Styczeń 2018

Chąśnicy, słowiańscy piraci i niekwestionowany postrach Morza Śródziemnego

Cały świat zna wyczyny żeglarskie wikingów, ich odwaga oraz umiejętność  nawigacji na wysokim poziomie zaprowadziły ich na krańce  Atlantyku, Morza Śródziemnego , wielkie rzeki Rusi, na Morze Czarne i dalej na Bliski Wschód. Wypadałoby jednak wiedzieć, że i Słowianie nie bali się wody i chętnie wyruszali na morza i oceany.

Chąśnicy, bo tak nazywał się słowiański odpowiednik skandynawskich wikingów, trudnili się dokładnie tym samym czyli: kandlem, rabunkiem a w miejscach do tego korzystnych, również i osadnictwem. Wiedzę na ten temat zawdzięczamy wybitnemu polskiemu historykowi, Profesorowi Tadeuszowi Lewickiemu. Jego dorobek naukowy jest skarbnicą wiedzy, nie tylko w kwestii samych słowian także na temat ich kontaktów ze światem islamu.

Poniższy fragment pochodzi z książki Tadeusza Lewickiego pt. „Osadnictwo słowiańskie i niewolnicy słowiańscy w krajach muzułmańskich według średniowiecznych pisarzy arabskich”:

"Źródła arabskie zawierają również wzmianki o osadach słowiańskich na Sycylii. Jedną z nich, a mianowicie Sclafani, wymieniają one pod r. 939. Inną osadą jest Harat as-Saqaliba („Dzielnica słowiańska”) w Palermo, stolicy emirów sycylijskich, położona w pobliżu portu. Wiadomość o niej podaje geograf i podróżnik arabski z drugiej połowy X w. Ibn Hauqal oraz Jaqut, który zresztą najprawdopodobniej opiera się na relacji Ibn Hauqala.

Ten ostatni podróżnik wymienia również inną dzielnicę Palermo, którą nazywa „Dzielnicą meczetu Ibn Saqlaba”.  O początku osad słowiańskich na Sycylii nie mamy pewnych wiadomości, możemy jednak przypuszczać, że przynajmniej niektóre z nich powstały w ten sam sposób, jak i kolonie słowiańskie w Małej Azji, tzn., że zakładali je cesarze bizantyńscy dla obrony wyspy przed Arabami. Co się tyczy Harat as-Saqaliba, to M. Amari i przypuszcza, że zawdzięcza ona swe powstanie piratom słowiańskim.

Opiera się on mianowicie na informacji arabskiego historyka i geografa Abu'l Fiday’a, (XIV w.), według którego pojawiło się w r. 928/9 u wybrzeży Maghrebu i Sycylii 30 statków piratów słowiańskich, którzy wspólnie z Arabami pustoszyli Kalabrię, Sardynię i Korsykę. Przewodził im niejaki Sarib as-Saqlabi. Amari uważa, że ci korsarze, po zakończeniu swych operacji, osiedlili się w Palermo, właśnie w tej części miasta, która zwała się Harat as-Saqaliba.

Imię wodza owych słowiańskich piratów Sarib nie wygląda na imię własne, lecz wskazuje raczej na jego przynależność do słowiańskiego szczepu Serbów. Byłby to więc członek któregoś z nadadriatyckich plemion, Serbów bałkańskich. Tym korsarskim plemieniem serbskim mogli być tylko, jak się zdaje, Narentanie czyli Arentanie zwani przez Konstantyna Porfirogenetę Paganami (poganami), którzy mieszkali w dorzeczu Narenty, w południowej części Dalmacji.

Narentanie pozostali przez długi czas poganami (stąd ich przezwisko) i dopiero pod koniec IX w. przyjęli chrześcijaństwo. Wydaje się, że oni jedni spośród Serbów mogli sprzymierzyć się w początkach X w. z Arabami dla wspólnej akcji przeciw chrześcijańskim miastom włoskim. Nie wiemy, ile załogi mogły pomieścić owe słowiańskie statki korsarskie.

