Listopad 2016

W tajnej krypcie piramidy znaleziono mumię z ciałem obcego

W sekretnej krypcie piramidy znaleziono mumię obcego, mierzącą 150 – 160 cm. Niektórzy spekuluję, że w pobliżu może spoczywać więcej zabalsamowanych stworzeń, niewiadomego pochodzenia. Niewielki korpus kosmity z dużymi oczami spoczywał w tajnym pomieszczeniu obok pokoju, w którym umieszczono ciało faraona. Jest to pierwsze tego typu odkrycie w egipskich grobowcach.

 

 

Doskonale zakonserwowane ciało obcego zidentyfikowano w jednej z egipskich piramid w pobliżu grobu Sesostrisa II. Informacja o znalezieniu mumii przedostała się do publicznej wiadomości. Historię, jako pierwszy, opisał dr Victor Lubeck, emerytowany profesor archeologii z Uniwersytetu w Pensylwanii.

 

Mumia leżała w oddzielnej, tajnej części piramidy i została pochowana z pełnymi honorami. Z inskrypcji można wyczytać, że kosmita Osirunet był doradcą faraona. Jego imię w tłumaczeniu oznacza „gwiazdę” lub istotę „pochodzącą z gwiazd”. W miejscu pochówku obok szczątków znajdowały się dziwne przedmioty, których pochodzenia i przeznaczenia eksperci nie są w stanie wyjaśnić.



Nad Indiami na nocnym niebie obserwowano latający pierścień ognia

Na nocnym niebie nad Indiami na początku listopada 2016 roku obserwowano imponujących rozmiarów UFO.

 

Jedna  z Hindusek uwieczniła na filmie to niesamowite wydarzenie, które miało miejsce w środku nocy. Kobieta była pod wielkim wrażeniem tego, co ujrzała. Z trudem powstrzymała emocje, krzycząc „O mój Boże!", co doskonale słychać w tle nagrania.

 

Poruszające się tajemnicze koło wizualnie przypomina UFO. Środek pierścienia jest ciemny, a jego krawędzie mienią się w kolorze pomarańczowym.

 

Według ufologa Scotta C. Waringa, na którego opinie powoływaliśmy się już wcześniej przy okazji niewyjaśnionych zdarzeń, obiekt może być zarówno obcym statkiem, jak i jednym z ognistych kół opisanych w Biblii. Starożytny prorok Ezechiel wspomina przecież o płonących obręczach przy rydwanie Boga (Ez 1: 4-28).



Starożytna mapa pokazuje linie brzegowe wszystkich kontynentów

Blisko 1000 letnia mapa pokazuje nieodkryte dotąd lądy poza krawędzią Antarktydy. Została ona znaleziona w hawajskiej gazecie z 1907 roku. Bez wątpienia jest to bardzo interesujące znalezisko, które idealnie komponuje się w wiele teorii na temat ukrytych na niej instalacji, bądź wręcz wejścia do wnętrza Ziemi. Przy obecnym obostrzeniu międzynarodowego zakazu na eksploracje powierzchni Antarktydy bez odpowiednich pozwoleń definitywnie daje to do myślenia.

Zgodnie z artykułem jest to mapa świata wykonana 1000 lat temu. Wspomniany w artykule Dr Kobayashi, japoński lekarz i chirurg otrzymał kopię mapy, której oryginał ma znajdować się gdzieś w Chinach. Mapa została opracowana zgodnie z zasadą odwzorowania walcowego równokątnego. Może się ona wydawać dość trudna w interpretacji ponieważ rolę środka pełni w niej biegun północny a nie równik, tak jak byliśmy uczeni.

Jeśli dobrze się przyjrzymy widać tam kontury Ameryki Północnej i Południowej, Europy, Afryki, Azji i Australii. Problem polega na tym, że przedstawiona tutaj mapa pokazuje zupełnie nowe nieodkryte dotąd lądy i to właśnie stąd bierze się większość kontrowersji. Mapa została znaleziona przez brata Kobayashiego w japońskiej świątyni w górach Japoni. Oryginalna mapa której kopia została sporządzona przez brata doktora Kobayashiego, już ponad sto lat temu ledwo trzymała się razem i była nadgryziona przez owady.  

Oczywiście, były to wczesne lata XX wieku i nie wykluczone, że taki temat mógł zwyczajnie wydawać się ciekawym pomysłem na przyciągnięcie czytelników. Trudno ocenić czy wiarygodnośc tej gazety może być poddana w wątpliwość, ale link do sprawdzenia tego na własne oczy, znajdziecie tutaj.

 

 



Sztuczna inteligencja będzie szukać życia pozaziemskiego

Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych eksperci odkryli pierwsze egzoplanety poza układem słonecznym. Obecnie naukowcy planują wykorzystać sztuczną inteligencję, aby szukać nowych ciał, donosi Press From.

 

 

Specjaliści w ciągu ostatnich 20 lat opisali około 3400 egzoplanet i na tym nie chcą poprzestać. Ponadto, zamierzają ustalić, która ze znanych egzoplanet nadaje się potencjalnie do zamieszkania lub po prostu normalnej egzystencji. W rozwiązaniu zagadki pomóc ma sztuczna inteligencja.

 

Na opisanie jednej egzoplanty trzeba poświęcić mnóstwo czasu. Badania mogą potoczyć się szybciej, jeśli użyjemy potężnych teleskopów, zapewniających duży przepływ informacji. Naukowcy z University College w Londynie wynaleźli nową sztuczną inteligencję – superkomputery typu RobERt. Przeznaczone są one do skanowania i analizy danych, uzyskanych z głębi kosmosu. Otwierają się nowe możliwości, jeśli chodzi o poszukiwanie zupełnie nieznanych jeszcze obiektów, na których być może istnieją jakiekolwiek formy życia.

 

RoBErt szybko przetwarza dane i jest bardzo wydajny. Wiadomym jest, że planety posiadają właściwość odbijania światła od gwiazdy. Światła docierające do atmosfery, a ich gazy mogą być wchłaniane lub przekazywane dalej. Na pewno przekształcają się w formę pewnej długości fal. RoBErt może przechwytywać ich widma, ustalać skład atmosfery planet, a także warunki, panujące w potencjalnie nowych siedliskach.

 



Gwiazda Gliese 710 może zniszczyć Układ Słoneczny

Na Układ Słoneczny może czyhać niebezpieczeństwie z kosmosu! Tego typu oświadczenie nie zostało wydane przez zwolenników rychłego końca świata, ale przez naukowców astrofizyków. Za milion lat, bliskie przejście gwiazdy Gliese 710, spowoduje katastrofalne zaburzenia w orbitach obiektów z Obłoku Oorta. SKutkiem tego moze być bombardowanie planet wewnętrznych, w tym Ziemi, rojami zagrażających im asteroidów i komet.

 

Z pomocą katalogu SDSS (Sloan Digital Sky Survey), naukowcy ułożyli listę gwiazd, które mogą stanowić potencjalne zagrożenie dla Ziemi. Niektóre na przykład znajdują się, bliżej nas i przez to mogą wpływać na nasz system planetarny zaburzając przestrzeń wokół. Takie znaczące oddziaływanie grawitacyjne może na na przykład wyrzucać w naszą stronę komety. Okazało się, że z 40 000 najbliżej nas położonych czerwonych karłów (obiekty tej klasy są najbardziej powszechne we wszechświecie) 18 byłoby zdolne do "ataku" na Układ Słoneczny.

 

Jednym z najbardziej niebezpiecznych bytów w jego okolicy jest Obłok Oorta, olbrzymia przestrzeń, zawierająca miliardy brył lodu i głazów. Naukowcy uważają, że te ciała stale przechodzą przez Układ Słoneczny tak jak komety, i dochodzi do incydentów na powierzchni planet, czego dowodem są znajdowane tam głębokie kratery. Chociaż Obłok Oorta znajduje się w odległości od 50 000 do 100 000 jednostek astronomicznych od Słońca, był winny w przeszłości znaczącym bombardowaniom kometami naszej planety.

 

Astrofizycy John Mathis i Daniel Uitmir z University of Louisiana doszli do wniosku, że wewnątrz Obłoku Oorta musi znajdować się jakiś obiekt, którego masa jest dwa razy większa od Jowisza. Może to być gazowy olbrzym lub brązowy karzeł, prawie gwiazda. Odległość to około 30 000 jednostek astronomicznych. Obiekt nazwany jest Tyche, po bogini szczęścia, której można przypisać siostrę złowrogą Nemezis.

Naukowcy są zaniepokojeni ilością asteroid odkrywanych ostatnio w okolicy Ziemi. Tylko w latach przeszłych i obecnych, na naszą planetę spadło kilka tych ciał niebieskich, ale na szczęście dość małych. Przy pomocy teleskopu WISE astrofizycy mają nadzieję, oznaczyć nawet 100 tysięcy planetoid, stanowiących potencjalne zagrożenie dla nas. Ale jeszcze bardziej poważne zagrożenie pochodzi z pasa Kuipera. Tak nazywamy gigantyczny pierścień poza orbitą Plutona, który składa się ze skał i planetoid, odległych od Słońca w znacznie mniejszej odległości niż Obłok Oorta, bo od 30 do 50 jednostek astronomicznych.

 

Są też inne poważne niebezpieczeństwa.  Na przykład, gwiazda Gliese 710 z gwiazdozbioru Węża.  Ten obiekt, którego masa wynosi około 0,6 masy Słońca, zbliża się do nas z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na sekundę i obecnie jest jeszcze w odległości 63 lat świetlnych. Prawdopodobieństwo zbieżności orbity Gliese 710 z tej jaką ma nasz system gwiezdny wynosi obecnie 86 procent.

 

Nowa gwiazda może się znaleźć w okolicy orbity Plutona, nie wcześniej niż za 1 450 000 lat. Według historii obserwacji astronomicznych, w trakcie istnienia Układu Słonecznego zbliżenia "obcych" gwiazd miały miejsce wielokrotnie. W ciągu ostatnich dwóch milionów lat, zbliżyło się do nas już dziewięć gwiazd. Prawdopodobnie przez dziesiątki milionów lat takich spotkań było znacznie więcej. Prawdopodobnie takie zbliżenia powodowały w przeszłosci zniszczenie życia na Ziemi,  a może i na innych planetach. 

 

Niektórzy badacze wyrażają poważne wątpliwości, co do poprawności wyliczeń odnośnie Gliese 710.  Twierdzą, że to wielkie zliżenie może być tylko wynikiem błędnej metodologii, a obliczenia obejmują bardzo szeroki przedział czasu. Według teorii prawdopodobieństwa, tylko 18 procent pobliskich wędrujących gwiazd, przybywa do naszego systemu gwiezdnego zbliżajac się na krytyczny dystans.

 

 



Niebieskie światło poznania prawdy 'prajnaloka'

Patańdżali to żyjący w II w. p.n.e. indyjski filozof, jogin i znawca sanskrytu, autor jednego z najważniejszych traktatów na temat jogi jakim są Jogasutry (Yogasutra), jednak badacze pewności w tej kwestii nie mają.

 

Przypisano mu dzieło zapoczątkowania systemu jogi. Warto wspomnieć, że jego kultyczny wygląd przedstawiany jest jako istota w połowie wężowata. Wspomniane wielkie dzieło Jogasutr obejmuje w czterech rozdziałach lub księgach (pada) nauczanie jogicznych praktyk prowadzących do oświecenia. W wyniku tychże praktyk adept jogi uzyskuje nadnaturalne zdolności powstające w wyniku medytacji.

Osoba posiadająca umiejętności posługiwania się tymi nadnaturalnymi mocami to siddha. Moce te Patańdżali określa jako moce okultystyczne osiągane poprzez praktykowanie sanjamy. Natomiast sanajama to termin praktyk opisany w trzecim rozdziale "Jogasutr" Patańdżalego "O wibhuti, czyli nadludzkich mocach" i w skrócie oznacza manipulacje/modyfikacje świadomości jogina: skupienie (ściągnięcie) na jednym przedmiocie świadomościowym (wisaja) trzech stanów: przykucia uwagi, kontemplacji i skupienia. Ktoś bardziej mądry, gorliwszy uczeń Yody mógłby zapytać, czy oprócz uzyskania mocy "Rycerzy Jedi" sanajama przekazuje coś wartościowszego ? Patańdżali naucza, że po pogłębieniu (przez sanjamę) koncentracji na przedmiocie świadomościowym nastaje światło poznania prawdy (prajnaloka). Cóż to za światło prawdy ?! Zaprezentujmy opis tego tajemniczego (niebieskiego) światła mądrości. Pochodzi on z książki chrześcijańskiego Jogina  Paramahamsy Joganandy.

 

Mistrzu, coż za zbieg okoliczności! Czyżby świeżo odnowione ściany miały tyle dawnych wspomnień? - Rozglądałem się dokoła po swym skromnie umeblowanym pokoju z wielkim zainteresowaniem. - To długa historia. - Guru uśmiechnął się sięgając do wspomnień: - Fakir ów nazywał się Afzal Ehan. Zdobył on niezwykłe władze dzięki spotkaniu pewnego hinduskiego jogina. - Synu, jestem spragniony; przynieś mi trochę wody. - Taką prośbę wypowiedział pewnego dnia do Afzala pokryty pyłem sannyasin; Afzal był wówczas młodym jeszcze chłopcem, mieszkającym w małej wsi we wschodnim Bengalu. - Mistrzu, jestem mahometaninem. Jakże mógłbyś jako Hindus przyjąć wodę z moich rąk. - Podoba mi się twoja prawdomówność, moje dziecko. Ja nie przestrzegam zakazów bezbożnych sekciarzy. Idź, przynieś szybko wody. Pełne szacunku posłuszeństwo Afzala zostało wynagrodzone miłującym spojrzeniem jogina. Posiadasz dobrą karmę z poprzednich żywotów - zauważył on uroczyście. - Nauczę cię pewnej metody jogi, która da ci władzę nad jedną z niewidzialnych dziedzin życia. Wielkiej władzy, jaka będzie ci dana, należy używać do godnych celów; nie używaj jej nigdy egoistycznie!

Zdjęcie: Pierwszy z lewej Sri Jukteśwar i Paramahamsa Jogananda

Dostrzegam, niestety, że przyniosłeś z poprzednich żywotów pewne zalążki destrukcyjnych skłonności. Nie pozwól im zakiełkować i rozwinąć się przez pobudzenie ich nowymi grzesznymi czynami. Cała twoja poprzednia karma wymaga, abyś wykorzystał obecne swe życie na połączenie swych osiągnięć w zakresie jogi z najwyższymi humanitarnymi celami. Po zapoznaniu zdumionego chłopca ze skomplikowaną techniką -- mistrz znikł. Afzal przez dwadzieścia lat wiernie wykonywał swe ćwiczenia z zakresu jogi. Cudowne jego możliwości zaczęły przyciągać powszechną uwagę. Jak się zdaje, towarzyszył mu zawsze pozbawiony ciała duch, którego on nazywał Hazratem. Ta niewidzialna istota potrafiła spełniać każde życzenie fakira. Zlekceważywszy jednak ostrzeżenie swego mistrza Afzal zaczął nadużywać swych zdolności. Każdy przedmiot, którego dotknął i położył z powrotem, niebawem znikał bez śladu. Ta kłopotliwa zdolność czyniła Afzala niepożądanym gościem! Od czasu do czasu odwiedzał on wielkie jubilerskie sklepy w Kalkucie w roli ewentualnego kupca. Każdy klejnot, który wziął na chwilę do ręki, znikał niebawem po jego wyjściu ze sklepu. Afzala otaczało często kilkuset uczniów, przyciąganych ku niemu nadzieją poznania jego tajemnicy. Fakir zapraszał ich do wspólnej podroży. Na stacji zamawiał i brał do ręki paczkę biletow. Za chwilę zwracał je kasjerowi z wyjaśnieniem: Zmieniłem swe zamiary i nie kupię ich teraz.

Gdy potem wsiadał do pociągu wraz ze swą świtą, posiadał już potrzebne bilety. (Mój ojciec powiedział mi później, że Kompania Kolei Bengalsko-Nadżpurańskiej była także jedną z ofiar praktyk Afzala.) Te postępki wywołały oburzenie przeciw niemu; bengalscy jubilerzy i kasjerzy kas kolejowych popadali w rozstrój nerwowy na widok Afzala! Policja, ktora usiłowała aresztować go, była bezsilna, gdyż fakir potrafił usunąć obwiniające go dowody prostym poleceniem: "Hazrat, zabierz to"! Sri Jukteśwar powstał z krzesła i wyszedł na balkon mego pokoju, z którego roztaczał się widok na Ganges. Poszedłem za nim, pragnąc się dowiedzieć czegoś więcej o tym mahometańskim Rafflesie. - Pensjonat "Panthi" należał przedtem do jednego z mych Przyjaciół. Pewnego razu przyjaciel ten zaprosił mnie i około dwudziestu sąsiadów. Byłem wtedy młodzieńcem i bardzo byłem ciekaw głośnego fakira. - Mistrz roześmiał się: Ostrzeżono mnie, aby nie mieć przy sobie nic cennego! Afzal popatrzył na mnie badawczo, a potem rzekł: - Ty masz silne ręce. Zejdź do ogrodu, weź gładki kamień i napisz na nim kredą swoje nazwisko, a potem wrzuć go jak najdalej do. Posłuchałem go. Gdy tylko kamień zniknął w odległych falach rzeki, Afzal odezwał się do mnie ponownie: - Nabierz do garnka wody z Gangesu, aż pod domem.

Gdy wrociłem z naczyniem wody, fakir zawołał: Hazrat, wrzuć kamień do garnka! Kamień zjawił się natychmiast. Wydobyłem go z garnka i znalazłem na nim swój podpis równie dobrze czytelny jak tuż po napisaniu Babu (nie pamiętam nazwiska tego przyjaciela Sri Jukteswara i dlatego muszę go nazywać po prostu "Babu" - pan), jeden z mych przyjaciół znajdujących się w pokoju, nosił ciężki antyczny złoty zegarek z łańcuszkiem. Fakir oglądał go ze złowróżbnym podziwem i niebawem zegarek z łańcuszkiem znikł! - Afzal, proszę cię, zwroć mi tę cenną pamiątkę rodzinną! - Babu był bliski płaczu. Mahometanin milczał chwilę stoicko, a potem rzekł: - W żelaznej kasie masz pięćset rupii. Przynieś je, a ja ci powiem, gdzie się znajduje twój zegarek. - Zrozpaczony Babu udał się natychmiast do domu. Niebawem wrócił i wręczył Afzalowi żądaną sumę. - Idź do małego mostu w pobliżu twego domu - pouczał fakir. - Wezwij Hazrata, aby ci dał zegarek i łańcuszek. Babu wyszedł. Gdy powrócił, na twarzy jego widniał uśmiech ulgi, ale nie miał przy sobie żadnych kosztowności. - Gdy zgodnie ze wskazówką wydałem rozkaz Hazratowi - opowiadał - zegarek mój koziołkując w powietrzu przyleciał do mej prawej dłoni! Możecie być pewni, że schowałem go do kasy pancernej zanim wybrałem się tu z powrotem! Przyjaciele Babu, którzy byli świadkami tragikomicznego okupu za zegarek, spoglądali na Afzala z oburzeniem.

On zaś odezwał się pojednawczo: - Powiedzcie, co chcecie pić: Hazrat zaraz dostarczy. Jedni poprosili o mleko, inni o soki owocowe. Nie byłem zbytnio zaskoczony, gdy zdenerwowany Babu zażądał whisky! Mahometanin wydał rozkaz, a Hazrat dostarczył z powietrza opieczętowane naczynia, które z głuchym łoskotem spoczęły na podłodze. Każdy z obecnych otrzymał napój, jakiego sobie życzył. Obietnica czwartej w tym dniu sztuczki niewątpliwie wynagrodzi naszego gospodarza: Afzal ofiarował się dostarczyć natychmiast obiad- - Zażądajmy najkosztowniejszych potraw - zaproponował posępnie Babu. - Ja chcę mieć wystawny obiad za moje pięćset rupiii. Wszystko ma być podane na złotych talerzach! Skoro tylko każdy wypowiedział swe życzenia, fakir przemówił do niewyczerpanego Hazrata. Powstał duży szum; złote półmiski pełne przygotowanych w skomplikowany sposob potraw, gorących luczi, wielu pozasezonowych owoców wylądowały znikąd u naszych stop. Wszystko było wyborne. Po godzinie uczty zaczęliśmy opuszczać pokój. Ogromny hałas, jak gdyby ktoś rzucał półmiski i talerze na stos, zmusił nas do obejrzenia się. I oto patrzcie! Nie było śladu po błyszczących talerzach ani po resztkach jedzenia! - Gurudżi - przerwałem - jeśli Afzal mogł łatwo uzyskiwać tak cenne przedmioty jak złote półmiski, to dlaczego pożądał cudzej własności? - Fakir nie należał do ludzi wysoko rozwiniętych - wyjaśnił Sri Jukteśwar. - Opanowanie pewnej techniki jogi otwarło mu wstęp do świata astralnego, gdzie każde życzenie może być natychmiast zmaterializowane. Dzięki współdziałaniu astralnej istoty, Hazrata, mógł on aktem potężnej woli zakląć atomy energii eterycznej w dowolny kształt.

Wytworzone jednak w ten spósob przedmioty są strukturalnie nietrwałe; nie można ich na dłużej zachować. Afzal zaś wciąż jeszcze pożądał bogactw świata, ktore choć ciężej zapracowane, mają trwalszy byt. Roześmiałem się. - One także znikają w sposób najbardziej nieprzewidziany! - Afzal - mowił Mistrz dalej - nie był człowiekiem, który urzeczywistniał w sobie Boga. Prawdziwi święci dokonują cudow o trwałym i dobroczynnym charakterze, a to dzięki swemu zharmonizowaniu się ze Stworcą. Afzal był tylko zwyczajnym człowiekiem o niezwykłej zdolności sięgania do subtelnego świata astralnego, normalnie dostępnego dla ludzi śmiertelnych tylko po śmierci. Teraz rozumiem, Gurudżi. Świat pośmiertny zdaje się posiadać także pociągające cechy. Mistrz zgodził się ze mną. - Od owego dnia nigdy już nie widziałem Afzala. Kilka dni później Babu przyszedł do mego domu i pokazał mi gazetę, w której zamieszczone było publiczne wyznanie Mahometanina. Z niej to dowiedziałem się o wtajemniczeniu, którego mu udzielił hinduski guru. Treść końcowej części opublikowanego dokumentu, jak go sobie Sri Jukteswar przypominał, była następująca: - Ja, Afzal Khan, piszę słowa jako akt pokuty i przestrogi dla tych, co dążą do posiadania cudownych władz. W ciągu wielu lat nadużywałem zdolności użyczonych mi dzięki łasce Boga i mego mistrza. Oszołomił mnie egoizm i złudzenie, że jestem wyższy ponad zwykłe prawa moralności. Nadszedł wreszcie dzień mego obrachunku.

Niedawno spotkałem pewnego starca na drodze pod Kalkutą Utykał on boleśnie, niosąc błyszczący złotem przedmiot. Odezwałem się do niego z żądzą w sercu. - Jestem Afzal Khan, wielki fakir. Co tam masz? - Ta złota kula to całe moje materialne bogactwo; nie może ono interesować fakira. Błagam cię, panie, uzdrów moje kalectwo. Dotknąłem kuli i poszedłem dalej nic nie odpowiadając. Starzec kuśtykał za mną. Niebawem krzyknął: Moje złoto znikło! Gdy nie zwracałem na to uwagi, odezwał się nagle bardzo silnym głosem, dziwnie nie licującym z jego słabym ciałem: - Czy nie poznajesz mnie? Stanąłem jak wryty, oniemiały i przerażony spóźnionym odkryciem, że ten niepozorny stary kaleka jest ni mniej ni więcej tylko wielkim świętym, który dawno, dawno temu wtajemniczył mnie w jogę. Wyprostował się, a ciało jego stało się natychmiast silne i młodzieńcze. - Tak to! - Spojrzenie mego guru było płomienne. - Na własne oczy widzę, że sił swych używasz nie na wspomaganie cierpiącej ludzkości, lecz na łupienie jej jak pospolity złodziej! Odejmuję ci twe tajemne zdolności; Hazrat jest już wolny od ciebie. Nie będziesz już dłużej postrachem Bengalu! Zawołałem Hazrata z boleścią, lecz po raz pierwszy nie zjawił przed mym wewnętrznym okiem. Jakaś ciemna zasłona mayi nagle podniosła się wewnątrz mnie; ujrzałem jasno bluźnierczy charakter swego życia.(...)

Zrozumienie Boga - Bhaktivedanta Prabhupada

 



Zlot Nad Kukułczym Jajem – część VI

W poprzednich odcinkach... Kukułcze jajo kontynuowało niegodziwy spisek, ponad sądem rozlegał się złowieszczy łopot kukułczych skrzydeł, a drapieżna Orka zataczała kręgi coraz bliżej...

 

Na wstępie pragnę podziękować w imieniu swoim i Blondyneczki autorom merytorycznych komentarzy pod poprzednimi częściami. Dzięki wielkie, ludziska. Zastosowaliśmy się oczywiście do wszystkich racjonalnych porad. Wasze pomysły okazały się bezcenne i stanowią namacalny dowód największej siły drzemiącej w Internecie – jej zbiorowej inteligencji. To rzeczywiście jest potęga, jak to ktoś ładnie napisał. Dziękujemy też oczywiście wszystkim, którzy nie tylko dobrym słowem udzielili wsparcia naszej małej sprawie. Możecie być spokojni. Wasze ojro i dulary ani jednym centem nie trafiły w lepkie łapy Cyganów. Zostały przeznaczone w całości na zakup atestowanych narzędzi do obsługi rasowego obywatela – pieluchy, smoczki i tak dalej. Pod względem niemowląt jest więc smoczo. Blondyneczka, która była wówczas w 7 miesiącu dosłownie pękała z radochy…

 

            Dla przypomnienia, od dziewięciu lat buduję sobie dla zabicia czasu kamieniczkę, a od co najmniej sześciu cały kwiat lokalnych szumowin pragnie mi ją ukraść. Robią to w sposób łudząco podobny do tego, w jaki skradziono ponad setkę kamienic w Warszawie, których nielegalne zawłaszczenie ujrzało światło dzienne podczas tak zwanej dzikiej reprywatyzacji. Są nie pokryte niczym roszczenia, fałszywi świadkowie, fałszywe dokumenty, fałszywe oskarżenia, fałszywe dowody oraz zastraszanie uczciwych ludzi i to na skalę wręcz niepojętą. Jedyna różnica jest taka, że ja o swoim budynku jeszcze na długo przed warszawską aferką napisałem. Na dzień dzisiejszy jest to budynek zrobiony pod klucz, gotowy od zaraz do zamieszkania, lecz działania lokalnej sitwy, aby go zawłaszczyć a mnie z niego wyrugować, stały się już groteskowe. Aby mnie zniszczyć a mój dorobek przejąć dotychczas: oczerniano mnie, kradziono moje faktury na materiały budowlane, preparowano lipne faktury sitwy, kradziono mi klucze i wymieniano zamki w nowych mieszkaniach, wprowadzano prowokatorów i dzikich lokatorów, kradziono prąd budowlany, kradziono same mieszkania, robiono samowole budowlane, szkody, dewastacje… – to wszystko było zgłaszane na policję i prokuraturę - i co się okazuje?

