Listopad 2017

Posągi z Wysp Wielkanocnych to dzieło prymitywnych wyspiarzy! Tak twierdzą antropolodzy.

Zakończone ostatnio badania dowiodły, że mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej znanej też pod nazwą Rapanui definitywnie nie mieli kontaktu ze światem zewnętrznym aż do przybycia Europejczyków na wyspę w 1722 roku. Czy oznacza to jednak, że ta zamknięta wyspiarska społeczność rzeczywiście zbudowała dziesiątki ogromnych posągów nazywanych Moai?

Do takich wniosków doszedł zespół antropologów, którzy opublikowali wyniki swoich badań w czasopiśmie specjalistycznym Current Biology. Naukowcy są tego pewni, ponieważ o ile doszło tam do jakichkolwiek spotkań z ludźmi z poza wyspy to nie ma po tym śladu w ich genomie. W trakcie eksperymentu naukowcy przeanalizowali sekwencje DNA wyodrębnione ze szczątków pięciu osób, z których trzy pochodzą z XIV-XV wieku, a dwie pozostałe z ludzi urodzonych między końcem XIX a początkiem XX wieku.

Naukowcy nie byli w stanie określić, kiedy doszło do pierwszego kontaktu, który zmienił genom współczesnych Paskuitów. Obecnie, DNA mieszkańców wyspy zawiera od 6% do 8% materiału genetycznego pochodzącego od rdzennej ludności. Z tego powodu badacze planują kontynuować badania w tym kierunku, aby dokładniej określić, w jaki sposób i kiedy nastąpiło wejście tego genu z kontynentu i skąd pochodzi. Obecnie, szacuje się że lud Rapanui przybył na Wyspy Wielkanocne w drugim wieku naszej ery. Do tej pory uważano że cywilizacja odpowiedzialna za stworzenie ogromnych posągów Moai, które są główną atrakcją turystyczną na wyspie jest bardziej związana z ludami prekolumbijskimi niż z mieszkańcami innych wysp w regionie.

Oznaczałoby to, że odnalezione dotąd blisko 900 rzeźb Moai, rzeczywiście zostały wyrzeźbione przez starożytnych kamieniarzy z ludu Rapa Nui. Większość z nich powstała ze stożka wulkanicznego Rano Raraku, gdzie w dalszym ciągu znajduje się ponad 400 statuł Moai, które pozostają w różnych fazach budowy. Wiele wskazuje na to, że kamieniołom został nagle opuszczony, a na wpół wyrzeźbione posągi pozostawione same sobie. Przed kilkoma laty, prowadzono tam nawet projekt badawczy, który miał za cel wykopanie dwóch z posągów w celu ustalenia, co znajduje się w ich części podziemnej. W rezultacie, ustalono że w ziemi znajduje się duża ilość czerwonego barwnika co sugeruje, że posągi miały właśnie taki kolor. Wielkość wykopywanych posągów sięgała 7 metrów.

Część środowiska naukowego sugerowała już długie lata, że ich twórcami musieli być osadnicy z Polinezji lub ogólnie pojętej Ameryki Południowej. Jednakże nowe badania, stawiają te tezy pod zupełnie innym światłem. Jeśli posągi Moai, rzeczywiście powstały za inicjatywą mieszkańców wyspy Rapa Nui to dlaczego gdy Europejczycy dotarli na wyspę w połowie XIX wieku, większość z nich była już przewrócona? Wyspa Wielkanocna to bez wątpienia jedna z najbardziej interesujących zagadek naszych czasów, ale pełne poznanie jej tajemnic będzie trwało jeszcze wiele lat.

 




Jaszczuroludy, tajemnicze kryptydy czy dowody na obserwacje reptilian?

W dzisiejszych czasach historie o spotkaniach z tajemniczymi "jaszczuroludami" najczęściej pochodzą z Ameryki Północnej i Południowej. Najbardziej popularnym spotkaniem z tego typu istotą jest historia człowiek jaszczurki z bagna Scape Ore, który był regularnie widywany w okolicach Bishopville w Południowej Karolinie od lat 80. XX wieku.