 

Sądzę, że nie popełnię zbyt dużej omyłki, jeżeli liczbę załogi takiego statku określę na około 40 ludzi tj. tyle, ile, według Konstantyna Porfirogenety, liczyły duże statki wojenne (tzw. sagany) sąsiednich Chorwatów. Tak więc owa grupa korsarzy słowiańskich, która dała ewentualnie początek „Dzielnicy słowiańskiej” w Palermo, mogła liczyć około 1200 ludzi.  Nazwa Harat as-Saqaliba później zanika i w dyplomach łacińskich z XII-XIII w. zastępuje ją określenie Seralcadi (< ar. Szari' al-qadi „Ulica Sędziego”).

Cytowany wyżej geograf arabski Ibn Hauqal powiada, że wśród okrętów korsarskich, łupiących w tej epoce wybrzeża al-Andalus, t.j. Hiszpanii muzułmańskiej, nie brakło również i statków słowiańskich. Skądinąd wiemy, że nie brakło także Słowian chorwackich i dalmatyńskich we flocie bizantyńskiej, operującej na M. Adriatyckim i Jońskim, jak np. w czasie wyprawy na Bari (w połowie IX w.) przeciwko Arabom, którzy usiłowali tam zdobyć punkt oparcia.
 
Korsarze słowiańscy na południu Europy są znani już od dawna. Już w r. 526 flota słowiańska atakuje od strony morza Konstantynopol. W r. 580 Słowianie budują dla chagana awarskiego Bajana most pontonowy z łodzi na Sawie i Dunaju. W r. 626 lekkie wojenne statki słowiańskie pojawiają się na M. Czarnym, walcząc po stronie Awarów przeciwko flocie bizantyńskiej.

Dzięki poparciu Awarów, korsarze słowiańscy pojawiają się w VII w. również na M. Egejskim oraz na Adriatyku. Lekkie statki słowiańskie kontrolują północne wybrzeża M. Egejskiego w drugiej połowie VII w., atakując statki bizantyńskie wiozące żywność z Salonik do Konstantynopola. Śmiałość tych korsarzy była tak wielka, że oblegli oni nawet Saloniki, największy port bizantyński na Morzu Egejskim i spustoszyli Cyklady.

W r. 623 Słowianie napadli na Kretę i M. Azję, zaś w r. 642 na Apulię, Te ostatnia wyprawa wyszła prawdopodobnie z Dalmacji, gdzie żegluga słowiańska rozwinęła się bardzo wcześnie. Sojusz piratów słowiańskich z Arabami, o którym mówi Abu'l-Fida nie był wcale pierwszym wypadkiem tego rodzaju, wiemy bowiem, dzięki Konstantemu Porfirogenecie, że za panowania cesarza Nicefora, zapewne w r. 805 lub 807, Słowianie napadli na miasto Patras na Peloponezie, zmówiwszy się z „Saracenami i Afrykanami”.

Profesor Tadeusz Lewicki (ur. 29 stycznia 1906  we Lwowie zm. 22 listopada 1992w Krakowie) - polski orientalista, arabista i historyk mediewista o światowym uznaniu, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Członek Polskiej Akademii Nauk i Polskiej Akademii Umiejętności oraz m.in. Academie des Sciences d’Outre-Mer, Association Internationale d’Études des Civilisations Mediterranéennes, Royal Asiatic Society, Körösi Csoma, Polskiego Towarzystwa Orientalistycznego i Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego. Zajmował się źródłami orientalnymi (arabskimi i hebrajskimi) do dziejów Afryki Północnej i Słowiańszczyzny oraz piśmiennictwem niektórych sekt muzułmańskich, przede wszystkim sekty ibadytów. Prowadził badania terenowe w Algierii, Mauretanii, Senegalu, Kamerunie i Tanzanii.

 



Zmarły mężczyzna obudził się w kostnicy na kilka godzin przed autopsją

Władze hiszpańskiego więzienia są zaskoczone wieścią, że jeden z więźniów niespodziewanie obudził się w kostnicy, choć trzech różnych lekarzy potwierdziło wcześniej jego śmierć. Mężczyzna został uznany za zmarłego i planowano wykonać na nim sekcję zwłok.