 

            Okazuje się, że to wszystko nie nosi w Policach nawet „znamion czynów zabronionych”. Znamiona czynów nosi natomiast pisanie o lokalnej sitwie. To co ona robi obecnie nawet nie jest już grubymi nićmi szyte, tylko po prostu w szwach się rozłazi. Zajrzyjcie pod poniższego linka a zobaczycie historię dziennikarza z Polic który po opisaniu nieprawidłowości w polickim urzędzie miasta otrzymał za to 3 miesiące więzienia. Dopiero zmasowana akcja ludzi z całej Polski i ułaskawienie prezydenta uratowało tego człowieka przed zemstą sitwy. Oni nawet w pełni sfingowany proces mu zafundowali, bowiem nie tylko sąd pomiatał nim arogancko ale nawet adwokata miał przydzielonego do działania na jego szkodę.

http://www.pogotowiedziennikarskie.pl/artykuly/sprawa-andrzeja-marka-10-...

Oczywiście człowiek był niewinny i niesłusznie skazany, co się okazało dopiero w Strasburgu.

http://radioszczecin.pl/1,79477,trybunal-w-strasburgu-dziennikarz-z-poli...

Opisał on jedynie banalne wykorzystywanie stanowiska publicznego do reklamy działalności prywatnej, a w wyniku histerycznej akcji odwetowej, dostał wyrok za rzekome zniesławienie. Niesłuszny oczywiście, bo naruszający wolność wypowiedzi. Ja opisuję i zamierzam dalej opisywać działania mafii mieszkaniowej czyli powiązania policji, sądów, prokuratury rejonowej, wyższych urzędników urzędu miasta oraz nadzoru budowlanego, tak więc szujnia bardzo chce wysłać mnie do domu wariatów i doprowadzić do ruiny, a mój majątek zwyczajnie ukraść pod płaszczykiem szemranej pseudo prawomocności. I jedyna różnica jest taka, że ja zacząłem to opisywać dopiero na długie lata po tym jak klika zaczęła przeciwko mnie knuć. O ile więc dziennikarz z Polic miał „wybór”, bo mógł nie pisać o rzeczach niewygodnych, mi nawet takiego wyboru nie dali. Non stop jestem oskarżany o czyny których nigdy nie popełniłem. Rutynowo są to wręcz czyny popełnione celowo przez sitwę – tylko po to, aby mnie o ich popełnienie oskarżyć. Pisanie o tym nosi według nich „znamiona czynów zabronionych”, bo „znieważonych” odrobinką prawdy, jest już więcej niż gówna w szambie podczas strajku szambelanów. Wszyscy opisani tu oszuści, kłamcy i złodzieje są poznieważani z Orką na czele. Jednakże pamiętajmy o jednej oczywistej sprawie – tej, że donosy do prokuratury za rzekome znieważenia zostały poskładane zanim jeszcze chociaż jedno słowo napisałem. Szujnia najwidoczniej wywróżyła sobie u Cyganki, że zostanie „znieważona” i – razem z Cyganką - zawczasu złożyła donosy zanim znieważenia te… nie wystąpiły. Nie wystąpiły, albowiem prawda nie jest w świetle prawa zniesławieniem. Naciskali na mnie i prowokowali już od długich lat, abym co najmniej naubliżał im o ile nie rozdał paru klapsów po mordach, no ale kompleksowo rozczarowali się pod tymi względami. Nie mogą przeboleć, że ich socjotechnika na całej linii zawiodła i nie mogą znaleźć pretekstu aby mnie załatwić – tak więc preteksty sobie najzwyczajniej w świecie wymyślają. To eksperci od rozrzucania gnoju. Bez skrupułów ukradliby człowiekowi ostatnią koszulę, ale jak ich nazwać złodziejami, histerycznie wpadają w stan znieważenia jakiegoś.

 Znamiona czynów zabronionych noszą również zgłoszenia osobliwych praktyk polickiej komendy policji, która ma zgoła niecodzienny nawyk wywozić podejrzanych do lasu w celu kopania grobów, ewentualnie składania zeznań nad wykopanymi grobami. Są to dość niebanalne metody śledcze i dlatego raczej zabronione jest o nich pisać. Napisał jednak o tym w zawiadomieniu do prokuratury nie byle kto tylko sam dzielnicowy polickiej komendy a więc nie są to moje lub dziennikarskie „fantazje” i dlatego przeczytajcie również koniecznie poniższego linka aby mieć jaki taki obraz mirkopodobnej policji.

http://www.gs24.pl/wiadomosci/police/art/5363738,afera-w-polickiej-komen...

            Tak, że jak na małe miasteczko całkiem sporo się w Policach dzieje i na dzień dzisiejszy skoczyły mi do gardła dwa resorty siłowe; prokuratura rejonowa oraz policja, jak również nieustannie ujada wokół nogawek całe stado pomniejszych instytucji: urząd meldunkowy, nadzór budowlany, wydział finansowo budżetowy i jakieś tam jeszcze. Oni wszyscy kąsają wściekle, harmiderek jest wręcz nieprzeciętny i od czasu do czasu udaje się coś tam w ferworze nierównej walki odkopnąć. Wówczas rozlega się skowyt i „ofiara”, (ataku która chciała ukąsać ale połamała sobie zęby), biegnie do prokuratury złożyć na mnie garść nowych donosów. Donosy o rzekome znieważenia złożyły na mnie obydwa Prosięta, czyli Kurewna i Persil, którzy ukradli mi klucze oraz mieszkanie i chcieli w nim żyć na mój koszt niczym karaluchy, lecz zostali usunięci przez uczciwą (patrolową) policję i powstrzymani uczciwym zabezpieczeniem, czyli kratą jaką wstawiłem odcinając dostęp do budowy dla tej pasożytniczej patologii. Donos do prokuratury złożyła też powiatowa inspektor nadzoru budowlanego Orka, kiedy jej zaniechania i tuszowania samowoli budowlanych Prosiaków, oraz oskarżanie mnie o fikcyjne nieprawidłowości zacząłem nazywać po imieniu. Orkę znieważyło proste zapytanie dlaczego łże jak pies, podjudza, finguje kontrole, odwraca kotka ogonem i tuszuje garść samowoli budowlanych. Donos złożył także jakiś łysy prowokator Gienek – typek oślizgły bardziej niż krzyżówka szczura i świadka jehowy oraz oczywiście półcyganka Ewcia – kukułcze jajo i najczarniejszy charakter w tej opowieści. Ewcia to była kurator, wytrawna oszustka i najprawdopodobniej wieloletni policyjny konfident, która ma na sumieniu co najmniej trzech ludzi których zaszczuła i wysłała na tamten świat, a po dwóch ofiarach już przejęła nieruchomości. Ewcia to dziwna postać, która w Policach robi co chce i chyba ma immunitet, bo wszystkie jej oszustwa, kradzieże i zamęczania ludzi w ogóle nie noszą znamion czynów zabronionych. Oprócz cygańskiej patologii doniosło też na mnie plemię kłusowników, które zapoczątkowało epokę fałszywych pomówień – najpierw mi zdewastowali auto a kiedy do uszkodzonego auta wezwałem policję pomówili o napad. I co ciekawe mirkopodobna policja moje wezwanie policji do uszkodzonego samochodu, na przekór obecności na miejscu normalnej policji, również przerobiła na komendzie w rzekome wezwanie policji przez kłusowników do rzekomego napadu…

Te wszystkie donosy mają na celu umieszczenie mnie przymusowo w zakładzie psychiatrycznym po to, aby kiedy będę tam pozbawiony wolności i wiarygodności przejąć mój nowo wybudowany budynek na podstawie fałszywych dokumentów „świadczących” jakoby zupełnie kto inny go wzniósł i sfinansował. W tym celu już od lat potajemnie lipne faktury były preparowane. To zuchwały przekręt ale bardzo prosty, jako że nikt oczywiście nie dałby nigdy wiary osobie umieszczonej w psychiatryku, no bo czyż nie?  Do psychuszki chciano mnie wtrącić zupełnie bez cienia dowodu, bez aktu oskarżenia, bez widzenia się z adwokatem, bez widzenia się z prokuratorem jakimś lub sądem. Po prostu zaocznie, tylko na podstawie pomówień, których już zawczasu podrzucili mi w życie więcej niż zmechanizowany roztrząsacz obornika. Tak sobie bowiem postanowił aspirant Mirek z polickiej komendy, który olał świadków (w tym czterech normalnych policjantów), sfingował małe co nieco w zakresie dowodów no i wrobił mnie w nieistniejący napad. Z ramienia prokuratury natomiast to nawet biegłych psychiatrów podstawiono aby umieścić mnie w domu wariatów. Psychiatrzy ci kłamali w sądzie na potęgę – nieudolnie jak małe dzieci, ignorowali moje zaświadczenie lekarskie o braku nawet objawów jakiejś choroby psychicznej, dowody na niewinność, a obecnie kiedy w sądzie przegrali to prokuratura ignoruje prawomocne orzeczenie sądu i… powołuje w dalszym ciągu kolejne stada psychiatrów. Tak właśnie już od długich pięciu lat sitwa pragnie się mnie pozbyć. Z teczek jakie potajemnie wyprodukowali, po ich objawnieniu wynika, że nie jestem uczciwym kolesiem który legalnie buduje sobie dom mając na to oczywiście pozwolenie lecz agresywnym debilem, mającym odchyłki psychiczne, który napada i ukrywa się przed organami ścigania już od długich lat. W tym celu policja i prokuratura udawała bowiem nawet przez pięć lat, że mnie szuka i że ja się ukrywam. Opisywałem to szczegółowo w pierwszej części więc nie będę powtarzał.

Na dzień dzisiejszy kamieniczka, którą postawiłem osiągnęła już wartość ponad milion a ten niezdrowy teleturniej o to kto ją ostatecznie „wygra” – prawowity posiadacz, który latami cegła po cegle ją finansował, czy zgraja szumowin mająca na ten dorobek jedynie niezdrową chrapkę  - wszedł na jeszcze wyższy level. To nieuczciwa gra, albowiem jako uczciwy człowiek – który ją za własne pieniądze postawił - nie mam w tej chorej grze absolutnie niczego do wygrania, bo wszystko co nabyłem i tak jest przecież moje i to już od bardzo dawna. Mam więc dosłownie wszystko do stracenia. Szumowiny natomiast odwrotnie – mogą zagarnąć całość sfinansowaną przecież przeze mnie a do stracenia oni nie mają niczego, w tym nawet dobrego imienia, bowiem jeszcze przed tą grą z racji bycia szumowinami go nie posiadali. Poza tym robią co tylko zechcą, gdyż są całkowicie bezkarni i nawzajem sobie wszystko umarzają.

            To z czym przyszło mi się zmierzyć to nie jest wcale jakaś wyjątkowa sytuacja. Ta klika która od lat mnie męczy to tylko jedna z bardo wielu postkomunistycznych lewackich szujni, które przez ostatnie ćwierć wieku kradły na potęgę majątek państwowy. Teraz, kiedy ten majątek się skończył kradną majątki co zamożniejszych Polaków i niszczą drobne polskie firmy oraz przedsiębiorstwa. Ukradli w ten sposób całe setki kamienic w Warszawie – będzie w związku z nimi jakaś komisja śledcza – i pragną ukraść też moją. Ci bandyci nawet wywozili ludzi do lasu i spalili kobietę w Warszawie broniącą oszukanych ludzi…

Te kliki to szumowiny najgorszego, bo lewackiego sortu. Obce, cuchnące popłuczyny po żydokomunie, ubekistanie i tuskolandzie. To prawdziwe zorganizowane mafie, które od dziesięcioleci, z pokolenia na pokolenie, specjalizują się kradzieży czego się da i obżydzaniu Polski dla Polaków. To oni w czasach prawdziwej wolności, niepodległości i praworządności, czyli przed II Wojną Światową, stanowili 90 % skazańców i pacjentów domów wariatów. Według tamtego kodeksu karnego tylko za samo to co robi mi Orka, dostałaby 15 lat ciężkiego więzienia, bo dla urzędników bezprawnie nadużywających władzy tylko ciężkie więzienia były przed wojną przewidziane…

            Napuścili na mnie co tylko się da żeby wyszarpać tę kamieniczkę i zniszczyć mi życie. Nasłali policję, prokuraturę, parę sądów, większość urzędów i w sumie to chyba jeszcze tylko Wojsko Polskie nie wyruszyło na mnie spacyfikować mnie w ramach misji pokojowej. Nie wiem dlaczego. Może boją się, że Wojsko Polskie nie będzie strzelać do Polaków? A może dlatego, że Wojsko Polskie jest zajęte pilniejszą misją pokojową, czyli strzelaniem do chłopów w Donbasie? Ci chłopi ich tam systematycznie workują, bo walcząc o swoją ziemię mają większe morale, tak więc póki co jest dobrze, że to ja nie muszę Wojska Polskiego workować mając przeciwko sobie jedynie policję, prokuraturę parę sądów i sforę urzędasów. Mogło być gorzej, heh...

Oto zatem ciąg dalszy tej prawdziwej do bólu historii, a jako że jest ona bardzo długa, oto kolejne podkłady muzyczne pozwalające każdemu wprawić się w stan zen i przetrwać w dobrej kondycji tak długi tekst.

            Dla miłośników dynamicznego brzmienia idealny podkład muzyczny jest tutaj:

https://www.youtube.com/watch?v=jAWkLsWQCY8

Dla konserwatywnych zwolenników muzyki klasycznej, o doskonale już wyrobionym smaku muzycznym, klasyczny podkład jest nadal tu:

https://www.youtube.com/watch?v=vs1mXnWuHd8

Natomiast dla osób wybitnie uduchowionych i nadwrażliwych na hałas, nasz ulubiony wykonawca, z misjonarskim natchnieniem śpiewa tutaj:

https://www.youtube.com/watch?v=PNHpFIHFWx0

Ścieżka dźwiękowa jest jak widać wybitna, co najmniej na miarę Blues Brothers, tak więc jak już w zakładce odpalicie odpowiedni dla siebie soundtrack zapraszam na:

Część VI

Ciąg Dalszy Nastąpił

 

Kwiecień 2016 był miesiącem, w którym siły ciemności przystąpiły do wiosennej ofensywy jak to robią zawsze po ich brudnym święcie purim. Robactwo wypełzło z ziemi. Cyganie udali na żebry. Wieś zrobić nowe zaciery. Obama zaciągnął wiosenny kredyt i zbombardował jakichś pasterzy i chyba to sprawiło właśnie, że wybudziły się do końca ze snu zimowego te wszystkie Mirki, Orki, Grzesie i Kukuły. Kiedy już otarli z zaropiałych oczu resztki chrapliwego snu i wydrapali się nawzajem po przygarbionych od knucia przepoconych grzbietach, skonsolidowali siły i przystąpili zmasowanym frontem do ataku biorąc na swój cel moją skromną osobę oraz oczywiście Blondyneczki.

Niestety dla nich ale mając przewagę zaledwie czterystu do jednego nawet nie mogą wygrać. Ci chorzy ludzie najwyraźniej nie wiedzą, że ja i Blondyneczka jesteśmy słowiańską szlachtą, czyli niezniszczalni i bez pospolitego ruszenia nie można nas ruszyć. Oni nawet nie zdają sobie sprawy z tej oczywistości, że już na samym początku przegrali, bowiem sam fakt że uderzyli na nas z proporcją 400 na jednego nieodwracalnie ich ośmieszył. Tyle resortów siłowych, instytucji i urzędów państwowych od lat niszczących pojedynczego człowieka i efekty… zerowe? Hmm. Kompletne zero skuteczności, jeśli nie liczyć kupy śmiechu. Te okoliczności świadczą chyba najlepiej o skali ich nieudolności i chaosie, który cechuje całość ich poczynań. Obrazu kompletnej dezorganizacji, w jaką popadli będzie zresztą aż za dużo w poniższej opowieści. Cały obłęd ich działań będzie można rozpoznać i poddać logicznej ocenie. I ta nierówna przewaga właśnie, także świadczy chyba najlepiej o skali mojej jako człowieka, który w pojedynkę im się przeciwstawił i mimo tego, iż przecież bierze udział w ustawionej przez oszustów grze i tak ogrywa ich jak małe dzieci. Wcześniej bezproblemowo zaszczuwali ludzi w parę tygodni, czyli po prostu doprowadzali do śmierci swoimi działaniami i zabierali ich mieszkania, a tymczasem ja mam się świetnie już szósty rok i to pomimo ich kompleksowo potajemnych i nielegalnych knowań. Ich obecna kondycja nie tylko się pogarsza ale i kondycja coraz większych posiłków jakie sobie sprowadzają aby mnie zniszczyć. Ośmieszając się przegrali na samym początku tę swoją brudną gierkę no ale najwyraźniej jeszcze tego nie wiedzą bo…

Uparcie nadal próbują mnie okraść i umieścić przymusowo w psychiatryku a więc nie psując im zabawy i nie uprzedzając faktów oto dokładna chronologia ich monumentalnej porażki, do której jak ćmy do świeczki zmierzają.

Przez całą zimę musieli tę ofensywę starannie planować, bo uderzyli o świcie, zmasowanym ogniem i to bardzo mocno…

15 kwietnia prokuratura rejonowa zignorowała sobie lutowe, prawomocne i niezaskarżalne postanowienie sądu o odrzuceniu jej wniosku o umieszczenie mnie na obserwacji w psychiatryku i jakby nigdy nic powołała sobie znowu biegłych psychiatrów aby ci… nadal mnie „badali” na okoliczność czy byłem poczytalny w chwili popełnienia zbrodni. Tej zbrodni, której oczywiście nigdy nie było. Zadaniem więc niewykonalnym obdarowano nieszczęśliwych psychiatrów, których już nawet z litości nie chce mi się dużej badać. Odbyło się to dokładnie w taki sposób, w jaki to jeszcze zimą przewidziałem. Aby na widok papierów nikt nie dostał głupich myśli, że sprawa jest błaha lub przedawniona, prokuratorstwo nadało temu postępowaniu nowiutką tegoroczną klauzulę (PR 2 Ds. 682.2016 zamiast tamtej z roku 2010). Następnie odsunięto od niej miłą panią prokurator, (która mnie nie uwaliła), potem przydzielono do niej nowiutką świeżą panią prokurator i heja do przodu z pozornie „nowiutką” sprawą przeciwko, człowiekowi który nigdy nikomu nawet złego słowa nie powiedział nie wspominając nawet o jakiejś krzywdzie. Jedyna różnica polega na tym, że obecnie prokuratura nie tyle pragnie zrobić ze mnie wariata jak poprzednim razem, co alkoholika lub narkomana (oraz wariata także) po to, aby mnie zamknąć gdzieś na przymusowym odwyku pod jakimkolwiek pretekstem. To też zresztą zostało w poprzednim odcinku przeze mnie przewidziane. Tego że jestem alkoholikiem lub narkomanem ma „dowieść” nowiuteńki jak cała reszta, zestaw biegłych psychiatrów. Dostałem zatem pisemko z prokuratury o nowych psychiatrach i… ? I to wszystko co dostałem. Nie przyszło żadne wezwanie na żadne badania, tak więc domyślam się, że nie przyszło po to… aby mnie „szukać” tak jak za starych, dobrych mirkopodobnych czasów. To posunięcie prokuratury również jeszcze zimą przewidziałem… i ci którzy znają poprzednie części wiedzą o tym doskonale.

To są oczywiście hitlerowskie metody – niedawno był w telewizorni programik o jakiejś kobiecie, której hiterjugendamt ukradł dziecko w szkopach. Hitlerowska organizacja ukradła je, bo mówiło po polsku. Jak się kobieta na hitlerowców zbuntowała to pomówieniami zrobili z niej alkoholiczkę. Kiedy udowodniła że nie pije, zrobiono z niej narkomankę. Kiedy udowodniła, że nie bierze narkotyków zrobiono z niej wariatkę. I tak bez końca hitlerjugendamty ją oszwabiają… oklepane do bólu są te metody.

Mi chcą ukraść kamienicę. Chyba za to że nie mówię po niemiecku i za to że ona jest w polskich zamiast niemieckich rękach. Ci biegli psychiatrzy o spolszczonych lecz nadal niemieckich nazwiskach próbowali mnie nawet przed sądem w tym celu ordynarnie pomawiać.

Zwykłym ludziom takie rzeczy się nie przydarzają. Dla zwykłych ludzi sprawa się kończy w sądzie, który albo skazuje ich albo uniewinnia i w obu przypadkach zapewnia spokój. W moim przypadku spokoju nie ma, bo prokuratura nawet się nie fatygowała w jakieś akty oskarżenia (!) lecz zwyczajnie olała orzeczenie sądu nakazujące jej odwalić się ode mnie i to razem ze swoimi psychopsychiatrami, którzy przypomnę, zupełnie jak „doktor” Mengele chcieli robić na mnie jakieś eksperymenty w zakładzie psychiatrycznym po moim przymusowym tam umieszczeniu. Serio, takie właśnie mieli zamiary i to wszystko jest w aktach tamtej sprawy. Tej samej sprawy, w której miałem wirtualnego adwokata, która w realu nawet bladego pojęcia nie miała że jest moim obrońcą. Tak samo zresztą jak ja, który pojęcia nie miał o tym, że w matriksie jest poszukiwany…

29 kwietnia (zaraz jak tylko za granicę wyjechałem) urząd meldunkowy (wydział spraw obywatelskich) z tryumfalną dla jej naczelnik arogancką bezczelnością oficjalnie odmówił wymeldowania Persila z pobytu stałego. Ewci również. Na przekór prawu, faktom i dowodom. Z tego samego nielegalnego pobytu, do którego Persile się w sądzie przyznały i którego Orka nie stwierdziła w czasie swojej sfingowanej kontroli. Przeprowadzili w meldunkowym rzekomo jakieś dochodzenie w tej sprawie i po roku gry na zwłokę uzasadnili tę swoją odmowę wymeldowania stwierdzeniem, że Persil nie opuścił budynku dobrowolnie. Ba, czosnek tam dopisał również swoje brednie, że Prosiaki mają na mojej budowie coś w rodzaju swojego „centrum życiowego”. Masakra.  Zameldowanie na pobyt stały na terenie budowy w budynku którego nie ma w ewidencji i do którego oni nie mają żadnego prawa nie tylko wywraca do góry nogami cały porządek prawny ustanowiony w ustawie prawo budowlane ale także porządek zapisany w ustawie o ewidencji ludności. Ponadto w ramach obłędu swojej naczelniczki odmówili wymeldowania go z innego adresu niż został zameldowany. O wymeldowaniu Kurewny i jej bękarta natomiast, nawet zaś słowem nie wspomnieli taktownie pomijając kwestię obecności niemowlaka na budowie i mamusi która o te niemowlę tak się „zatroszczyła”. Nie chciano chyba dopuścić do tego aby opieka społeczna odebrała dziecko Kurewnie nie potrafiącej własnemu potomstwu załatwić warunków do życia lepszych niż… plac budowy. Jak na ironię Kurewna to przecież córka pani kurator - osoby która za dużo mniejsze historyjki zabiera dzieci rodzicom. Patologia totalna…

„Oznajmili” mi to wszystko w piśmie kiedy mnie nie było. Oczywiście po to abym będąc nieobecny nie mógł w ciągu 7 dni się odwołać.

To też spory cios, nieprawdaż?

9 maja tymczasem prokuratura znowu powołała sobie nowiuteńki zestaw jeszcze nowszych biegłych, którzy mają za zadanie wetknąć mnie na jakiś odwyk. Dlaczego? Tego oczywiście nie wiem, bo to się jak zawsze odbywa kompletnie bez mojego udziału, ale się domyślam że poprzedni zestaw biegłych po zapoznaniu się z tą śmierdzącą sprawą po prostu odmówił wykonania rozkazu i zniszczenia niewinnego człowieka wmawiając mu, że jest debilem, żulem albo narkomanem. Przyszło zatem pisemko z prokuratury o nowszych nowiuteńkich biegłych i… ? I to wszystko co do mnie przyszło. Ponownie nie było żadnego wezwania, na żaden termin, na żadne badania. Dlaczego? Oczywiście po to, abym „zaginął” i można mnie było „szukać” pod pretekstem, że się nie stawiam – do bólu przewidywalne się zrobiły prokuratorskie działania.

Tego „niespodziewanego” ciosu to się pół roku wcześniej spodziewałem…

10 maja Orka oficjalnie (też pod moją nieobecność) umorzyła samowolę budowlaną Persila. Aby już do samego końca sprawę zamataczyć w uzasadnieniu napisała, że nie stwierdziła przystąpienia do użytkowania budynku nie oddanego do eksploatacji. To nic, że zgłaszałem dwie samowole: samowolne prace budowlane bez wymaganego pozwolenia i samowolne nielegalne zamieszkanie w budynku nie oddanym do eksploatacji – ona nie stwierdziła tylko zamieszkania, a najważniejszą resztę po prostu typowo dla siebie przemilczała tak jakby jej nie było. Każdy powód do umorzenia jest dobry i przedstawienia, że ona jest dzielna, ja oszołomem a czarne jest białe.

Czegoś w tym stylu po Orce również można było się spodziewać.

W połowie maja dotarł do mnie również jeb… pozew Ewci. Kukułcze jajo pozwało mnie o „naruszenie posiadania”. Kurwica ją wzięła kiedy wstawiłem kratę i odseparowałem Prosięta od mojej budowy a więc wystąpiła z pozwem do sądu abym jej do kraty wydał klucze. Ewcia była bardzo pewna swego, bo jej czosnek identyczne wnioski już do „mojego” sądu składał, gdzie sąd… przychylił się do nich (?) Sąd Agnieszki już raz postanowił bowiem wydać Ewci klucz do skrzynki elektrycznej i raz do kraty. Zażaliłem to postanowienie oczywiście i ugrzęzło na ponad pół roku w drugiej instancji. A przez te pół roku ani Ewcia nie mogła wejść na budowę i narobić mi strat ani żaden z Prosiaków nie mógł wejść mi w szkodę. A ponadto cała ta patologia musiała wynająć sobie mieszkania na mieście. Dostali przez to mocno po kieszeni i to cieszy, bo wcześniej kiedy żyli na mój koszt na budowie to wyłącznie ja po kieszeni z Blondyneczką dostawałem. Do drugiego sądu zatem pozwała mnie spodziewając się z góry łatwego zwycięstwa, a poza tym jej głównym celem jaki jej przyświecał nie było wcale otrzymanie jakichś kluczyków, tylko narobienie mi kolejnych szkód – kosztów rzecz jasna sądowych. Ewcia jest po prostu chora kiedy mam pieniądze i sama świadomość że mam za co żyć nie daje jej zasnąć. Planowała przecież uzależnić mnie od miseczki zupy i zrobić niewolnika a tu masz… jej ambitne plany wzięły w łeb a ona została z mojego życia wykopana raz na zawsze.

Jednak nie powiem, jej pozew mną wstrząsnął i to nawet mocno. Zero kasy a na horyzoncie kolejne koszty… niedobrze to zaczynało wyglądać. Oczywiście Ewcia chciała tak samo jak psychiatryk załatwić to kompletnie bez mojej wiedzy – w formie zaocznej, bo jak się okazuje jeszcze zimą mnie pozwała (!) licząc najwyraźniej na to, że to się odbędzie bez mojego udziału jak wiosną gdzieś wyjadę, no ale sędzia Ania z tamtego drugiego sądu się na to nie zgodziła. Po pierwsze, odrzuciła poroniony wniosek czosnka i Ewci o wydanie kluczy do kraty, a po drugie, wezwała mnie do odpowiedzi na pozew no i do stawienia się w jej sądzie na informacyjne przesłuchanie. To raczej dobre wiadomości, jednakże sama wiadomość o jakimś pozwie nie była mi miła…

Na koniec maja zieeeew… policja zaczęła mnie szukać.

