Kolejna Piramida W Europie - Ekspedycja Naukowa - część trzecia...

Kategorie: 

Foto: wlasne

Po niebywałym sukcesie, jakim było wydrążenie dziury w ziemi…. (część druga tutaj) …  i przebrnięciu przez czas żywiołów, chaosu i ogólnej anarchii, muszkieterowie wyruszyli w stronę wynegocjowanych drogą strajku kobiet. Co prawda był to foch a nie strajk no ale co tam… nieważne. Ważne, że wszyscy wyruszyli.

 

Oni pogrążeni w swoich „nieodgadnionych” marzeniach, a ja zamyślony nad szczegółami antybuntowniczego szatańskiego planu oraz oczywiście przyczynami, które sprawiły że do niego w ogóle doszło. Jeśli ktoś jest ciekaw o czym tak sobie rozmyśla czasami moja ekscelencja - oto mała próbka owych natchnionych przemyśleń, których… no było trochę podczas przydługiej, około 500 - kilometrowej podróży.

 

I tak, po dokładniejszej analizie buntu, czyli tej nieoczekiwanej klęski, jaką zafundowała ekspedycji Matka Przyroda, przyszła mi na myśl zupełnie nowa, przełomowa teoria, która wyjaśnia skąd do cholerki w wysokich górach biorą się aż tak ogromne ilości wody. (Teoria ta otwiera oczy na owo zagadnienie i jest tutaj). Notabene, Teoria Wody Płynącej Pod Górkę to kolejne już stricte naukowe osiągnięcie ekspedycji, oprócz rzecz jasna precyzyjnego wyliczenia idealnego sutka, jakiego dokonał wcześniej cały zespół ekspertów).

 

 A były to przecież jak pamiętamy ogromne ilości wody, której napór okazał się tak straszny, że postawił pod wielkim znakiem zapytania całość ekspedycji i zdumiał w niezwykły sposób swoimi rozmiarami moją z natury stoicko spokojną, niewzruszoną i dumną z siebie ekscelencję. To był cios tak wielki dla mojej zawsze wiedzącej wszystko najlepiej świadomości, że nie mogłem w to po prostu uwierzyć. Bo to, żeby mi ktoś ze śmiertelników pokrzyżował starannie przygotowane plany, no to jest po prostu rzecz niepojęta. Ten bunt to była potworność, jakiej najzwyczajniej w świecie nie pamiętam. To się kłóciło z wrodzonym u mnie zmysłem nieomylności i jeszcze nigdy ale to nigdy mi się nie zdarzyło w przeszłości.

 

A jednak.

Muszkieterowie stanęli okoniem – ni z gruchy ni z pietruchy zaczęli żądać kobiet, no i nie było na to sposobu.

Dlaczego ten bunt zabolał mnie aż tak szczególnie? Och, to bardzo proste. Zabolało mnie to bardzo, ponieważ piramida nagle, z dnia na dzień, dosłownie zaczęła zachodzić mgłą, no i co najważniejsze dlatego, bo jako że prawie od zawsze posiadam nieodparte przekonanie o mojej szczególnej roli wobec ludzkości i w związku z tym najzwyczajniej w świecie nie zdarzają mi się tego typu odmowy. Ta uporczywa myśl... ta niezbita pewność, ta oczywista świadomość faktu...  he he że jako reinkarnacja Buddy mam po prostu boski obowiązek kroczyć po kuli ziemskiej i nauczać biednych śmiertelników. Że moim ziemskim zadaniem jest udzielać im nauk i edukować ich tym, co jest dla nich dobre.

 

Albo najlepsze.

No taką mi rolę nauczyciela przydzieliły wobec reszty ludzkości, jakieś przepotężne siły kosmiczne, których nie ogarnia nawet moja ekscelencja, no więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko gorliwie i z niezwykłą pokorą moją ziemską misję wypełniać.

 

No i tak kroczę sobie spokojnie po Ziemi i pomagam zwykłym ludziom jak tylko mogę. Zawsze bezinteresownie rzecz jasna, bo w końcu nie jestem opływowy jak matka Teresa i mam co wyłożyć jako argument, jeśli jest tego potrzeba. Więc generalnie kładę ch** na jakieś sprawy doczesne no i  tak idę dalej z dobrą nowiną pomiędzy tych wszystkich porozdzieranych rozterkami śmiertelników.

