azja – idzie na prawe ramię, Goodyeara mocujemy na lewą nogę – to będzie druga Ameryka, Michelina natomiast nalepiamy na prawą nogę – będzie oznaczał Afrykę. Jak jest jeszcze Pirelli to można podać Marianowi na czoło – niech robi za Europę. Następnie sprawdzamy zaciski i wprawiamy ustrojstwo w ruch. Można a nawet należy zarejestrować przebieg doświadczenia, zatrudniając w charakterze operatora jednego z gumowych ludzi. Gumowy człowiek rejestruje wszystko gumowym telefonem, a Marian obracając się majestatycznie z powagą zawodowego hejnalisty sączy Apacza. Bardzo uważnie obserwujemy każdy aspekt tego wydarzenia protokołując dla dobra nauki każdy szczegół doświadczenia. Przez ponad wiek ludzkość czekała na ten eksperyment. Obiekt Alfa Bravo Apacz Marian jest spokojny i skupiony. Bez szwanku znosi przeciążenia. Ustają tiki oraz drżenie ręki. Kiedy uzupełnia zapas siarki i wodoru w organizmie jego twarz wyraża pełną więź emocjonalną z ojczystą planetą. Bardzo szybko uwidacznia się idealna duchowa równowaga, występująca tylko u największych filozofów, guru oraz myślicieli. Pod koniec butelki Marian wchodzi na wyższy poziom świadomości pozwalający mu zrozumieć reguły rządzące wszechświatem. Zauważa że stopy ma nieruchome i usiłuje je nieudolnie uwolnić. Dla jego bezpieczeństwa zwiększamy nacisk imadła i zwiększamy obroty. Widok Mariana obracającego się jak zmechanizowana statua wolności jest imponujący. Żaden z gumowych ludzi jeszcze nie widział czegoś równie podniosłego. Nawet pan Gienek zawsze zgięty jak paragraf aż się na chwilę niebezpiecznie wyprostował. Kiedy Marian wchodzi na szybsze obroty koncentrujemy się nad celem eksperymentu obserwując co się dzieje. Niestety lecz… nic nie widać, jeśli nie liczyć pana Gienka krążącego nerwowo z workiem trocin w poszukiwaniu plam oleju, które można by posypać.

- Nie teraz panie Gienku. – odprawia go gumowy człowiek z kamerą.

Kiedy pan Gienek usuwa się z pola widzenia obserwujemy Mariana. Kontynenty nieruchomo tkwią na swoim miejscu, żaden nie dryfuje a Marian już skończył Apacza i rozgląda się zaciekawionym spojrzeniem. Zaczyna się nawet odchylać od pionu w dynamiczny sposób. Nie ma w zasięgu wzroku kolejnej butelki więc zachodzi realna obawa, że jednak spadnie, połamie nogi i zamieni się w lajkonika. Zwiększamy więc na wszelki wypadek do samego końca docisk imadła i zwiększamy maksymalnie obroty. Ponownie obserwujemy co się dzieje. Niestety lecz ponownie nic się nie dzieje. Jest tak, ponieważ jak się okazuje doświadczenie mimo wszystko nadal przebiega zbyt wolno. Cóż z tego, że symulator kręci się stosunkowo szybko kiedy sytuacja wygląda zupełnie jakbyśmy postawili Mariana na biegunie. Zbyt mała prędkość obrotowa panująca w tych rejonach, niestety nie jest w stanie nam niczego udowodnić. Gumowi ludzie nie kryją zawodu. Eksperyment grozi porażką. Duch niepowodzenia coraz bardziej zaczyna unosić się w pomieszczeniu przytłumiając zapach gumy wydzielany przez gumowych ludzi oraz woń Mariana, który pachnie wszystkim tym co rośnie w jego skórze i rodzimych krzakach. Nawet organ kierowniczy zaczyna z wolna ogarniać zwątpienie. Czyżby nowa wspaniała teoria była jednak błędna? Ależ nie!

Więcej mocy. Potrzebujemy więcej mocy. Musimy po prostu zdobyć symulator Ziemi obracającej się w okolicach równika. Sytuacja jednak robi się niepokojąca, ponieważ obserwatorzy tracą nadzieję na sukces wyrażając głośno uwagi, że marnują swój czas oraz pamięć w gumowym telefonie. Kompletnie brak im tej subtelnej nutki cierpliwości charakterystycznej dla prawdziwych niestrudzonych badaczy. Ignorujemy dylematy amatorów zmuszając mózg do pracy na najwyższych obrotach. Mija długa sekunda, druga, trzecia i nagle… w ostatniej chwili nasz wzrok spoczywa na maszynce do wyważania opon. Tada! To jest to! To musiał być sygnał od opatrzności czuwającej nad przedsięwzięciem naukowym. Nigdy nie wolno lekceważyć tego typu sygnałów. Gorączkowo odpinamy Mariana od maszynki i pokazujemy wzrokiem nową. Marian jeszcze nie rozumie założeń zmodyfikowanego eksperymentu ale nie przejmujemy się tym tylko podajemy mu drugiego Apacza. Kiedy go zasmakuje już nie będzie miał nic przeciwko, aby jego elastyczne ciało przymocować do wyważarki nawijając je najlepiej na jakąś alufelgę osiemnastkę. A kiedy go skończy będzie niemal szczęśliwy. Kiedy Alfa Bravo Marian jest już na swoim miejscu podajemy mu dla bezpieczeństwa trzeciego Apacza, potem pozwalamy gumowym ludziom wypowiedzieć magiczne zaklęcie:

- Nie teraz panie Gienku.