Wiedziałem o tym, że zacznie mnie szukać jeszcze od zimy tak więc przyjąłem to z proroczym spokojem. Dwa razy zadzwonił do mnie ich człowiek, który się przedstawił jako policjant K. i oznajmił, że chciałby przeprowadzić ze mną jakieś „czynności” na komisariacie. Nic konkretnego nie powiedział na temat owych czynności więc ja mu powiedziałem konkretnie, że jestem we Francji i niczego nie wiem o żadnych czynnościach do przeprowadzenia na mnie. On odparł, że chodzi o sprawę z 2010 roku. Ja mu na to, że tamta sprawa jest już zakończona prawomocnym i niezaskarżalnym postanowieniem sądu wydanym pod koniec lutego 2016 roku. Policjant aspirant Mirek zakończył bowiem ze mną swoje „czynności” w 2011 wrabiając mnie w napad, biegli psychiatrzy zakończyli czynności w 2014 wrabiając mnie w odchyłki psychiczne, prokuratura zakończyła czynności w 2015 wnioskując dla mnie o psychiatryk, a sąd w lutym 2016 zakończył czynności każąc im wszystkim spierdalać czyli się ode mnie odwalić. Wszyscy zatem już skończyli swoje „czynności” w tamtej sprawie. Sąd odrzucając do kosza wniosek prokuratury o przymusowy psychiatryk, napisał w nim, że prokurator „nie ma racji”, tak więc nawet nie potrzeba tu niczego więcej dodawać. On zmienił wówczas ton na groźny i dodał, że wolałby mnie nie szukać na terenie Francji. Ja mu na to, że niedawno jeszcze przed sądem widziałem się z prokurator prowadzącą sprawę i wiem od niej z pierwszej ręki, że nie jestem już nawet na niby poszukiwany. On odparł, że teraz jest inna prokurator, (ta która zignorowała postanowienie sądu) i że tu chodzi „tylko o 15 minutowe badanie” u psychiatrów. Ja mu na to, że na tego typu badania nie umawia się przez telefon. Dodałem też, że wiem, że nowa prokurator zignorowała postanowienie sądu i w kwietniu powołała sobie nowych biegłych ale chyba nie chcieli się podjąć tej cuchnącej sprawy bo już w maju powołała sobie zupełnie nowy zestaw zupełnie innych biegłych. O tych powołaniach przecież listem poleconym mnie dwukrotnie poinformowała. Wiem zatem, że powołała no więc… powołała. I nic więcej nie wynika więcej z tego powołania, bo te powołania mają na mnie taki sam wpływ jak powołania do stanu duchownego w jakiejś parafii na drugim końcu Polski. Przyjąłem powołania do wiadomości no i to tyle – spoczywają sobie w kartoniku po butach razem z całą resztą jej papierów. A zatem bajeczki o moich poszukiwaniach nie mają nawet podstaw prawdopodobnieństwa, bo to że prokurator powołała biegłych nie oznacza oczywiście przecież, że jestem ścigany. Dobrowolnie natomiast nie zamierzam się „badać”, bo nie odczuwam w ogóle takiej potrzeby mając zaświadczenie lekarskie o braku nawet objawów chorób psychicznych. Ponadto w świetle prawa żaden lekarz nie może podważyć opinii innego lekarza, gdyż byłoby to nielegalne. On na to, że tak zadecydowała prokurator. Odparłem że wygląda na to, że ze wszystkich osób zainteresowanych jedynie nowa pani prokurator odczuwa usilną potrzebę badań psychiatrycznych. Ochotnikiem jednak żadnym nie będę po to, aby sprostać jej ambitnym planom. Nie może mnie zmusić albo namolnie nakłaniać abym się… dobrowolnie badał. Nikt tego nie może zrobić. Nie będę też się bawił w udawanie że jestem poszukiwany bo nie mam przed policją, w przeciwieństwie do niej, dosłownie niczego do ukrycia. Poprosiłem na koniec, żeby jeśli naprawdę jest policjantem o nazwisku jakie podał przez telefon, załatwił mi pisemne oficjalne wezwanie, bo jako wolny człowiek nie chcę się sam pozbawiać wolności i krążyć po psychiatrach zamiast po plażach. Nie chcę też dobrowolnie albo prywatnie na żadne tematy z policją rozmawiać, bo w świetle tego że policja jeszcze nigdy mi nie pomogła nie odczuwam już nawet takiej potrzeby. Jak policja lub prokuratura ma do mnie interes to niech przyśle wezwanie – będę miał ślad na piśmie tego typu działań i tym samym dowody na olewanie orzeczeń sądowych. Zapytał więc kiedy będę w Polsce to mi przyśle wezwanie. Powiedziałem, że na początku czerwca więc odparł, że mi przyśle pisemko.

Ten atak to było ewidentnie zastraszanie…

5 czerwca  wezwanie rzeczywiście przyszło zaraz jak tylko zjechałem do kraju. W niedzielę kolorowym radiowozem dostarczył mi je na budowę policjant z patrolu. Na komendę mnie wezwał sam naczelnik polickiego wydziału kryminalnego pan K. – ten sam który dzwonił dwa razy do Francji przez telefon. Dobrze wiedzieć zatem, że te telefony to nie był jakiś matriksowy dołek wykopany ze strony Ewci tylko historia prawdziwa, oraz oczywiście to, że na pertraktacje do mnie giermka nie przysłali. Sam naczelnik jaśnie pan kryminalny do zajęcia moją sprawą osobiście się pofatygował. No, no się porobiło…

6 czerwca podejrzewając, że brak wezwania na badania u psychiatrów ma posłużyć znowu za pretekst do poszukiwań, że niby się na nie nie stawiam, więc można mnie będzie „złapać”, udałem się na komisariat razem z Blondyneczką jako świadkiem i tam dowiedzieliśmy się z pierwszej ręki, że kryminalny naczelnik osobiście mnie sprawdził i rzeczywiście nie jestem poszukiwany. Okazuje się więc, że policja intensywnie szukała mnie po to, aby mi powiedzieć, że nie jestem poszukiwany. Znakomicie wpisuje się to w klimat tej opowieści. Nawet Kafka takich historyjek by nie stworzył, jakie na co dzień tworzy moja zwykła matriksowa rzeczywistość. Kiedyś będę musiał skontaktować się z tymi pajacami od księgi rekordów, bo coś mi mówi że już dawno pobiłem rekord świata w udawanych poszukiwaniach, a raczej policki komisariat i nadzorująca jego „pracę” prokuratura rejonowa. Policja w Policach to po angielsku chyba będzie Police Police – to zaś możemy matematycznym sposobem uprościć do nazwy Policja Kwadrat - a ta nazwa to już chyba każdy sam przyzna… zobowiązuje. Kwadratura tego psychiatrycznego policyjnego koła, które kręci się bez końca  jest epicka i imponująca – trwa to już sześć lat. Żeby więc nie było to tamto i nie mówiono potem, że jestem kłamca powiem od razu – w Policach mają kwadratowy komisariat. Z daleka wygląda jak klocek lego, a z bliska jak żłobek i widać, że wszyscy w środku bawią się lepiej niż dzieci na placu zabaw. Do łez się cieszą jak im się uda wymyślić przestępstwo, zatuszować parę oszustw albo kradzieży i zataczają ze śmiechu jak już im się uda kogoś wrobić – zwłaszcza kogoś kogo tylko udawali że szukają. Z dziecięcą, szczerą radością produkują sobie wirtualną wykrywalność. No i z małym wyjątkiem osób wywiezionych do lasu wszyscy bawią się tam wybornie w złodziei, konfidentów i policjantów.

Naczelnik wydziału kryminalnego pan K. okazał się spoko i zrozumiał, że coś tu nie gra. Przekonał nas o tym, bowiem to wybitny aktor, który nominację do Oscara mógłby dostać za drugoplanową rolę dobrego gliniarza. Widział że Blondyneczka jest w ciąży, że ja nie jestem diabolicznym agresywnym debilem, że przed nikim się nie ukrywam a wręcz nie mogę doprosić się policji aby zajęła się kilkoma kradzieżami, no i to, że zaprząta nas zupełnie co innego niż udowadnianie, że nie posiadamy garbów. Zaprząta nas po prostu pajęcza sitwa Ewci, której udało się nas oplątać i wziąć w pozornie beznadziejne okrążenie. Oznajmił że po prostu nie znał sprawy i dodał, że jako policjant musi po prostu wykonywać polecenia prokuratury a prokuratura nie mniej nie więcej tylko kazała mu mnie „odnaleźć”. No więc zadzwonił/odnalazł mnie no i to tyle. Rozstaliśmy się w miłej atmosferze, kiedy na policji okazało się że nie jestem przez policję poszukiwany.

Z Francji jednak przyjechać musiałem dowiedzieć się od ścigających, że nie jestem ścigany i że nie ukrywam się przed organami ścigania. A zatem proroczą rację miałem w lutym kiedy napisałem, że oni nigdy nie odpuszczą i nigdy nie zaprzestaną bezprawnego nękania. Naczelnik policji kryminalnej w dalszym ciągu nakłaniał mnie na jakieś spotkania z psychiatrami i pytał kiedy mam wolne terminy. Poprosiłem, aby zaprzestano nękania, bo dobrowolnie nie zamierzam u psychiatrów się badać będąc zdrowym na umyśle i mając na tę okoliczność świadectwo lekarskie prawdziwego specjalisty psychiatry, przy którym pseudo opinie sfingowane przez biegłych psychiatrów z ramienia prokuratury wyglądają po prostu blado. Mój psychiatra z wyboru stwierdził bowiem w jeden dzień brak nawet objawów choroby psychicznej a tamci pomimo pięciu lat intensywnych „poszukiwań” nie doszukali się… także jakiejkolwiek umysłowej choroby! Szukali, szukali, szukali, no ale niczego nie odszukali, ot co. Być może pragnęli wywołać u mnie depresję uporczywym nękaniem ale nawet to im się nie udało, bo fakty są takie, że czuję się psychicznie świetnie a moja kondycja umysłowa zwyżkuje. Ponadto w świetle prawa wbrew mojej woli po prostu nie wolno na mnie wykonywać jakichkolwiek medycznych zabiegów lub badań. Zastrzegłem sobie to jeszcze w sądzie oświadczając że nie wyrażam zgody na przymusowe leczenie u mnie nieistniejących chorób.

Oczywiście wiem, że po tym jak nie udało im się ze mnie zrobić psychola będą chcieli zrobić alkoholika lub narkomana aby mnie przymusowo gdzieś odizolować ale to nie jest mój interes policji lub prokuraturze w czymś tak absurdalnym pomagać. To ich robota zebrać dowody a nie podejrzanego. To na oszczercach bowiem w świetle prawa spoczywa ciężar dowodu a więc nie będę ich wyręczał będąc tylko niewinną ofiarą tych hitlerowskich metod. Mi już wystarczająco zniszczono życie i dalej się w to nie zamierzam bawić. Wyraziłem też nadzieję, że być może pan naczelnik jest uczciwym policjantem wówczas chętnie o tej sprawie wszystko mu opowiem – kto, jak i kiedy mnie pomówił oraz kto, jak i kiedy wrobił. On jednak w ogóle nie chciał tego słuchać wykręcając się tym, że… nie zna sprawy. Tej samej w ramach której mnie szukał! No więc z braku logiki nie pogadaliśmy sobie. Akt tej sprawy, jakie mu przyniosłem jako fotokopie na pendrivie też nie chciał wziąć do ręki. Bardzo dziwna była ta wizyta. Nikt nie spisał z niej żadnych notatek, nikt niczego nie dał nam podpisać. Z naszej rozmowy w świetlicy na komendzie nie powstał nawet najmniejszy ślad na papierku, a ponadto kwadratowej policji w Policach choćby nie wiem jak przyjazną udawała już nigdy w życiu nie zaufam bazując na dotychczasowym bolesnym doświadczeniu. Tak więc żeby nie było to tamto i żeby nikt nie powiedział kiedyś, że się na komendę na wezwanie naczelnika nie stawiłem, złożyliśmy razem z Blondyneczką, przy okazji naszej wizyty…

6 czerwca powtórne zawiadomienie o przestępstwie Persilów. Pisemne. Mamy na nim takie ładne, kolorowe potwierdzenie przyjęcia a więc bezsporny dowód, że tam byliśmy tego dnia o takiej i takiej godzinie. Chodziło w nim o zgłoszoną rok wcześniej sprawę skradzionych kluczy, skradzionego mieszkania i nielegalnego mieszkania na mojej budowie przez plemię Prosiaków – sprawę której nigdy nawet nie podjęto na komendzie (!), gdyż celowo ją wówczas na policji spisano tak, aby wyglądała jakby zgłoszenie składał jakiś półgłówek. Tym razem sami napisaliśmy zawiadomienie o przestępstwie, aby jakiś mirkopodobny policjant nie musiał się fatygować. Ja wyliczyłem w nim zwięźle moje szkody ze strony Persila – kradzież kluczy, przywłaszczenie mieszkania i zablokowanie mi jego samowolą i obecnością, możliwości ukończenia budowy – co po trzech latach wyceniłem na szkody w wysokości ponad 100 tysięcy złotych, a Blondyneczka, kradzieże prądu, wody, dewastację kotłowni – co przyniosło jej szkody na tysiąc złotych ze strony Ewci i sprowadzonych przez nią Persilów. Napisaliśmy też, że to już było zgłaszane rok temu ale niczego wówczas nie wszczęto w sprawie skradzionych kluczy i przywłaszczenia mienia o znacznej wartości. Tak czy siak mamy więc niezbite potwierdzenie wizyty na komendzie i nikt już nigdy nie powie, że się ukrywamy przed policją lub kimś innym. Jesteśmy obecnie dużo mądrzejsi znając możliwości i metody sitwy. Po paru tygodniach oczywiście umorzyli to bo się okazuje że ani kradzież kluczy, ani kradzież mieszkań nie nosi w Policach nawet „znamion czynów zabronionych.” Masakra, to już chyba szóste takie umorzenie i jest ich więcej niż dzieł zebranych Mrożka…

Po tej wizycie atak stracił na sile – przeciwnik widokiem nietkniętych w ogóle ofiar nieco się zniechęcił. Dużo zachodu ten wiosenny atak ich kosztował, dużo planowania, knucia i przygotowań a skutku żadnego i tak to nie odniosło.

Oczywiście te telefony z policji i udawane szukanie to była tylko zasłona dymna po to aby mnie zastraszyć i abym się na wiosnę gdzieś głęboko zaszył, to wówczas oni będą mogli spokojnie powydawać swoje „prawomocne” postanowienia o których już wspomniałem. Liczyli że jak mnie nie będzie to te decyzje na które z powodu nieobecności w terminie się nie odwołam, nabiorą mocy prawnej i znów postawią mnie w obliczu faktów dokonanych.

 

Od kwietnia do czerwca trwała ta nagonka, która miała nas zmiażdżyć ale my z Blondyneczką przetrzymaliśmy ją bez najmniejszej skazy. Wręcz z uśmiechem na ustach. Jej brzuszek sobie pęczniał a my razem z nim z radości, że wszystkie chaotycznie wystrzeliwane przez sitwę pociski okazały się niecelnie. Naczelnik wydziału kryminalnego widział, że mamy głęboko w dupie wszystkie knowania, bo żyjemy własnym życiem i przytaknął ze zrozumieniem głową w ramach swojej drugoplanowej roli. Tymczasem zanim jeszcze opadł kurz przystąpiłem z Blondyneczką do kontrofensywy. Sytuacja wyglądała podobnie jak pod Stalingradem. Siwa oplątała nas dokumentne urzędem miasta, meldunkowym, policją i prokuraturą, biorąc przez swoje patologiczne układy w niesamowite kleszcze uniemożliwiające jakikolwiek ruch a nawet złapanie oddechu, a Orka jak jakiś rybny kapo krążyła groźnie wokoło pilnując aby nie udało nam się z okrążenia wydostać. Kiedy tylko wyjechaliśmy z Blondyneczką z miasta zarobić poza nim parę groszy – natychmiast wszczynała „postępowania” na podstawie donosów Ewci i strasząc w nich mandatami kazała z drugiego końca Polski i Europy fatygować się do jej nory aby powiedzieć jej osobiście że nas… nie ma! Orka robiła dokładnie to samo co naczelnik kryminalny. Pracować na budowie zabroniła mi pod wziętym z dupy pretekstem jakoby w planach budynku i na budowie nie było kanalizacji, a wyjechać za granicę nie pozwoliła wzywając (identycznie jak naczelnik kryminalny) natychmiast z powrotem do miasta pod byle pretekstem. Starannie zorganizowane było te nasze nękanie. Na miejscu za mocno byliśmy okopani na swoich pozycjach, aby nas zniszczyć ale jednocześnie za słabi, aby się z okrążenia wydostać. Stalingrad dosłownie. Zaszachowali nas naprawdę skutecznie ale nie posiadali środków i możliwości aby wykończyć, bowiem te wszystkie ich „dochodzenia”, „poszukiwania”, „postępowania”, „programy naprawcze” to tylko jedna wielka lipa. We dwoje jednak uwiązaliśmy tak potężne siły, że zabrakło im wolnych mocy przerobowych aby nas wykończyć, bo w sumie co oprócz szczekania mogą pyskacze zrobić? Naprodukowali jedynie bezwartościowych papierków i narobili harmiderku na polu bitwy. Był jazgot i skowyt planktonu, jeśli któryś się zbliżył ale nic ponadto. Nastąpiła wojna pozycyjna. Wojna na przeczekanie i na wyniszczenie przeciwnika. Wojna której nie mieliśmy oczywiście szans przetrwać bez dopływu środków do życia. Oni wszyscy mają przecież stałe źródła utrzymania czyli te środki. My nie. Chcieli więc nas zagłodzić po prostu. Ewcia zresztą jeszcze wiosną odgrażała mi się, że „w tym roku nigdzie nie wyjadę i nie zarobię pieniędzy”. Wredna, cygańska suka. Martwi ja przede wszystkim to, że ktoś… żyje. Zwłaszcza ktoś kto według niej już dawno powinien odejść z tego świata i pozostawić cygańskiemu pomiotowi cały swój majątek, o który ona non stop… żebrze. Tak, tak, żebrze. Jedyna bowiem różnica między nią a innymi Cyganami jest taka że oni żebrają na ulicach a ona swoje żebry zanosi do sądu i tam określa roszczeniami.

Znając więc historię zdałem sobie sprawę, że skoro o wyniku bitwy pod Stalingradem zadecydowało to która ze stron jako pierwsza otrzymała odsiecz wykonaliśmy ruch w tym kierunku, ciesząc się że siły przeciwnika są zaangażowane całkowicie w trzymaniu nas w kleszczach.

17 maja popchnęliśmy odwołanie do Wojewody od decyzji Urzędu Miasta odmawiającej wymeldowania Ewci i plemienia Persilów. Stwierdziliśmy, że od momentu kiedy już jawnie zaczęto nas zaszczuwać, rugować z własnej ziemi i własnego domu pora zakończyć epokę subtelnych wyważonych wypowiedzi i rozpocząć erę dosadnego języka, czyli nazywania rzeczy po imieniu. To było najbardziej jadowite pismo urzędowe, jakie widziały ludzkie oczy. Jesteśmy z tego pisma tak bardzo dumni, że chyba zostanie oprawione w ramki aby następne pokolenie miało co czytać kiedy urośnie.

20 maja pchnęliśmy też pismo do Prokuratury Krajowej do ministra Ziobro opisując generalnie to wszystko co znajduje się w pierwszych pięciu częściach tej historii. Opisaliśmy całe te dziadostwo jakie nas otoczyło i dusi niemiłosiernie uniemożliwiając nawet normalne życie. Departament postępowań przygotowawczych prokuratury krajowej zajął się tym każąc prokuraturze okręgowej powyjaśniać jej i nam małe co nieco. Prokuratura okręgowa zmusiła w tym celu prokuraturę rejonową aby nam i jej wyjaśniła te wszystkie hece i umorzenia ewidentnych przestępstw. Wszystko co umorzono zostało odmorzone i bada się na nowo. Prokuratura rejonowa zaczęła oczywiście rozpaczliwie kłamać że jestem chory psychicznie, niebezpieczny, przekręcono również fakty na temat sądu, który kazał im się ode mnie odwalić – standard po prostu. Pchnęliśmy zatem z Blondyneczką sprawiedliwe pismo na siedemdziesiąt stron z całym materiałem dowodowym na nękającą nas sitwę ale bezpośrednio do prokuratury okręgowej no i..? Na razie czekamy… a dowodów tymczasem przybywa.

Prócz jadowitego odwołania do Wojewody na potajemne i nielegalne zameldowanie mi na budowie Prosiaków na pobyt stały co uczyniło z mojej budowy chlewnię, poszła też pięknie jadowita skarga na Orkę do wojewódzkiego nadzoru. Obydwa pisma są według mnie niedościgłym wzorem prawidłowych pism urzędowych po których urzędnik jest wgnieciony w fotel. Kuźwa, jestem z tych cudownych pism normalnie dumny. Być może kiedyś otworzę Biuro Pisania Masakrycznych Podań. Zobaczymy…

Czerwiec

3 czerwca tymczasem, rozprawę w sądzie, na którą ja z Francji a Blondyneczka z drugiego końca Polski przybyliśmy, nagle odwołano. Po opisaniu tego wszystkiego w poprzedniej części obawiano się po prostu, że w sądzie pojawi się publiczność ciekawa osobliwości życia sądowego jakiemu zapewniłem patronat medialny. Sitwa nie lubi rozgłosu i oczu opinii publicznej. Za pretekst do odwołania rozprawy posłużyło im jakieś zażalenie sprzed roku które nie powróciło do sądu z innej instancji. Te zażalenie nie wróciło oczywiście na parę poprzednich rozpraw ale tamtych z tego powodu nie odwołano. Teraz odwołano aby sprawę przeciągnąć do czasu aż sitwie Ewci uda się mnie w coś wrobić, no i po to aby publiczność nie miała wglądu w przebieg rozprawy. Boją się opinii publicznej jak diabli. Te zażalenie tak naprawdę jest bowiem zupełnie nieistotne w sprawie. Zażaliłem w nim zbyt pochopne i nie do końca zgodne z prawem (!) „postanowienie” sędzi Agnieszki aby Ewci wydać kluczyk do kraty. Napisałem w nim że nie mogę tego zrobić z paru powodów. Po pierwsze, nie jestem kompetentny aby pozwolić jej użytkować budowę – może to zrobić tylko nadzór budowlany. Po drugie, jestem tylko inwestorem do którego podstawowych obowiązków należy zabezpieczyć teren budowy przed dostępem osób nieupoważnionych. Wręcz mi to nakazano zrobić i ja nie tylko mogę wstawić kratę ale nawet pod rygorem wysokiej grzywny jestem do tego zobligowany. Grzywny, której nałożeniem nie kto inny tylko Persil mnie szantażował przed dwoma laty. Po trzecie, sądy są niezawisłe i mogą sobie co tylko zechcą postanawiać. Mają wolną rękę pod tym względem. Prawie wolną, albowiem jest małe ale, otóż sądy nie mogą w swych wyrokach, postanowieniach lub orzeczeniach złamać prawa, czyli pogwałcić konstytucji ani żadnej ustawy – a w tym przypadku wydanie kluczy do kraty byłoby rażącym złamaniem ustawy prawo budowlane, która nakazuje zabezpieczyć teren budowy a nie udostępniać ją dla osób nieupoważnionych. Po czwarte zresztą, już raz w dobrej wierze – na mocy innego postanowienia łaskawej dla złodziei sędzi Agnieszki - wydałem Ewci kluczyk do skrzynki elektrycznej. Byłem pełny najczarniejszych obaw no ale z respektem podeszłem do tamtego postanowienia. Skończyło się to jednak natychmiastowym zerwaniem plomby, kradzieżą prądu na moją i Blondyneczki szkodę i kolosalnymi problemami, (windykacja z Eneii i providenty zaciągnięte na poczet skradzionej przez Prosiaków i Ewci energii) a więc żadnych kluczy do zakończenia budowy już nie będzie na ręce Ewci wydawane.

Poza tym ja także napisałem do Agnieszki ładny wnioseczek o zwrot kluczy które mi skradziono i w tym przypadku Agnieszka… odrzuciła go motywując to tym że Persile – złodzieje tych kluczy - pod moim kluczem trzymają swoje graty – masakra. Wygląda że złodzieje kluczy i mieszkań według Agnieszki mogą legalnie trzymać w skradzionym mieszkaniu swoje wanny i resztę śmieci. Właściciel natomiast nie może swoją własnością władać i nie może dalej prowadzić budowy na którą ma pozwolenie, bo ktoś bez pozwolenia na budowę okradł go z tej pracy i z tego co wcześniej wypracował. Ten proces coraz bardziej zaczyna przypominać proces sfingowany wnosząc po tym jakie decyzje na nim zapadają. I to jest dobry powód aby publiczność tego nie widziała, a zatem dyskretnie, dosłownie w ostatniej chwili odwołano rozprawę, nawet nie informując mnie o tym lub Blondyneczki która jest kluczowym świadkiem. Oboje przyjechaliśmy do sądu z bardzo daleka tylko po to aby na miejscu w ostatnim momencie się dowiedzieć, że rozprawy nie będzie. Sąd robi to samo co Orka, co naczelnik kryminalny oraz prokuratura – marnują celowo nasz czas i nasze skromne środki, oraz dbają pieczołowicie aby nawet gdzieś daleko od sitwy nie udało nam się pieniędzy na życie zarobić.

Dowiedziałem się też jak już wspomniałem z pisma z innego sądu kolejnej rewelacji – tej, że Ewcia jeszcze w styczniu mnie pozwała. Chciała w „swoim” sądzie abym wydał jej kluczyk do kraty, po tym jak w „moim” sądzie tego typu postanowienie skutecznie zaskarżyłem blokując je miesiącami w innych instancjach. Cygańska suka chciała to zupełnie tak samo jak psychiatryk załatwić za moimi plecami – zaocznie znaczy oraz narobić mi kolejnych kosztów przy okazji. Niestety dla niej ale uczciwy (czytaj: nie wtajemniczony w działania sitwy) sąd – czyli sędzia Ania - odrzucił jej wniosek z marszu czyli postanowił aby nie wydawać jej kluczy no i zawezwał mnie do złożenia w ciągu 2 tygodni odpowiedzi na pozew i stawienia się w sądzie w celu informacyjnego przesłuchania. Datę rozprawy wyznaczono na 12 lipca. W odpowiedzi na pozew do sędzi Ani napisałem w sumie to samo co w zażaleniu do sędzi Agnieszki a to co jest arcyciekawe to fakt, że sędzia Ania w swoim postanowieniu niemal kropka w kropkę napisała to samo co ja, poroniony wniosek Ewci o klucze do kraty odrzucając w diabły. To co jest istotne i co będzie miało jeszcze ciekawsze następstwa poniżej to fakt że czosnek Ewci – ten sam który napisał i złożył obydwa pieniacze wnioski o klucze do obydwu sądów – tego postanowienia sędzi Ani nie zaskarżył i tym samym stało się ono jeszcze w maju prawomocne. Zarówno on jak i cygańska suka mają więc obowiązek prawomocne postanowienie sądu wydane na ich własny wniosek uszanować i…? I nie zawracać mi tym samym dupy abym im wydał klucze do kraty.