 

Tu powiem - spier*** do jakiegoś żebraka potrzebującego pomocy, tam zawinę rower, bo na cholerę komuś dwa rowery (WTF), albo podzielę się z ubogimi ludźmi żywnością nakierowując ich z bocznej ścieżki wegetacji zwięzłą wiązanką na prawdziwy tor życiowej drogi, życzliwie radząc im się przenieść z nieproduktywnych urzędów do jakiejś prawdziwej roboty - na przykład dojenia parzystokopytnych…

 

Non stop rozdaję nauki na polu edukacyjnym nie pozostawiając w potrzebie nikogo. Każdy nieszczęśliwy człowiek może liczyć na dobre słowo od mojej ekscelencji i odrobinę pokrzepiającej pociechy a nie jeden juz otrzymał nawet wychowawcze dotknięcie w polisia. Opór jest, no przynajmniej był zawsze bezcelowy - ekscelencja baca jako nauczyciel ludzkości jest stuprocentowo niezawodny. Nieomylny i zawsze skuteczny.

 

Czasami ktoś mnie pyta: - Dlaczego taki jesteś, ekscelencjo? - i wówczas mówię: - Po prostu – nie wiem. Osobiście gdybym to ja a nie siły kosmiczne mógł zadecydować o moim własnym losie to na pewno nie wybrałbym drogi duszpasterskiej. O nie. Gdybym to ja mógł samodzielnie o sobie stanowić to z pewnością zostałbym wędrownym wyrywaczem zębów albo dzwonnikiem z okazji stuletnich rocznic. To były moje marzenia chłopięce. Kosmologia jednak pokrzyżowała mi te plany no i cóż mogła na to począć moja skromna osobowość. Nie pozostało mi nic innego tylko udźwignąć brzemię ekscelencji – kosmicznego nad nauczyciela i lekarza dusz śmiertelnych.

 

I tak to właśnie było od zawsze, działało niezawodnie, było wesoło a nawet radośnie no ale to przeszłość. Ten bunt muszkieterów to była najcięższa obraza dla mojego majestatu no i coś niewyobrażalnie głupiego. Cios dla ekscelencji bacy, jakiego jeszcze nie zaznał w ciągu caaaaałego życia.

 

Bolało mnie to i to bardzo mocno – stąd te przydługie żale – no ale oni mi się należą a nikt przecież prócz mnie nie potrafi się użalić tak porządnie nad moją ekscelencją. Przecież nie po to budowałem swój autorytet używając w tym celu nieziemskiej wręcz skromności i życia na pograniczu nędzy – wręcz niespotykanej wśród milionerów. Nie po to pogardziłem wszelką pychą albo przerostem ego, aby odwracać od siebie ludzkość i zniechęcać ją do swoich nauk. Budując swój wizerunek bacy – arcydobrego pasterza ludzkości, postawiłem na niesłychaną wręcz skromność i to był chyba mój błąd największy… hmm… kiedy sobie to uświadomiłem olbrzymi smutek ogarnął wówczas me serce. Ten smutek tylko niewdzięczność, jakiej właśnie doznałem ze strony muszkieterów była w stanie przerosnąć.

 

Zastanawiałem się zatem czy nie należałoby tego błędu naprawić na najbliższym soborze bacologów. Temat mojej skromności jest przecież tak ważny dla mojego imażu i tak doniosły dla dobra całej ludzkości, że myślę, że udałoby się poprzez prosty lobbing w kuluarach skłonić konklawe do przegłosowania wniosku, aby każdy śmiertelnik miał jednak przywilej pocałowania mnie w rękę.