Po czym ciągniemy za wajchę i wprawiamy ustrojstwo w ruch. Tym razem eksperyment przebiega znacznie dynamiczniej. Niemal natychmiast kontynenty oddalają się od siebie i to tak szybko, że aż unoszą się gumowe brwi w laboratorium. Entuzjazm momentalnie powraca na gumowe twarze. Marian kręci się jak pajacyk z jarmarku, a naukowcy cieszą jak małe dzieci. Wszyscy są szczęśliwi. Kiedy Marian osiąga zaledwie ułamek prędkości obrotowej Ziemi na równiku my już posiadamy namacalny dowód, że kontynenty oddalają się od siebie nawzajem. Zwiększamy moc usiłując osiągnąć warunki maksymalnie zbliżone do naturalnych. Krótka chwila i kontynenty są już maksymalnie oddalone - chwała Wegenerowi. Żaden kontynent się nie wsuwa pod inny. Subdukcja nie istnieje - chwała bacologii. To wielka chwila w dziejach ludzkości. Dryf kontynentów wymusza siła odśrodkowa planety i mamy na to dowód. Ona nigdy nie pozwoli kontynentom zbić się w kupę lecz coraz bardziej je rozprasza. Odsuwamy na bezpieczną odległość pana Gienka i zwiększamy jeszcze bardziej prędkość Ziemi, Mariana znaczy. Coś się dzieje! Coś, czego nie było wcześniej. Pomiędzy Azją a Ameryką szybko pojawia się szczelina, z której wydobywa się strumień lawy, Apacza znaczy. Zwiększamy więc jeszcze bardziej obroty Mariana, co zwiększa również u niego poziom zainteresowania.

- Ha, ha, jestem w pawiu. – oznajmia pogodnie.

- Dajesz ziomek. – motywujemy go do zwiększonej aktywności tektonicznej.

W kolejnych sekundach pojawia się kolejna szczelina. Tym razem pomiędzy Ameryką a Afryką a laboratorium wypełnia zapach lawy, moczu znaczy.

To wzruszający moment, na który od wieków ludzkość czekała. Obserwatorzy z niedowierzaniem patrzą lecz widząc to co widzą poklepują się z entuzjazmem po gumowych plecach. To bardzo doniosła chwila. Owacjom nie ma końca. Łzy wzruszenia pojawiają się na twarzach obserwatorów jednocześnie ze smarkami na buzi Alfa Mariana, które zupełnie jak babie lato błyskawicznie owijają mu się wokół twarzy. Popychamy wajchę do samego końca obserwując przebieg doświadczenia. Na najwyższych obrotach następuje finałowa erupcja z Mariana a laboratorium pokrywają strugi czegoś lepkiego, co czuć wodorem i siarką. Widać, że na modelu zachodzą dokładnie te same zjawiska co w skali planety. Kontynenty są oddalone od siebie tak jak to tylko możliwe a bezlitosna siła odśrodkowa w pewnym momencie odrywa od Europy Apacza. We wcześniej szczęśliwych oczach obserwatorów pojawia się jednak autentyczne przerażenie. Gumowi ludzie zaczynają głośno wyrażać obawy, że eksperyment wymknął się spod kontroli. Na widok powiększonych spodni Mariana ich oczy powiększają się, zupełnie jakby były z gumy. Marian też przez jakąś chwilę czuł niepokój ale prawda jest taka, że mu przeszło natychmiast kiedy się wypróżnił. Alfa Marian nadal kręci się jak oszalały rozrzucając dookoła lawę w trzech różnych stanach skupienia. W laboratorium jednak zaczyna narastać panika.

- Menel narobił trzody!

- Obiekt Alfa Brawo Marian, w chwili obecnej to idealny model ziemskiego wulkanu. – tłumiąc emocje dyktujemy obserwację do protokołu.

- Jak to wulkanu? – gumowi ludzie są tak przytłoczeni przyziemnym efektem ubocznym obrotowego Mariana, że nie rozumieją podstawowych zjawisk, jakie zachodzą w imieniu nauki.

- Dokładnie tak zachowuje się wulkan pod wpływem dużej siły odśrodkowej. Alfa Marian obracając się podlega prawom…

- Wulkan?

- Wulkan.

- To żul a nie wulkan…

- Zgadza się, ale to również idealny model wulkanu...

- Wulkan, nie wulkan, nie powinien w wulkanizacji natrzodzić! – stwierdza groźnie jeden z gumowych ludzi waląc gumową ręką w czerwony guzik.