23 czerwca nadeszło pismo z urzędu wojewódzkiego. Wojewoda wydał decyzję o uchyleniu w całości decyzji polickiego urzędu meldunkowego o odmowie wymeldowania Prosiaków. Wielki sukces. Wręcz gigantyczny. „Całość postępowań polickiego wydziału spraw obywatelskich okazała się prowadzona z naruszeniem przepisów kpa. Stopień naruszenia tych przepisów nie pozostawił wątpliwości że należy ją w całości wycofać z obrotu prawnego”. Chodzi o to że jako strona mam zagwarantowaną w kodeksie możliwość wypowiedzenia się oraz przedstawienia dowodów w każdej dotyczącej mnie sprawie i to na każdym jej etapie, a tymczasem zameldowanie Prosiąt na mojej posesji odbyło się potajemnie, nie tylko wbrew mojej woli ale i przy mojej kompletnej niewiedzy. Ponadto pod nieistniejącymi adresami ich zameldowano. W budynku nie widniejącym w ewidencji. Po prostu na terenie budowy do której Prosiaki oczywiście nie mają żadnego prawa. Parę kolejnych cytatów z tego wspaniałego pisma: „Zgodnie z art. 10 paragraf 1 kpa organy administracji państwowej obowiązane są zapewnić stronom czynny udział w każdym stadium postępowania, a przed wydaniem decyzji umożliwić im się wypowiedzieć co do zebranych dowodów, materiałów oraz zgłoszonych żądań. Naruszenie przez organ gminy dyspozycji tego artykułu uzasadnia stwierdzenie, że dowody zebrane przez ten organ nie mają żadnej wartości ocennej a zatem nie można na ich podstawie rozstrzygnąć kwestii prawidłowości poczynionych ustaleń w sprawie wymeldowania”.

Efekt jest taki, że urząd meldunkowy już nie wydziera na mnie i Blondyneczkę mordy, nie wyrzuca nas z biura, nie jest arogancki i chodzi jak zegarek. Te same opryskliwe i butne baby obecnie są fałszywie przymilne i biegusiem dostarczają każdy potrzebny dokument. To co było niemożliwe stało się możliwe i wymeldowano z urzędu wszystkie Prosiaki ciupasem. Wielki sukces w walce z tą szujnią. Po tym jak upadła próba kradzieży tej kamienicy poprzez umieszczenie mnie w psychiatryku, a kiedy tam będę (bez kasy wydanej na budowę i bez wiarygodności zniszczonej zmasowanymi pomówieniami oraz samym faktem bycia w psychuszce) zamianie moich prawdziwych faktur fałszywkami Ewci, teraz upadła próba przejęcia jej drogą nielegalnego zasiedzenia. Wojewoda postanowił wymazać z rzeczywistości wszystko co zostało w urzędzie meldunkowym wyknute. Nakazał wycofać to po prostu z obrotu prawnego – tak jakby owych zameldowań nigdy nie było. Prosiaki wymeldowano zatem w komplecie razem z bękartem ale co do Ewci urząd meldunkowy miał jeszcze jakieś opory i ponownie odmówił mi tego olewając kompleksowo decyzję Wojewody. Napisali mi to oczywiście jak zawsze – czyli kiedy byłem za granicą, po to abym nie zdążył się odwołać w ciągu 7 dni i tym samym aby się to „uprawomocniło” – ale mam swoich ludzi w Polsce, którzy trzymają rękę na pulsie i kontrolują nadchodzącą korespondencję - a zatem napisałem z Blondyneczką w terminie kolejne odwołanie do Wojewody no i czekamy…

12 lipca

I rozprawa

(w sądzie Ani o wydanie kluczy do kraty)

czyli

Wartość sensoryczna mięsa kukułczego drobiu utrzymywanego w warunkach ekstensywnych

            W sądzie sędzi Ani od razu dało się zauważyć że była ona uczciwa, czyli nie wplątana w układy. Odrzuciła bowiem jeszcze w maju - czyli przed rozprawą niedorzeczny wniosek czosnka o wydanie kluczy budowlanych legalnego inwestora dla osób nieupoważnionych które mają w świetle prawa na budowę wstęp wzbroniony. Sędzia Ania jest dużo młodsza od sędzi Agnieszki, dużo ładniejsza, dużo obiektywniejsza i z dużo silniejszym charakterem. Odmalowana i udekorowana jest jak jakaś słodka lala na studniówkę, w jakieś mini, szpile i pończochy ale niech nikogo to nie zmyli, bo mimo pozorów zachowuje się jak kapral w wojsku. Zajebiście stawia na baczność śmiertelników, którzy chcą się bezpośrednio wypowiedzieć do niej z jakimś życiowym problemem. Słodziutko wyciąga wówczas łapkę ze skierowaną do góry dłonią – w klasycznym geście rumuńskich Cyganów – i nagle bęc, rytmicznie kiwając tą łapką każe im podnieść dupę z ławeczki, co sprawia że śmiertelnik zapomina o szukaniu serca na tej dłoni, zrywa się i wręcz nad ławeczką lewituje w ułamku sekundy. Ania jeszcze co prawda nosiła warkoczyki, kiedy Ewcia już kradła akcyzy ze skarbu państwa albo jakieś mieszkania, no ale nie daje sobie w kaszę dmuchać. Muszę też obiektywnie stwierdzić że Ania posiada oznaki inteligencji i nadaje się do rozmów na wyższym od Agnieszki – tym arcyśmiesznym poziomie. Znakomicie mi się z nią przekomarza.

            Wezwała mnie do składania zeznań i powiedziałem na początek że cała ta rozprawa jest oczywiście w całości zbędna gdyż dotyczy spraw już toczących się przed innym sądem i ma na celu jedynie narażenie mnie na zbędne koszty i dlatego składam wniosek o zwolnienie z kosztów sądowych oraz o adwokata z urzędu. Poza tym powiedziałem, że w sprawie wydawania kluczy już się inny sąd wypowiedział i postanowił wbrew prawu budowlanemu żebym wydał Ewci te klucze. Ja te postanowienie zaskarżyłem ponieważ nie tylko nie mogę kluczy wydać ale nawet mam pod rygorem grzywny obowiązek zabezpieczyć budowę, no ale druga instancja utrzymała je w mocy na przekór logice i prawu. Jednakże od czasu wydania tego postanowienia Ewcia nie przyszła na budowę, nie chciała kluczy i nie wszczęła egzekucji komorniczej. Ona bowiem doskonale wie, że na budowie nie wolno mieszkać a więc w praktyce po te klucze nie przychodzi mimo iż ma klauzulę natychmiastowej wykonalności, czyli tytuł wykonawczy. Sędzia Ania stwierdziła wówczas do aplikantki czosnka że wynika z tego że Ewcia nie chce kluczy skoro po nie przychodzi. Powiedziała też do niej, że wszystkie tego typu postanowienia i tak mają charakter tylko tymczasowy – jedynie do czasu zniesienia współwłasności. To co jest ważne to to, że w protokole z rozprawy nie ma po tym co Ania powiedziała do aplikantki czosnka śladu. Jest natomiast napisane że rzekomo aplikantka to powiedziała do mnie. Inną sprawą niezgodną z protokołem jest pomówienie mnie przez czosnka że rzekomo policja brała udział w jakiejś interwencji przeciwko mnie. Policja bowiem przysłała do sądu Ani informację że taka interwencja nie miała miejsca i Ania poinformowała o tym czosnka. W protokole z rozprawy jednak jest to napisane zupełnie inaczej – nie ma tam wzmianki że czosnek mnie pomówił a policja nie potwierdziła tego, tylko że Ania poinformowała o treści informacji z policji uczestników rozprawy. Ktoś bardzo się stara aby w tych protokołach przedstawić mnie jako awanturnika mimo iż nie ma na to cienia dowodu.

            Dalej Ania wypytała mnie na okoliczność sytuacji majątkowej i zwolniła całkowicie z kosztów sądowych, ku rozpaczy aplikantki czosnka i samej Ewci. Następnie, ku mojej rozpaczy odmówiła mi prawa do adwokata stwierdzając że „sam sobie doskonale poradzę”. Po prostu postawili mnie przed sądem i odmówili prawa do rzetelnej obrony aby zapadła „sprawiedliwość”. Wniosłem więc o powołanie na świadka Blondyneczki na okoliczność braku naruszenia posiadania, o który Ewcia mnie pozwała.

            Rozprawę odroczono na 11 sierpnia, co natychmiast oprotestowałem bo trafili z tą datą idealnie w termin porodu Blondyneczki. Oczywiście zrobili to po to żeby do sądu nie przybyła i nie złożyła zeznań jako kluczowy świadek tego że to mi klucze ukradziono a nie ja złodziejom. Sędzia Ania nie wzruszyła się datą porodu i tym samym pokazała że ma głęboko w dupie problemy śmiertelników i fakt że ktoś będzie rodził nie stanowi dla niej problemu aby go w tym samym czasie powołać do sądu na świadka. Ta heca z kradzieżą mojej kamienicy już nie była tym samym nawet grubymi nićmi szyta tylko wręcz zaczęła się w szwach rozłazić. Protokoły z rozpraw są od dawna tak spisywane abym wyglądał w nich na oszusta a oszuści na ludzi uczciwych – ba, wręcz pokrzywdzonych. Rozprawę mimo porodu, na datę porodu odroczono… no i nie zapisano oczywiście w protokole, że zgłaszałem datę porodu kolidującą z datą rozprawy…

Jeszcze żeby mnie zmiękczyć przed samą rozprawą przeprowadzono tego samego dnia nalot dywanowy:

12 lipca otrzymałem o świcie 48 (słownie czterdzieści osiem) pism z urzędu gminy – masakra. Na polecenie Wojewody zaczęli udawać że mnie zapoznają ze sprawą podsyłając bezwartościowe papiery z których wynikało… zero. Najważniejszych dokumentów, czyli fałszywych zeznań fałszywych świadków i protokołów ze sfingowanych kontroli (jakoby Prosięta rzekomo mieszkali) do dziś mi nie pokazali. Po tym jak Wojewoda wymazał z rzeczywistości matriksowe zameldowanie Prosiaków i zlikwidował kompleksowo całość knucia w urzędzie meldunkowym – wzburzyło się tam jakby ktoś wrzucił petardę do szamba. Jedna z bezcennych porad jaką zamieściliście ludziska pod poprzednimi częściami dotyczyła rady aby przenieść wojnę na teren przeciwnika. Zostało to zrobione oczywiście – wielkie dzięki za tę poradę – i aż miło było popatrzeć jak się kotłują kiedy Urząd Wojewódzki zrobił z tym syfem porządek. Te same cipy, które mi potajemnie na budowie nielegalnie zameldowały plemię Prosiaków a potem żądały ode mnie podatków za wywóz ich śmieci i podatków od nieruchomości zostały zmiażdżone moim konkretnym pisemkiem, że do zaistnienia tego podatku (na przekór mojej woli i moim pisemnym protestom) przyczyniły się: Ewcia która plemię Prosiąt na budowę sprowadziła, naczelniczka urzędu meldunkowego która te trzodę potajemnie na pobyt stały zameldowała oraz Orka, która jako powiatowy inspektor nadzoru nielegalny pobyt młodzieży chlewnej przez trzy lata tuszowała twierdząc mimo dowodów (takich jak samo przyznanie się w sądzie Prosiąt do nielegalnego pobytu) że ich… nie ma. Tak po prostu oni sobie byli a Orka twierdziła że… ich nie ma. I tak po prostu kiedy ich usunęła policja naczelniczka meldunkowego twierdziła że… oni nadal są. I meldunkowy i Orka latami „udowadniali” że czarne jest białe z dwóch stron jednocześnie kręcąc mi szubienicę nad głową. Napisałem też że tekst jednolity ustawy o podatkach i opłatach lokalnych stwierdza że podatek od nieruchomości należy opłacić nawet w przypadku uwaga, nielegalnego użytkowania nieruchomości a więc wnoszę aby osoby odpowiedzialne za jego zaistnienie złożyły deklarację do wydziału finansowo budżetowego i go razem z odsetkami opłaciły za minione lata. Masakra. Kiedy się okazało że to oszuści i skorumpowani urzędnicy muszą opłacić ten podatek który wykreowali – natychmiast go umorzyli. Już nie nękają oczywiście mnie abym to ja za Prosiaków go opłacał. Zimą zamierzam wziąć się za tę patologię, która się z tym podatkiem na mnie latem uwzięła a potem poległa jak banda nieudaczników. Zrobili to po to oczywiście aby znowu mnie obarczyć odpowiedzialnością za ich czyny, czyli kolosalnymi kosztami zaległych podatków – tak więc złożę treściwe pismo do ministerstwa finansów o tuszowaniu tego podatku, który w świetle zapisów ustawy niewątpliwie zaistniał w wyniku ich działań. Tuszowaniu oczywiście przez osoby, które doprowadziły do jego zaistnienia: Orkę i tę naczelniczkę z meldunkowego która, ma już co prawda trzeciego męża ale nadal jest niezaspokojona, bo wydziera na petentów w swoim urzędzie mordę w żałosnej imitacji orgazmu. Rok temu skrzyczała mnie i Blondyneczkę jak małe dzieci kiedy byliśmy wyjaśnić jej, że potajemnie nam zameldowała Prosiaki pod nieistniejącym adresem na terenie budowy. Wrzeszczała wówczas że ma w dupie prawo budowlane i nawet zorganizowała sfingowaną kontrolę, która „stwierdziła” że Prosięta mieszkają – a było to przecież w okresie gdy ich nie było jako że usunęła już ich z budowy rok wcześniej policja. Ten meldunek miał Prosiakom wykreować lata fikcyjnego „pobytu” potrzebne do kradzieży lokalu drogą zasiedzenia.

Hmm… ten mały meldunkowy meczyk jak małe dzieci przegrali, bo jedno moje pismo do Wojewody anulowało całość ich dwuletnich potajemnych knowań, a jako bonus dostaną jeszcze w ramach dogrywki podatek z odsetkami do zapłacenia jaki sobie sami wykreowali.

Walczę też z sobie Orką – od paru miesięcy bije w nią intensywnie najcięższa artyleria usiłując zmiękczyć Godzillę przed kontrofensywą. Dostaje ode mnie regularnie pisemka w których merytorycznie jadę po niej jak jeszcze nikt po niej nie jechał i pytam uprzejmie po kolei o wszystkie jej kłamstwa. Jeszcze żadnego nie wyprostowała, dalej tkwiąc w swoim obłędzie ale przynajmniej chodzi jak zegarek. Już nie wyrzuca mnie ze swojego urzędu, posłusznie dostarcza każdy żądany materiał i w ogóle zrobiła się jakaś taka mniejsza. Zmniejszyła się odkąd spuściłem z tego nadętego balonu odrobinę powietrza, lecz knuje jednak w dalszym ciągu a więc jej do samego końca nie zamierzam odpuścić. Przypomnę tylko że ta kreatura najpierw całymi latami tuszowała obie samowole budowlane Prosiaków – prace budowlane bez wymaganego zezwolenia oraz nielegalne użytkowanie obiektu nie oddanego do eksploatacji a kiedy zgłosiłem to do prokuratury nie mogąc swojej własnej legalnej pracy wykonywać z powodu tych samowoli, ona nie tylko zatuszowała obie samowole w ramach sfingowanej kontroli (którą prokuratura nakazała jej przeprowadzić) ale obrzuciła mnie swoimi własnymi zarzutami o rzekome odstępstwa budowlane. Zrobiła to potajemnie, nielegalnie i odmawiając mi prawa do obrony. Następnie kapturowo ukarała najpierw wymuszonymi przez nią żądaniami pomiarów geodezyjnych a potem projektów zamiennych tylko na podstawie nieprawdziwych zarzutów z których kilkudziesięciu ani jeden nie okazał się prawdziwy. Wprowadziła jednak co bardzo ważne też tym samym celowo w błąd prokuraturę – która na kontrolę ją przysłała - swoimi kłamstwami robiąc ze mnie rzekomego kłamcę i oszołoma, który zgłasza nieistniejące problemy. Kiedy z Blondyneczką udaliśmy się wyjaśnić jej kłamliwe zarzuty ona również wyrzuciła nas z dowodami na ich nieprawdziwość ze swojego urzędu – identycznie jak ta niezaspokojona cipa z meldunkowego. Nagminne prowadzenie potajemnych postępowań – bez zagwarantowanego w prawie udziału strony – opisaliśmy oczywiście do ministra Ziobro jeszcze na wiosnę i tak się zabawnie składa, że krótki czas potem on zmienił prawo i uczynił ten właśnie typ prowadzenia postępowań… karalnym. Urzędasy – w tym nawet prokuratorzy – już nie są w związku z tym bezkarni za prowadzenie skrytych postępowań. Hm… to był mały krok bacy i Blondyneczki ale wielki skok uczciwej ludzkości. Aby żyło się lepiej…

W późniejszym okresie Orka intensywnie prześladowała Blondyneczkę, za to tylko że ona jest naocznym świadkiem wszystkich samowoli, zaniechań oraz oczywiście kłamliwych zarzutów. Blondyneczka dwa razy była w szpitalu z zagrożeniem ciąży przez te Orki nękanie więc Orka za to musi ponieść odpowiedzialność karną. Na razie się ją powoli zmiękcza… a jej los nie jest ciekawy, bo moje proroctwa co do niej są raczej mroczne. Są takie, bowiem o ile jej oszukiwania mnie nikogo nie obchodzą, to jednak jej oszukiwania prokuratury obejdą parę osób. Obawiam się, że za celowe wprowadzanie w błąd prokuratury – nie kto inny ale ta sama prokuratura zeżre ją żywcem. Tak najprawdopodobniej właśnie się stanie bo raczej nie ma co liczyć na to, że któryś z prokuratorów przyzna się do tego że nakazał Orce fikcyjne nieprawidłowości i sfingowane kontrole „stwierdzać” kiedy ją wysłał na kontrolę mojej budowy. W prokuraturze raczej nie pracują kamikadze, a zatem w ramach kozła ofiarnego otrzymają Orkę elegancko podaną im na ofiarę całopalną. He he, najlepsze jest w tym to że nie kto inny ale właśnie Orka samodzielnie sobie tego bata na siebie ukręciła…

 

Tymczasem dla wszystkich, którzy martwili się w komentarzach pod poprzednimi częściami o brak karmy jako kary dla szumowin oraz nagrody dla mnie za te wszystkie niegodziwości ze strony szujni która mnie nęka, mam teraz dobrą wiadomość. Niepotrzebnie się martwiliście o nierychliwość Karmy. Karma, bowiem oczywiście jak zawsze nie zawiodła proszę ja was a wręcz okazała się tak hojna tym razem, że to po prostu przekracza wszelkie pojęcie. To nie pieniądze lub marne zwyczajowe trzysta procent otrzymałem od niej w zamian za swoje krzywdy ale tym razem było to całe trzy kilo żywego sreberka.

Pod koniec lipca urodził się bowiem Maluszek Blondyneczki. Urodził się jako wcześniak parę tygodni przed terminem i od momentu przyjścia na świat natychmiast rozkochał w sobie wszystkie kobiety. Od chwili desantu na Ziemię posiada niesamowitą czuprynę, na widok której każda lekarka, położna lub inna matka na ulicy natychmiast moczy się w majtki i wpada w depresję. Wszystkie kobitki – nawet te wożące w wózkach swoje własne łyse, ponadroczne kloce – widząc Maluszka jęczą:

- Ojoj, jaki on ładny. To kobiety powinny mieć takie piękne włosy. – po czym w poszukiwaniu suchej bielizny nagle odchodzą w skupieniu gdzieś na bok.

A Maluszek się śmieje. Maluszek jest radosny i wyjątkowy. Czytelnicy tego portalu jeszcze nie spotkali się z tak niebywałym przypadkiem. Nie posiada trzech oczu, nie urodził się z sześcioma palcami, ze skrzelami, dwoma głowami, nie posiada czterech rąk, rybiej głowy, brata przyrośniętego do pleców ani nawet skóry nietoperza. Nie wyrastają mu pnącza, nie jest cyklopem i nie jest rogaty. Nawet ogona nie ma. Nie pobłogosławił mu też żaden po trzykroć przedziwny bozio, bo nie obdarowano go wodogłowiem, autyzmem lub zespołem Downa. Maluszek jest doskonały pod każdym względem i czytelnicy innego medium po prostu jeszcze nie widzieli tak wyjątkowego dziecka. Jest perfekcyjny i doskonały. Mimo iż jest wcześniakiem dostał maksymalną ilość punktów przebijając wszystkie inne niemowlaki na porodówce – nawet te urodzone w terminie. Najgłośniej się tam wydzierał, najbardziej domagał cyca i najlepiej stawiał klocki. Jest mistrzem świata w te klocki i przerabia wręcz nieprawdopodobne ilości pieluch. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem mające trzy kilo maleństwo, on łapką niewiele większą od paznokcia na moim kciuku objął mnie za palec i pokazał jaki jest silny. Jak wziąłem go na ręce a on podkurczając nóżki do góry do pozycji płodowej przywarł do mnie i zaczął jak dzięciołek dziobać po klacie i pod pachą w poszukiwaniu cyca – natychmiast został pokochany najgłębszą miłością. Maluszek tak pięknie pachnie i taki jest doskonały, że nawet najwięksi nasi wrogowie jęczą z zawiścią, że jest po prostu śliczny jak z obrazka. Wszyscy go kochają a on się śmieje po prostu. Sił witalnych ma tyle, że je jak smok i po miesiącu ważył już siedem kilo. Kiedy miał sześć tygodni zaczął nosić ubranka dla sześciomiesięcznych dzieci błyskawicznie nadrabiając utraconą przez wcześniactwo masę. Będzie wielki. Jego zapach jest niesamowity – te feromony rozkochują wszystkie kobiety. Maluszek otrzymał to co najlepsze: wyborne geny Blondyneczki z kresowej szlachty oraz moje z trochę schłopiałej ale też szlachty. Książę Bąbelek jest więc szlachcicem i kto wie czy nie zostanie kiedyś królem Lechii. Na razie w łóżeczku sprawuje niepodzielne rządy i wydaje stamtąd pierwsze dekrety – systematycznie żąda uporządkowania tej zagmatwanej sytuacji z klockami oraz umieszczenia go na ręku – koniecznie w okolicy cyca, bo ma taki apetyt, że od ssania na górnej wardze wyskoczył mu bąbel, od którego dostał przydomek. Po mamie ma, piękną skórę, nosek i uszy, a czuprynę i podbródek po ojcu. Ta czupryna sprawi, że jak dorośnie będą go heh z podziwem przeklinać wszystkie fryzjerki beznadziejnie tępiące sobie na tej szczecinie nożyczki, maszynki oraz golarki. Piękne niebieskie oczy posiada po obydwu rodzicach, a więc będzie urodzonym wojownikiem stworzonym do walki o sprawiedliwość. Póki co walczy o należne mu miejsce na ręku. Potrafi godzinami tam siedzieć, jeść, spać, obserwować świat i chyba się uzależnił od przytulania, bo ciągle mu mało. Ze specjalnych umiejętności to najlepiej wychodzi mu zaglądanie w przyszłość. Idealnie przewiduje ją na razie na jakąś sekundę do przodu. Jeśli bowiem ktoś wykona nad nim nagły nieoczekiwany ruch, Maluszek zasłania się gestem czysto obronnym… na sekundę przed. Hm… parę razy już to zrobił i to zanim jeszcze np. nakryłem go kołderką, zbyt gwałtownym ruchem. Jeśli ktoś ma zamiar wziąć go na ręce – odruchowo ogląda się za siebie kontrolując zwyczajnym ludzkim spojrzeniem odległość do ziemi. Też robi to zawczasu zanim jeszcze znajdzie się nad ziemią na rękach. Ponadto pamięta doskonale swoje wcześniejsze życie, bo widać że chciałby o nim opowiedzieć, ekscytuje się jak cholera no ale nie… potrafi. Zdradzają go też uważne i bardzo bystre spojrzenia, typowe dla ludzi dorosłych, których niemowlę „nie powinno” posiadać. Maluszkowi jeszcze trochę zejdzie z uświadomieniem sobie że jest Maluszkiem, który musi się od nowa wszystkiego nauczyć a nie dorosłym, którym był we wcześniejszym wcieleniu. To nie tylko dowód na reinkarnację ale też na to, że wszystkie parafialne historyjki to są jedynie wyssane z palca brednie. Ludzie z duszą są nieśmiertelni, gdyż się reinkarnują i tym samym nie ma nawet powodu aby o jakąś pseudo nieśmiertelność – przypominającą z tym całym „zmartwychwstaniem” nawet nie religię, lecz prymitywny kult zombie - do afrykańskich bezdusznych boziów się modlić lub odprawiać im jakieś afrykańskie obrzędy skopiowane żywcem ze starożytnego Egiptu. Dowody na wtórną fałszywość tej kupy afrykańskich zabobonów są na wyciągnięcie ręki. Wszędzie pełno małych dzieci – urodzonych na nowo, a jednocześnie nigdzie nie ma ani jednego zmartwychwstałego zombie, jako że ani Lenin, ani egipskie mumie, ani rzecz jasna żaden z rzekomo „świętych pańskich baranków bożych” nie został jeszcze nigdy w dziejach świata zmartwychwstały. Ale nieważne…

Ważne, że Pani Karma nie zawiodła, bo gdyby nie te próby kradzieży mojej kamienicy, i te wszystkie związane z tym knucia, złodziejstwa oraz oszustwa nie poznałbym przecież Blondyneczki i nie miał oczywiście Bąbelka. A Bąbelek zmienił wszystko. On dał nam nieprzebrane siły do dalszej walki, bo podstawieni psychiatrzy od prokuratorów i od Mirka nie mają już nawet czego u mnie szukać, gdyż obecnie jestem najszczęśliwszym człowiekiem pod Słońcem. Zniweczył też starania sitwy o unieszkodliwieniu mnie w psychiatryku przy pomocy zmasowanych pomówień, bowiem nawet gdyby coś mi się stało i gdzieś bym w matriksie „zniknął” to i tak Maluszek dziedziczy wszystko. Sitwa została na lodzie razem ze swoimi fałszywymi fakturami. Mają jedynie puste roszczenia czyli po polsku, cygańskie żebry. Maluszek pokrzyżował też oczywiście plany Prosiaków, bo żaden sąd i żaden policjant nie podniesie swojej chciwej łapy na dziecko. Media by ich ukrzyżowały za coś takiego a ja bym ciągał ich po sądach tak samo jak będę ciągał Orkę, która dążyła swoimi szykanami wprost do poronienia Maluszka. Nie odpuszczę suce a sprawiedliwego bata na siebie ona sama ukręciła w momencie kiedy zaczęła nie tylko mnie okłamywać ale także… prokuraturę o samowolach Prosiaków. Dowody na wszystkie jej kłamstwa są bowiem w jej własnych pismach, jakie beztrosko, masowo i arogancko sobie pisała będąc „pewna”, że będę w psychuszce i nikt nie będzie ich czytał. Nie będzie więc najmniejszego problemu doprowadzić ją przed oblicze wymiaru sprawiedliwości a tam dowieść jej podłej kłamliwej kampanii oszczerczych pomówień, jaką przeciwko mnie wszczęła nadużywając władzy. Ewcię natomiast – tę wytrawną, psychopatyczną i pozbawioną emocji oszustkę - na widok Maluszka kurwica bierze po prostu. Dochodzi już nawet do tego, że po raz pierwszy zaczynały ją zawodzić nerwy na sali sądowej no ale dojdziemy do tego. Dojdziemy poniżej, jak pozbawioną emocji psychopatkę udało mi się doprowadzić do… emocjonalnej rozpaczy. Nawet czosnek wychodzi powoli już z siebie, bo ta oczerniająca mnie od samego początku prawnicza kanalia też dostała z powodu Maluszka porządnie po łapkach. Maluszek dokopał też naczelniczce - tej niezaspokojonej cipie z urzędu meldunkowego, która zameldowała na mojej budowie bękarta Prosiaków - bo w odwołaniu do Wojewody zażądałem informacji od niej na piśmie ile kosztuje zameldowanie niemowlęcia na budowie pod nieistniejącym adresem, skoro już jedno jest zameldowane a drugie też by miało na to ochotę. Nie odpowiedziała Smile

11 sierpnia tymczasem…

II rozprawa

(w sądzie Ani o wydanie kluczy do kraty)

czyli

Ocena twardości jaj i zagospodarowanie odpadów kukułczo drobiowych w sektorze karm dla zwierząt

 

Na początek rozprawy czosnek tradycyjnie dla jego nacji zaczął mnie oczerniać, że nie wpuszczam kukułczego jaja do budynku. Tak naprawdę to Ewcia tylko się sms-ami zapowiada że przyjdzie a w praktyce jak już na nią czekamy z Blondyneczką, synem brata lub moim ojcem, to ona już na horyzoncie widząc nas robi w tył zwrot i zawraca nie mogąc ludziom których chciała oszukać spojrzeć w oczy. Tak więc sms-y puszcza że niby przyjdzie po to, aby mieć pseudo dowód dla sądu, a w rzeczywistości nie przychodzi bo wie że nikt jej tam nie chce na oczy oglądać a ona sama nie ma niczego do szukania. Jak nie ma świadków i tylko jest jeden dozorca to wtedy wchodzi, owszem. Robi wówczas zdjęcia po kryjomu i zamieszcza w necie fałszywe ogłoszenia jakobym ja się ogłaszał że mam do wynajęcia na budowie mieszkanie. Podszywając się pode mnie podaje w nich mój mail i telefon i nadal w ten sposób knuje przeciwko mnie i Blondyneczce. Powiadomiłem o tych nieudolnych próbach podszywania się pode mnie prokuraturę okręgową więc powinni bez najmniejszego problemu ustalić po ip kto rzeczywiście umieszcza te fałszywe ogłoszenia w internecie i podszywa się pode mnie… no ale nieważne… to tylko jeszcze jedno świństewko ze strony tej szujni, która od zawsze robi czyny zabronione aby mnie o nie później oskarżyć… Im się jedynie wydaje że to niesłychanie inteligentne ale tak naprawdę to żadna inteligencja tylko zwykła, prymitywna cygańska przebiegłość – najprostsza w świecie do przewidzenia dla kogoś rzeczywiście inteligentnego.