Pierwsze spotkanie z tym stworzeniem miało miejsce w 1988 r. Zgodnie z oficjalną wersją zdarzeń, niejaki Christopher Davis, 17 latek który akurat zmieniał przebitą w samochodzie oponę, został zaatakowany przez tajemniczego humanoidalnego jaszczura. Jak nie trudno się domyśleć, chłopak szybko powrócił do pojazdu. Tymczasem istota która miała mieć wzrost rzędu 2 metrów oraz długie na kilkanaście centymetrów pazury wskoczyła na dach jego samochodu i usiłowała dostać się do środka. Szczęśliwie dla niego, potwór nie zdołał przebić się do środka pojazdu ale zanim poszkodowany zdążył odjechać z miejsca zdarzenia stwór wyrwał jego boczne lusterko.

Informacja rozeszła się po okolicznej społeczności i już wkrótce, kolejne osoby zgłaszały obserwacje tajemniczego humanoida. Co ciekawe wiele z nich mimo iż miało miejsce kilkaset kilometrów dalej, w dużym stopniu przypominało historie Davisa i również wiązało się z uszkodzeniem ich samochodów.

Cała historia okazała się na tyle interesująca, ze wysłano nawet grupę naukowców którzy wraz z policją badali okoliczne mokradła. Mimo iż nie widzieli oni żadnego jaszczuroluda, natrafili na 80-centymetrych odciski stóp lub łap z czterema palcami i porozrywane pnie drzew z uszkodzeniami dochodzacymi do wysokości dwóch i pół metra. Naukowcy powstrzymali się od wszelkich hipotez dotyczących pojawienia się tajemniczego giganta. Z perspektywy czasu trudno stwierdzić czy obserwacje zagadkowych istot miały miejsce w rzeczywistości, ale biorąc pod uwagę rozrzut obserwacji po całych Stanach Zjednoczonych możemy chyba bezpiecznie założyć, że conajmniej 70% z nich to próby oszustwa i zyskania sławy na ciekawości ludzi.

Sprawą zainteresował się również John Keel, amerykański pisarz, który natrafił na jeszcze starsze opowieści o jaszczuropodobnych stworach. Jedna z nich dotyczyła niejakiego Charlesa Wetzelema, mieszkańca Kalifornii który doświadczył bardzo podobnego spotkania co Chris Davis. Jego historia wydarzyła się 30 lat wcześniej bo aż 8 listopada 1958 roku. Mężczyzna jechał samochodem wzdłuż rzeki Santa Ana w Kalifornii. Nagle przed samochodem pojawił się dwumetrowy humanoidalny stwór ze świecącymi oczyma i paszczą przypominającą dziób. Wetzel zahamował i natychmiast krzyknął w kierunku stworzenia. Gdy dokładnie przyjrzał się bestii, Wetzel szybko ruszył i przewrócił stwora. Pozostałością po jego nocnej przygodzie, stały się ślady pazurów ma przedniej szybie samochodu.

Jak to zwykle bywa w przypadku kryptyd, historie z ich udziałem bywają bardziej fantastyczne i ubogie w fakty niż rzeczywistość. Trudno jednak odrzucić fakt, że na przestrzeni lat, stworzenie to, było widywane kilkadziesiąt razy w samych tylko Stanach Zjednoczonych. O ile nie jest to dowód na zbiorowe kłamstwo powielane przez ludzi w celu uzyskania zainteresowania ze strony mediów i sąsiadów, coś rzeczywiście może być na rzeczy. Kto wie, może te obserwacje mają nawet związek z historiami Davida Icke'a na temat Reptilian? Jego zdaniem, jaszczuropodobne stworzenia ukrywają swój prawdziwy wygląd przed ludźmi dzięki swojej zmiennokształtności. Jeśli założylibyśmy, że spotkania z jaszczuroludami mają miejsce w chwilach gdy ich wrodzone zdolności zawodzą, to brak śladów po ich bytności może postawić wszelkie obserwacje tego typu pod zupełnie innym światłem.

 

 




Dokument 512, tajemniczy manuskrypt opisujący zapomniane miasto Ameryki Południowej

Brazylijska Biblioteka Narodowa w Rio de Janeiro zawiera w sobie bardzo interesujący dokument opisujący starożytne miasto na które natrafili podróżujący lądem Portugalczycy. Tajemniczy manuskrypt zwany "Dokumentem 512" opisuje drogę która poprowadziła podróżników do odkrycia tego już wówczas opuszczonego miasta.