 

29-letni Gonzalo Montoya Jiménez odsiadywał dożywocie w Centrum Penitencjarnym w hiszpańskiej prowincji Asturia. Strażnicy więzienni zauważyli, że delikwent siedział bezczynnie na krześle w swojej celi i nie reagował. Sprowadzono na miejsce dwóch lekarzy, którzy zbadali człowieka i uznali go za martwego - nie wykryto u niego żadnych oznak życia. Niedługo potem lekarz medycyny sądowej wydał taki sam werdykt.

Gonzalo Montoya Jiménez został zamknięty w plastikowym worku i zamknięty w kostnicy. Jego ciało zostało już odpowiednio przygotowane i oczekiwało w lodówce na autopsję. Jednak lekarze pracujący w tej placówce słyszeli dziwne odgłosy. Okazało się, że było to chrapanie, które dobiegało z plastikowego worka, w którym przechowywany był skazaniec. Szybko okazało się, że Jiménez jednak żyje, a chrapanie prawdopodobnie uratowało go przed pewną śmiercią w wyniku rozkrojenia skalpelem.

Przywrócony do życia więzień został przewieziony do drugiego szpitala. Tamtejsi lekarze potwierdzili, że pacjent jednak żyje i co więcej - szybko odzyskał świadomość i jest zdrowy. Władze więzienia w Asturii próbują wyjaśnić ten dziwny przypadek. Wiadomo tylko tyle, że Jiménez choruje na epilepsję i przyjmuje lekarstwa na swoją chorobę a dzień przed "śmiercią" narzekał na złe samopoczucie. Pracownicy więzienni twierdzą, że jego ciało wykazywało oznaki sinicy i stężenia pośmiertnego, zaś lekarze wskazują na katalepsję. Nie udało się jeszcze potwierdzić co było przyczyną tej przypadłości. Może Jiménez celowo wprowadził się w taki stan z nadzieją na złagodzenie kary?

 



Czy NASA sfałszowała wywiad z astronautami z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej?

Ostatni wywiad z inżynierami pracującymi na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, wywołał spore zamieszanie wśród zwolenników teorii spiskowych. Pod koniec transmisji, obraz astronautów został wyraźnie zakłócony ale reszta kadru wyglądała normalnie. Niektórzy obserwatorzy, zasugerowali że całe to nagranie zostało spreparowane.

Niezwykłe nagranie pochodzi z 3 stycznia bieżącego roku. Kontrowersje dotyczą przede wszystkim ostatnich kilkudziesięciu sekund filmu, podczas to których kontury przedstawionych na nim osób były wyraźnie zniekształcone. Na dodatek tło stacji kosmicznej wyglądało w dużej mierze normalnie co sprawiło, że sylwetki trójki mężczyzn udzielających wywiadu sprawiały wrażenie wyciętych z innego nagrania. Dominujące teorie zakładają, że astronauci zostali doklejeni z wykorzystaniem jakiejś formy green screena a NASA sfałszowało domniemany wywiad z astronautami.

Całej sytuacji nie pomaga fakt, że w kilka sekund po pojawieniu się tych zakłóceń, NASA odcięło transmisję ze stacji co wywołało jeszcze większą falę spekulacji. Jak zapewne wiecie, nie byłby to pierwszy raz kiedy agencja NASA jest oskarżana o oszustwo. Zdecydowanie najsłynniejszym z tego typu zarzutów jest słynne lądowanie na Księżycu, które stanowi symbol dla domniemanych inscenizacji amerykańskiej agencji kosmicznej. Warte wymienienia jest również pojawiające się cyklicznie oskarżenie odnośnie miejsca pobytu łazika Curiosity, który zdaniem teoretyków spiskowych nie znajduje się wcale na Marsie a na pustyni Mojave. Jeśli doliczymy do tego wielokrotne ucinanie transmisji z ISS po pojawieniu się w kadrze jakichś niezwykłych obiektów, to trudno nie dojść do wniosku, że nie mówi się nam całej prawdy.