Jako dowód że Ewcia w praktyce nawet nie przychodzi po te klucze (wbrew jej sms-om) okazałem sędzi Ani aż dwa listy do Persila i Kurewny z prokuratury które z braku skrzynki pocztowej wetknięte były w drzwi wejściowe. Przez ostatni miesiąc te listy gniły tam sobie i gdyby Ewcia przyszła na budowę to by oczywiście te listy wzięła dla swoich Prosiąt. Ona nie przychodzi po te klucze bo tak naprawdę tu nie chodzi o kluczyki za pięć złotych ale o to aby mi narobić kosztów sądowych, komorniczych i tak dalej. W obliczu bezspornych dowodów na kłamstwa czosnka, w postaci listów z prokuratury nastawienie sędzi Ani z udawanej sympatii, stało się już jawnie wrogie, bo pewnie myśleli że te sms-y pogrążą mnie jako pseudo dowody. Ania zacisnęła usta na widok bezspornych dowodów obalających pseudo dowody i wezwała na świadka Persila.

Prosiak się ładnie przedstawił - w tym sądzie jako bezrobotny w odróżnieniu do sądu Agnieszki gdzie był rzekomo „wychowawcą” – i oznajmił że wie czego dotyczy postępowanie. Mamy więc postęp, bo wcześniej w ogóle nie wiedział o co mu w życiu chodzi. Powiedział że wstawiłem kratę i Ewcia - jego teściowa - nie uzyskała kluczy do kraty. Później napłakał że po montażu kraty Ewcia stała się bezdomną, że nie miała drugiego lokalu i nie miała gdzie mieszkać. (Hm… mieszkań tak naprawdę to oni mają aż za dużo, bo jest przecież mieszkanie które kapitalnie wyremontowali biorąc przy okazji lipne faktury na moją budowę, jest mieszkanie babci Kazi które sprzedali mając nadmiar mieszkań i pilną potrzebę sfinansowania wesela dla Prosiąt, no i jest jeszcze pół bliźniaka jej siostry w którym mieszka ona sama ze swoim synem.) Tego Persil nie powiedział. Nie powiedział też że ma jakąś norę z której wypełzł zanim wprosił mi się na moją budowę i że ukradł mi klucze i zajął na lata bezprawnie wybudowane przeze mnie mieszkanie. Nie dodał też że żył na mój koszt jak karaluch dosłownie a jak odciąłem energię to zerwali plombę i kradli mój prąd budowlany za który Enea mnie windykowała i za który mamy z Blondyneczką providenty do zapłaty. No i nie powiedział tego, że dlatego właśnie aby zgodnie z ustawą Prawo Budowlane zabezpieczyć budowę przed dostępem osób nieupoważnionych wstawiłem kratę, chroniącą nie tylko plac budowy ale cały mój dorobek życia. Tego skurwysyn nie powiedział, a sędzia Ania w ramach przekłamywania rzeczywistości systematycznie uchylała mi moje na ten temat pytania, nie chcąc aby prawdziwy obraz sytuacji znalazł odzwierciedlenie w protokole z rozprawy.

Ania chyba z dziesięć razy „tłumaczyła” mi myśląc chyba że jestem debilem że jej nie obchodzi w jaki sposób Ewcia weszła w „posiadanie” ale samo „naruszenie posiadania”. Wzięła do ręki długopis i oznajmiła, że ona go ma – posiada znaczy. A skoro go ma (posiada) no to jak ktoś go jej zabierze będzie miało miejsce „naruszenie posiadania”. W tej sytuacji powiedziałem jej że to był debilny przykład, bowiem jeśli Ewcia lub Prosiak ukradnie mi klucze do samochodu a potem jakiś czosnek zacznie słać do sądów pieniackie wnioski abym zdjął z auta alarm bo on rzekomo „narusza posiadanie” kluczy to oczywiście należałoby taki wniosek oddalić a autora skierować na badania.

Krata na budowie, bowiem jest tym właśnie alarmem i ona nie tylko jest zamontowana zgodnie z przepisami prawa a wręcz pod rygorem grzywny mam obowiązek zabezpieczyć budowę przed dostępem osób nieupoważnionych. W świetle ustawy jest tylko czterech uczestników procesu budowy – inwestor, kierownik budowy, projektant i nadzór budowlany. Ewcia jest tylko współwłaścicielką nie jest uczestnikiem procesu budowy i nie jest w związku z tym nawet upoważniona do składania wniosków dotyczących tej budowy.

Ponadto nawet drogą kradzieży ona nigdy nie weszła w „posiadanie” kluczy do kraty. Są one moją wyłączną własnością i nie jesteśmy ich współwłaścicielami, a więc nawet nie ma tu miejsce coś o nazwie „naruszenie posiadania.”

Persil jeszcze skłamał że Ewcia nie miała kluczy do drugiego wejścia. Jak skończył kłamać to mu zadałem oczywiste pytanie jak on i ona w takim razie tam wchodzili kiedy nielegalnie mieszkali. Prosiak wtedy zauważył, że Ewcia jednak miała klucze którymi drzwi otwierała. On nadal jest idiotą, wynika, niezdolnym do złożenia sensownych zeznań.

Sędzia Ania pod naporem moich argumentów dała sobie siana ze swoimi długopisami i wezwała kolejnego świadka z zamiarem wypełnienia pustym bełkotem protokołu z rozprawy.

Kurewna weszła na salę sądową i się… nie przedstawiła bo zapomniała dowodu. Miała napisane aby go zabrać do sądu ale nie wzięła. Z litości nad tym żałosnym przypadkiem obecni na sali sądowej potwierdzili dla Ani jej tożsamość. Ja zresztą też potwierdziłem Ani że to jest właśnie kurewna. Jak tylko weszła i po tej szamotaninie z dowodem osobistym okazała się być kurewną zeznała że jest protetykiem słuchu a nie bezrobotną. Powiedziała że została zamontowana krata i jej mama mieszkała w tej nieruchomości. Miała tam swoje „rzeczy” i „majątek”, ale zapytana przeze mnie natychmiast jakiego rodzaju to jest majątek to wykrztusiła że to są jakieś… kubki. Masakra. Powiedziała że była policja ale nic nie wskórała. Hm… a co niby miała policja wskórać? Pozwolić dzikim lokatorom mieszkać na cudzej budowie? Potem kurewna skłamała że nie wie czy Ewcia na pewno miała klucze do tej nieruchomości. Nawet się słowem nie zająknęła że ukradli mi klucze do dwóch mieszkań i piwnicy a w jednym z lokali zamykali babcię Kazię na całe noce pozbawiając ją bezprawnie wolności.

Zapytałem ją więc jak ona i prosiak tam mieszkali skoro rzekomo nie wie czy mama miała klucze. Odparła wtedy przyciśnięta, że jednak miała klucze od mamy. Wniosłem więc do Ani o ukaranie kurewny za składanie fałszywych zeznań ale Ania to olała. Nie ma po tym wniosku śladu w protokole z rozprawy.

Zamiast tego sędzia Ania zaczęła mi znowu „tłumaczyć” że klucze do kraty należy „oddać”. Ja jej na to że oddać można tylko to co zostało zabrane. A te klucze nie tylko nie były nikomu nigdy zabrane ale są od samego początku moją wyłączną własnością i nie jestem ich nikomu winny. Ania zgasła i wezwała sobie nowego świadka – synka Ewci.

Szymonek powiedział że jego mama tam mieszkała ale nie powiedział że te mieszkanie było nielegalne, czyli dokonaną bez mojej wiedzy samowolą budowlaną. Nie powiedział że nakradziono mi kluczy, przywłaszczono parę mieszkań i kradziono mój prąd budowlany żeby się ogrzać i wykąpać. Nie powiedział też że mnie szantażowano że jak ich nie pozostawię w tak zwanym spokoju to doniosą do nadzoru i Orka mi nałoży 75 tysięcy grzywny za to że oni „mieszkają” w budynku nie oddanym do eksploatacji. Nie powiedział też tego że właśnie ten szantaż był przyczyną wezwania policji, usunięcia tej patologii z budowy oraz wstawienia kraty aby patologia nie powróciła. Wsypał też kurewnę – jego siostrę – bo zeznał że wcześniej Ewcia miała klucze do wejścia. Skłamał że nie wie aby było jakieś prawomocne postanowienie lub decyzja administracyjna nakazująca zamontowanie krat i oznajmił że nie widział pisma od Orki które rozwiewa wątpliwości na okoliczność tego czy na budowie wolno mieszkać. Orka naprodukowała tam masę artykułów z prawa budowlanego z których wynika że nie tylko nie wolno mieszkać na budowie pod rygorem grzywny – tej samej którą mnie szantażował Persil – ale też podała artykuł zobowiązujący kierownika budowy do zabezpieczenia jej przed dostępem osób nieupoważnionych a takimi są przecież Prosięta i Ewcia.

Ania ni z gruchy ni z Pietruchy wówczas znowu zaczęła mnie nakłaniać abym uszanował bla bla bla prawomocne postanowienie sądu Agnieszki wydane bla, bla w imieniu Rzeczpospolitej, abym wydał Ewci klucze do kraty. Odparłem jej że już raz uszanowałem postanowienie Rzeczpospolitej Agnieszki i wydałem Ewci mój kluczyk do skrzynki elektrycznej. Ewcia z prosiakiem zerwali wówczas plombę, nielegalnie podłączyli mój licznik i kradli na potęgę mój prąd budowlany a ja mam z Blondyneczką providenty do spłaty wynikłe z tej kradzieży. Ania na to że mimo to powinienem uszanować prawomocne postanowienie sądu Agnieszki. Ja jej na to że przecież uszanowałem prawomocne postanowienie sądu Ani – jej własne – aby nie wydawać kluczy. Ani Ewcia ani jej czosnek nie zaskarżyli tego Ani postanowienia więc jest już prawomocne i to Ewcia oraz jej czosnek powinni uszanować prawomocne postanowienie Rzeczpospolitej Ani – o wydanie którego sami zresztą wnioskowali. Ja ze swojej strony nie mogę uszanować obu postanowień, bo są ze sobą sprzeczne i wykonanie jednego sprawi że naruszę drugie. Wybrałem więc do uszanowania te z postanowień, które nie wyrządza mi żadnej szkody.

Ania znowu zgasła i wezwała kolejnego świadka. Blondyneczkę, którą zawezwałem na okoliczność braku naruszenia posiadania.

Blondyneczka, kluczowy naoczny świadek przestępczych działań tej szujni, przybyła do sądu zaledwie paręnaście dni po porodzie. Jeszcze miała dziurę w brzuchu i ogólnie była porodem oraz podróżą z drugiego końca Polski rozbita ale nie tylko nie pozwolono jej nawet usiąść ale postawiono na baczność przy ambonie dla świadków i tam bezlitośnie zaczęto ją niszczyć. Takiej chamówy to ja jeszcze nigdy w żadnym sądzie żem nie widział, jaką zafundowano biednej Blondyneczce. Jak tylko zaczęła mówić, że oficjalnie dozorowała tę budowę i była świadkiem samowoli budowlanych, sprowadzaniu nieupoważnionych ludzi i przetrzymywaniu babci Kazi pod kluczem, natychmiast kazano jej zmienić temat i po tych „rewelacjach” w protokole nie ma nawet najmniejszego śladu! Zamiast tego zaczęto ją wypytywać o rzeczy nieistotne – w jakich godzinach pilnowała, gdzie prowadziła własną działalność i tego typu duperele nieistotne w ogóle dla sprawy.

Potem czosnek zaczął się nad nią znęcać. Zaczął jechać o rzekomym „naruszeniu posiadania” Ewci ale Blondyneczka zaraz go zgasiła, że Ewcia nigdy niczego tam nie posiadała. Posiadała jedynie możliwość korzystania z nieruchomości. Dodała że nie miała ograniczeń w dostępie do nieruchomości. Zeznała też że nadzór budowlany zakazał przebywania na tej budowie. Czosnek wtedy zaczął jej podpowiadać czyli wkładać odpowiedzi w usta, pytając czy to był wyrok. Blondyneczka która nie jest prawnikiem nie rozróżnia oczywiście słowa wyrok, od orzeczenia lub postanowienia ale powiedziała że widziała taki dokument. Bardzo chamskie było te przesłuchanie ale mimo to Blondyneczka zeznała że Ewcia wymieniała zamki (naruszając moje posiadanie) a ja wstawiłem kratę.

Dodała też, że wysłałem Ewci pismo aby zabrała swoje graty ponieważ to jest teren budowy. Potem dodała że nie pamięta czy dokument Orki który załączyłem do akt sprawy – który jej okazano - to ten dokument o którym zeznawała.

Wówczas czosnek który sam wkładał w usta Blondyneczki słowa (np. „wyrok”) sugerując jej tym samym odpowiedzi, wniósł o zawiadomienie prokuratury o składanie fałszywych zeznań. Oczywiście ze wszystkich „świadków” jedynie Blondyneczka została w tym celu przez Anię zaprzysiężona – zaaranżowano to po to aby ją oskarżyć o krzywoprzysięstwo i skazać za to że jest uczciwa. Szujnia chce tym samym unieszkodliwić ją jako kluczowego świadka i pozbawić wiarygodności.

Niestety dla nich ale oczywiście istnieje dokument, o którym Blondyneczka wspominała. Jest to jedno z pisemek Orki, w którym „postanawia” ona abym zabezpieczył teren budowy. Oczywiście te postanowienie Orka wysłała również do Ewci więc Ewcia doskonale wie że budowa ma być zabezpieczona i że wszystko jest zgodnie z przepisami. Na najbliższej rozprawie zamierzam złożyć skargę na czosnka, który ignoruje rzeczywiste dokumenty i oskarża za rzekomy ich brak prawdomównego świadka o krzywoprzysięstwo.

Już nie mamy z Blondyneczką najmniejszych złudzeń do czego to zmierza, a zmierza do zrobienia z uczciwych ludzi przestępców, a z przestępców rzekomo pokrzywdzonych. Próba bezprawnej kradzieży tej kamienicy robi się już groteskowo śmieszna.

Ten sadystyczny spektakl dobiegł tymczasem do końca i rozprawę odroczono na 11 października.

Tymczasem już na drugi dzień podbudowane sądowym „sukcesem” …

12 sierpnia Kukułcze jajo razem z Prosiakiem chcieli wejść na teren budowy. Persilowi naplułem pod nogi więc zrobił wypad z mojej posesji a Ewcia została zapytana po kiego tam chce wejść. Nie odpowiedziała tylko wezwała policję. Policja przybyła, lecz normalna – patrolowa. Nie przybyła odsiecz od aspiranta Mirka. A zatem też ją oczywiście policja zapytała czego tam szuka na terenie budowy a ta całkiem wytrącona z równowagi wykrztusiła że chce wziąć parę rzeczy „osobistych”. W efekcie wpuściłem ją a ona wzięła… wózek dla bękarta Persila. Ten sam, który razem z resztą śmieci na piśmie kazałem jej rok wcześniej w cholerę zabrać. Chciała sobie posiedzieć na budowie i pograć mi na nerwach i znowu porobić ukradkiem fotografii, ale normalna policja dopilnowała aby zaraz po zabraniu rzeczy się z budowy wyniosła. Zrobiła wypad z kwaśną miną.

 

31 sierpnia zaczęła mnie nękać przez telefon policjantka Ewa K. z komendy w Policach. To jest ta sama policjantka przypomnę, która umorzyła Ewci kradzież moich faktur twierdząc w uzasadnieniu inteligentnie, że moje faktury nie są moje tylko „nasze” (!). A skoro moje faktury nie są moje tylko „nasze” – wynika, że Ewcia może je ukraść – bo jak inaczej to wytłumaczyć? Nie zadzwoniła jednak w sierpniu po to aby ponownie coś umarzać Ewci lecz aby odmarzać sprawy już w lutym zamknięte przez sąd. Chciała umówić mnie bowiem z nową zgrają psychiatrów. Tak samo jak kilka tygodni wcześniej naczelnik policji kryminalnej K. Powiedziała mi, że potrzebne jest „jednorazowe” badanie psychiatryczne więc ja jej powiedziałem że jako człowiek posiadający zaświadczenie o specjalisty psychiatry o braku nawet objawów chorób psychicznych nie odczuwam w ogóle potrzeby badań w tym kierunku. Zwłaszcza w sprawie prawomocnie już przez sąd zakończonej odrzuceniem wniosku o moją obserwację psychiatryczną i orzeczeniem, że prokurator nie ma racji. Orzeczenie sądu jest nie tylko prawomocne ale i cytuję: niezaskarżalne tak więc nie będę „jednorazowo” badał się przez kolejne pięć – sześć lat, tylko dlatego bo mirkopodobna policja w Policach już szósty rok przebiera nóżkami aby mi ukraść dom i w związku z tym nadal odczuwa potrzebę aby ze mnie zrobić wariata. Policjantka Ewa K. była szczególnie namolna, dużo bardziej niż naczelnik policji kryminalnej i mimo to „umówiła mnie” na randkę z psychiatrami na 6 września. Powiedziałem jej, żeby dała sobie spokój gdyż jestem za granicą, ponadto wiem, że nie jestem poszukiwany, bo wiem to pana naczelnika K., nie mam więc zamiaru badać się psychiatrycznie będąc całkiem zdrowym na umyśle i to w temacie tyle – poza tym o niczym z policją w Policach już nie chcę rozmawiać, a zwłaszcza o moim życiu prywatnym. Jak policja lub prokuratura ma do mnie interes – zawsze może przysłać mi poleconym wezwanie. Do pseudo „dobrowolnych” badań u psychiatrów, do których na polecenie prokuratury policja w Policach bezprawnie mnie nakłania, żadna policja nie ma prawa mnie przymuszać, bo ani policja ani prokuratura nie stanowią w Polsce prawa. Prawo jedynie sądy ustanawiają. Policjantka od umorzeń skradzionych faktur była niepocieszona tym, że niewiele ze mnie wyciągnęła i brakiem mojego entuzjazmu na wieść, że dzielna policja aż tak mocno dba o moje zdrowie że mnie nawet przez telefon szuka po Europie aby mnie skontaktować z lekarzami. Przez ten sam telefon przez który jej kolega aspirant Mirek nie umiał rzekomo mnie przez pięć lat odnaleźć.

Zakończyło się to tak że policyjne randki z psychiatrami ciepłym moczem olałem, ponieważ czuję się psychicznie świetnie. A czułbym się jeszcze świetniej gdyby policjantka Ewa K z komendy w Policach nie umorzyła złodziejce Ewci kradzieży moich faktur na materiały budowlane – miałbym wówczas jeszcze większy komfort psychiczny wiedząc że złodziejka odpowie za kradzież.

Jak jeszcze kiedyś będą do mnie dzwonić zatroskani o moje zdrowie, poproszę ich o załatwienie mi szybszej endoskopi bo na moją już prawie rok czekam. Policja w Policach chyba ma niezłe znajomości u lekarzy skoro sami zapisują ludzi na badania. Więc kto wie może popchną po znajomości tę moją endoskopię, bo terminy wyznaczone przez służbę zdrowia są straszne…

5 października tymczasem w końcu odbyła się ta nagle odwołana w czerwcu…

VII rozprawa

(w sądzie Agnieszki o zniesienie z Kukułczym Jajem współwłasności)

czyli

Fundamenty polskiej hodowli kukułek, czyli stada prarodzicielskie nioski reprodukcyjnej względem dobrej jakość kukułczych piskląt i dobrego startu ich odchowu

 

            Coraz bardziej ordynarne zabiegi zmierzające na grę na zwłokę aby sitwie dać czas żeby zdążyła mnie w coś wrobić stały się już oczywiste. Machloje z protokołami z rozpraw są z rozprawy na rozprawę coraz większe, a decyzje sądu stają się coraz bardziej kuriozalne. Przypomnę tylko, że dotychczas Agnieszka odrzuciła mój wniosek o zwrot skradzionych mi kluczy uzasadniając to tym że złodzieje pod moimi kluczami trzymają swój „majątek”. Ten majątek to oczywiście… kubki, które zapytana o to wymieniła w sądzie Ani Kurewna. Całe szczęście że samochodu mi nie ukradli bo jakby Prosiaki włożyli do bagażnika parę swoich skarpet albo jakiś kubek, to sędzia Agnieszka nie pozwoliłaby im oddać mojej własności. No czy to nie jest kurestwo, żeby zwrotu swojej wyłącznej własności nie uzyskać w sądzie do którego się zwróciłem ze swoją krzywdą wnosząc do niego nie tylko słuszny wniosek ale i również opłatę za… pracę sądu?

Z innych arcyciekawych postanowień sędzi Agnieszki wymienić należy spełnienie każdego jednego kaprysu Ewci. Jak kukułcze jajo zażyczyło sobie abym był bezrobotny sędzia Agnieszka natychmiast zabroniła mi pracować. I to pomimo tego że pozwolenie na budowę lub jej zakaz nie jest oczywiście zależny ani od jakiejś Ewci ani od jakiejś łaski jakiegoś sądu rejonowego. Tylko i wyłącznie ustawa prawo budowlane określa wymogi jakie trzeba spełnić aby uzyskać pozwolenie na budowę – są to grunt pod zabudowę, 4 egzemplarze zatwierdzonego projektu i pisemna zgoda uprawnionego organu np. Starostwa. To tyle a ponadto Ewcia nawet nie jest upoważniona do składania wniosków dotyczących budowy, której nie jest uczestnikiem, bo równie dobrze ja lub każdy kto to czyta mógłby składać niedorzeczne wnioski o to czy ja wiem… aby inwestor wstrzymał budowę metra w Warszawie. Ale pomimo to że sam wniosek był idiotyczny i złożony przez osobę nieupoważnioną do jego składania, Agnieszka wydała łaskawie werdykt abym nie pracował bo moja praca może posłużyć do zakrywania ewentualnych śladów dewastacji lub sabotażu – które dokonały Prosiaki – ale o jakie oskarżył mnie oczywiście bez cienia dowodu jej czosnek. Inne kuriozalne postanowienie sędzi Agnieszki to nakaz wydania mi dla Ewci kluczyka do mojej własnej budowlanej skrzynki elektrycznej. Uszanowałem również i te postanowienie i dałem Cygance kluczyk. Potem wiadomo – czosnek okłamał Agnieszkę że kluczyka nie wydałem, a ja przecież mam pokwitowanie jego przekazania – które niestety nie znalazło się nigdy w aktach sprawy (?), a Ewcia zerwała mi plombę, podłączyła nielegalnie licznik i kradła mój prąd budowlany na potęgę z Prosiętami. A ponadto abym nie mógł niczego z tym począć wymieniła jeszcze zamek w skrzynce tak że to ja nie miałem do niej dostępu – jej prawowity właściciel. Ewcia bezczelnie w sądzie Agnieszki się do tej kradzieży przyznała. Policja od Mirka umorzyła tę kradzież złodziejom, odwołałem się zatem, a obecnie to prokuratura śle do sądu tajemnicze wnioski aby Ewci tę kradzież umorzyć. Ta sama prokuratura która chce mnie zamknąć w domu wariatów…

Jak widać ciekawe są te postanowienia sędzi Agnieszki. Jej intencją jest za wszelką cenę dogodzić oszustce i złodziejce a mnie skazać na wieloletnie dochodzenie odszkodowań od skarbu państwa, który pokrywa szkody wyrządzone przez władze. Hipotetycznego odszkodowania rzecz jasna, bo z protokołów z rozpraw wynika że to ja jestem złodziejem a nie oszuści! Mi i Blondyneczce jeszcze nikt niczego nie pokrył z wyrządzonych decyzjami sądu szkód a zwłaszcza tych providentów zaciągniętych na pokrycie skradzionego prądu a zatem na początku rozprawy wystąpiłem do Agnieszki z kozackim wnioskiem, żeby pozwoliła nagrywać przebieg rozprawy. Oburzyła się że sobie „coś nagrywam z ławki”, bo rzekomo gdybym „zechciał” to ona by zorganizowała salę rozpraw ze sprzętem audio video, ale wyprostowałem jej że niczego „sobie nie nagrywam z ławki” tylko uprzejmie zwracam się z wnioskiem o zgodę sądu na nagrywanie. Agnieszka zatem „łaskawie” zgody udzieliła. Oczywiście to nie jest tak naprawdę żadna łaska z jej strony tylko nowelizacja ustawy która od kilku lat pozwala rejestrować rozprawy w sądach cywilnych. Nota bene na Dolnym Śląsku wszystkie rozprawy od dawna są oficjalnie nagrywane i nie ma tam nawet cienia możliwości na jakieś matactwa w protokołach z rozpraw sądowych.