 

Trzeba by tylko kupić porządny pierścionek na allegro i ogarnąć paznokcie. To tak niewiele a mogłoby podratować mój wizerunek w oczach niezdecydowanych sierot. Tak właśnie zrobię – postanowiłem wówczas. A gdyby przesadna skromność nadal miała przeszkadzać mi jeszcze kiedykolwiek w przyszłości, nie widzę również żadnego problemu aby umożliwić wiernym dostąpienia odpustu poprzez obmycie mi stóp lub rytualne ofiarowanie pary czystych skarpetek, jako że od zawsze mam niewyjaśniony problem z nimi – otóż nigdy mi nie wychodzi ich dopasowywanie do siebie lub czyszczenie z jakichś narośli. A sprawdzanie czy są lewo czy prawostronne jest dla mnie nawet niewykonalne ze względu że nigdy się im nawet nie przyglądam. No i jest to nie byle jaki uszczerbek dla majestatu mojego kalibru, tak chodzić po Ziemi w podartych. Do soboru jeszcze trochę czasu więc coś na pewno wymyślę aby poprawić wizerunek… i skończyć z łatką przesadnego skromnisia jaką mi przykleili złośliwie oszczercy – ci wszyscy rzymianie, katolicy i redemptoryści… z kościoła Bentleyów…

 

I tak właśnie jadąc na czele naszego konwoju, „w kierunku kobiet”, oprócz narastających nieznośnie problemów z przykrym zanikiem mojego ego rozmyślałem sobie i rozmyślałem i… obmyśliłem do samego końca swój szatański plan przeciwko zbuntowanym muszkieterom. Właściwie to arcyszatański, bo zwykły szatan to by się mógł od mojej ekscelencji co najwyżej uczyć tego edukacyjnego rzemiosła.

 

Nie wiedziałem oczywiście jeszcze tego, czy muszkieterowie przeżyją tę lekcję - mocno wychowawczą, no ale zasłużyli na nią… a zatem nie uprzedzajmy faktów...

 

Było tak: ale uwaga, uwaga - dalszą cześć - napisaną pismem pochyłym - powinny opuścić lub przewinąć sobie osoby o słabych nerwach - bo czytanie grozi nerwicą żołądka co najmniej - o ile nie totalną depresją. Przewińcie ten fragment nadwrażliwe ludziska, jeśli nie macie nerwów ze stali i nie jesteście na czczo. Dla waszego dobra lepiej tego nie czytajcie, bo powiem wam uczciwie, że to jest dosłownie coś okropnego. Nie wiem oczywiście czy czytaliście kiedyś opowiadanko Stephena Kinga, gdzie dręczony w szkole pulpet postanowił wziąć odwet na nich wszystkich. W tym celu nasz grubcio wziął udział w konkursie jedzenia placków. Tam grubas pochłonął chyba z dwadzieścia siedem tortów i kiedy odbierał nagrodę, wypuścił pawia na komisję. Ha ha. Komisja natychmiast obrzygała publiczność. Publiczność też nie stała bezczynnie i zrobiło się tak... mokro, lepko i niefajnie, że po kilku minutach wszyscy byli po pachy w wymiocinach. Ha ha ha. To tyle fantazji Stephena Kinga ale jak mawiał Fredek Kiepski: „Są rzeczy na niebie i ziemi o jakich nie śniło się fizjologom”. No i nie kłamał Fredek, bo to, co życie przyniosło dla biednych muszkieterów przerosło największą literacką fikcję. I to nie jest wcale żart, bo tak było naprawdę. Ostatnie ostrzeżenie zatem ludziska. Jeśli czytacie to co pochylone - to wyłącznie na własną odpowiedzialność – żeby potem nie było to tamto, albo, że ekscelencja pojechał…

 

Przemieszczając się naszym prześmiesznym kuligiem dotarliśmy na drugi dzień do celu (ściśle tajna lokalizacja). Poparkowaliśmy auta i zrobiliśmy sztuczny tłok na przystrzyżonym trawniczku aby w końcu rozprostować nóżki.

- Czy to tu? – zapytał Mały z buzią pełną testosteronu, który już mu wychodził uszami.

- Zgadza się. Jedno pytanie żeby nie było potem że baca was oszukał: ile kobiet was uszczęśliwi? Ile kobiet potrzebujecie?  – zapytałem muszkieterów przebiegle.

- No jak to, ile? Ile się da oczywiście?

- Ile konkretnie?

- Noooo nie rozumiem…? - bąknął Większy.

- Ile kobiet gotowych na wszystko was uszczęśliwi? – sprecyzowałem.