Sam manuskrypt pochodzi jeszcze z 1753 roku. Konstrukcja tekstu stanowi mieszankę pomiędzy listem a pamiętnikiem, w którym autor opowiada o starożytnym jego zdaniem mieście. Twierdził, że natrafili oni na kamienne domy i wspaniałe szerokie ulice które bardziej niż budowle żyjących tam ludzi przypominały architekturę Greków. Teksty opisują wiele innych szczegółów które sprawiały wrażenie nieodpowiednich dla południowo amerykańskiej kultury. Mężczyźni twierdzili, że natrafili tam na wiele tajemniczych hieroglifów, które o dziwo, wielu z dzisiejszych czytelników tego manuskryptu przypisuje starożytnej Grece i literom Fenicjańskim.

Odnalezione w mieście domostwa, były bardzo dobrze udekorowane jednak Portugalczycy twierdzą, że były one opuszczone przez długi czas i nie miały w środku żadnych przedmiotów. Ponadto, autor twierdził że ​​wszystkie domy w mieście, ze względu na ich regularność i symetrię, wydawały się stanowić całość, zupełnie jakby należały do jednego właściciela. Możliwe zatem, że nie było to wcale miasto, ale jakiś zaginiony pałac? Z tym że w dalszym ciągu nie wyjaśnia to kwestii tajemniczych Grecko/Fenickich znaków!

Niezależnie od tego z czym mieli oni doczynienia, portugalska ekspedycja Bandeirantes natrafiła na nie w południowo-wschodniej Brazylii w regionie nazywanym dziś Sertão. Odnaleziono je zresztą zupełnym przypadkiem, ponieważ oryginalnie wybrali się oni w poszukiwaniu kopalni Muribeca, czegoś w rodzaju brazylijskiej wersji El Dorado. Odnalezienie tajemniczego miasta, było więc uznane za dobrą monetę, aż do momentu gdy poszukiwacze zdali sobie sprawę, że nie trafili w poszukiwane przez siebie miejsce.


Enigmatyczny tekst rękopisu uzupełniają osobliwe szczegóły, takie jak dokumentacja odkrycia worka złotych monet z sylwetką łucznika i korony, lub reprodukcją hieroglifów skopiowanych z różnych zakątków miasta. Czy sugerowane przez niektórych podobieństwo pomiędzy tajemniczymi symbolami a znakami greckich i fenickich liter to jedynie przypadek? Manuskrypt jest dostępny na stronie Brazylijskiej Biblioteki Narodowej, a zatem jeśli ktoś jest zainteresowany jego lekturą zapraszam pod poniższy link.




Dziwny obiekt przypominający latającego humanoida, zarejestrowany nad Australią

Do niezwykłej obserwacji doszło w hotelu Cairns Beach Resort w miejscowości Cairns znajdującej się w stanie Queensland w Australii. Na zdjęciu wykonanym przez wczasowicza widać coś, co trudno w prosty sposób wytłumaczyć.

Nietypowa obserwacja wystąpiła w dniu 13 listopada 2017 roku. Świadek twierdzi, że znajdował się wtedy na balkonie swojego pokoju hotelowego. Gdy tylko na niebie pojawiła się niezwykła anomalia chwycił za telefon komórkowy i wykonał fotografię dokumentująca niezwykłe zjawisko.

 

Analiza tego zdjęcia nie daje jednoznacznych wskazówek co do tego z czym mamy do czynienia. Niektórzy sugerują, że to co widać przypomina latającego humanoida niosącego coś na plecach. 

Potem świadek usiłował zrobić kolejne zdjęcia tego obiektu, ale nie udało się żadne następne zdjęcie. Zaledwie po 30 sekundach na niebie nie było już śladu tego dziwnego przedmiotu.

 

Niezwykły pojazd nie pojawił się już ponownie i chyba na zawsze jego prawdziwa natura pozostanie nieznana. Obserwacja ta została zgłoszona do organizacji MUFON, która zarejestrowała ja pod numerem 88321.

 




Dziwne zjawiska świetlne na niebie nad rzeką Missouri w USA

Myśliwi wracający z polowania na jelenie byli świadkami niezwykłego zjawiska. Na niebie zauważyli nietypowy blask. Coś co początkowo uznali za Słońce, okazało się jednak czymś zupełnie innym. 