Wniosek o kamerę to była mega niespodzianka dla całej szujni. Nagły zwrot akcji jak u Gumisiów. Nawet się nie spodziewali tego wniosku. Wycelowałem więc obiektyw w gębę czosnka żeby się uspokoił i… momentalnie się zrelaksował. Już nie histeryzował, nie ośmielał się pod łaskawym spojrzeniem sędzi Agnieszki pomawiać mnie na sali sądowej o schizofrenię, nie obrzucał niepotwierdzonymi pomówieniami, generalnie mocno się ustabilizował jego bardzo chwiejny wcześniej stan emocjonalny. Uspokoiła się też przed obiektywem kamery sama Agnieszka. Już nie kwitowała arogancko moich pytań (na przykład dlaczego niby mam legalnej pracy na którą mam legalne pozwolenie, nie wykonywać), burknięciem „bo sąd tak postanowił”. Zapytana przed kamerą czy intencją sądu jest celowe wyrządzenie krzywdy stronie po to aby skarb państwa celowo narazić na straty, zaczęła po raz pierwszy to niebywałe ale… wyjaśniać i się mi tłumaczyć. Ho, ho się porobiło, proszę ja was ludziska Smile Sąd udziela po raz pierwszy wyjaśnień osobie której wyrządził szkodę. Poinformowałem ją, że wydałem kluczyk do skrzynki elektrycznej i zademonstrowałem jej pokwitowanie jego wydania napisane przez Ewcię własnoręcznie ale Agnieszka nie wrzuciła tego pokwitowania do akt sprawy i nie odnotowała faktu jego okazania, bo wie doskonale, że ono jest sprzeczne z pomówieniem czosnka że kluczyka nie wydałem i Ewcia „musiała” się do mojej skrzynki… włamać! Te protokoły to jest jedna wielka manipulacja. Agnieszka zapytana przed kamerą czy mam swoją wyłączną własność, czyli moje klucze do kraty dać osobom nieupoważnionym żeby znowu mi kradli i niszczyli wyposażenie a ja jednocześnie nie będę miał do swojej własnej budowy dostępu, ponieważ klucze do kraty są tylko jedne, Agnieszka zgasła i odrzekła żeby napisać do niej wniosek o uchylenie tego postanowienia to zostanie… rozpatrzony. Przed kamerą zapytałem ją bezpośrednio kto poniesie odpowiedzialność za kradzież prądu: Ewcia która go ukradła? Czosnek, który napisał do sądu wniosek o kluczyk do skrzynki dla Ewci? Sąd, który postanowił złodziejom kluczyk wydać? Czy może ofiara kradzieży? A może skarb państwa?

To tyle pytań bez odpowiedzi a wniosek o nagrywanie złożyłem oczywiście po to, aby mieć materiał filmowy, na wypadek gdyby znowu zachciano zrobić z Blondyneczki krzywoprzysięzcę, bowiem po to tylko te rozprawy odwoływano i grano na zwłokę aby ona nie mogła zeznawać.

Blondyneczka bowiem to jest kluczowy świadek, wręcz naoczny i mój jedyny ponadto. Ba, jest to osoba, której nigdy nie pomówiono nawet o jakąś tam niepoczytalność. Jest bardzo groźna zatem dla szujni. Było zatem oczywiste, że zrobią wszystko aby jej zniszczyć wiarygodność. Po tej hecy w sądzie Ani z rzekomym krzywoprzysięstwem to było już nawet pewne, że i w tym sądzie będą podejmowane podobne próby.

Aha, jest jeszcze jeden świadek, którego powołałem. Kobieta, która kupiła od Ewci mieszkanie. Przypomnę, Ewcia skłamała podczas składania zeznań, że po sprzedaży mieszkania całą kasę – ponad 200 tysięcy - dała mi do ręki, bo biedna nie miała konta a ja nie wiadomo… chyba na kurwy tę kasę wydałem. Tymczasem ja i Blondyneczka udaliśmy się do tego mieszkania i nowa właścicielka napisała nam oświadczenie na podstawie aktu notarialnego, że kasę za mieszkanie przelała na konto Ewci w całości. Podała też numer tego konta w banku a my po jego numerze ustaliliśmy że to jest jeden z banków polickich. Złożyliśmy więc te oświadczenie w sądzie Agnieszki z wnioskiem aby sąd zbadał operacje na tym koncie i zobaczył gdzie naprawdę powędrowała kasa ze sprzedanego mieszkania, bo prawdą jest że Ewcia dała mi jedynie 95 tysięcy z tej kasy a w późniejszym okresie sfinansowała wesele dla Prosiąt na ponad 100 osób oraz kapitalny remont kawalerki syna, biorąc tylko faktury na moją budowę aby mnie nimi oszukać a sobie wykreować „wkład budowlany” z niczego.

A teraz konkurs ludziska. Zgadnijcie co sąd Agnieszki wykombinował aby tę kobietę – gotową do składania zeznań na okoliczność pieniędzy i konta w banku – do sądu nie wezwać.

No pomyślcie, jest świadek powołany na świadka, chce zeznawać, ale Ewcia nie chce aby ktoś przeciwko niej zeznawał no i co zrobiła spełniająca każdy jej kaprys sędzia Agnieszka?

No co?

Oczywiście wezwała świadka do sądu. Jest bardzo ładne wezwanie na świadka w aktach jej sprawy i wszystko w papierach jest w jak najlepszym porządku. Jest tylko jeden mały, malutki feler, otóż świadka wezwano na adres… banku. Tego samego, gdzie Ewcia miała konto, którego rzekomo nie miała. Kurwa to niemożliwe ale jednak! Zapytałem więc Agnieszkę przed kamerą, czy w swojej praktyce sędziowskiej spotkała się z przypadkiem aby jakiś świadek mieszkał w banku do którego przelewał pieniądze? Zauważyłem gorzko, że uważna obserwacja świata pozwala na stwierdzenie że świadkowie nie mieszkają raczej w bankach tylko w mieszkaniach. A w tym przypadku świadek przebywał w mieszkaniu, jakie nabył u notariusza od Ewci a więc jej adres jest najłatwiejszą na świecie rzeczą do ustalenia – świadek sama podała Agnieszce swój adres w swoim oświadczeniu! Agnieszka się zmieszała przygwożdżona naporem faktów i zaczęła mętnie wyjaśniać, że najprawdopodobniej ktoś w sekretariacie się pomylił wysyłając wezwanie dla świadka na adres banku.

Jaaaasne kurwa, w moim życiu aż się roi od tego typu „pomyłek pisarskich”. Aspirant Mirek wyprodukował kilka takich usiłując mnie szukać ale tak aby nie znaleźć zmieniając kolejno moje miejsce urodzenia, imię ojca oraz nazwisko, prokuratura rejonowa też „przydzieliła” mi w ten sam sposób adwokata, i w praktyce „moja” mecenas przez pięć lat nie miała nawet bladego o pojęcia że jest jakaś sprawa w której ona jest moim obrońcą, no i obecną kradzież mojego prądu prokuratura tak samo umarza żebym się o tym nie dowiedział, pisząc do mnie pisma zaadresowane na inne imię aby mi go na poczcie nie wydano. W tym piśmie jest napisane że moje odwołanie od umorzenia kradzieży zostało przesłane do sądu z… wnioskiem prokuratury o umorzenie kradzieży. No kurwa, ludziska jak kiedyś zrobicie coś o nazwie czyn zabroniony, na przykład ukradniecie bliźniemu jego własność, to nie szukajcie adwokata lub litości w sądzie ale udajcie się bezpośrednio do prokuratury rejonowej w Szczecinie. Prokuratura wam kradzież natychmiast umorzy a jak poszkodowany nadal będzie protestował no to prokurator poszczuje go Mirkiem lub wsadzi do domu wariatów.

Obecność kamery na sali sądowej zmieniła wszystko. Protokoły z rozpraw to już nie są dwie, trzy strony - w większości nie popartych niczym pomówień czosnka pod moim adresem - ale osiem stron zeznań, albowiem pod okiem kamery łaskawa sędzia Agnieszka niemal kropka w kropkę zaczęła dyktować do protokołu przebieg rozprawy. O możliwości nagrywania rozpraw przez dwa lata nawet jednym słowem nie zająknął się „mój” prawnik, co było sygnałem że i na tym polu coś grubo nie gra. Dowiedziałem się tego od zupełnie innego prawnika i jego porada na powołanie się na artykuł ze znowelizowanej ustawy okazała się wprost bezcenna. Siódma rozprawa była najrzetelniejszą rozprawą ze wszystkich dotychczas – tylko i wyłącznie dzięki obecności kamery. A oto jej przebieg.

Do protokołu nie wprowadzono mojej dyskusji z Agnieszką na temat świadków i banków (jakie zarejestrowała kamera) ale znowu błędną informację że ja rzekomo oświadczyłem że świadek mieszka „nadal” w mieszkaniu Ewci. Tak naprawdę ja nic takiego nie oświadczałem. Oświadczałem, że rok temu kiedy byliśmy z Blondyneczką w tym mieszkaniu wówczas świadek napisała nam oświadczenie i wówczas tam mieszkała. Powiedziałem że „być może” nadal tam mieszka, ale tego nie wiem bo się z nią od tamtej pory nie widziałem.  To tylko taki niuans że nawet kamera nie gwarantuje tego że protokół jest zgodny z przebiegiem rozprawy – gwarantuje jedynie tylko to że na rozbieżności te są dowody.

Byliśmy z Blondyneczką w tym mieszkaniu ponownie i to kilka razy ale niestety nie zastaliśmy nikogo. Ta kobieta przed rokiem mówiła coś, że zamierza dom wybudować lub kupić, bo ta nora po Ewci to porażka a nie mieszkanie dla ludzi, a więc całkiem możliwe że ona już tam dłużej nie mieszka. Oczywiście mirkopodobna policja, lub sąd Agnieszki nigdy nie pomoże nam ustalić jej aktualnych namiarów a więc gorący apel ludziska - jeśli ktoś ma możliwość ustalenia aktualnego adresu (lub chociaż telefonu) Pani Joanny Skrzypczak zamieszkałej rok temu w Policach przy ul Wojska Polskiego 58/3, proszę o pomoc ze skontaktowaniem się z nią, ponieważ jest ona wezwana na świadka do sądu Agnieszki (sygnatura akt II Ns 972/15) w Sądzie Rejonowym Szczecin – Prawobrzeże i Zachód w Szczecinie wydział II Cywilny, na 30 listopada 2016, godzina 12.00 w sali 135. Już dwa razy była osoba ta wzywana na adresy banków jakichś ale jako że raz odwołano rozprawę a na drugiej dopiero te mylne adresy ujrzały światło dzienne, pomóżmy wspólnie, jako internauci tej biednej sędzi Agnieszce odnaleźć świadka, którego ona dzielnie już od roku po wszystkich bankach szuka. Prosimy z Blondyneczką o powiadomienie Pani Joanny o tym, że jest wezwana na świadka do sądu w imieniu Rzeczpospolitej. Ponadto bywało już tak w tym sądzie, że wezwani świadkowie się nie stawili i otrzymali od Agnieszki grzywny a więc sprawa jest poważna.

Przypomnę tylko że póki co z „moich” świadków: Blondyneczki starano się zrobić krzywoprzysięzcę, z babci Kazi – nieświadomego słupa służącego do preparowania fikcyjnych faktur – zrobiono nagle ciężko chorą osobę i załatwiono „jej” bez jej wiedzy, zwolnienie lekarskie aby się nie stawiła w sądzie i nie poznała prawdy kto i jak ją oszukał i okradł z dorobku życia, a z Pani Joanny robi się obecnie świadka „zaginionego” w ferworze poszukiwań. Trzeba im pomóc ludziska odnaleźć świadka, bo oni nawet ze sprzętem SETI lub NASA nigdy nie odnaleźliby śladów inteligentnego życia w sądowym sekretariacie.

Poza tym jedynie od naszego bezbłędnego i praworządnego życia bardzo dużo się wymaga, ba wręcz żąda jakiegoś ideału, a mimo to tak jak w przypadku Orki nawet w tym ideale szuka się i tak dziury w całym po to tylko, żeby zaraz wetknąć gdzieś swój osrany palec. A tymczasem oni non stop popełniają całymi seriami niewybaczalne i karygodne błędy – rażące błędy, które po prostu rujnują nam normalne życie – tylko dlatego, bo mają poczucie absolutnej bezkarności. Bezkarnie pozwalają sobie nawet na bycie idiotami na nieodpowiednich stanowiskach.

Tak naprawdę to ja i Blondyneczka jesteśmy jedynymi legalnymi pracownikami tej budowy – bo tylko my ponosimy koszty jej budowy i eksploatacji. Robimy to co robimy w pełni zgodnie z prawem i całkowicie legalnie.

Babcia Kazia w rzeczywistości czuje się świetnie bo mamy zdjęcia i filmy z youtuba jak tańczy sobie na weselu Prosiąt będąc w znakomitej formie oraz filmy z terenu budowy na których jest zarejestrowane jak Ewcia bezprawnie pozbawia ją wolności zamykając na klucz codziennie w przywłaszczonym bezprawnie mieszkaniu. Pani Joanna natomiast sama wyraziła chęć bycia świadkiem gdyby jej oświadczenie co do konta Ewci oraz pieniędzy okazało się dla sądu Agnieszki jakimś cudem niewystarczające.

Nam z Blondyneczką grozi kradzież dorobku życia przez lokalną klikę a więc sprawa jest poważna i prosimy o pomoc w odnalezieniu świadka.

Tymczasem na rozprawie czosnek podle ogłosił Agnieszce, że nie wykonałem jej postanowienia i nie wydałem kluczy do kraty dla Ewci. Nie powiedział że Ewcia nawet po te klucze nigdy nie przyszła ale dodał że skierował sprawę do komornika.

Oświadczyłem, że te postanowienie jest niewykonalne, bo Ewcia nie zgłosiła się po klucze, a ponadto jest ono sprzeczne z prawem budowlanym, które nakazuje zabezpieczyć obiekt przed dostępem osób nieupoważnionych. Poza tym jest tylko jeden komplet kluczy, których nie można dorobić i jest ich wydanie nawet niemożliwe tym samym.

Agnieszka zignorowała to i wezwała sobie świadka – jakiegoś kolesia którego powołała na świadka Ewcia. Koleś, który jest murarzem powiedział że robił ocieplenie i szpachlował. Robił to bez faktury. Zeznał że i ja mu płaciłem i Ewcia i to jest prawda, bo ten koleś z jeszcze trzema wiosną 2013 został na dwa dni przeze mnie zatrudniony aby dokończyć ocieplenie, którą to pracę jesienią 2012 roku porzucił Persil, co sprawiło że sam nie zdążyłem przed nadejściem zimy tego zrobić. Wiosną więc wziąłem uczciwych ludzi i w jeden dzień nałożyli baranka na styropian i na drugi dzień pomalowali elewację. Dostali za to dokończenie ocieplenie jakieś tysiąc pięćset zeta i te dwa dni to wszystko co dla mnie pracowali. Potem przechwyciła ich Ewcia – ci ludzie wzięli mój tynk i moje narzędzia – i położyli tynki w dwóch pokojach. Dostali za to jakieś trzy tysiące od Ewci. I to jest jej jedyny prawdziwy wkład budowlany w tę budowę i ta Cyganka zrobiła to tylko dlatego, ponieważ ja wiosną zamierzałem wyjechać za granicę i sam bym tego tynkowania nie zdążył do końca zrobić, a jej plany były takie (jak się okazało) aby pod moją nieobecność w mieszkaniu tym zainstalować Prosiaka i Kurewnę – całkiem bezprawnie rzecz jasna i postawić mnie wobec faktów dokonanych. Tylko dlatego zapłaciła za te tynkowanie. No i w efekcie kiedy mnie nie było Prosiaki dokonały tam dwóch samowoli budowlanych: prac bez pozwolenia i zamieszkiwania a ja do dziś mam z tego tytułu problemy, bo nie tylko okradli mnie z mojej pracy, kluczy i wyposażenia mieszkania, ale też z tego co wcześniej wypracowałem. Nawet rabat ze sklepu budowlanego mi ukradli skurwysyny dokonując tych samowoli. Mój rabat warty tysiące złotych zniweczyli zakupując sobie jakąś lichą wannę i dostali na nią ze 20 złotych zniżki… okradając mnie na dosłownie każdym polu.

Murarz potwierdził że materiały sam kupowałem i jego praca to tylko i wyłącznie koszt robocizny. Czosnek chciał mu wmówić, że robił jakieś kafle, elektrykę, gaz itp., ale murarz zaprzeczył. Potwierdził ponadto, że to ja zrobiłem resztę tynków w budynku. Nie pamiętał kiedy tam pracował ale ja pamiętam i pamiętają to fotografie – była to wczesna wiosna roku 2013. Potwierdził jeszcze raz że nie wykonywał nic więcej i na pytanie mojej adwokat, wyraźnie zaznaczył, że w czasie kiedy pracował nie było na budowie nikogo obcego, co już po raz kolejny obnaża wcześniejsze kłamliwe zeznania Prosiąt, które mi na budowie narobiły trzody.

Ja go dla formalności zapytałem od kogo dostawał pieniądze. Powtórzył jeszcze raz, że ode mnie i od Ewci. Zapytałem go więc dlaczego rachunek za te prace został potajemnie wystawiony i po latach i na osobę trzecią, czyli na babcię Kazię a nie na mnie i na Ewcię. Powiedział że nie było pokwitowań zapłaty. Wniosłem więc do Agnieszki o okazanie świadkowi faktury wystawionej na babcię Kazię na ponad 4 tysiące złotych, jaką przedłożyła Ewcia do sądu rok temu jako swój rzekomy „wkład budowlany”. Zapytałem go po okazaniu czy zna kolesia który fakturę wystawił. Murarz się zaniepokoił i zaczął plątać nie wiedząc gdzie oczy podziać. Maksymalnie zmieszany powiedział, że… nie zna swojego szefa he he, zapewne dlatego bo zapierdalał u niego na czarno, no ale to nie jest mój problem. Mój problem to już kolejna fikcyjna faktura na babcię Kazię za prace, które to ja ze swoich pieniędzy między innymi opłacałem. Murarz nagle dostał bardzo ciężkiej niepamięci – pomroczność jasna go dopadła, bo nagle zapomniał kto mu zlecił tę pracę, zapomniał też kto do niego zadzwonił z tą robotą, w ogóle w jednej chwili wszystko zapomniał co tylko wiedział o tej pracy. Zajebisty był ten świadek Ewci – rozbawił mnie do łez normalnie.

Agnieszka w tej sytuacji wypuściła murarza do domu i łaskawie nie skazała go na jakieś ciężkie roboty za to że dostał tak nagle amnezji. Ona chyba już wie, że te lipne faktury Ewci wszystkim ludziom strasznie odbierają pamięć – a sama babcia Kazia to ma od nich ciężkiego Alzheimera – jak to wynika ze zwolnienia lekarskiego jakie „jej” załatwił czosnek aby się nie pojawiła w sądzie. Masakra jakie cuda się już tworzą w tym sądzie, bo żeby osoba która rzekomo kupiła materiał na pół kamienicy nie mogła przyjść do sądu o tym „kupnie” ładnie opowiedzieć no  to już jest przegięcie totalne…, bo tak naprawdę oczywiście ta osoba nawet do kupowania czegokolwiek na tę budowę nie jest oczywiście nie tylko zdolna ale i nieupoważniona. Hucpa nieprzeciętna z tymi fakturami „babci Kazi” – preparowanymi tak naprawdę przez całą patologię potajemnie, aby mnie wyrolować z dorobku życia jak już będę w domu wariatów.

Kolejny świadek to księgowa z firmy, w której kupowałem okna na budowę.

Czosnek Ewci od chwili przedstawienia przeze mnie prawdziwej faktury na wszystkie okna w budynku warte ponad 35 tysięcy, sra pod siebie aby tę fakturę podważyć, bo tylko ta jedna faktura jest pięć razy większa od całych pseudo nakładów Ewci, i sprawić że nie zostanie ona jako mój wkład uwzględniona. Czosnek wręcz nieprawdopodobne rzeczy wymyśla aby „udowodnić” że to nie moje okna lub to że Ewcia „kupiła” połowę okien. Ona bowiem nabyła ½ nieruchomości, czyli działki budowlanej i budynku w stanie surowym – oczywiście bez okien ale chce te okna sobie dorzucić do pakietu. Hmm… dowody jednakże są takie, że ona kupiła udziały w nieruchomości roku 2011 (jest akt notarialny) a w dzienniku budowy jest zapis że montaż stolarki okiennej rozpoczęto w 2012 a więc… nie nabyła okien. Oczywiście świadek-księgowa z firmy produkującej te okna potwierdziła, że faktura jest autentyczna, bo to ona ją osobiście wystawiła i pochodzi bodajże z roku 2015. Ewcia zatem i jej czosnek mają guzik do tych okien – jest to tylko i wyłącznie mój wkład, którego nie udało się Cyganom  wycyganić. Oczywiście ta faktura za okna jako że opiewa na dużą kwotę także zostałaby mi skradziona – razem z resztą podobnych faktur – ale nie została skradziona bo po pierwsze, Ewcia ukradła mi faktury w roku 2014 (co poskutkowało zawiadomieniem prokuratury i wniesieniem sprawy do sądu) a po drugie, nawet nie mogła jej nigdy ukraść bo ją wystawiono dopiero w roku 2015, kiedy przerwałem dalsze zamawianie okien i na potrzeby udokumentowania nakładów w sądzie poprosiłem o wystawienie faktury za już do tej pory zamówione okna. Ewcia zatem w praktyce nie miała nawet teoretycznej możliwości zajebać mi tej faktury lub zastąpić jej jedną ze swoich fałszywek, którymi chciała „wymazać” moje nakłady i przejąć tę nieruchomość jak już się uda Mirkom zamknąć mnie w psychiatryku. I pomimo iż księgowa potwierdziła autentyczność mojej faktury jak również zrobił to sam dziennik budowy w sposób bezsporny, to czosnek nadal toczy pianę, robi rozbiegane oczy i w pieniackim szale chce wzywać na świadka… he, he… właściciela firmy produkującej te okna. Ja nie wiem za kogo ten burak się uważa, ale podejrzewam że jak już przesłucha właściciela firmy od okien, to wezwie na świadka dyrektora huty szkła produkującej szyby do okien oraz premiera tego kraju, w którym znajdują się kopalnie kwarcu do wytopu szkła. Masakrycznie zagmatwany osobnik, o nadmiernie wybujałym ego – wykazuje zachowania typowe dla osiedlowych i niedowartościowanych „prawników” – specjalizujących się w „doradztwie czynszowym” i kredytach na zakupy w biedronkach. Ewidentnie przytłoczyła go sprawa mojej kamienicy i jak na jego możliwości okazała się po prostu za ciężka. Szkody umysłowe, jakich przy niej doznał są nieodwracalne i koleś coraz bardziej się ślini a zjawisko to ma tendencję nasilającą.

            Nota bene ten psychiatryk do dziś mnie zastanawia, bo fakty są takie że wszystkie zmieniające się przez te lata, w tej sprawie prokuratorki, które chcą mnie zamknąć w domu wariatów – doskonale już przecież znają z moich pism pełny obraz sytuacji, czyli prawdę o tym jak mnie pomawiano, tuszowano dowody, preparowano nieprawdziwe i wrabiano na policji. One wszystko wiedzą po prostu, bo odkąd mam dostęp do akt tej sprawy one też mają dostęp do moich informacji. A jednak mimo to nadal robią to co robią, czyli bezprawnie nakłaniają mnie na nieuzasadnione badania psychiatryczne i to w pełni bezkarnie – nawet ignorując prawomocne i niezaskarżalne orzeczenia sądu, który jeszcze w lutym 2016 kazał im się ode mnie odwalić. Możliwości zatem są trzy. Pierwsza – albo ten cały aspirant Mirek to wyjątkowy jebaka, o wręcz nadludzkich możliwościach, który omotał wszystkie prokuratorki jak leci, tak że spełniają każde jego życzenie. Druga – albo ten psychiatryk to policyjno prokuratorska zmowa aby mnie „zniknąć” w matriksie i okraść z całego majątku. Trzecia – być może te wszystkie prokuratorki posiadają jakiś syndrom nadwładzy czyli chorobliwe poczucie całkowitej bezkarności, bo wydaje im się że swoim bezprawnym, uporczywym nękaniem mnie, stanowią jakieś prawo w Polsce. Te prokuratorki są zupełnie jak ci szatniarze z Misia –„Nie mamy pańskiego płaszcza, no i co nam pan zrobi?”

https://www.youtube.com/watch?v=2zJFhdZ6Ox4

No co mogę zrobić?

            Mogę zrobić jedynie to samo co inni zrobili w tej sytuacji: Bareja zrobił Misia, więc ja zrobiłem Zlot Nad Kukułczym Jajem – to proste. III RP wcale nie jest mniej śmieszna od PRL-u. Tyle mogę zrobić dla prokuratorek o okrutnej szatniarskiej mentalności. Odczuwają bardzo silną, bo wieloletnią potrzebę badań psychiatrycznych – więc proszę bardzo, oto o tej prokuratorskiej potrzebie wesoła opowieść. A przy okazji o całej patologii, jaka ma z nią bardzo ścisły związek… bo jako że ładując mi potajemnie z Mirkami całe tony gnoju chciały mi z życia zrobić szambo, no więc szambo wybiło i będą tego cuchnące konsekwencje…

            To na tyle małej dygresyjki a teraz do rzeczy.

            Kolejnym świadkiem była oczywiście Blondyneczka – mój pierwszy świadek w trwającym prawie dwa lata procesie! Ba, świadek najważniejszy. Dopiero po takim czasie kończyć się oszustom zaczynali podstawieni pseudo świadkowie i preteksty do odwlekania procesu. Dwa lata czekania, żeby w końcu słowo prawdy mogło paść przed obliczem sądu. Przygotowani na zniszczenie Blondyneczki byli wszyscy: perfekcyjnie udająca łagodną sędzię sędzia Agnieszka, Ewcia aż chora z wściekłości na jej widok oraz widok Maluszka (który niestety pozostał przed salą rozpraw), no i oczywiście czosnek przekonany całkowicie o tym że bez trudu w tym sądzie zrobi z Blondyneczki krzywoprzysięzcę. „Świadków” Ewci bowiem nikt nigdy nie zaprzysięgał. Zaprzysiężono jedynie księgową oraz oczywiście Blondyneczkę – to żałosne widzieć na własne oczy do czego to zmierza i jak mocno jest prymitywne. Kamera oczywiście nieco przystopowała ich chore ambicje i była nielichym zaskoczeniem dla całej kliki – i dlatego Blondyneczkę wezwano na sam koniec aby mimo kamery zagrać na czasie i coś tam wymyślić – no ale mimo to czosnek nadrabiał miną co chwilę zapewniając Ewcię że „będzie dobrze”, czyli że Blondyneczkę „unieszkodliwi”. Napięcie na sali sądowej sięgnęło zenitu kiedy ona weszła zeznawać. Blondyneczka już nie była rozbita porodem i w całkiem innej formie – dużo lepszej niż miesiąc wcześniej w sądzie Ani. Była też już w zupełności świadoma tego, że chcą ją pożreć żywcem a zatem jeszcze przed samą rozprawą dobrze się do niej przygotowaliśmy nastawiając z góry na wszystkie brudne sztuczki, z wkładaniem słów w usta świadka włącznie lub sugerowaniem jej odpowiedzi. Nauczyłem bowiem Blondyneczki odporności na tego typu manewry oraz przekazałem jej jak tego typu chamówie zaradzić i nie dać się wprowadzić w słowną pułapkę. I nie uwierzycie ale Blondyneczkę przesłuchiwano dłużej niż wszystkich innych świadków razem wziętych. Ponad godzinę ją maglowano na wszystkie możliwe sposoby usiłując ją zniszczyć jako świadka. Sam zapis jej przesłuchania jest większy niż całe dwa protokoły z poprzednich rozpraw! Brudnych sztuczek było setki no ale… po kolei.