- Czy ja wiem… - zamyślił się Mały. – Dwie, trzy… może cztery…

- Mówiłeś, że ile chcemy. – wtrącił Większy. – A co, jak zażyczymy sobie dziesięć?

- Dziesięć, powiadasz?

- Nooo…

- Dobrze, dam wam kobiety gotowe na wszystko i nie jakieś dziesięć tylko dwadzieścia… tysięcy. Pasuje?

- Że co?

- To tu za tą bramą to jest miasteczko naturystów. – pokazałem im obiekt. – Wjazd autem to jakieś 15 euro za dobę. Z kamasza pięć ale to pod warunkiem oczywiście, że są jeszcze wolne miejsca. Mamy pełnię sezonu więc nie ma. Rozumiecie… aby się tam dostać dobrze jest mieć nocleg – około setki, jakieś rezerwacje, z czym także może być problem no i wątpię czy was w ogóle stać na tę imprezę, która się tam odbywa. Są centra handlowe, niezliczone kluby, non stop jakieś dzikie orgie – wszystko za friko ale ciężko się tam dostać, bo wejściówki są zależne od miejsc noclegowych i rezerwacji.

- Mówiłeś, że będzie za darmo.

- Oczywiście że tak mówiłem, bo z zasady wiem co gadam. Wbijemy na imprezę zupełnie za friko – i to nawet łatwiej niż na dworzec lub do Disneylandu ale chodzi o to, że nie wiedziałem ile kobiet was uszczęśliwi. Kobiet gotowych na wszystko. One tu tylko po TO przyjeżdżają i TO nic tutaj nie kosztuje. Wszystko jest dobrowolne i totalnie za darmo. Płaci się tylko za zakupy, kluby, bary, bilety wstępu i tak dalej. Uciechy natomiast, których potrzebujecie są darmowe. Pytanie tylko czy wy jesteście na nie gotowi?

- Idziemy. – dziarsko rzucił Mały patrząc tęsknie na odgrodzony od świata potężnym murem obiekt.

Odpaliliśmy samochody i udaliśmy się do sąsiedniego miasteczka leżącego jakieś 10 kilometrów dalej w kierunku wschodnim. Tam zaparkowaliśmy auta ponownie szukając pojedynczo jakiejś luki i kiedy udało się pojazdy to tu tam poupychać wśród innych, zrobiliśmy w małym niezwykle parszywym intermarszu zakupy spożywcze. Następnie trochę plażą, trochę zaroślami, trochę płotami i jeszcze trochę wydmami, przedostaliśmy się do naszego celu zachodząc go niejako od zaplecza. Kiedy wyszliśmy na plażę pomiędzy pierwszych golasów rzuciłem:

- No to panowie muszkieterowie… wyskakiwać z gaci.

- Jak to?

- A nie można tak… ? – natychmiast pojawiły się protesty.

- No nie można. Nie można tak. Nie można, bo już się na nas wszyscy gapią. Jeśli nie chcecie być za kilka sekund wybuczani, wygwizdani i mieć na sobie wściekłych spojrzeń całej okolicy… no to wyskakujcie z gaci. – wyjaśniłem chowając swoje do torby. – Tylko tak przestaniecie przykuwać na sobie całą uwagę.

Przez chwilę stali niezdecydowani ale zgodnie z moimi oczekiwaniami zwyciężyła ciekawość. Po krótkim rzucaniu okiem w stronę kłębiącego się dalej tłumu golasów, gdzie było mnóstwo super atrakcyjnych kobiet jakoś się jednak przełamali. Wiedziałem, że pękną he he…

Ech aż miło było na nich patrzeć jak z sekundy na sekundę gaśnie w nich odwaga i pewność siebie, jakie mieli jeszcze chwilę wcześniej.

- Co z wami, panowie muszkieterowie? Gdzie te lwy i tygrysy pragnące rzucić się z pazurami na baby?

- Eeee?

- Z tego co widzę mamy tu dwa nieśmiałe kotki. Pogłaskać was? A może potrzebujecie drapanko za uszkiem? – zapytałem bardzo cieplutkim tonem żeby ich nie spłoszyć przypadkiem.

- Daj spokój. To nie o to chodzi…

- A o co?