Agencja NASA nie odniosła się jeszcze oficjalnie do tej nowej teorii spiskowej i najprawdopodobniej nie zrobi tego wcale. Zresztą, nawet gdyby zdecydowano się to zrobić zapewne tłumaczonoby, że zaobserwowane zakłócenia są rezultatem zrywania transmisji z ISS a nie jakiejś tajemnej konspiracji. Kwestia tego czy przekonują nas oficjalne lub nieoficjalne wyjaśnienia dla tego zajścia, jest jednak mocno indywidualna.

 



Zmarła przed wiekiem dziewczynka co jakiś czas otwiera oczy!

Rozalia Lombardo zmarła na zapalenie płuc w 1920 roku, tuż przed swoimi drugimi urodzinami. Jej ciało, na wniosek niepomnego utraty córeczki ojca, zostało zabalsamowane i jest przechowywane w katakumbach Kapucynów w Palermo we Włoszech. Tą konkretną mumię wyróżnia jednak fakt, że w różnych momentach dnia otwiera i zamyka ona oczy.

Dzięki specjalnej technice balsamowania, dziewczynka wygląda jakby żyła, ale pozostawała pogrążona we śnie. Nawet po 94 lat po jego śmierci na ciele Rozalia niemal nie ma śladów zepsucia. Badacze w końcu znaleźli rękopisy tego człowieka jednak nadal nie wiadomo w czym tkwił jego sekret.

Najciekawsze w tym wszystkim jest jednak to, że zdaniem odwiedzających grób małej Rozalii, dziewczynka kilka razy dziennie wydaje się otwierać i zamykać oczy. Eksperci twierdzą, że wyjaśnienie tego fenomenu jest proste:

"To tylko złudzenie optyczne wytwarzane przez światła padającego na twarz mumii z różnych kątów w różnych częściach dnia" - wyjaśnił dozorca katakumb Dario Piombino-Mascali.

Dodał on, że powieki dziewczynki nie są szczelnie zamknięte, a zatem stwarza to iluzję otwierania i zamykania oczu w zależności od kąta padania światła słonecznego. Jeden z przykładów gdy zwłoki dziewczynki uniosły powiekę zostało zarejestrowany przez kamerę, która została specjalnie skierowana na twarz Rosalii.



Czy zbliżamy się do odkrycia prawdy na temat gwiazdy Tabby?

Minęły już blisko 3 lata od kiedy środowisko astronomów zainteresowało się anomaliami świetlnymi na gwieździe KIC 8462852 zwanej również gwiazdą Tabby. Dotychczasowe badania tego obiektu nie pozwoliły naukowcom na poznanie prawdy na jego temat, ale doprowadziły do pojawienia się wielu teorii. Całkiem niedawno zakończono okres rocznej obserwacji gwiazdy, w wyniku czego pojawiło się nowe możliwe wyjaśnienie dla niezwykłego zachowania tego obiektu.

Omawiana gwiazda znajduje się w konstelacji Łabędzia w odległości około 1 280 lat świetlnych od Ziemi. Ciało niebieskie jest znane ludzkości od 1890 roku, jednakże pierwsze doniesienia o nieregularnych spadkach jego jasności pojawiały się dopiero w 2011 roku. KIC 8462852 zyskała na popularności dopiero w następnych latach po publikacji pracy naukowej dr. Tabethy Boyajian od której pochodzi jej nazwa. W 2015 roku, media z całego świata rozpisywały się o nietypowości obiektu, która zdaniem niektórych, mogła stanowić ślad innej inteligentnej rasy w naszej galaktyce.

Najnowsze odkrycie w tej kwestii, ponownie zawdzięczamy pracy zespołu dr Boyajian, która zarejestrowała 4 fluktuacje w jasności gwiazdy w ciągu ostatniego roku. Badacze są teraz pewni, że spadki w ilości rejestrowanego światła nie mogły być spowodowane przez pochłanianą planetę bądź niewyobrażalnie wielką chmurę komet. Okazało się bowiem, że cokolwiek przesłania gwiazdę Tabby, jest to półprzeźroczyste i blokuje jedynie pewne spektrum światła.