            Najpierw powiedziała do Agnieszki, że przyjaźni się ze mną długo od paru lat a Ewcię zna z widzenia odkąd zaczęła pilnować budowy w 2014. Powiedziała że wszystko co było robione na budowie ja sam zrobiłem a Ewcia nie uczestniczyła i nie inwestowała w nieruchomość. Dodała że na wymaganego przez Orkę geodetę to ona a nie Ewcia dała częściowo pieniądze, bo Ewcia odmówiła opłacenia geodety. Dodała że Ewcia sobie pomieszkiwała na budowie z matką ale zostało to zakończone wstawieniem kraty. Obecnie, (czyli kiedy Blondyneczka jest na macierzyńskim) budowy pilnuje pan Grzesio (syn mojego brata) i jeśli Ewcia chce się dostać do mieszkania w którym wcześniej mieszkała jest wpuszczana przez pana Grzesia. Potwierdziła też że w ubiegłym roku jak wróciliśmy zza granicy wezwaliśmy policję bo prąd był nielegalnie włączony i było włamanie do skrzynki elektrycznej. Policja powiedziała że niczego nie widzieli a Blondyneczka dodała że nie wie kto manipulował przy skrzynce. Jednakże mieszkały tam wówczas Ewcia i babcia Kazia. Dodała też że babcia Kazia „wprowadziła się” pod moją nieobecność. „Wprowadzono” ją, kiedy Ewcia opchnęła jej mieszkanie i przyprowadziła na budowę, gdzie zamykała w jednym z lokali, a jej mama krzyczała i denerwowała się. Blondyneczka dodała że widziała to na własne oczy. Zeznała że odkąd mnie zna zrobiłem ocieplenie dachu, klatkę schodową, panele pod sufitem, poręcze, kuchnię w jednym mieszkaniu. Potem powiedziała że Ewcia mieszkała sobie na drugim piętrze a babcia Kazia na pierwszym i że te mieszkania były wykańczane do zamieszkania przeze mnie. Potem Blondyneczka wymieniała długo co na budowie zrobiłem i że kupowałem większość w Leroyu gdzie dostałem duży rabat. Dodała że kiedy Ewcia przystąpiła zapłaciła połowę ówczesnej wartości, czyli działki i budynku bez drzwi, bez okien, bez tynku w stanie surowym. Obnażyła Ewcię potwierdzając że Ewcia sfinansowała od momentu przystąpienia jedynie tynki na drugim piętrze, które i tak były kupione przeze mnie. (Ona po prostu zapłaciła jedynie za robociznę, czyli położenie tych tynków w dwóch pokojach). Dodała że wie że Persil i jego ojczym kupowali jakieś wanny, umywalki i sprzęty AGD, bo chcieli tam mieszkać i przez jakiś czas mieszkali na drugim piętrze. Dodała że płaciła za wodę i prąd, ale co ważne łaskawa sędzia Agnieszka nie podyktowała do protokołu że Blondyneczka opłacała tę wodę i ten prąd zużyty przez Prosiaki w czasie kiedy Blondyneczka i ja byliśmy za granicą. Opowiedziała więc szczegółowo w tej sytuacji jak to Enea odłączyła licznik na moje zlecenie a ktoś go nielegalnie podłączył i kradnąc prąd wygenerował rachunki na moją szkodę raz na 3 tysiące a raz na tysiąc sześćset. Dodała że my to częściowo spłaciliśmy a Ewcia kłamała że 3 tysiące są zapłacone mówiąc że zapłaciła to w czerwcu, podczas gdy rachunek za to przyszedł w lipcu. Dodała że jest to rozpatrywane. I na tym się skończyły zeznania Blondyneczki do sędzi Agnieszki, która celowo wypytywała o rzeczy błahe aby jedynie popierdółkami wypełnić protokół z rozprawy.

            Czosnek był nieco zdruzgotany bo Blondyneczka nie dała się wpuścić w maliny i sztuczną łagodność Agnieszki i zabrnąć w jej wyniku w jakieś przypuszczenia ale mówiła tylko to co było prawdą i tylko to co do czego miała całkowitą pewność. Na wszystkie pytania Agnieszki odpowiedziała prawdziwie i nie było w obnażeniu oszustw i niegodziwości Ewci nawet słowa fantazji.

            Potem moja adwokatka doprecyzowała temat szczegółowo pytając blondyneczkę o to jak wygląda nieruchomość i co ja w niej zrobiłem. Blondyneczka opowiedziała że wszystkie mieszkania są wyposażone z wyjątkiem mieszkania na ostatnim piętrze. Że całą hydraulikę sam zrobiłem i tynki. Wyjaśniła, że tam gdzie rzekomo jest kupiona przez Ewcię kabina, tak naprawdę jest prysznic zrobiony przeze mnie, że są drzwi setki, bo takie były w projekcie, że nie ma na budowie żadnych grzejników bo jest ogrzewanie podłogowe. Dodała też że nie wyrażałem zgody na zamieszkiwanie rodziny Ewci i że gdy wszystko zostało prze ze mnie zrobione okazało się że dla Ewci już jestem niepotrzebny. Dodała że pod moją nieobecność zamieszkiwali sobie kolejni członkowie rodziny Ewci a gdy wracałem stawałem przed faktem dokonanym. Dodała że nie mogłem się pozbyć Persila, który mnie szantażował i że zasugerowała mi abym nic nie robił Prosiakowi tylko wezwał policję – i tak też zostało zrobione. Dodała że jak przybyła policja to usunęła Persila z budowy. Dodała też że jak rok później wyjechaliśmy to Prosiak powrócił bo jak przyjechaliśmy do Polski tydzień przed rozprawą Persil uciekał z terenu budowy. To było w okresie kiedy zaczęły przychodzić kosmiczne rachunki za prąd. Dodała że po przyjeździe stwierdziliśmy uszkodzenie kotłowni i uszkodzenia kratki ściekowej, która została celowo spiłowana po to aby śmierdziało w całym budynku. Nie było świadków tego sabotażu ale przebywała wtedy na budowie Ewcia. Wymieniono wtedy tez zamek w skrzynce elektrycznej i nie mogłem się dostać do niego. Po otwarciu okazało się że plomba Enei jest zerwana w moim liczniku i ktoś go ponownie podłączył. Dodała że potem wymieniłem licznik na przedpłatowy (żeby mnie nie okradano oczywiście) i że Ewcia nie doładowała tego licznika nigdy. Dodała też że Ewcia nie podpisała zgody na prace geodety, czyli końcowe pomiary i nie udostępniła lokalu na drugim piętrze aby geodeta mógł zrobić te pomiary. Dodała też że Ewcia utrudniała te prace i że to ona zamiast Ewci dołożyła pieniądze do kosztów geodety. Na tym moja adwokatka skończyła zadawać Blondyneczce pytania.

            Dopuszczony do głosu czosnek zaczął więc toczyć pianę i wypytywać o rzeczy już zeznane, licząc marnie na to, że Blondyneczka powie coś inaczej niż przed kilkunastoma minutami. Zapytał od kiedy się znamy więc mu natychmiast przerwałem zwracając uwagę że sąd już o to pytał świadka i padła już ze strony świadka odpowiedź na to pytanie. Nawet nie zdążył nabrać powietrza a już został zgaszony. Agnieszka chyba z litości jednak dopuściła mu te pytanie więc Blondyneczka ponownie powiedziała że zna mnie od 3-4 lat.

            Czosnek zapytał ile zapłaciła za budowę Ewcia, więc mu przypomniałem że sąd także już o to pytał i świadek już odpowiedziała. Ponownie więc Agnieszka się na czosnkiem ulitowała i Blondyneczka odparła, że ode mnie wie ile Ewcia zapłaciła no i z aktu notarialnego który też widziała.

            Czosnek więc zapytał w którym roku mieszkał Prosiak licząc na to że Blondyneczkę złapie na pomyłce w datach. Blondyneczka jednak zgodnie z prawdą odparła że nie widziała jak Prosiak się „wprowadzał” (bo było to w roku 2013 a ona pilnuje budowy od 2014) ale wie ode mnie że to się odbyło bez mojej zgody. Wie o tym ode mnie i od mojego ojca. Czosnek przygasł kiedy mu nie wyszło.

Zaczął więc drążyć umowę o pracę jaką mam zawartą z Blondyneczką, (licząc że podpierdoli ją do skarbówki – tak jak to już raz zrobiła Ewcia w przypadku jednego mojego podwykonawcy – za rzekome nieodprowadzenie podatku) a więc Blondyneczka odparła mu że zgodnie z nią za każdy miesiąc dozorowania budowy ma możliwość korzystania przez miesiąc z lokalu usługowego po oddaniu budynku do eksploatacji. To bezpieniężna umowa. Zero zatem możliwości dla podpierdalaczy w tej umowie tak więc czosnek zgasł jak ogarek razem z Ewcią po zapoznaniu się z jej treścią.

Zaczął więc pytać gdzie teraz pracuje Blondyneczka i czy Ewcia uczestniczyła w zawarciu tej umowy. Blondyneczka mu wyjaśniła zwięźle że Ewcia nie uczestniczyła bo nie ma pozwolenia na budowę (więc jest nieupoważniona do zatrudniania kogokolwiek) a ona nie pracuje bo jest na macierzyńskim i wychowuje dziecko. Dorzuciła też czosnkowi, że mama Ewci – babcia Kazia – codziennie była zamykana na budowie ale tego kiedy się „wprowadziła” też nie widziała. Czosnek drążył te „wprowadzenie” babci Kazi na budowę licząc ponownie na to że Blondyneczka poplącze się w datach, jako ze babcię Kazię ograbiono z majątku i wrzucono mi na budowę bodajże w roku 2012 a Blondyneczka pilnuje jej od 2014. Przerwałem mu więc ponownie stwierdzając że sąd już o to pytał i świadek już odpowiedział. A sama Blondyneczka tymczasem zgasiła czosnka mówiąc mu, że sam sobie może to sprawdzić (w akcie notarialnym) kiedy sprzedano babci Kazi mieszkanie, czyli ustalić kiedy dokładnie „przyszła” na budowę.

Czosnek widząc, że jestem czujny a Blondyneczka w całkiem dobrej formie i że z jego starań gówno wychodzi zrobił się coraz bardziej zakwaszony. Z twarzy zrobił mu się kiszony ogórek. Agnieszka też zaczęła się wyraźnie denerwować tym, że skutecznie gaszę powtarzające się w kółko te same pytania czosnka więc mnie „pouczyła” żebym tego nie robił (czytaj „nie przerywał”) bo wlepi mi jakąś grzywnę, masakra. No co ja poradzę na to że sitwa nie lubi kiedy jej się kraść przeszkadza? Nic przecież nie mogę na to poradzić w sytuacji kiedy to ja jestem ten okradany.

Czosnek zaczął drążyć więc tynki na drugim piętrze usiłując coś wykombinować sprzecznego z zeznaniami murarza. Blondyneczka (która oczywiście nie była obecna w czasie składania murarskich opowieści dziwnej treści, i rzez jasna nie znała ich, albowiem świadkowie są wzywani pojedynczo na salę sądową) odparła mu gładko i zgodnie z prawdą, że to ja zakupiłem te tynki ale ona nie wie kto je położył. Doprecyzowała, że jest na te tynki moja faktura, bo razem po sklepach jeździliśmy i odzyskiwaliśmy (skradzione przez Ewcię) faktury i że to na mnie jest wystawiona ta faktura. Pytał ją więc obłędnie kto płacił za te tynki więc odparła że nie widziała kto płacił ale wie ode mnie że to ja płaciłem. Debilne zaczynały się już robić te jego pytania, ponieważ te tynki jak i cały materiał z moich faktur, w przeciwieństwie do fałszywek Ewci, jest na terenie budowy. Budynek też oczywiście jest, bo przecież nie zbudowały go jakieś krasnoludki z fałszywych faktur w przestrzeni wirtualnej ale mimo to że budynku można dotknąć i naocznie go obejrzeć, czosnek nadal szuka pretekstów aby jego istnienie podważyć – to chyba idiota po prostu. Można by przypuszczać również, że to debil, któremu się wydaje że męcząc ludzi na tematy oczywiste uda mu się kogoś zamęczyć. Efekt jest jednak taki, że tylko on sam jest sobą przemęczony i niezdolny do sensownych wypowiedzi. Pytał więc dalej o inne oczywistości, czyli o to co ona wie że zostało przeze mnie zapłacone. Odparła mu więc że przy niej płaciłem za okna, za poręcze, za farby do poręczy, za geodetę. Dodała też, że przy niej wyciągnąłem gotówkę i zapłaciłem ale ona nie wie ile. Czosnek, co bardzo dziwne nie zapytał jej o to z której kieszeni wyciągnąłem gotówkę lub jaki kolor miał portfel oraz którą ręką odliczałem pieniądze a są to przecież w przypadku oszołomów pytania oczywiste. Spodziewałem się ich ale o dziwo nie padły. A przecież w przypadku pomyłki prawej kieszeni z lewą kieszenią bardzo proste jest oskarżenie świadka o składanie fałszywych zeznań pod przysięgą, nieprawdaż? Szukał do takiego oskarżenia coraz głupszych pretekstów, Agnieszka udawała że tego nie widzi, a efekt był taki że mu gówno wyszło i sam się zrobił idiotą, bowiem skompromitował się przed kamerą zadając w kółko te same pytania. Potwierdziła też Blondyneczka że Prosiaki zamieszkiwali na II piętrze i że kiedy dozorowała budowy już były tam okna, ale nie były w całości spłacone jeszcze.

Czosnek znowu więc obłędnie czepił się tych okien, więc mu odparła że z tego co widziała na zdjęciach wynika że były wstawione chyba w roku 2012 ale nie jest tego pewna.

Potem zaczął ją wypytywać o jakiś kredyt kupiecki na zakup okien. Nawet ja nie mam pojęcia o co chodzi z tym kredytem kupieckim ale domyślam się że Ewcia wzięła sobie jakiś taki kredyt na wymianę okien u swojego syna na innej nieruchomości oraz u swojej babci na wsi. Tam bowiem były rzeczywiście wymieniane przez nią okna i aż dziw mnie ogarnia że nie wzięła za te okna fałszywej faktury rzekomo na moją budowę, tak jak to zrobiła w przypadku innych materiałów budowlanych: grzejniki, panele podłogowe, kabina prysznicowa, etc. Cyganka najprawdopodobniej na lewo kupiła te okna, czyli bez vatu i dlatego nie udało jej się spreparować fałszywek w formie faktur vatowskich. Hmm… a to pech. Drugim pechem była oczywiście niemożliwość kradzieży mojej prawdziwej faktury za okna – nieszczęścia bowiem chodzą parami Smile

I stąd się biorą nerwowe ruchy Ewci i czosnka na widok mojej konkretnej faktury za okna i ich chorobliwa chęć sprawienia że te okna, co? Przestaną istnieć? Staną się oknami nie zakupionymi? Nie mam pojęcia co ci obłąkańcy chcą od moich legalnie zakupionych okien, ale wiem że chcą ich fakt nabycia na wszystkie sposoby unieważnić.

Z oknami jednak nic nie wyszło, czosnek więc zaczął toczyć pianę na temat kluczy do kraty więc Blondyneczka mu odparła, że nie wie ile jest kompletów kluczy i nie wie czy pan Grzesio ma zawartą umowę na dozorowanie tej nieruchomości.

Czosnek zupełnie wypadł z rytmu i swojej roli (nie wiedząc czy może chociaż pana Grzesia podjebać do skarbówki), bowiem zaczął już po raz trzeci zadawać te same pytania a Blondyneczka obronną ręką wychodziła ze wszystkich pułapek. Tego nie ma co prawda w protokole z rozprawy ale w pewnym momencie przeszedł głębokie załamanie psychiczne i stwierdził do Agnieszki błagalnie, że czas na rozprawę się skończył a on rzekomo ma jeszcze do Blondyneczki mnóstwo pytań więc wnosi o odroczenie jej przesłuchania do następnej rozprawy. Chodziło oszołomowi oczywiście o bezcenny czas dla niego aby mógł się zebrać do kupy, wyjść z depresji oraz nerwicy i ułożyć na spokojnie sensowne pytania, jako że żadne takie już mu nie przychodziły do głowy w czasie bieżącej rozprawy. Chciał tym samym powtórzyć dokładnie to samo co ja zrobiłem na drugiej rozprawie. Przypomnę, że wówczas Ewcia sporo nakłamała, a więc Agnieszka przerwała niewygodną dla niej rozprawę rzekomo z powodu czasu który dobiegł końca i dopiero na następnej rozprawie dokończyłem przesłuchiwanie Ewci będąc jednakże już do tego przesłuchania doskonale przygotowany – jak chociażby mając dowód od Pani Joanny na to że Ewcia kłamała że nie miała konta na które popłynęła kasa ze sprzedaży jej mieszkania. Czosnek wnosząc o przerwę w przesłuchaniu Blondyneczki chciał pod pretekstem braku czasu odmałpować to samo co ja zrobiłem czyli przeanalizować słowo w słowo zeznania Blondyneczki, aby gdzieś w nich przez około miesiąc znaleźć chociaż jeden punkt przyczepienia.

Ponieważ pytając po trzy, cztery razy o to samo zaczął już bredzić to była dla niego ostatnia deska ratunku ale Agnieszka uprzejmie go zapytała, ile ma jeszcze tych pytań do świadka. Czosnek odparł że ho, ho, ho jeszcze na co najmniej 15 minut. Agnieszka słysząc to roześmiała mu się w twarz i odparła, że w tej sytuacji nie ma problemu aby te pytania teraz jej zadał, bo o tyle to można rozprawę bez problemu przedłużyć.

Czosnek zrozumiał aluzyjną niechęć Agnieszki, zakwasił się jak jeszcze nigdy nie był zakwaszony i wystękał już chyba po raz czwarty pytając Blondyneczke o ten rachunek za prąd, który Ewcia z Prosiakami ukradła latem. Ja go natychmiast zgasiłem mówiąc że sąd już pytał o to a świadek już udzielił odpowiedzi ale Agnieszka ponownie się nad czosnkiem ulitowała – chyba z powodu kamery jedynie – i Blondyneczka odparła, że rachunek za prąd przyszedł za lipiec. Chodzi tu oczywiście o rachunek z lipca za prąd skradziony i rzekomo zapłacony przez Ewcię w czerwcu.

Czosnek zaczął ją nie wiedzieć czemu więc pytać o dziennik budowy. Po co i w jakim celu to tylko on wie, bo nie ma to żadnego związku ze sprawą, co też od razu mu wyklarowałem. Agnieszka więc mnie uciszyła groźbami grzywien a Blondyneczka stwierdziła że jest prowadzony dziennik budowy – o czym czosnek wie doskonale, bo sam składał wnioski o jego kopię – ośmieszał się coraz bardziej ten osobnik i należało mu się obnażenie jego szamotaniny. Potem zaczął odpływać w obszary już tak logicznie ujemne, że to się w pale nie mieści. Pytał Blondyneczkę o to kto wypożyczał rusztowanie, więc dowiedział się, że to ja kiedy Persil porzucił robotę, że nie skończyłem ocieplenia więc trzeba było wypożyczyć rusztowanie ponownie i że wtedy Ewcia te koszty strat pokryła.

Na sam koniec już nie wiedząc o co zapytać zaczął wyjeżdżać z osobistymi pytaniami na temat czy Blondyneczka jest w związku ze mną ale po moich protestach Agnieszka uchyliła mu te pytanie, jako nie mające żadnego związku ze sprawą.

Wtedy czosnek zgasł do końca zupełnie jak nadepnięty niedopałek i wtedy też nie wytrzymała Ewcia. Niemal już się trzęsąc ze złości i z autentycznym desperackim płaczem wyjęczała do Blondyneczki:

- No ale czyje to jest dziecko?

Ha ha, tę cygańską oszustkę i moją rzekomą konkubinę (według jej własnych zeznań) kurwica już wzięła na wieść, że dosłownie każde jej słowo jakie starannie wykłamała lansując swoją wersję przed sądem, legło właśnie w gruzach.

Po tym pytaniu sala wybuchnęła śmiechem. Ewcia sama się publicznie upokorzyła i to tak bardzo jak jeszcze nigdy nie była upokorzona. Nawet Bąbelek, który czekał na korytarzu z moim ojcem głośno się roześmiał. On się zawsze śmieje, bowiem to hmm… radosny mały człowiek.

Obsesja Ewci na moim punkcie stała się publicznie wiadoma i teraz już chyba każdy mi uwierzy, że na samą wieść że mam pieniądze ona dosłownie spać po nocach nie może. Ona zamiast spać ze złości aż syczy. Normalnie jak żmija. Dostała już autentycznego pierdolca do głowy na samą myśl, że mogę mieć kogoś z kim chciałbym dzielić mój dom i moje życie. Dom, który co prawda zbudowałem własnymi rękami ale w którym ona nie przewidziała żadnego miejsca dla mnie, planując zrobienie w nim chlewni i umieszczenie tam całej swojej rodzinnej trzody, na czele z umysłowo chorą babcią Kazią – która tak nawiasem mówiąc napłodziła większość tej przykrej dla otoczenia świńskiej patologii – a mi w nagrodę za moje trudy bardzo starannie zaplanowała z tymi świniami zamieszkanie w zakładzie psychiatrycznym.

Cygańskie plany tymczasem runęły jak domek z kart (czyli dosłownie... fałszywych faktur) i Ewcię już nawet na sali sądowej poniosło i to tak bardzo, że tej wyrachowanej oszustce do końca puściły nerwy.

- No ale czyje to jest dziecko? – okazało się tym, co ją najbardziej ze wszystkiego na świecie dręczy.

Hmm… ta szujnia, która od lat mnie męczy – ta sama w której Ewcia jest tylko podstawionym pionkiem – jest całkowicie bezradna w sytuacji, kiedy nie jestem sam, czyli kimś kogo stosunkowo łatwo oczernić, osaczyć i zniszczyć. Wyszukiwanie bowiem osób samotnych po to, aby ich wykończyć to jest żelazny punkt programu wszystkich mafii mieszkaniowych. Za coś takiego właśnie jak namierzanie takich samotnych osób został skazany dzielnicowy z policji wrocławskiej w ramach procesu tamtejszej mafii mieszkaniowej. Ewcia sama z siebie jest nie tylko za głupia aby mnie „zniknąć” w matriksie czyli w zakładzie psychiatrycznym i jest więcej jak pewne, że razem z nią bierze w tym udział policja oraz prokuratura, bo tylko te instytucje mają predyspozycje i możliwości aby coś takiego przeprowadzić. Ewcia jest tylko tępym narzędziem, być może usłużnym i przeznaczonym do brudnej roboty policyjnym kapusiem. W sytuacji zaś kiedy nie jestem „sam”, czyli mam kobietę i dziecko, jak również stojącą za mną murem rodzinę (z którą nie udało się sitwie mnie skłócić), mafia jest bezradna, bo takiej na przykład Blondyneczki nikt nawet nie pomówił o jakąś niepoczytalność a ona przecież nie byłaby w głębokiej przyjaźni lub jakimś związku z kimś kto jest (rzekomo) wariatem lub osobą szczególnie niebezpieczną, nieprawdaż?

Cały obraz mojej osoby, przedstawiany latami skrycie jako agresywnego debila runął w gruzach. Cała „praca” oszustów, szumowin i szuj przeróżnych poszła na marne. Bardzo to musi być dla tej kliki bolesne.

Agnieszka litościwie dopuściła pytanie Ewci, ale Blondyneczka przepięknie wybrnęła z niego pozostawiając cygańską oszustkę nadal bez jasnej odpowiedzi na najbardziej ją ze wszystkiego na świecie nurtujące pytanie.

- Byliśmy we wspólnym pożyciu, na chwilę obecną już nie.

I w ten sposób Ewcia nadal nie wie czyje to dziecko. Ha, ha. Nadal nie śpi po nocach. Nadal syczy nie wiedząc czy mam kogoś albo pieniądze. I nadal gryzie się z bezsilnej rozpaczy po bezzębnych dziąsłach. Stan nerwicowo emocjonalny tej przeklętej starej torby oceniam na „jest dobrze”, a rokowania oscylują na „będzie jeszcze dobrzej”.

Na sam koniec ja zadałem Blondyneczce pytanie czy coś jej wiadomo na temat fałszywych faktur. Zapytałem o to, ponieważ po całym wałku z fakturami, który opowiedziałem szczegółowo Agnieszce jeszcze na pierwszej rozprawie, nie ma najmniejszego śladu w protokole z tamtej rozprawy! Tuszowane jest te oszustwo na potęgę. Dopiero na którymś tam wniosku zostało dołączone te oszustwo z wnioskiem o uzupełnienie protokołu z rozprawy ale nie wiadomo czy zostanie to kiedyś dopisane lub czy ten wniosek już gdzieś nie „zaginął”. Sytuacja prawna jest tymczasem taka, że od chwili gdy kompleksowo zastrzegłem autentyczność tych lipnych faktur Ewci, to na niej spoczywa ciężar dowodu na ich rzekomą prawdziwość. Nie zostało to oczywiście nigdy zrobione. Zrobiono jedynie aby zastrzeżenie ich autentyczności… znikło! Zrobiono też wszystko aby skierować proces na boczne tory…

Blondyneczka więc opowiedziała jeszcze raz ale tym razem przed kamerą, że jak byliśmy w Leroyu po duplikaty moich skradzionych faktur, to sprawdzaliśmy też rzekome faktury babci Kazi – czyli gdzie te materiały pojechały. Okazywało się że na inną nieruchomość Ewci albo były zakupywane na osoby trzecie kartami innych osób. Na pytane po co powiedziała, że nie wie w jakim celu ktoś robi takie rzeczy ale być może po to aby oszukać skarbówkę.

Czosnek i Ewcia zgaśli, kiedy skończyły im się pytania do świadka. Czosnek na zakończenie poprosił Agnieszkę o możliwość złożenia wniosku o przesłuchanie szefa firmy od okien, gdyż rzekomo to będzie „konieczne” więc moja adwokatka wniosła do sądu o umożliwienie odniesienia się do tego wniosku. Chodzi o to, że autentyczność faktury za okna już jest dwukrotnie potwierdzona i to będzie całkiem zbędny świadek.

Agnieszka więc zawezwała na świadka Panią Joannę – tym razem na adres byłego mieszkania Ewci (nie wiadomo nawet czy aktualnego) i odroczyła rozprawę na 30 listopada

11 października odbyła się też III rozprawa w sądzie Ani i tam też oczywiście wniosłem o możliwość jej nagrywania ze względu na rozbieżności w protokołach z rozpraw z tym co zostało na nich powiedziane. Czosnek coś pobrąchał wówczas o swoim wizerunku i sędzia Ania wyraziła zgodę tylko na nagrywanie audio. Zakryłem więc obiektyw i sam dźwięk nagrałem.

Nie mam jednak jeszcze pisemnego protokołu z tej rozprawy a jedynie zapis audio, tak więc poczekam z jej opisem na późniejszy okres, bo nawet nie wiem czym się różni ona od tego co jest zapisane.

Ta rozprawa też została odroczona ale na 1 grudnia.

W międzyczasie (za dobrą poradą wielu czytelników) wyruszyło od nas parę pism z opisem tego co się dzieje do ministra Ziobro. Pierwsze pismo – wysłane w maju - zaskutkowało tym, że Departament Postępowania Przygotowawczego Prokuratury Krajowej nakazał zbadać to wszystko Prokuraturze Okręgowej i złożyć nam oraz jej szczegółowe wyjaśnienia wszystkich poruszanych kwestii, czyli tego wszystkiego co jest w poprzednich częściach. Czekaliśmy z Blondyneczką do jesieni na odpowiedź a kiedy ta przyszła, był to w zasadzie jeden i ten sam bełkot szatniarkopodobnych prokuratorek. Napisali że Blondyneczka nie jest stroną bla, bla, że ja mam „być” zbadany psychiatrycznie, że sąd powiedział jakobym był szczególnie niebezpieczny, że moje poszukiwania nie były „nieudolne”, że nie umorzono kradzieży prądu ale wysłano wniosek z prokuratury do sądu i tym podobne odwracanie kotka ogonem.