 

Nietypowe zjawisko udało się uchwycić dwóm przyjaciołom wracającym z polowania. Znajdowali się wtedy w łodzi na rzece Missouri. Ich zdaniem zanim to zobaczyli, Słońce zaszło 15 minut wcześniej. Nagle zauważyli na niebie jakąś dziwną grupę świateł, a z jednej z chmur wystrzeliło coś jakby pionowe świetliste promienie. Całe zjawisko trwało tylko kilkanaście sekund, ale dzięki temu, że żyjemy w czasach smartfonów, jeden z nich zdołał wykonać kilka zdjęć.

Mężczyźni byli zafrasowani tym co udało im się zaobserwować. Jeden z nich postanowił zapytać o to swojego znajomego, który pracował jako inspektor ds jakości w korporacji Boeing. On mimo kilkudziesięcioletniego doświadczenia w branży lotniczej nie mógł stwierdzić co takiego zarejestrowano nad rzeką Missouri i sam zgłosił to do organizacji MUFON, która zarejestrowała sprawę pod numerem 88249. 

Zaproponowano również racjonalne wytłumaczenie tego fenomenu. Miałoby to być słońce poboczne, parhelion, czyli zjawisko optyczne związane z obecnością kryształków lodu i silnego źródła światła. Jednak byłby to chyba pierwszy parhelion, do którego doszło po zachodzie Słlońca...

 

 




Amerykanin poleci własną rakietą, aby udowodnić, że Ziemia jest płaska

Pewien kierowca limuzyny ze Stanów Zjednoczonych od kilku lat interesuje się technologią rakietową. Jego hobby rozwinęło się do tego stopnia, że postanowił konstruować własne rakiety. Jego celem jest lot wysoko nad powierzchnią planety, aby przedstawić nam dowody na płaskość Ziemi.

 

Mad Mike Hughes twierdzi, że nie wierzy w naukę, ale to dzięki niej zdołał zbudować swoją pierwszą rakietę załogową. "Płaskoziemiec" samodzielnie zaprojektował i stworzył rakietę napędzaną parą wodną, a na początku 2014 roku wykonał krótki lot. Amerykanin nie był zbyt dobrze przygotowany - poniósł pewne obrażenia i przez trzy dni powracał do zdrowia. Mimo wszystko było to spore osiągnięcie jak na samouka.

Teraz Hughes powraca z nową rakietą, którą udało mu się zbudować za około 20 tysięcy dolarów. Pasjonat technologii rakietowej i teorii płaskiej Ziemi ogłosił, że 25 listopada wykona lot na wysokość około 1,6 kilometra. Wydarzenie odbędzie się między godziną 14:00 a 15:00 czasu lokalnego na pustyni Mojave w Kalifornii. Nagranie z lotu będzie można obejrzeć na kanale na YouTube lub na jego stronie internetowej www.madmikehughes.com.

 

Mieszkaniec Stanów Zjednoczonych wierzy w płaską Ziemię i ma zamiar udowodnić swoje przekonania. W tym celu pomoże mu rakieta, która wyniesie go wysoko nad powierzchnią naszej planety. Mad Mike Hughes zbuduje w przyszłości załogową rakietę, która zabierze go na wysokość 110 kilometrów - tam będzie mógł ostatecznie potwierdzić (lub zaprzeczyć) teorii płaskiej Ziemi, która posiada wielu zwolenników na całym świecie, również w Polsce.




Towarzystwo Thule i Ahnenerbe, tajemnice okultyzmu w III Rzeszy

Po I wojnie światowej sytuacja sprzyjała powstawaniu różnych ekstremalnych ruchów i organizacji obywatelskich. Dość wspomnieć, że faszyzm ma właśnie taki rodowód a pierwsi faszyści byli włoskimi kombatantami wojennymi. Jednak oprócz ruchów masowych zawsze powstają też organizacje elitarne. Niewątpliwie właśnie tym było okultystyczne towarzystwo Thule oraz powstałe z inicjatywy NSDAP Ahnenerbe.