Obecnie, naukowcy sugerują że może to być chmura kosmicznego pyłu. Z tym że jak sami zauważają, cząsteczki takiej chmury, musiałyby być niezwykle małe (mniejsze nawet od cząsteczek dymu papierosowego) oraz ekstremalnie zimne. To rozwiązanie, w dalszym ciągu nie wyjaśnia kwestii losowości wspomnianych wcześniej spadków jasności. O ile więc nie powrócimy do teorii ze sferą Dysona uznając, że potencjalna cywilizacja pozaziemska zbudowała ją z osobliwego materiału, który przepuszcza tylko określone formy fal świetlnych to znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Gwiazda KIC 8462852 w dalszym ciągu pozostaje zagadką i nic nie zapowiada tego, aby jej rozwiązanie pojawiło się w najbliższym czasie.

 



Astronomowie znają pochodzenie obiektu Oumuamua! Czy stworzyli go Obcy?

Jednym z najciekawszych wydarzeń roku 2017 było przybycie pierwszego obiektu międzygwiezdnego, uważanego najpierw za kometę, potem asteroidę, a przez niektórych nawet za obcy statek kosmiczny. Nikt nie ma jednak pewności z czym mamy tutaj doczynienia, a nowe informację na temat tego obiektu czynią go jeszcze bardziej tajemniczym. Tym razem chodzi o jego domniemane pochodzenie.

Odkryty przez hawajskiego astronoma obiekt, nazywany Oumuamua (co oznacza "posłaniec") ma pochodzić z gromady Plejad. Astronomowie wierzą w to, że Oumuamua najprawdopodobniej został wyrzucony z rodzimego systemu gwiezdnego i został wystrzelony w przestrzeń międzygwiezdną.

W miarę upływu czasu, posiadana przez nas wiedza na temat tego obiektu powoli wzrastała. Astronomowie pracujący nad tym zagadnieniem dowiedzieli się między innymi tego, że tajemniczy obiekt składa się z lodu, jego powierzchnia jest pokryta warstwą węgla, która ochroniła go przed promieniowaniem słonecznym i podróżuje z prędkością około 26 km / s, a wkrótce opuści nasz układ planetarny.
 
Ostatnie badania opublikowane w repozytorium arXiv dają nam wgląd w pochodzenie obiektu "Oumuamua". Rekonstruując jego ruch, Fabo Feng, doktor habilitowany z University of Hertfordshire, oszacował jego pochodzenie na wspomnianą wcześniej grupę Plejad. Opierając się na trajektorii Oumuamua, naukowiec ten zasymulował nawet trasę jaką przebył ten obiekt podczas swojej wędrówki przez galaktykę i porównał ją do ruchów pobliskich gwiazd. Wynik okazał się imponujący ponieważ zgodnie ze wstępnymi wynikami obiekt minął aż 109 gwiazd w odległości 16 lat świetlnych od Ziemi.

Umiejscowienie początku podróży tego obiektu w Gromadzie Plejad jest dość intrygujące w kontekście teorii zakładającej że jest to pozaziemska sonda. Jakby nie patrzeć, nie byłby to pierwszy przypadek kiedy to istnienie obcych cywilizacji bywa wiązane z Plejadami. Zdecydowanie najsłynniejszymi z tego typu zdarzeń są channelingi od Plejadan. Zgodnie z informacjami uzyskanymi podczas sesji z ich udziałem:

Plejadanie mają być z wyglądu nordykami o subtelnej, duchowej naturze, w dobrej harmonii z przyrodą, nieustannej łączności z Bogiem jako Najwyższą Inteligencją. Ukazują się jako pełni pokoju i miłości Starsi Bracia Ludzkości, którzy wspierają rozwój naukowy, technologiczny i duchowy ziemian, przeciwieństwo istot gadzich, jaszczurów czy reptilianów z Oriona i zeta Reticulus. ~ himalaya-wiki.org

Biorąc pod uwagę, że pierwsze domniemane kontakty z Plejadanami są zapisywane dopiero od niedawna, nie trudno byłoby uznać że Oumuamua mógłby stanowić jeden z ich pierwszych pojazdów kosmicznych, który został wysłany w podróż po wszechświecie. Naturalnie to oznaczałoby że channelingi i przekazywana na nich wiedza to prawda, a to wiązałoby się z uznaniem istnienia postulowanych m.in przez Davida Icke'a reptilian, oraz Kasjopejan, Ra czy też przekazów od istoty Enki.