- No wiesz… ja jeszcze nigdy…

- Wiem, wiem. Wiem doskonale co teraz czujecie. To widać po tych odruchach jakże typowych dla choroby sierocej. Najlepiej więc usiądźmy sobie gdzieś to nie będziecie tu tak stali jak heh… sieroty centralnie na widoku. – zaproponowałem wiedząc, że zgodzą się gorliwie, pragnąc za wszelką cenę wtopić się w piasek.

Zaprowadziłem ich w samo epicentrum zdarzeń i jak tylko jakimś cudem udało nam się znaleźć kawałek wolnego miejsca, szybko zagarnęliśmy ten teren rozrzucając na niego swoje ręczniki i z niewysłowioną ulgą muszkieterowie klapnęli na nie ściskając tak jakoś zabawnie kolana do siebie. He he ale jaja, bo wyglądali jak bez jaj, zachowując się w ten wybitnie niemęski sposób Smile

- Ło, matko. – jęknął Mały kiedy odzyskał mowę. – Co tutaj się dzieje? Ja nie wierzę własnym oczom…

Przybrałem więc grobowo znudzony ton komentatora rozgrywek szachowych czwartej ligii i wyjaśniłem:

- To po prostu Sodoma i Gomora Mały tyle, że jakby z domieszką bundesligi. Uważaj żeby sobie karku nie skręcić, kiedy tak ruszasz szyją w sposób nagły i nieskoordynowany. Więc tak, tam na wydmach stoją obserwatorzy z ramienia FIFA – tak zwani klepacze. Stoją, jak te świstaki wyprostowani wśród traw, no i od rana do nocy się brandzlują. Czasami nawzajem.

- Klepacze?

- Klepacze są po prostu… klepaczami…

- Dlaczego?

- No bo nie klepią jak widać paciorków.

- Aha.

- Od klepaczy należy się trzymać z daleka, bo tylko czyhają aż ktoś nawiąże z nimi kontakt wzrokowy.

- A jak ktoś nawiąże? Co wtedy?

- Lepiej nie pytaj Mały. Są sprawy, których naprawdę lepiej jest nie wiedzieć. Klepacze są tabu, rozumiesz?

- Nie ale nieważne. Nie interesują mnie klepacze. Faktycznie wyglądają jak świstaki. Aż chciałoby się podejść i zapytać „Przepraszam, od dawna jest pan świstakiem?” – zażartował Mały.

- To byłby błąd. – odparłem siląc się na powagę.

- Dlaczego?

- Mógłbyś zostać tego… no… wyklepany. Dlatego klepacze są tabu. Klepacze i kontakt wzrokowy z klepaczami.

- Klepacze są tabu. Rozumiem i nie interesują mnie klepacze. – Mały w końcu pogodził się z rzeczywistością.

- To bardzo dobrze. – odparłem i przenosząc wzrok jak najdalej od klepaczy dodałem kończąc ten temat. – Klepacze są pożyteczni owszem ale jedynie w bardzo ciężkich przypadkach pourazowej traumy ale u was tego nie widzę no więc nie ma potrzeby uruchamiać klepaczy alby odciążyć waszą psychikę.

- Traumy? – zaciekawił się Większy.