Dzisiaj wielu z nas kojarzy Niemców z ich okrucieństwa oraz zimnego totalitaryzmu jaki wprowadzili na podbijanych przez nich terenach. Jeśli ktoś interesuje się tą tematyką, wiadomo mu również o wielu tajnych projektach wojskowych, zagadkowych rytuałach okultystycznych, sekretnych podziemnych bazach lub złotych pociągach. Nic w tym więc dziwnego, że ta tematyka interesuje ludzi i bardzo dobrze się sprzedaje, ale mało kto zdaje sobie sprawę z rzeczywistego wpływu tajnych organizacji, na politykę III rzeszy.

Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że to właśnie okultystyczne towarzystwo Thule dało początek nazizmowi. Była to organizacja skrajnie rasistowska, ale i opierająca się na mistyce. Wiadomo na pewno, że jej członkami byli późniejsi nazistowscy zbrodniarze tacy jak Alfred Rosenberg, Heinrich Himmler i Rudolf Hess a jednym z członków towarzystwa miał być też sam Adolf Hitler. Thule było organizacją bardzo wpływową i to właśnie jej ideologia stanowiła podstawę do twierdzenia, że Germanie wywodzą się od Arian, starożytnego ludu charakteryzującego się jasnymi włosami, niebieskimi oczyma i określonymi rysami twarzy.

 

Po pojawieniu się konceptu rasy panów, do gry wkroczył nowy twór o nazwie Ahnenerbe, który miał dowieść metodami naukowymi, że Niemcy są potomkami Ariów. Nazwę organizacji tłumaczy się jako "odziedziczony po przodkach". Towarzystwo rozwijało się początkowo jako ośrodek badań nad archeologią, antropologią i historią niemieckiego dziedzictwa. Na samym początku obowiązki tej organizacji ograniczały się do funkcji propagandowej. Badania przeprowadzane przez Ahnenerbe poprowadziły ich do wielu państw świata wliczając w to Grecję, Polskę, Islandię, Rumunię, Chorwację, Rosję a nawet Wybrzeże Afryki i Antarktydy. Wszędzie poszukiwali oni artefaktów, które mogłyby posłużyć za dowód na to, że Niemcy pochodzą od aryjskiej rasy panów.


Wykopaliska archeologiczne prowadzone przez Ahnenerbe

Szczególnym zainteresowaniem Ahnenerbe objeło między innymi Tybet, który uważany był za źródło pochodzenia czystej i idealnej rasy Aryjczków, która zdaniem niektórych nadal funkcjonuje w podziemnych sekretnych miastach. Zresztą, zainteresowanie tym regionem świata dzielili oni z przedstawicielami towarzystwa Thule. Podstawowym celem wypraw tybetańskich były poszukiwania śladów pozostawionych przez inne cywilizacje. Oczekiwano, że uda się odnaleźć wiedzę pozostawioną po poprzedzających naszą cywilizacjach ziemskich. Poszukiwania prowadzone były głównie w ukrytych w górach klasztorów tybetańskich i hinduskich.

 

Badacze spodziewali się odkryć jakieś starożytne księgozbiory, których tłumaczenie może spowodować pozyskanie wiedzy o wielkim znaczeniu. Poszukiwano tam podobno mitycznego miasta Shambala, które według legend miało być podziemnym miastem stworzonym przez bogów. Niemcy spodziewali się odkryć to miejsce i przejąć znajdującą się tam technologię. Jednak o ile wogóle istnieje, to zgodnie z legendami dostęp do tego tajemniczego miejsca jest pilnie strzeżony przez mnichów.

Nie ma odpowiedniej ilości informacji pozwalających na stwierdzenie, czy Niemcy odnaleźli to, co chcieli czy nie.  Istnieje wiele poszlak wskazujących na to, że Niemcy nie wrócili z Tybetu z pustymi rękami choć bazuje sie je w dużej mierze na zeznaniach świadków, a nie materialnych dowodach. Podobno członkowie organizacji Ahnenerbe odnaleźli egzemplarz starożytnej Vimany, typu pojazdu powietrznego opisywanego w staroindyjskich eposach.