Napisaliśmy więc drugie pismo do Ministra Ziobro, w którym obaliliśmy załączonymi dowodami (fotokopie pism) całość tych bredni, czyli dostarczyliśmy dokumenty na to, że Orka wymyśla nieistniejące przestępstwa i odmawiając nam prawa do obrony zmusza do ponoszenia zbędnych kosztów oraz tuszuje od trzech lat bezsporne samowole budowlane Prosiaków niszcząc nasze życie, że prokuratura wysyła do sądu pisma aby umorzyć Ewci kradzież energii (!?), a wcześniej poumarzała razem z policją jak leci: kradzież faktur, fałszowanie faktur, kradzież kluczy, kradzież mieszkań, samowole budowlane orz kradzież prądu, że naczelniczka z meldunkowego rażąco nielegalnie zameldowała Prosięta na budowie wbrew woli właściciela i dopiero Wojewoda tę masakrę anulował i że policja w dalszym ciągu razem z prokuraturą bezprawnie mnie nęka. Odpowiedzi jeszcze nie ma na te drugie pismo zawierające dowody. Czekamy. Możliwości są dwie. Albo minister Ziobro boi się, że mirkopodobni wywiozą go do lasu lub do psychiatryka jakiegoś, albo po prostu tak wolno mielą te młyny sprawiedliwości. Raczej to drugie oczywiście, bo minister Ziobro już udowodnił, że nie boi się sitw prawniczych i nie raz już ukrócił bezprawne rozpasanie tego środowiska. Nawet wprowadził odpowiedzialność karną dla sędziów i prokuratorów za wcześniej bezkarne nadużywanie władzy, jakie rozkwitło jak chwasty w tym  przeklętym tuskolandzie. Będzie więc dobrze myślę…

A w międzyczasie policja na polecenie prokuratury tropi mnie jak Janosika jakiegoś.

31 września, 7 listopada i 9 listopada nadal do mnie wydzwaniali twierdząc, że mają do wykonania jakieś „czynności”, że jestem „poszukiwany”, i że biedni oni nie mogą mnie znaleźć. Sytuacja z moimi poszukiwaniami zmienia się bowiem co dwa dni dosłownie, bo dwa dni po tym jak naczelnik kryminalny mnie sprawdził i powiedział że nie jestem poszukiwany, znowu ktoś mnie umieścił na liście na niby poszukiwanych. Na każdy telefon odpowiadałem więc żeby przestali mnie uporczywie nękać i jak nie mogą mnie rzekomo znaleźć to niech poszukają sobie chociaż adwokata, którego mam przydzielonego do tej sprawy. Na dźwięk słowa „adwokat” odkładali słuchawkę Smile

Jeśli ktoś jeszcze nie domyśla się o co tu chodzi – oto zwięzła odpowiedź. Otóż są na terenie Polski liczne kliki, zainstalowane jeszcze w czasach stalinowskich jak już wspomniałem na wstępie. Są to polskojęzyczne mafie, które przywiezione jeszcze na ruskich czołgach zainfekowały cały aparat wymiaru sprawiedliwości – prokuratury, policje i sądownictwo. To właśnie te sieroty po Stalinie utworzyły te kliki, które przez ostatnie ćwierć wieku masowo kradły majątek państwowy. Fabryki, zakłady lub np. te kamienice w Warszawie, których zawłaszczenie ujrzało światło dzienne podczas afery z dziką reprywatyzacją. Teraz kiedy ten majątek się skończył złodziejskie kliki zabrały się za prywatny majątek Polaków. Dopadli nawet radnego z Warszawy, który jest deweloperem i stawia domki. Jemu też jakiś czosnek wymyślił rzekomy dług na około milion, sąd ten nieudowodniony nigdy rzekomy dług natychmiast przyklepał i omal nie został ten człowiek okradziony pod mętnym płaszczykiem jakiejś szemranej prawomocności, bo błyskawicznie komornik mu pozajmował wszystkie konta. Jego historię koniecznie trzeba przeczytać aby wiedzieć o co w tym chodzi:

http://antonigut.neon24.pl/post/133103,nie-dajmy-sie-niszczyc-tym-postko...

            Pan Antoni wygrał z nimi ale oczywiście tylko po nagłośnieniu sprawy. Zło zawsze bowiem przegrywa gdy wychodzi na światło dzienne.

Natomiast aby u mnie stworzyć dług, który nigdy nie istniał czosnek uruchomił komornika. Ten domaga się kluczy do kraty na podstawie postanowienia Agnieszki, która uczyniła bezprawnie ze mnie „dłużnika” wobec Ewci, której nigdy tak naprawdę niczego nie byłem winny. Postawiono mnie w sytuacji bez wyjścia, bo jeśli wydam klucze, grozi mi realizacja szantażu Persila, czyli 75 tysięcy kary za użytkowanie budowy, na którą to karę Orka tylko czeka aby mi ją nałożyć, a jeśli nie wydam kluczy będą to koszty komornicze – też kilka tysięcy. Poza tym na dzień dzisiejszy są dwa prawomocne postanowienia dwóch różnych sądów na temat kluczy. Sąd Agnieszki złamał prawo budowlane i zdrowy rozsądek nakazujący zabezpieczyć budowę przed osobami nieupoważnionymi każąc tym osobom (już po raz drugi) wydawać klucze budowlane, a sąd Ani oddalił wniosek o wydanie kluczy respektując przepisy ustawy, która pod rygorem wspomnianej grzywny wręcz nakazuje zamknąć przed patologią teren budowy. Oddalił (ale nie wiedzieć po co nadal ciągnie ten proces sądowy) a czosnek usiłuje bezprawnie i wbrew mojej woli „modyfikować” w nim swoje pozwy, na co oczywiście nie wyraziłem zgody i czego oczywiście Ania nie zaprotokołowała. On już nie „żąda” moich kluczy ale abym zdemontował kratę. Robią sobie co tylko zechcą ale tylko w swoim własnym gronie. Oczywiście te klucze i ta krata są wyłącznie moje – nie są one żadną współwłasnością i nie jestem ich nikomu winny. To moja legalna wyłączna własność inwestora budowy, nabyta legalnie i chroniąca moje i moich najbliższych mienie. Dorobek życia. Sytuacja jest zatem ciekawa, bo nawet nie można wykonać obu sądowych postanowień tak aby wykonując jedno nie naruszyć drugiego, jako że są one sprzeczne ze sobą. Napisałem oczywiście to wszystko komornikowi a chłop widząc, że chodzi o zawłaszczenie kamienicy, czyli przekręt zupełnie oczywisty, nawet nie chciał się podjąć tej szemranej egzekucji. Powiedział jednak, że musi ją zrobić bo za zaniechanie będzie ukarany a zatem poradził (!) nam jakiego użyć artykułu w skardze na jego działania po to aby skutecznie zablokować jego własną egzekucję. Na tyle poczciwy z niego człowiek, że nie chce być tępym narzędziem dla jakiejś sitwy. Tak nawiasem to wbrew pozorom całkiem sporo jest przyzwoitych ludzi w tej opowieści: Wojewoda, policja patrolowa, Sędzia z sądu karnego (w sprawie psychiatrycznej), Burmistrz, geodeta i kilkanaście innych ludzi robiących to co według sitwy miało być „niemożliwe” do zrobienia. Komornik to właśnie jeden z takich przyzwoitych ludzi. Poradził iść z tym gównem do adwokata i złożyć odpowiednie pismo procesowe do sądu który go nasłał, bo tylko sąd może zablokować komornika. Poszliśmy więc z Blondyneczką do naszego prawnika, ona powiedziała że zna ten artykuł i że napisze pisemko. Zrobili w kancelarii nagłówek, na dole złożyłem mój podpis i obiecali wypełnić te pismo i wysłać w terminie do sądu który nasłał komornika aby zablokować jego działalność. Kiedy po terminie zobaczyłem te „pismo” przesłane mi mailem to zaniemówiłem. To były ręczne, kulfoniaste gryzmoły wyglądające jakby je pisał jakiś półgłówek. Masakra. Nie było w tym „piśmie” nawet słowa o wspomnianym artykule, który miał zablokować komornika i smutne było kiedy się okazało że w sprawie mojej kamienicy człowiek ma nawet prawnika działającego celowo na jego szkodę. Te pseudo pismo oczywiście nie było wymaganym w tego typu sytuacjach pismem procesowym i nie zawierało nic prócz bełkotu nieistotnego dla sprawy. Celowo je tak sporządzono aby nie zablokować komornika!

Zdrada jest straszna. No ale nic – coś się na to wymyśli do następnej rozprawy. Tymczasem inny prawnik napisał skuteczne pismo i komornik póki co dał sobie spokój z zabieraniem mi mojej własności i przekazywaniem jej na ręce złodziei, którym niczego nie jestem winny. Na najbliższej rozprawie zamierzam sobie z Agnieszką uciąć treściwą pogawędkę na temat robienia ze mnie dłużnika wobec osób którym niczego nie jestem winny. Ciekawe co mi prosto w oczy powie o tym bezprawiu jakie potajemnie ustanawia na jakichś „posiedzeniach niejawnych”?

 Na stawianie strony procesu w sytuacji bez wyjścia i robienie z niewinnego człowieka „winnego” czyli dłużnika a ze złodziei „wierzycieli” też popłynęła skarga do ministra sprawiedliwości z wnioskiem o przyjrzenie się temu kafkowskiemu procesowi, w którym zapadają tego typu kuriozalne postanowienia nawet nie mające nic wspólnego z pojęciem sprawiedliwości. To grabież w biały dzień mojej legalnej własności, której nikomu nigdy nie byłem winny. To bezprawna pseudo kara nałożona na mnie za to, że skutecznie pozbyłem się patologii, wzywając do jej usunięcia normalną policję (która szantażystę Prosiaka wyprowadziła z budowy) oraz wstawienie kraty (która skutecznie uniemożliwiła młodzieży chlewnej powrót na teren budowy i dalsze kradzieże, moich kluczy, mieszkań, prądu oraz pasożytniczego życia na mój i Blondyneczki koszt), czyli robienia mi trzody. Agnieszka „łaskawa”, wbrew prawu, zignorowała ustawę i ukarała mnie za to wszystko co zrobiłem aby zaprowadzić na budowie porządek zgodny z obowiązującym prawem, nakazując mi w tej sytuacji wydać na ręce złodziei klucze do kraty po to… aby mogli się dostać do budowy i dalej mnie szantażować, żerować na moim dorobku, zameldowywać się na pobyt stały i składać donosy do prokuratury aby ta w końcu miała pretekst do zamknięcia mnie w psychuszce. To wszystko już jest jasne odkąd opadła kurtyna i z rozprawy na rozprawę ta sprawa się robi coraz bardziej ciekawa. Zapytałem ją czy intencjami sądu jest wyrządzenie szkody stronie lub skarbowi państwa ale odparła dość butnie, że jak będą jakieś kradzieże lub szkody mogę je sobie iść i zgłosić na policję. No więc ze stuprocentowo pewnej obawy że szkody będą, zgłosiłem to ale nie do mirkopodobnej policji lub szatniarkopodobnej prokuratury które umarzają złodziejom wszystko jak leci, ale do Ministra Ziobro. Zajął się mafią mieszkaniową w Warszawie i tamtejszymi ukradzionymi kamienicami być może zajmie się i moją małą kamieniczką. Zobaczymy co będzie… dowody dostał na to, że jest to zorganizowana klika działająca skoordynowanie i w ścisłej zmowie, wręcz precyzyjnie jak szwajcarski zegarek…

Dwie dalsze odsłony tego sądowego komediodramatu pt. Żałosna Próba Kradzieży Kamienicy Przez Gang Olsena, będzie miała miejsce w sądzie rejonowym w Szczecinie Prawobrzeże i Zachód 30 listopada w sądzie Agnieszki (który już rok „szuka” mojego świadka, Pani Joanny Skrzypczak) oraz 1 grudnia w sądzie Ani (który już dwa razy odmówił mi prawa do obrońcy (!) i kombinuje jak by tu wydawanie moich legalnych kluczy przemienić w demontaż mojej legalnej kraty). Wstęp oczywiście wolny – każdy może przyjść i posłuchać sobie jak pytania na temat prawdy są uchylane, jak protokoły z rozpraw się manipulują, jak prawnicy się dwoją i troją aby mnie okraść z dorobku życia oraz przy okazji oczernić, no ale jako że mam jeszcze w zanadrzu parę niespodzianek nie będzie nudno przypuszczam. Grunt to przecież dobra zabawa. Jest parę sprawdzonych metod jak nie przegrać ustawionej gry ale nie będę ich przedwcześnie zdradzał…

Jak są jakieś merytoryczne porady ludziska lub pomysły piszcie bez wahania w komentarzach – wszystkie mądre rady jak zawsze zostaną wykorzystane. A za poprzednie jeszcze raz wielkie podziękowania wszystkim, którzy dobrego słowa w słusznej sprawie nie pożałowali. I jeśli możecie to kopiujcie ten tekst, wklejajcie i rozsyłajcie gdzie się da – te sitwy boją się jak diabli głosu opinii publicznej i przyglądania im się na ręce, bo przecież po ostatniej części Kukułczego Jaja, to nawet w ostatniej chwili rozprawę odwołali aby nie było świadków ich poczynań. Sądu więc nie było ostatnim razem i jedynie czosnek napisał sobie kolejną skargę do prokuratury (to już chyba dziewiąty jego donos na mnie), za rzekome znieważenie w poprzednich częściach tej opowieści. Biedny czosnek nawet nie wie że to na niego pisana jest porządna skarga, bo to on a nie kto inny napisał obydwa wnioski o klucze do obydwu sądów. Skoro więc idąc do komornika nie uszanował prawomocnego postanowienia sądu Ani (odsyłającego go na szczaw z roszczeniami) złamał nie tylko etykę adwokacką ale i prawo nie respektując postanowienia sądu, o którego wydanie sam wnioskował. Idąc z tym gównem do komornika, napluł w twarz sędzi Ani, do której prawomocnego postanowienia się ordynarnie nie zastosował. Jeśli więc ktoś wie gdzie i jak pisać skargi na adwokatów żeby utracili prawo do wykonywania zawodu za notoryczne naruszanie etyki adwokackiej, proszę o porady, bo czosnek na bieżąco łamie ją kłamiąc, oczerniając lub wręcz wyzywając mnie na sali sądowej od schizofreników. Dowody są i są możliwości aby zniszczyć jeszcze jedną złodziejską klikę, która jak rak toczy ten kraj. To przecież czosnek napisał wniosek o to aby Agnieszka zabroniła mi mojej legalnej pracy oskarżając mnie o jakieś rzekome akty dewastacji lub sabotażu, których nigdy nie udowodniono i w efekcie przez niego już rok jestem bezrobotny! Pomijając już nawet to że moja praca (inwestor budowy) nie jest zależna od wniosków osób nieupoważnionych oraz jakiejś łaski lub niełaski jakiegoś sądu, (a tylko i wyłącznie przepisów ustawy prawo budowlane) to jednak Agnieszka postanowiła „zabronić” mi pracować i to pomimo iż akty dewastacji lub sabotażu dokonywała wyłącznie Ewcia z Prosiakami, kradnąc mi klucze, mieszkania, prąd, wodę, włamując się do skrzynek, demolując drzwi, okna, etc, co jest już w jej własnym sądzie bezspornie udowodnione. Gołosłowne oczernienia to wszystko co oni mają. Wszystkie dowody są przeciwko nim i są one tuszowane ale mimo to i tak są one dostępne. Stawianie zaś strony w sytuacji bez wyjścia to długa tradycja w tym sądzie, bo jeszcze jak mi rok temu Agnieszka „zabroniła” pracować, to Orka jednocześnie „nakazała” mi wykonać pewne prace budowlane (geodezyjne pomiary) wiedząc oczywiście, że są sprzeczne z postanowieniem sądu. Z tym komornikiem jest identyczna sytuacja – powydawali kupę sprzecznych ze sobą postanowień po to, abym nawet nie miał szansy do któregoś się nie zastosować.

Jednakże każdy kij ma dwa końce i fakt że ja nie mogę obu sądowych postanowień wykonać jest też tym samym faktem że i czosnek nie może obu postanowień wykonać. Matriks się sam shakował tym samym Smile A ponadto czosnek jest do ich wykonania zobligowany bardziej niż ja, skoro to on o nie składał wnioski do sądów! Uruchomił jednakże komornika a zatem… złamał prawo i chcę to przeciwko niemu z całą mocą wykorzystać.

A w ramach gry na zwłokę parę dni temu nawet rzeczoznawca wyznaczona przez Agnieszkę do wyceny nieruchomości zaczęła torpedować proces przeciwko oszustce Ewci. Już od niemal roku czekamy na jej wycenę i ponaglamy ją we wnioskach, bo zamiast wyceny lub opinii napływały tylko wnioski o przedłużenie terminu. Teraz opinia nadeszła. I w tej „opinii” rzeczoznawca stwierdziła, że nie może wycenić wartości nieruchomości – masakra, bo tyle samo to sobie mogła napisać już rok temu. Jest tak, bo na tej budowie (oprócz robocizny za tynki w dwóch pokojach) nawet nie ma czego wyceniać, jeśli chodzi o nakłady oszustów, jako że tych nakładów po prostu tam nie ma. Rzeczoznawca musiałaby napisać w tej sytuacji, że tam nie ma kompletnie nic z fałszywych faktur a więc napisała że… nie może budowy wycenić. O. Inna sprawa, że rzeczoznawcy robią w całej Polsce takie wyceny w miesiąc lub dwa a „nasz” nie podołał w rok, poddając się po roku gry na zwłokę zupełnie bez walki. Cuda po prostu już są tworzone aby oszustwo jak najdłużej nie zostało ujawnione, czyli aby się zdążyło przedawnić. Minister Ziobro również i o tym jest poinformowany i zobaczymy co zrobi. Ponieważ jedyny ruch policji od Mirka był taki, że zakazano personelowi Leroya udzielać nam informacji i uniemożliwić nam tym samym dalsze zgromadzenie dowodów – czyli informacji o fałszywych fakturach – poprosiliśmy o ich zabezpieczenie w komplecie z obawy, że w naszym sądzie ich nieprawdziwość sędzi Agnieszki nie obchodzi w ogóle (bo nie tylko nie zaprotokołowała „wałka z fakturami” ale wręcz nakazała ich „wycenę” dla rzeczoznawcy) a tymczasem one za dwa lata mogłyby się przedawnić i niemożliwe byłoby ich później zebranie i dowiedzenie że są ordynarnym oszustwem, kreującym fikcyjny wkład budowlany na rzecz osób kompletnie nieupoważnionych, bowiem babcia Kazia nawet nie jest upoważniana do kupowania czegokolwiek – to tylko słup do preparowania fikcyjnych faktur.

No i to na razie tyle bieżących wydarzeń, (jak kogoś to nie obchodziło to mógł nie czytać, haha,) a kolejny ciąg dalszy i tak z pewnością nastąpi. I z pewnością będzie jeszcze weselszy, bowiem ten żałosny show w sądach jest naprawdę nieprzeciętny i coraz bardziej mi się podoba niszczenie tych kłamców w ich własnym gnieździe.

30 listopad i 1 grudzień – na dwa najbliższe spektakle wstęp wolny.



Czy irlandzka mitologia jest kolejnym dowodem na istnienie biblijnych gigantów ?

Tajemnicze istoty zwane w Biblii Nefilim od dawna zastanawiały osoby zainteresowane tematyką paleokontaktów. Niemalże zawsze gdy wspomina się o przypadkach kontaktu naszych przodków z tak zwanymi gigantami okazuje się, że historie o ich istnieniu funkcjonowały u wielu ze starożytnych ludów Ziemi.

 

Zgodnie z Biblią zamieszkiwali oni Ziemię Obiecaną na długo zanim pojawili się tam Izraelici. Wiele plemion Ameryki Południowej posiada legendy o rasie białych gigantów, którzy w pewnym momencie zostali wybici co do jednego. Opowieści takie pojawiają się choćby u plemion Czoktawów, Komanczy, Nowajów czy peruwiańskich Mantów. Wreszcie dochodzimy do słynnej Sumeryjskiej Listy Królów wedle której giganci pełnili funkcję pół-bogów i posłanników rzeczywistych władców Sumeru. Nie wykluczone, że do tej listy można też dołączyć legendy irlandzkie.

Chodzi o historie związane tak zwanym ludem Tuatha Dé Danann co w wolnym tłumaczeniu oznacza lud bogini Danu. Historia tego ludu jest doprawdy interesująca, szczególnie jeśli popatrzy się na nią przez pryzmat innych znanych nam dziś mitów. Przykładowo, wiadomo że władali oni mieszkańcami dzisiejszej Irlandii a legitymizacją ich rządów była zdolność do władania "magią".  Podobno przybyli oni z czterech północnych miast określanych jako Falias, Gorias, Murias i Finias i to właśnie tam posiedli swoje zdolności. Na Irlandię mieli oni przybyć na "burzowych chmurach".

Jednak najbardziej interesującym elementem ich rządów były prowadzone przez nich wojny, a konkretnie bitwy opisywane w staro-irlandzkich mitach. Szczególnie ciekawa jest druga i trzecia z nich. Armie dowodzone przez Tuatha Dé Danann walczyły z ludem Fomorian czyli generalnie gigantów. Wojny z przedstawicielami rasy gigantów były przecież tematem wielu mitów włączając w to chrześcijańską Biblie czy wcześniej wspomniane Indiańskie podania. Tak jak w poprzednich przypadkach bitwa została w końcu przez nich wygrana jednak ważnym jej elementem było tak zwane złe oko króla Fomorian Balora, które miało zdolność do zabijania wrogów samym spojrzeniem. Nie można wykluczać, że posłużono się tutaj czymś o podłożu technologicznym, a sama bitwa miała zupełnie inne zabarwienie niż zdawało się ówczesnym bardom.

Współczesne wyobrażenie Fomorianina

Prawdziwa akcja rozpoczęła się jednak podczas trzeciej bitwy, w której to Tuatha Dé Danann walczyli z tak zwanymi Milezjanami czyli potomkami ludów z Hiszpanii. Boginie, które napotkały najeźdźców zezwoliły im na zamieszkanie na wyspie o ile nazwą wyspę ich imonami. Miezjanie przystali na tę propozycję jednak nie zgodzili się na nią to mężowie bogiń. Poprosili więc o trzydniowy rozejm podczas którego Milezjanie mieli wrócić na statki i odpłynąć na odległość dziewięciu fal od brzegu tak aby sprawiedliwie rozegrać bitwę. Okazało się, że nie chodziło im jednak wcale o sprawiedliwość a gdy tylko Milezjanie odpłynęli Tuatha Dé Danann użyli swojej magii od stworzenia sztormu który miał zepchnąć Milezjan zdala od wyspy.

Ku nieszczęściu Tuatha Dé Dannan, Milezjanie zdołali wylądować przy brzegu jednak do trzeciej bitwy zasadniczo nie doszło. Skończyło się na tym, że niedoszli Bogowie Irlandii zeszli pod ziemię, zupełnie tak samo jak znani z legend Hopi ludzie mrówki, czy wspominani w wielu artykułach na tym portalu mieszkańcy tak zwanej ziemi Agartha. Na tym skończyło się ich władanie, niemniej jednak okazjonalnie pojawiali się oni wśród ludzi i w wyjątkowych momentach angażowali się w ważne dla mieszkańców Irlandii wydarzenia. Można powiedzieć, że moja interpretacja Tuatha Dé Dannan jako pozaziemskich przybyszów, którzy toczyli wojny z gigantami oraz władali nad rasą ludzką, to tylko moja nadinterpretacja. Można powiedzieć, że wiele związków między mitologiami oddzielnie funkcjonujących kultur to przypadek. Takie stanowisko jest zrozumiałe, ale mimo wszystko sądze, że takie przypadki są conajmniej podejrzane.

 

 



Barack Obama ma ujawnić prawdę o UFO do 20 stycznia

Krążą pogłoski, że obecny rząd USA planuje ujawnić istnienie kosmitów zanim prezydent Obama opuści biuro. Proces ujawniania tajemnicy jest oczywiście ograniczony czasowo biorąc pod uwagę, że Donald Trump zostanie zaprzysiężony już 20 stycznia jednak zakłada się, że wiadomość mogą być dostarczona już w pierwszym tygodniu nowego roku.

Informacja pochodzi od niejakiego Steva Bassetta, który prowadzi organizacje Paradign Research Group (PRG). Podobno na dwa dni po prezydenckiej porażce wyborczej byłej sekretarz stanu Hillary Clinton, skontaktował się z nim informator z rządu. Zgodnie z wygłoszonymi przez niego rewelacjami, najwyżsi urzędnicy w strukturze wywiadowczej odpowiedzialni za ukrywanie informacji związanych z UFO i Obcymi byli gotowi do ujawnienia tajemnicy jeszcze za rządów prezydenta Barack Obama.

Mało tego, kilka dni temu Steven Greer, dość znana osobistość w środowiskach ufologicznych zarzekał się, że ślady planowanej akcji fałszywej flagi o niewyobrażalnej dotąd skali były widoczne w ciągu ostatnich 6-9 miesięcy. Ostrzegał on, że potencjalnie, zdarzenie to może spowodować masową panikę na całym świecie. Wiele osób wiązało to z zapowiadanym przy każdej możliwej okazji projekcie Blue Beam, mającym być odzwierciedleniem największych lęków ludzkości w kwestii UFO i religii.

Zwycięstwo Trumpa w wyborach prezydenckich w USA wywołało falę spekulacji i nie da się ukryć, że atmosfera powstała w ciągu ostatnich kilku tygodni jest doprawdy ciekawa. Jedni obawiają się tak przyziemnych spraw jak problemy z ekonomią czy możliwym konfliktem zbrojnym, w czasie gdy inni wypatrują coraz to większych katastrof mających uniemożliwić Trumpowi rzeczywiste objęcie władzy, które zależnie od tego czy nastąpią czy nie, mogą wywołać wielki kryzys humanitarny bądź kolejne globalne rozczarowanie.

 

 



Z nóg figury Chrystusa Ukrzyżowanego kapie woda

W celu ograniczenia tłumu fanatycznych wyznawców, udających się do indyjskiej wioski Kharodi, zwrócono się o pomoc do policji. Wieść o cudzie w Kharodi szybko rozprzestrzeniła się po wszystkich okolicznych wsiach.

 

 

Wszystko zaczęło się od tego, że mieszkańcy zauważyli, że ze stóp figury Ukrzyżowanego Chrystusa Jezusa kapie woda. Ludzie zaczęli ją gromadzić, wierząc w jej świętą moc. Panuje przekonanie, że ma ona właściwości lecznicze.

 

Greg Pereira z sąsiedniej miejscowości przywędrował do Kharodi wraz z grupą innych pielgrzymów, aby na własne oczy zobaczyć dziwne zjawisko. Zdjęcia i filmy, dokumentujące zdarzenie szybko rozchodzą się w sieci. Kościół Katolicki nie skomentował na razie wydarzeń z Indii. Hierarchowie w historii tylko niektóre takie incydenty uznawali za cud. Częściej sugerowano, że mamy do czynienia z oszustwami lub czymś zupełnie przypadkowym.



Strony