Brutalnie przerwany eksperyment dobiega nieoczekiwanie końca i niestety ale dalsze wydarzenia toczą się w zupełnie niekontrolowany sposób. Elastyczny Marian ześlizguje się z wyważarki i na czworakach obłędnym wzrokiem szuka zaginionej butelki. Jest bardzo mocno odwodniony i ma tylko jedno pragnienie – natychmiast uzupełnić poziom minerałów w organizmie. Gumowi ludzie natychmiast naklejają na niego łaty usiłując zatamować wycieki lawy, śliny, smarków i resztek Apacza. Niemile zaskoczony Marian rozpaczliwie wyrywa się i udaje mu się nawet na chwilę stanąć na nogi. Pomimo bardzo silnego przechyłu jakiego nabawił się podczas eksperymentu robi przed siebie kilka niepewnych kroków. W poszukiwaniu równowagi obija się jednak o sprzęty. Z regałów spadają kołpaki, felgi, klucze i ciężkie nakrętki. Gumowi ludzie w milczeniu się do niego zbliżają. Twarze mają coraz bardziej zacięte a w dłoniach pędzle, kleje i całe naręcza gumowych łat. Wygląda to groźnie. Marian dostrzega ich, bezbłędnie odgaduje ich zamiary i rzuca się do panicznej ucieczki. Nadal jednak ma poważny problem z zachowaniem równowagi. Chaotycznie zygzakując taranuje wszystko co stoi mu na drodze. Z hukiem walą się na ziemię regały a z nich spada niezliczona ilość opon, które podskakując we wszystkich kierunkach tworzą w mgnieniu oka chaos. Zwiększony hałas dodatkowo zwiększa stres Mariana. Pod lawiną opon gumowi ludzie idą w rozsypkę, a jeden który nie zdążył się rozsypać z trzaskiem łamanego nosa upada bez czucia uderzony w twarz zimówką. Kiedy mordercze opony już przestały im zagrażać, gumowi ludzie przegrupowali się i ponownie zbliżają do Mariana. Na twarzy osaczonego pojawiają się objawy paniki, kiedy nie może doliczyć się prześladowców nawet z grubsza. Co najmniej ze dwóch mu brakuje a niepewność co do ich pobytu rozsadza mu głowę i tak już skołataną dotychczasowym natłokiem problemów. Sprawa się wyjaśnia, kiedy ktoś strażackim truchtem biegnie od zaplecza rozwijając węża i kieruje bardzo silny strumień wody od tyłu na Mariana. Ten, zaskoczony odwraca się i otrząsa jak pies rozrzucając wszędzie lepkie strużki pawia, moczu i czegoś jeszcze co wygląda jak zastygła lawa. Obrzucony nią strażak natychmiast zaczyna wymiotować. Marian głowę nadal ma spowitą w smarkach więc nie widzi dobrze sytuacji. Obawiając się wody, która od dzieciństwa jest dla niego śmiertelnym zagrożeniem, instynktownie usiłuje uciekać z laboratorium. Uniemożliwia to jednak silny przechył oraz wielka jak pampers łata, którą ktoś niedawno nakleił mu na kroczu. Zwulkanizowany Marian traci równowagę, wpada na gigantyczny stos opon, odbija od nich niczym kula bilardowa i z przerażeniem dostrzega, że wbrew własnej woli podąża z powrotem prosto na gumowych strażaków. Kiedy w jego stronę ze szlaucha podąża nowy strumień wody, Marian łyżwiarskim krokiem zawodowego panczenisty usiłuje się ratować ostrym skrętem w lewo. Natrafia jednak stopą na zaginionego Apacza, wpada w przerażający poślizg, przez chwilę koziołkuje, po czym doznaje zniknięcia w mrocznych czeluściach kanału. Słychać tylko plusk ciała wpadającego do beczki z olejem po czym zalega mrożąca krew cisza.

Po czymś takim koniecznie trzeba zamknąć oczy żeby nie dostać zajadów na twarzy. Potem odczekać z minutę i mrugnąć kilkanaście razy, aby się upewnić czy to wszystko nie było jakimś koszmarem. Niestety ale okazuje się, że naprawdę ktoś bez uprawnień kierownika nacisnął czerwony guzik sprowadzając katastrofę na naukowy eksperyment. Po zuchwałej ingerencji totalnego amatora, laboratorium wygląda jak oczyszczalnia ścieków po uderzeniu pioruna i przejściu tornada. Rozglądamy się próbując przynajmniej oszacować ogrom zniszczeń, bowiem nadal panująca cisza nie wróży nic dobrego. W całym laboratorium panuje odbierający chęć do życia odór. Smród siarki i wodoru jest nie do opisania. Jeśli nie liczyć pojedynczego kołpaka, który brzęcząc kolebie się jeszcze na ziemi nadal panuje cisza i kompletny brak jakichkolwiek oznak życia. Woda z węża silnym strumieniem przepływa na skos przez laboratorium po czym wlewa się razem z nieczystościami szeroką rzeką prosto do kanału. Czegoś takiego nikt nie miałby prawa przeżyć i dlatego nawet nie warto szukać kogoś odważnego tylko po to, aby tam zajrzał. Na powierzchni jest wystarczająco nieszczęść do oglądania. Gumowy człowiek z płaskim nosem nadal leży nieprzytomny pod oponą, która go znokautowała. Pozostali gumowi ludzie osowiale siedzą na porozrzucanych oponach z twarzami ukrytymi w dłoniach. Ich ramionami wstrząsają konwulsyjne spazmy. Nigdy nie wolno ludziom przerywać przeżywania żałoby więc nie przerywamy im tego łkania. Nie wolno również zakłócać spokoju tych, którzy odeszli.