Starożytne dzieło "Vimaanika Shastra" zawiera wiele opisów na temat budowy tych pojazdów, sposobu ich wykorzystania, metod napędzania a nawet przygotowywania posiłków na czas lotu. Jednak wiele z opisów tego tekstu wygląda tak jakby spisujący nie do końca wiedział, co ogląda i jak to coś działa. Niemcom potrzebne, były zatem dodatkowe opisy, które można byłoby przetłumaczyć i zrozumieć zasadę działania zapomnianej technologii antygrawitacyjnej. Czy jednak Niemcom się udało? Wiele osób uważa, że słynna Wunderwaffe nad którą Naziści pracowali między innymi w Górach Sowich nie była bronią jądrową, ale  generatorem antygrawitacji. Projekt miał nosić kryptonim Chronos a pieczę nad nim sprawował osobiście Rudolf Hess, prawa ręka Hitlera i członek towarzystwa „Thule”.

To jednak nie jedyne co łączyło towarzystwa Thule i Ahnenerbe. Ich losy przeplatały się ze sobą przy rozmaitych okazjach jak choćby wtedy, gdy obydwie organizacje we współpracy ze sobą poszukiwały zaginionej wyspy zwanej przez przez Greków Thule. Żywili oni nadzieje, że to właśnie tam odnajdą prawdziwe miejsce urodzenia rasy aryjskiej. Odkrycie to miało zapewnić im odzyskanie ponadnaturalnych zdolności takich jak telekineza, telepatia czy lewitacja. Innymi słowy umiejętności, które "rasa panów" utraciła w wyniku mieszania się z rasami "mniejszymi".

 

W miarę upływu lat, zainteresowane tajemnymi tekstami, magicznymi przedmiotami i różnorakimi starożytnymi reliktami Ahnenerbe rosło w siłę z dnia na dzień. W szczytowym momencie swojego istnienia organizacja posiadała 50 oddziałów zajmujących się między innymi: przewidywaniem pogody, archeologią i badaniami nad zdolnościami paranormalnymi. Ich międzynarodowe podróże prowadziły ich po wielu krańcach Ziemi, gdzie poszukiwali choćby legendarnego Świętego Graala, miejsca położenia Atlantydy czy legendarnej Włóczni Przeznaczenia, którą to rzymski legionista przebił bok Jezusa Chrystusa.

Ahnenerbe liczyło, że przy odpowiednim podziale środków uda im się zindustrializować technologie znane ze starożytnych tajemnych tekstów. Ich usiłowania wiązały się z licznymi projektami, w których to członkowie Ahnenerbe pracowali nad różnymi dziedzinami pseudonauki włączając w to testy nad rzekomo odnajdowanymi pojazdami pozaziemskimi. Głównym obiektem zainteresowania Ahnenerbe pozostawało jednak opanowanie tajników mocy magicznych i okultystycznych oraz ich zmilitaryzowanie. Niektóre z ich placówek pracowały nawet nad stworzeniem zabójcy wykorzystującego zdolności parapsychiczne w czasie gdy inne usiłowały zrozumieć tajemnicę projekcji astralnych w celu wykorzystania ich do szpiegowania wroga.

Na tym oczywiście Ahnenerbe nie skończyło bowiem przez całą wojnę pracowano nad stworzeniem własnego super żołnierza. Jeden ze sposobów jaki uznawano za najsensowniejszy to hodowla ludzi posiadających tylko aryjską krew, projekt ten nazywano Lebensborn i zakładał on zmuszenie idealnych osobników do prokreacji w celu usunięcia nieczystości w rasie panów, które zmniejszały potencjał rozwoju ludzkości. Z oczywistych względów to rozwiązanie nie było zbyt wydajne i prędko zdecydowano się poszukać szybszych metod.

 

W ferworze testów wytworzono więc specjalny specyfik nazwany D-IX, była to mieszanina kokainy, silnego stymulanta zwanego perwityną oraz potężnego leku przeciwbólowego eucodalu. W skrócie, super narkotyk z dokładką leków przeciwbólowych. Wierzono, że D-IX zwiększy znacząco skupienie, koncentracje, heroizm i wiarę w samego siebie, miał on również wzmacniać wytrzymałość, siłę oraz wyłączać receptory bólu i niwelować głód, pragnienie i potrzebę snu. Ahnenerbe wierzyło, również że ostatecznie zlikwiduje się w ten sposób największego wroga żołnierza czyli strach.