Channelingi to dość trudny temat do dyskusji biorąc pod uwagę, że polegają on głównie na wierze określonych osób a nie na materialnych dowodach. Tezy o nadchodzącym czasie „żniw” na ludzkości czy dyktatorskich zapędach innych ras żyjących na naszej planecie mogą się wydawać bzdurne, ale trudno nie pochylić się nad tym kiedy słyszy się o obiektach pokroju hawajskiego Oumuamua. Najprawdopodobniej nie ma on żadnego związku z channelingami ale sama możliwość istnienia takich koneksji jest wystarczająca aby warto było chwilę nad nią pomyśleć.

 



Amerykański program rządowych badań fenomenu UFO wcale nie został zakończony

Tajemnica ściśle tajnego programu, dotyczącego badań nad UFO stała jeszcze większa. Urzędnicy amerykańskiej administracji rządowej twierdzili, że program został już zakończony, ale potem przyznali, że celowo podano mylne informacje na jego temat.

Jak donosi dziennik „The Sun”, w ubiegłym tygodniu Pentagon oficjalnie potwierdził istnienie programu kosztującego 22 miliony dolarów rocznie i nazwanego „The Advanced Aviation Threat Identification” (AATIP). Przyznano, że w jego ramach badano obserwacje UFO w latach 2007– 2012. Dla badaczy UFO to fundamentalna wiadomość, ponieważ po raz pierwszy, rząd amerykański przyznał się do prowadzenia badań nad Niezidentyfikowanymi Obiektami Latającymi.

Istnienie tajnego programu zostało ujawnine przez Luisa Elizondo, który powiedział The New York Timesowi, że był jego szefem kiedy pracował dla Departamentu Obrony USA. Pracował nad nim od 2007 do 2012 roku, a później został konsultantem, lecz zrezygnował z tej funkcji w październiku zeszłego roku. Opublikowano również dwa nagrania dotyczące niewyjaśnionych obserwacji UFO dokonanych przez amerykański personel wojskowy, które później były badane przez AATIP.

 

Gdy o program zapytano rzecznika Pentagonu stwierdził on, że zaistniało nieporozumienie dotyczące jednego z departamentów i tego, czym się zajmuje. Jego zdaniem Departament Obrony nie opublikował żadnych informacji, plików ani filmów na temat UFO. Zdaniem Pentagonu organizacja AATIP, kiedy istniała, zajmowała się oceną zagrożeń lotniczych nad Stanami Zjednoczonymi.

 

Program rzekomo zakończył się w 2012 r., Jednak Elizondo twierdził, że kontynuował pracę dla CIA, dopóki nie zrezygnował w październiku 2017 roku, dlatego prawdopodobnie program trwa nadal. Badacze UFO twierdzą, że najnowsza wypowiedź rzecznika to próba wycofania się z wcześniejszych deklaracji. Ufolog Alejandro Rojas z portalu Open Minds, poświęconemu badaniom UFO i zjawisk paranormalnych powiedział, że ewidentnie amerykański MON próbuje jakoś odkręcić swoje słowa. 

 

Dziennikarze mimo to drążą temat i złożono oficjalny wniosek o udostępnienie informacji przez Departament Obrony w sprawie wszelkich innych dokumentów lub filmów dotyczących UFO związanych z działalnością AATIP.

 



Nowe ustalenia na temat "prawdziwego" zabójcy prezydenta Kennediego

Zabójstwo Johna Kennedy'ego w Stanach Zjednoczonych jest jedną z największych tajemnic historii. Morderstwo 35 prezydenta zostało popełnione w piątek 22 listopada 1963 roku w Dallas w Teksasie o godzinie 12:30 czasu lokalnego. Kennedy został śmiertelnie zraniony przez strzały z karabinu, gdy on i jego żona Jacqueline jechali w konwoju prezydenckim na Elm Street. Powszechnie wiadomo, że padło kilka strzałów. Dwa w kierunku Głowy Państwa oddał Oswald, ale jeden padł z bliska. Kula trafiła w głowę Kennediego z bardzo dziwnej trajektorii. Dlatego już w 1963 roku wiele osób uwierzyło, że prezydent zginął w wyniku jakiegoś spisku.