Nikt co prawda nikogo nie ponagla ale to i tak już najwyższa pora taktownie opuścić strefę ciszy, jakoś się ogarnąć i przedstawić światu…

 

WNIOSKI PŁYNĄCE Z EKSPERYMENTU NAUKOWEGO

Najważniejszym jest oczywiście ten, że siła odśrodkowa powoduje oddalanie się od siebie kontynentów. Ta sama siła nie pozwala im się również zbić do kupy. Ta sama siła spowodowała rozerwanie pierwotnego kontynentu na kawałki a te na jeszcze mniejsze fragmenty. Nie ma co do tego wątpliwości, bo właśnie w dzisiejszych czasach, dosłownie kilka lat temu, pojawiło się kolejne po byku pęknięcie w Afryce do już wcześniej istniejącego – które odrywa od niej Półwysep Arabski. To się właśnie dzieje. A jeśli ktoś zapyta, dlaczego, odpowiedź jest prosta: ponieważ siła odśrodkowa nie tylko jest potężna ale to jedyna siła zdolna pokonać siłę grawitacji. To ona powoduje, że lawa płynie z głębi skorupy ziemskiej pionowo do góry - identyczne zresztą jak woda, o której pisałem w teorii wody płynącej pod górkę. Jeśli ktoś jeszcze nie zna tej przełomowej torii – popartej również garścią naukowych dowodów - koniecznie musi uzupełnić wiedzę, jako że to jedno z największych odkryć bacologii:

http://innemedium.pl/wiadomosc/ogolna-szczegolna-poszczegolna-teoria-wod...

Kolejny wniosek jest taki, że subdukcja nie istnieje, bo nawet nie może istnieć. Jeśli Ziemia ma skorupę ziemską, a skorupa masę to obracając się siła odśrodkowa niejako automatycznie sprawia, że ta masa rozłoży się tak, aby jak najbardziej zbliżyć się do stanu równowagi. Identycznie jak Marian na wyważarce. Stracił Apacza tak samo jak Afryka traci Półwysep Arabski. Żadna masa obracając się nie zbija się w kupę tylko rozprasza. W sumie… tak patrząc z perspektywy czasu, to można było nie wyważać Alfa Mariana tylko wrzucić garść klusek do garnka i zamieszać łyżką – efekt byłby ten sam a dużo mniejszy kataklizm. Ale nieważne…

Kolejny wniosek to taki, że oczywiście Ziemia jest pusta. Tylko w takiej formie siła odśrodkowa, (po naszej zewnętrznej stronie), wyrzuca „wbrew” grawitacji, lawę i wodę pionowo do góry niejako odrywając ją od powierzchni. Tylko bowiem w takiej formie ta sama siłą odśrodkowa, (ale po wewnętrznej stronie), wtłacza wodę i lawę w skorupę wręcz dociskając ją do wewnętrznej powierzchni. To siła odśrodkowa wymusza… przeciskanie się płynów przez skorupę ziemską w kierunku zewnętrznym. Nie ma natomiast w przyrodzie innej siły, która powodowałaby zjawisko odwrotne – i dlatego żadna subdukcja nie ma prawa istnieć.

Ponadto lawy wypływającej po naszej stronie od milionów lat przybywa. Przybywa, a nie może ubyć bowiem byłoby to wbrew sile odśrodkowej – tak więc wniosek ostateczny jest taki, że… Ziemia rośnie.

Odkrycie to rodzi to bardzo interesujące wnioski, które łączą pięknie w logiczną całość inne doskonale znane fakty. Fakt pierwszy: skoro Ziemia kiedyś była mniejsza – oczywiste jest że musiała mieć mniejszą grawitację. Co z tego wynika? Ano to że na jej powierzchni mogły żyć wówczas dużo masywniejsze stworzenia. I właśnie wtedy kiedy Ziemia była małą i miała jeden kontynent… żyły sobie dinozaury. Fakt drugi: dinozaury wyginęły dokładnie w tym samym okresie, kiedy Ziemia popękała i urosła. Gady nie dały rady pokonać zwiększonej grawitacji – ich szkielety nie były stanie udźwignąć tak masywnych ciał i efekt jest taki, że przetrwały jedynie te, które masę rozkładają na większej powierzchni niż dłonie i stopy – czyli pełzające węże i krokodyle. Te odkrycie bardzo pięknie prezentuje poniższy filmik, który zbliżając się do końca polecam wszystkim ludziom szukającym prawdy o świecie:

https://www.youtube.com/watch?v=oJfBSc6e7QQ

ZAPIS Z GUMOWEGO TELEFONU

Dokładnie dwadzieścia siedem minut po naciśnięciu czerwonego guzika, woda z węża wypełniła całkowicie kanał. Chociaż to niewiarygodne ale razem z nią na powierzchnię laboratorium wypłynął Marian. Pokryty całkowicie przepracowanym olejem i opasany w pasie gigantyczną dętką jakoś dobił do krawędzi wiosłując wściekle znalezionym gdzieś kołpakiem. Bardzo ciężko wygramolił się z kanału. Ustąpił mu na szczęście bardzo silny przechył na lewą stronę, który wcześniej mocno mu dokuczał. Czarny Marian rzucił przenikliwe spojrzenie na gumowych ludzi błyskając nieprzyjaźnie białkami, a kiedy zobaczył że z twarzami w dłoniach płaczą, ostrożnie skierował się do wyjścia nie chcąc nikomu przerywać żałoby. Skradał się tyłem nie spuszczając z nich nawet na chwilę spojrzenia, gotów w każdej chwili zerwać się do biegu, gdyby został zauważony. W bramie minął się z panem Gienkiem, który w ogóle go nie rozpoznał. Pan Gienek wziął go za gumową kaczuszkę reklamującą wulkanizację a widząc olej odruchowo rozwarł worek i posypał Mariana od stóp do głów trocinami. Marian chciał coś powiedzieć ale okazało się to niemożliwe z łatą na pół twarzy. Pan Gienek poklepał go w ramię i wszedł z workiem do środka rozglądając się badawczo za plamami. Marian ciężko westchnął i przygarbił ramiona. Wyczłapał z laboratorium na otwartą przestrzeń. Przypominając z dętką w pasie pół ludzika Michelina i pół lajkonika, podążył prosto w stronę słońca zachodzącego nad Lidlem.

?>



Udana kampania crowdfundingowa pozwoli naukowcom zbadać gwiazdę KIC 8462852

Tytuł najbardziej tajemniczej gwiazdy we wszechświecie należy się bez wątpienia gwieździe KIC 8462852 zwanej też gwiazdą Tabby. Zdaniem wielu, to właśnie na jej orbicie znajduje się ogromna obca megastruktura powodująca nieprawidłowe spadki w świetle, które zostały zarejestrowane przez astronomów na całym świecie. Dzięki ingerencji internautów badania nad tym ciałem niebieskim będą mogły wkroczyć w nową fazę.

 

Dzięki przeprowadzonej kampanii na Kickstarterze, astronomowie będą mogli przez cały rok badać gwiazdę Tabby i przeanalizować jaki czynnik jest odpowiedzialny za jej dziwne zachowanie. Jak nie trudno się domyślić, głównym problemem w zbadaniu KIC 8462852 był właśnie brak środków finansowych. Jednakże teraz dzięki datków ponad 1700 internautów naukowcy zebrali potrzebne 100000 dolarów i mogą w pełni poświęcić się swoim badaniom.

Boyajian i jej współpracownicy planują kupić "czas" na użytkowanie szeregu mniejszych teleskopów na całym świecie, co pozwoli im właściwie monitorować gwiazdę i wszystko wokół niej przez okres powyżej jednego roku. Długość projektu może wzrosnąć, jeśli więcej funduszy zostanie zgromadzonych przez ich kampaniię na Kickstarterze a już teraz przekroczyli oni swój cel o 7000 dolarów.


Tajemnica otaczająca anomalię z KIC 8462852 zyskała rozgłos jeszcze w zeszłym roku, kiedy to astronom z Louisiana State University opublikował dokumenty zgodnie z którymi jasność gwiazdy Tabby była zmniejszona o 20 procent co najmniej kilka razy w ciągu ostatnich stu lat. Wskazywałoby to na to że anomalie tego typu zachodziły już od dawna i nie mogłyby być spowodowane chmurą komet.

Warto wspomnieć, że jest to też zgodne z ideą, że zaawansowana pozaziemska rasa wykorzystuje gwiazdę w swoim układzie słonecznym i konwertuje jej światło w energię za pomocą olbrzymiej megastruktury . Jak nie trudno się domyślić ta opcja nie wydała się naukowcom zbyt prawdopodobna i większość z nich uznaje ją za absurd. Teraz dzięki funduszom z Kickstartera nauka uzyskała kolejną szansę na wyjaśnienie tej zagadki na co musimy jednak poczekać.

 

 



W regionie Wołgogradu ufolodzy odkryli kilkadziesiąt ogromnych kamiennych tarcz

Kolejna ekspedycja Wszechrosyjskiej organizacja Kosmopoisk z Wołgogradu zakończyła się niezwykłym odkryciem. Na obszarze, który jest mocno chroniony, ufolodzy znaleźli kilkadziesiąt dziwnych kamiennych obiektów o średnicy, wahającej się od dwóch do czterech metrów. 

 

 

Poszukiwacze pod kierownictwem Wadima Czernobrowego próbowali pozbierać te dyski, ale zawiódł ich sprzęt. Wykorzystywany przez nich dźwig zepsuł się i nie nadawał się do podnoszenia kamiennych tarcz. Członkowie ekspedycji zwrócili się w tej sprawie o pomoc do władz regionu.

 

Podobne dyski ludzie z Kosmopoiska odkryli w ubiegłym roku w regionie żarnowskim. Można je teraz podziwiać na wystawie w miejscowym muzeum.
 