Specyfik został próbnie dany żołnierzom, którzy w pełnym uzbrojeniu mieli przemaszerować bez przystanku 128 kilometrów po ciężkim górzystym terenie. D-IX okazał się być sukcesem i rzeczywiście umożliwił żołnierzom pokonanie tej trasy. Niestety okazało się, że lek w dużym stopniu uzależnia, ale dla rządu niemieckiego nie był to problem warty uwagi. Lek zaczął być wykorzystywany w ograniczonym stopniu i po raz pierwszy pojawił się na polu bitwy 16 marca 1944.  Gdyby nie parcie armii aliantów na Berlin byłby on zapewne masowo produkowany i stanowił wsparcie dla armii III Rzeszy.

To tylko kilka z przykładów w jaki obydwie organizacje działały za kurtyną III rzeszy, w tajemnicy przed światem. Nie da się ukryć iż fakt, że aparat państwa wspierał badania prowadzone przez Ahnenerbe oraz towarzystwo Thule jawnie dowodzi jak wielkim poważaniem darzyli oni okultyzm oraz wiarę w parapsychiczne moce i zaginione cywilizacje. Niemcy planowali podobno budowy wielkich platform antygrawitacyjnych, które niczym sterowce mogły nadlecieć nad dowolny obszar i dokonać nalotu o niespotykanej sile. Trudno ocenić czy wiara w takie rzeczy czyniła ich dowództwo ludźmi naiwnymi czy może oświeconymi, niemniej jednak gdyby ich zamiary doszły do skutku, nie możemy wykluczać, że II wojna światowa skończyła by się zupełnym unicestwieniem aliantów.

Źródła:

http://innemedium.pl/wiadomosc/towarzystwo-ahnenerbe-czyli-nazistowska-j...

http://innemedium.pl/wiadomosc/niemcy-poszukiwali-w-tybecie-zaginionej-w...




W Teksasie jedna z kamer CCTV zarejestrowała ducha

Kamery telewizji przemysłowej zainstalowane w miejscowości Sansom Park w Teksasie, zarejestrowały intrygującą anomalię. Niektórzy twierdzą, że to co widać na ostatnich 20 sekundach tego nagrania to duch.

 

Niezwykłe obrazy udało się nagrać za pomocą kamery CCTV w pobliżu jednego ze sklepów spożywczych., który znajduje się w północno-zachodniej części Teksasu. Niezwykła półprzezroczysta czarna chmury, pojawiła się na parkingu koło sklepu mniej więcej o siódmej wieczorem.

„Kiedy oglądałem ten film, nie mogłem znaleźć żadnego wytłumaczenia. To jest coś nadprzyrodzonego" - twierdzi właściciel sklepu

Rzeczywiście nagranie wygląda intrygująco i trudno wyobrazić sobie tego typu zakłócenie. Jedyne co jest możliwe to poddanie zwykłego zapisu przetwarzaniu za pomocą grafiki komputerowej, ale czy gdyby zastosowano CGI to finalne nagranie nie byłoby bardziej spektakularne?

 

 




Rozszyfrowano jeden ze starożytnych geoglifów z płaskowyżu Nazca

Według naukowców z Niemieckiego Instytutu Archeologicznego i współpracujących z nimi ekspertów z instytutu INDEA, udało się zinterpretować jeden ze starożytnych geoglifów odkrytych w Nazca.

 

Zdaniem specjalistów, ogromny rysunek, który został znaleziony na płaskowyżu Nazca w Peru, przedstawia wieloryba zabójcę, czyli Orkę. Dokładne badanie tego starożytnego rysunku wskazują. że gleba została tam wybrana około 200 lat p.n.e. Oznacza to, że geoglif powstał aż 2200 lat temu. Obraz orki został odnaleziony przez naukowców dopiero w 2013 roku. Dopiero po kilku latach pracy, w celu przywrócenia jego wyglądu, naukowcy doszli do wniosku, że reprezentuje on morskiego walenia.

Geoglif ma długość 60 metrów i znajduje się w tym samym obszarze, w którym znaleziono pozostałe 1,5 tys. znanych nam ryzunków z Nazca. Większość z tych obrazów powstała od VII do I wieku przed Chrystusem. Obok wizerunku orki znajdują się pewne tajemnicze symbole. Linie tworzące geoglif stylistycznie różni się od siebie. Naukowcy sugerują, że mógł być poprawiany w różnych momentach historii. Niektóre z nich są podobne do linii charakterystycznych dla kultury Nazca, ale pozostałe linie przypominają rysunki kultury Parak, która istniała wcześniej.