 

W dniu śmierci prezydenta Kennedy'ego powstał film, zrobiony amatorską kamerą. Będzie on później głównym dowodem w sądzie. Na zdjęciach widać moment śmierci prezydenta. Spróbujmy rozpatrzyć wszystko szczegółowo. Zacznijmy od chwili, gdy pierwsze kule trafiają w JFK. Strzela słynny Oswald. Następnie obserwujemy, jak żona Jacqueline pochyla się nad Kennedym, w prawej ręce trzymając rewolwer…. i to ona mierzy do Kennedy'ego z bliska. Mózg z roztrzaskanej czaszki i krew leci w jej stronę. Następnie w ręku Jacqueline widać duży rewolwer, prawdopodobnie kaliber 45. Pierwsza Dama odrzuca go tyłu. Prezydent umiera. Znamienne jest, że w tym momencie ochroniarz wyraźnie boi się spojrzeć na to, co dzieje się na tylnym siedzeniu limuzyny.

 

Wydaje się, że w śledztwie początkowo ustalono, kto, jak i dlaczego zabił JFK. Potem zrobiono jednak wszystko, aby ochronić prawdziwego sprawcę mordu przed karą. Oswald został zabity. Zabójca Oswalda również zmarł w dziwnych okolicznościach. Jacqueline żyła stosunkowo krótko, więc zabrała ze sobą tajemnicę do grobu. W tle chodzi prawdopodobnie o jakąś historię miłosną, w którą uwikłał się Kennedy. Motywy zabójstwa stają się więc jasne. Oczywiście to okropne, ale to jest życie i nic nie można temu zaradzić. Prezydent Kennedy został zastrzelony najprawdopdobniej przez własną żonę.

 



W Anglii miał miejsce kolejny przypadek spontanicznego samozapłonu!

Mieszkańcy Anglii są poważnie zaniepokojeni ostatnimi wydarzeniami. We wrześniu zeszłego roku w całkiem tajemniczych okolicznościach miała miejsce tragiczna śmierć starszego mężczyzny, 70-letniego Johna Nolana, który tak po prostu stanął w płomieniach w centrum Londynu. Policja jeszcze nie rozwiązała tej sprawy, a już ma na głowie kolejny identyczny przypadek!

Lokalne media piszą, że 27 grudnia w mieście Hull na Thanet Road około godziny 20:00 czasu lokalnego jeden z mieszkańców zauważył przez okno swojego domu płonący obiekt. Szybko ruszył na ulicę myśląc, że ktoś podpalił jego samochód, lecz na miejscu zdarzenia zobaczył palącego się człowieka. Mężczyzna cały w płomieniach został przewrócony na ziemię. Po szybkiej interwencji dwóch świadków pożar został ugaszony. Ofiara natychmiast otrzymała pierwszą pomoc, lecz oparzenia były tak silne, że mężczyzna zmarł na ulicy zanim przybyło pogotowie i policja.

Policja przesłuchała świadków tego fatalnego zdarzenia, lecz nie udało się ustalić co było przyczyną podpalenia. Wiadomo, że policja nie traktuje tego jako celowego podpalenia czy napadu i nie szuka potencjalnych sprawców. Tożsamość zmarłego mężczyzny nie jest obecnie znana.

 

Bardzo podobny przypadek miał miejsce kilka miesięcy wcześniej w Londynie. 17 września, John Nolan nieoczekiwanie stanął w płomieniach w biały dzień i zmarł w drodze do szpitala. Te dwa tragiczne incydenty mają jeden wspólny mianownik - świadkowie nie wiedzą jak doszło do podpalenia, a policja nie wie jak wyjaśnić te zjawiska.