Panagia Plataniotissa – platanowa kaplica Matki Boskiej

Kościół Plataniotissa usytuowany jest prawie w centrum Peloponezu w odległości 190 kilometrów (tj. około 3 godziny jazdy autobusem) od greckiej stolicy Aten. Większość część drogi stanowią wysokiej klasy autostrady, ale ostatni odcinek, jak to zwykle w Grecji bywa, jest dość wąski i kręty. Niezwykłego miejsca szukać należy w samym sercu miejscowości Plataniotissa. Wyjątkowość kaplicy polega na tym, że znajduje się ona w drzewie, a jej historia jest absolutnie niezwykła…

 

 

 

Wiązać ją ściśle należy z cudownym obrazem Spileotisa z pobliskiego klasztoru Mega Spileon. Kilku mnichów spalonego klasztoru, uciekając przed Turkami z cudownym obrazem, zatrzymało się, aby spędzić noc w drzewie ... W godzinach porannych duchowni, kiedy zamierzali ruszyć w dalsza drogą, ruszyli ikonę i ujrzeli jej dokładne odbicie wewnątrz pnia. Powstały wizerunek zalało światło. Ten niesamowity obraz, którzy wierni uznają za cudowny, po dziś dzień zachował się w wielkiej dziupli. Czczą go miejscowi i pielgrzymi, przybywający licznie w to miejsce.

 

To niesamowite i wyjątkowe naturalne zjawisko polega na tym, że trzy drzewa wyrastają z tego samego korzenia. Wydają się być połączone w jedną całość, a według wyznawców stanowią one obraz Trójcy. Cztery platany, które rosną w pobliżu, symbolizują cztery Ewangelie. Wokół kaplicy powstał bardzo uroczy ogród. Ustawiono tam bardzo wygodne ławki, na których można usiąść i pomyśleć o wieczności...

 

Aby zrozumieć, jak wielkie jest to drzewo, trzeba przejść wokół wielkiego pnia i zajrzeć do środka. Ten zabytkowy platan osiąga 25 metrów wysokości, a obwód korzenia – 16. Wewnątrz drzewa może zmieścić się około 20 osób.

 

Święta ikona, tj. odbicie Maryi Panny, znajduje się na korze drzewa w odległości 3 metrów od podłoża. Wewnątrz kaplicy mieści się ołtarz, aby odprawiać tam nabożeństwa. Wioska Plataniotissa to nie tylko niezwykła kaplica Matki Boskiej, ale także wspaniałe miejsce wśród gór Peloponezu na wysokości 750 metrów. Jak to zwykle w Grecji, wszystkie miejsca, prowadzące do świętego platanu, otoczone są małymi tawernami, gdzie raczej mało płacąc, można zjeść świeżo przygotowane potrawy i cieszyć się wspaniałymi widokami.

 



Dwóch rzekomych gigantów na zdjęciu z Egiptu

W sieci pojawiło się interesujące zdjęcie przedstawiające okolicę miejscowości Giza w Egipcie. To właśnie tam znajdują się najsłynniejsze piramidy egipskie. Jeden z internetowych badaczy odkrył zdjęcie dołączone do Google Earth na którym widać dwie bardzo wysokie osoby, odpowiadające opisom biblijnych gigantów.

 

Na zdjęciu widać typową egipską ulicę z ruchem drogowym jednak pewne jego elementy zwracają uwagę. Drogę przechodzą dwie bardzo wysokie osoby. Widać, że istoty te dominują wzrostem nad resztą ludzi w kadrze. Oczywiście nie wiadomo czy nie jest to po prostu skutek odpowiedniego kadrowania, ale wszystko wskazuje na to, że nie.

Fakt, że zdjęcie z rzekomymi gigantami jest przypięte na Google Earth w okolicach piramid powoduje, że niektórzy badacze od razu zaczęli wiązać te sprawy sugerując, że to potomkowie prawdziwych budowniczych piramid.

 

 

 



Stworzenie przypominające mitycznego Krakena wypatrzone dzięki usłudze Google Earth

Wirtualni archeolodzy dzień i noc śledzą zdjęcia Ziemi udostępniane przez korporację Google w ramach usługi Google Earth. Trzeba przyznać, że na przestrzeni lat, dzięki takiej mrówczej pracy, udało się odkryć wiele ciekawych rzeczy. Ostatnio zwrócono uwagę na dziwny kształt w morzu w pobliżu Antarktydy. Niektórzy sugerują, że to mityczny Kraken.

 

Oczywiście to tylko swobodna interpretacja nietypowej anomalii i lepiej byłoby to nazywać niezidentyfikowanym obiektem pływającym. Bardzo możliwe, że to uchwycony podczas pływania kaszalot, albo jakiś iny wieloryb, ale internetowi badacze mają wątpliwości. Sporne zdjęcie można odnaleźć na współrzędnych 63° 2'56.73"S 60°57'32.38"W.

Niektórzy skłaniają się do tego, żeby uznać to za prawdopodobny ślad mitycznego Krakena. Jest to bestia morska, która według żeglarskich legend odpowiadała za wiele zatopień statków. Bardzo możliwe, że opisywana wielka bestia z mackami to kałamarnica olbrzymia (łac. Architeuthis dux). Gatunek ten jest znany dopiero od polowy XIX wieku, a żywą kałamarnicę sfilmowano po raz pierwszy dopiero w 2011 roku.