Linie Nazca zostały odkryte na pustyni w południowym Peru dopiero na początku XX wieku. Największe z nich mają wielkość ponad 300 m. Ludzie patrzący z perspektywy ziemi widzieli tylko sieć kanałów. Dopiero, gdy na linie z Nazca spojrzano z lotu ptaka okazało się, że to są linie układające się w konkretne piktogramy. 

 

Każdy rozsądny człowiek powinien w tym momencie zadać pytanie, po co ktoś, kto rzekomo nie umie latać buduje setki piktogramów, które mogą być obserwowane tylko z lotu ptaka? W odpowiedzi dla tej zagadki pojawiają się  różne fantastyczne historie, jak te stwierdzające, że glify powstawały dla przedstawicieli obcych cywilizacji, którzy mieli je oglądać przylatując do prekolumbijskich ludzi. 

Według tej teorii niektóre z tych glifów pełniły funkcje naprowadzające, i ich mnogość może być spowodowana chęcią odtworzenia czegoś, co pozostawili po sobie "bogowie". Jednak nadal pozostaje pytanie jak z taką precyzją udało się odwzorować ikonograficzne ilustracje glifów przedstawiających rozmaite skomplikowane wzory. Przecież nie było wtedy dronów.

Rzekome "lotnisko" z Nazca

Pojawiają się zatem teorie, które przypisują prekolumbijskim Indianom zdolność budowania balonów atmosferycznych. To dość wygodne wyjaśnienie czegoś, co jest po prostu trudne do wyjaśnienia. Znaczenie rysunków nie jest znane a społeczność naukowa mocno się o nie spiera. Rysunki z Nazca są po prostu inskrypcjami na tyle wyjątkowymi, że nie da się ich zmieść pod dywan historii. Niektórzy twierdzą,  że rysunki pełnia jakąś funkcję astronomiczną. Co ciekawe rysunki takie jak w Nazca znajduje się również w sąsiednich płaskowyżach. Wydaje się to być tam zjawisko masowe.

 




Nad lotniskiem Heathrow samolot cudem uniknął zderzenia z niezidentyfikowanym obiektem!

Do bardzo niebezpiecznej obserwacji niezidentyfikowanego obiektu latającego doszło nad londyńskim lotniskiem Heathrow w Wielkiej Brytanii. Nieznany obiekt, który mógł przylecieć z kosmosu, został uchwycony przypadkiem przez kamerę internetową umieszczoną tam przez portal Air Live.

 

Do potencjalnie groźnego wydarzenia doszło 19 listopada. Wszystko wyglądało bardzo niezwykle. Jakaś niezidentyfikowana jasna kula nagle przeleciała na niebie i to na kilka sekund przed przelotem samolotu pasażerskiego. Niewykluczone, że dziwny obiekt znajdował się jednak o wiele dalej niż obserwowany samolot. Jednak bez względu na wszystko pojawienie się nieznanego obiektu w przestrzeni powietrznej lotniska to coś niezwykłego i niebezpiecznego dla ciągłości ruchu lotniczego.

Autorzy nagrania zakładają, że jest to jedynie spadająca gwiazda i z tej perspektywy nie da się ukryć, że takie wyjaśnienie wydaje się najbardziej logiczne biorąc pod uwagę prędkość obiektu. Takie wytłumaczenie wspiera Clemens Rumpf, astronom z Uniwersytetu w Southampton. Mężczyzna twierdzi, że obiekt mógł mieć około metra średnicy i znajdował się na wysokości od 30 do 70 kilometrów nad ziemią.

Do tej pory obiekt nie został oficjalnie zidentyfikowany w związku z czym wielu internautów spekuluje, czy na pewno nie był to jakiś pojazd UFO lub nielegalny w tym obszarze cywilny dron. Takie wyjaśnienia nie mają jednak umocowania w dowodach i wszystko wskazuje na to, że mieliśmy do czynienia z upadkiem jakiejś kosmicznej skały.