W takich sytuacjach często wskazuje się na spontaniczny samozapłon. Jest to słabo wyjaśnione zjawisko, które obserwuje się już od początków XX wieku. Samozapłon najczęściej kończy się śmiercią, lecz zdarzają się również wyjątki - jednym z nich jest Frank Baker, który w 1985 roku siedząc na kanapie w swoim mieszkaniu niespodziewanie zapalił się i samodzielnie zdołał ugasić ogień.

Dwa ostatnie incydenty z Anglii mogą znaleźć się na liście ponad 200 przypadków samospalenia, które odnotowano na całym świecie. Policja wciąż szuka informacji i jak na razie nie wspomina o samozapłonie - zjawisko to jest na tyle tajemnicze, że mogłoby wywołać choas wśród tamtejszej społeczności. Wystarczy dojść do przerażającego wniosku, że każdy z nas praktycznie w każdej chwili może się zapalić i stracić w ten sposób życie.

 



Kolejne fakty na temat ekwadorskiej wizjonerki, która twierdzi, że widziała w piekle Jana Pawła II

Zapewne pamiętacie opublikowany w listopadzie tekst oraz film na temat ekwadorskiej "wizjonerki", która twierdziła, że Michael Jackson i Jan Paweł II zostali zesłani do piekła. Biorąc pod uwagę, że minęło już kilka miesięcy od tego zdarzenia, a polskie portale informacyjne dopiero teraz zainteresowały się całą sprawą, chyba nadszedł czas na podanie nowych informacji na ten temat.

Cała historia w dużym skrócie wygląda tak. Osiemnastoletnia dziewczyna z Ekwadoru, twierdziła, że razem z Bogiem udała się do Piekła oraz na własne oczy widziała torturowane w nim dusze. Angelica Elizabeth Zambrano Mora stwierdziła, że to Bóg ją uśmiercił i zabrał w podróż po Piekle i Niebie a potem przywrócił ją do życia po 23 godzinach. Dziewczyna twierdzi, że podczas swojej wędrówki, widziała tam umęczone dusze zmarłych członków swojej rodziny, ale też Michaela Jacksona, a nawet Jana Pawła II.

Osoby obserwujące nasze profile na Facebooku być może pamiętają sprawę z wymianą korespondencji jaka miała miejsce pomiędzy naszą redakcją i matką wspomnianej wizjonerki z Ekwadoru. Dla tych którzy jednak o tym nie słyszeli, krótkie wyjaśnienie. Otóż w kilka dni po udostępnieniu filmu, pani Maxima Zambrano wysłała nam 2 wiadomości. Jedną po angielsku i drugą po polsku z czego treść obydwu wiadomości była jednakowa. Domagała się abyśmy usunęli nasze nagranie na temat jej córki ponieważ jej zdaniem "nie mamy praw do jej filmów". W razie nie posłuchania jej prośby, kobieta zagroziła konsekwencjami prawnymi względem naszego kanału Youtube oraz... wiecznym potępieniem w piekle. 

Wyjaśniliśmy, że nie wykorzystano żadnego fragmentu z jej filmu a jedynie kilka obrazów, screenów z tego nagrania, które były odpowiednio podpisane. 

W odpowiedzi pani Zambrano napisała:

Kup moje książki i usuń informację na temat mojej córki ze swojego filmu.

Obejrzyj mój film: https://www.youtube.com/watch?v=puHzPDteuvs

Na tym zakończyła się nasza wymiana zdań. Trudno nie odnieść wrażenia, że straszenie sądem i wiecznym potępieniem oraz jej niezwykłe zainteresowanie pieniędzmi na "ewangelizację dusz" stawia całą te sprawę w zupełnie nowym świetle. Całkiem możliwe, że ta próba zmonopolizowania historii jej córki wynika po prostu z chęci zarobku. Jest to dalece niemoralne, bo prawdopodobnnie mamy do czynienia raczej z chorobą psychiczną jej córki niż jakimś zmonopolizowanym przez ekwadorską rodzinę rzekomym objawieniem.

W innym razie, pozostaje nam jedynie żywić nadzieję że matka wizjonerki, nie posiada zdolności profetycznych i jednak nie skończymy w piekle wraz z papieżem Polakiem i królem popu.