Największa znaleziona kałamarnica miała 18 metrów długości, z czego 12 metrów same macki. Jej oko miało średnicę 37 cm. Ale jeśli historie o morskim monstrum traktować dosłownie potrzebowalibyśmy bestii dziesięciokrotnie większej, czy na Google Earth widać właśnie coś takiego?

 

 



Tajemnicze "Dziecko Indygo" z Rosji i jego opowieści o życiu na Marsie

Boris Kipriyanovich jest najprawdopodobniej najbardziej znanym w Rosji przykładem tak zwanego "Dziecka Indygo". Po raz pierwszy przypadek Borisa został dokładnie omówiony przez profesora Gennadyego Belimova. Zgodnie z relacją profesora, młody Boris w wieku zaledwie siedmiu lat, zadziwił jego i wielu innych dorosłych widzów podczas wycieczki kampingowej. Przez blisko półtorej godziny opowiadał on im historie z jego przeszłego życia na Marsie.

 

W bardzo krótkim czasie, wieść o tajemniczym chłopaku obiegła całą Rosję. Niemalże każdy zainteresowany tematem chciał porozmawiać z Borisem i posłuchać jego niezwykłych opowieści. Sprawa nabrała szczególnego rozpędu gdy tylko zainteresowały się nią gazety krajowe. Jednymi z pierwszych zajmujących się tematem tego chłopca spoza Rosji byli badacze z "Projektu Camelot", którzy w dniu 8 października 2007 roku otrzymali zgodę na przesłuchanie go razem z jego matką, Nadyą.

Zgodnie z tym co opowiadała matka chłopca, rozwój Borisa przebiegał niesamowicie szybko. Po około czterech miesiącach od urodzenia zaczął gaworzyć, w wieku ośmiu miesięcy mówił pełnymi zdaniami, w wieku dwóch lat potrafił czytać a w wieku trzech lat potrafił wymienić wszystkie planety w Układzie Słonecznym, powiedzieć ile istnieje galaktyk oraz dużo więcej...

 

Wspominając jego przeszłe życie na Marsie Boris w czasie wywiadu poczynił kilka znaczących komentarzy. Po pierwsze "Ludzie z Marsa", udali się już dawno do wielu galaktyk i układów planetarnych. Po drugie ich statki kosmiczne były w pewnym sensie podobne zasadą działania do samolotów ale różniły się kształtem. Część z nich była trójkątna a część była ukształtowana jak kropla wody. Po trzecie jako napędu używali oni plazmy oraz siły jonowej. Wszystko to z uwagi na fakt, że benzyna nie była wystarczającym paliwem dla silników Marsjan. Co więcej nie wszystkie statki działały na tej samej zasadzie. Statki z silnikami zasilanymi plazmą mogły podróżować tylko w Układzie Słonecznym natomiast statki w kształcie kropli transportowały inne pojazdy na duże odległości.

Co do samej kwestii życia na planecie Mars, to zdaniem Borisa jego ludzie nadal mieszkają na Marsie, ale żyją pod powierzchnią, a zatem wewnątrz czerwonej planety. Powodem tego stanu rzeczy miała być rzekomo wojna, która nie tylko pociągnęła za sobą wiele ofiar, ale i zniszczyła atmosferę czwartej planety. Sam Boris miał być rzekomo pilotem statku kosmicznego, który odwiedził Ziemię jeszcze za czasów cywilizacji znanej dzisiaj jako Lemuria a istniejącej około 70 000 lat temu. Zgodnie z opowieścią chłopca, ludzie żyjący wtedy na Ziemi mieli często nawet do 9 metrów wzrostu a ich zgubą okazał się brak rozwoju duchowego, który poważnie zaszkodził całej Ziemi.

Naturalnie nie pozostaje to tajemnicą że dzieci, szczególnie we wczesnym okresie rozwoju, mają skłonności do kłamstwa. Z reguły robią to w celu pozyskania uwagi swoich rodziców oraz otoczenia i jeśli Boris Kipriyanovich rzeczywiście ukartował to wszystko dla posłuchu to rezultaty przerosły chyba jego oczekiwania. Z drugiej strony, słuchając tego co ma on do powiedzenia, trudno nie odnieść wrażenia że to o czym opowiada ten chłopak może być prawdą, albo chociażby subiektywną prawdą, która jest w stanie zawrócić w głowie tak wielu osób.

 



Kilogramowy skarb z kosztownościami Wikingów znaleziono w południowej części Danii

W polu Vejen w południowej części Jutlandii w pobliżu Kolding za pomocą wykrywaczy metalu archeolog amator odkrył skarb biżuterii Wikingów. Wśród precjozów jestem siedem złotych i srebrnych bransoletek. Powstanie tych przedmiotów datowane jest przez naukowców na ostatnią dekadę dziesiątego wieku i łącznie ważą one ponad 900 gramów.

 

 

Wcześniej największym duńskim odkryciem było znalezisko w południowo-zachodniej Jutlandii o łącznej wadze ok. 750 gramów, podaje Narodowe Muzeum Historii Kultury w Kopenhadze.

 

Warto zauważyć, że Wikingowie szczególnie upodobali sobie biżuterię ze srebra i tym cenniejszy wydaje się ostatnio wydobyty skarb. W 1911 roku w tej okolicy znaleziono złoty łańcuch o wadze 97 gramów i chyba trzeba łączyć to wydarzenie z ostatnim znaleziskiem. Jedna z bransoletek i łańcuch z południowej Jutlandii jest wykonana w stylu Jelling.



Założyciel Facebooka odmawia jakichkolwiek związków z reptilianami

Mark Zuckerberg, założyciel Facebooka, podczas sesji pytań i odpowiedzi na żywo, zaprzeczył swojej przynależności do reptilianów, donosi portal Gizmodo.

 

 

Jeden z użytkowników sieci, poproszony o komentarz na temat plotek, powiedział, że Zuckerberg, jak wielu innych miliarderów, w rzeczywistości jest ogromną jaszczurką, która tylko udaje, że jest człowiekiem. 

 

Twórca Facebook stanowczo zaprzecza, ale w jego wypowiedzi odczuć można było nerwowość i zakłopotanie. W sumie w ciągu czterech godzin transmisji, obserwowanej przez ponad 6 milionów ludzi, Zuckerberg odpowiadał na dziesiątki pytań.

 

Na początku kwietnia Facebook uruchomił usługę, umożliwiającą transmisje na żywo dla wszystkich użytkowników. Wcześniej było to dostępne tylko dla celebrytów i gwiazd, które miały uczynić portal bardziej popularnym i atrakcyjnym.

 



Proroctwo Malachiasza 112 Papieży i koniec świata

Święty Malachiasz był biskupem irlandzkim, cechowała go głęboka gorliwość o sprawy związane z wiarą i Kościołem. Ponad to posiadał dar prorokowania i to dzięki jednej ze swoich przepowiedni mocno zapisał się na kartach historii, to dzięki przepowiedni, w której ujawnia, że do końca świata będzie jeszcze 112 Papieży licząc od roku 1143.

Tutaj szybko możemy przypomnieć sobie słowa zapisane w Biblii, słowa informujące nas, że nikt nie będzie znał dnia ani godziny i słusznie, ale przy interpretowaniu tego przekazu bardzo często popełnia się błąd, ponieważ to, że nie znamy dnia czy też godziny, automatycznie nie oznacza, że nie będziemy mogli poznać chociażby pokolenia ludzkości, które będzie świadkiem wydarzeń ostatecznych. Sam Jezus mówi, że po znakach rozpoznamy, iż czas jest bliski. Temat związany z tym zagadnieniem szerzej poruszyliśmy w serii artykułów ‘‘Czas jest bliski’’.

 

Jeżeli odwiedzimy Bazylikę świętego Pawła za murami w Rzymie, bardzo szybko zauważymy, że wzdłuż naw biegnie ciągły fryz, gdzie widnieją wymalowane owale dla wszystkich Papieży, według wyżej wspomnianego proroctwa Malachiasza. W obrębie tych owali są z czasem malowane kolejne portrety Papieży, którzy już odeszli i wypełnili swoją misję, czy to lepiej czy też gorzej. Wolnych owali zostało już w pewnym momencie bardzo mało, to też pielgrzymi odwiedzający to miejsce, zaczęli coraz częściej pytać o możliwy koniec świata. Dlatego dziś wielu ekspertów zajmujących się sprawami Watykanu zastanawia się, czy aby obecny Papież nie jest w gruncie rzeczy antypapieżem.

 

Za naszych czasów zaistniała bardzo dziwna sytuacja, nigdy jeszcze nie było podobnej. Wmawia się nam, że wcześniej Papieże rezygnowali już z godności biskupa Rzymu nie mniej jednak nie wspomina się, że jeżeli faktycznie rezygnowali z przewodzenia Kościołowi, to wówczas rezygnowali także z tytułu Papieża, byli ponownie Kardynałami, a nie emerytowanymi Papieżami, z resztą stwierdzenie emerytowany Papież brzmi dość kuriozalnie.

 

Benedykt XVI nigdy nie powrócił do godności biskupiej, mimo, że wielu hierarchów Kościoła naciskało, aby tak właśnie zrobił, nie oddał również swojego Papieskiego sygnetu, który zgodnie z prawem Watykanu należy zniszczyć po śmierci Papieża, czy po jego rezygnacji z piastowanego stanowiska. Zatem kto dziś jest Papieżem, Benedykt XVI czy może uzurpator Franciszek I? Na pewno jest to temat na doskonałą teorię spiskową, która bądź, co bądź mogłaby zostać podparta wieloma faktami i dowodami. Powróćmy jednak do proroctwa świętego Malachiasza, ponieważ może to właśnie nasze pokolenie będzie tym, które doczeka jego całkowitego wypełnienia się....

 

Ciąg dalszy artykułu:  http://www.tajemnice-swiata.pl/proroctwo-malachiasza-112-papiezy-koniec-swiata/

Tajemnice Świata

 

 

 



Strony