- Posłuchajcie. Dawno, dawno temu mój kolega poznał świetną dziewczynę. Dobrze mu z nią szło ale tylko do pewnego momentu bowiem miała jeden feler – otóż dziewczyna panicznie bała się lasów, parków i ustronnych skwerków no więc on nie mógł za cholerę się do niej dobrać. Nabawiła się tych lęków, kiedy szła przez park i zza drzewa wyszedł samotny klepacz i rozchylił płaszczyk przed nią. Tak się przeraziła, że zrobiła alarm na pół województwa i panika przed zboczeńcem zablokowała ją psychicznie na całe lata. To jedno, a poza tym była jeszcze bardzo ale to bardzo religijna no i te dwa powody sprawiły właśnie, że mój kolega miał spory problem aby dobrać się do jej majtek. Aby problemu nie mieć przywiózł ją za moją bezcenną radą tutaj i napoił tak żeby jej wezbrał pęcherz. Kiedy musiała zrobić siusiu zaprowadził ją na wydmy, tam kazał przykucnąć i ona zrobiła z ulgą swoje wciskając się pomiędzy zarośla. Kiedy wstawała i już podtarła sobie co tam jej zamokło zauważyła wokół siebie pięćdziesięciu uśmiechniętych od ucha do ucha klepaczy patrzących na nią z bezpośredniej odległości i robiących swoje. Chłopak natomiast wsiąknął, ha, ha, ha. Schował się za drzewem i patrzał jak ona sobie radzi sama w myśl biblijnej zasady: „nie ma to jak rzucić katolika na głęboką wodę”. Dziewczę szepnęło tylko coś w stylu – ojezu. – i padło bez słowa na glebę. Potem się podniosło, hi hi i… nic się jej nie stało … więc od tamtej pory trauma przed klepaczami na zawsze jej odeszła i już nie boi się dziewczyna chodzić sama przez las albo wejść do jakiegoś parku. Zniknęły wszystkie jej lęki. Każdej by znikły gdyby metr od siebie zobaczyła pół setki klepaczy przyjaźnie uśmiechniętych i przekazujących jej pozytywne wibracje swoją rytmiczną mantrą. Klepacze pomogli jej raz na zawsze odzyskać równowagę duchową a nawet nabrać jeszcze nieco luzu do samej siebie. Wam jednak tej terapii nie polecam, bo wam bardziej przydałoby się popatrzeć, gdyby jakieś panie wyskoczyły z majtek i się same ze sobą na waszych oczach zabawiały, prawda?

- To prawda.

- Wiem, że to prawda ale niestety ale akurat nie ma tu takiej sytuacji w tym momencie. Jeszcze młoda godzina i może później coś się trafi z tej beczki. Tymczasem na środku plaży jak widać jest właściwa Sodoma czyli seks we wszystkich możliwych wariantach. Tu jak widać jeden pan wpycha coś w drugiego pana. Tam trzy panie się wylizują, o a tam dwie Niemki klęczą i obsługują stojących grzecznie w ogonku czterdziestu… w porywach do czterdziestu pięciu… kolejnych klepaczy. Z tej strony zaś dwie pary grają w debla – to chyba zawody drużynowe Holendersko Niemieckie sądząc po rudo blond ryjach no i oczywiście odgłosach typu – Ach, ja, ja, ja, ja, ja.

- Niemcy?

- Jeśli nigdy jeszcze nie widzieliście niemieckiego porno – tych kopulujących różowych bawarskich prosiaków – współczuję, bo ten kto widział - już się nigdy w cyrku ani psychiatryku swobodnie nie zaśmieje.

- A tam w morzu? – Większy oczami wskazał trzy kłębiące się w wodzie spore pięćdziesięcioosobowe tłumki.

- W morzu natomiast są tak zwane… no… akcje na morzu. Bitwy morskie znaczy. Te trzy potężne zgrupowania stojące po pas w wodzie oznaczają, że w środku odbywa się bitwa, polegająca na tym której z zawodniczek uda się obrobić więcej klepaczy, a obrabiają jak widać… usta… wicznie. Do morza udają się najbardziej utalentowane niemieckie flecistki – te o naprawdę silnych wargach. Klęczą, odgrywają kąpiące się Kleopatry i przyjmują na siebie to co klepaczom uda się z siebie wycisnąć jako, że i oryginalna Kleopatra też raczej w mleku się nie kąpała…

- Nie? – spytał Mały.

- Gdyby chciała się wykąpać w mleku to by stada krów a nie niewolników posiadała…

- Rozumiem…

- Tak że jak widać wszędzie w morzu ostra jazda. A tam pod wydmami natomiast są nieszczęśliwe małżeństwa…

- Nieszczęśliwe? Nikt tu nie wygląda na nieszczęśliwego…

- Nieszczęśliwe w tym sensie, że faceci to impotenci. Najprawdopodobniej wyklepali się za młodu i obecnie nie mają już w sobie życiodajnych soków, ha ha. Tam króluje Skandynawia. Ale z drugiej strony nie są to bezduszni impotenci. Pozwalają swoim samicom się wyżyć dopuszczając do nich te niemieckie bydło stojące grzecznie w ogonku. Chodzi o to aby i one miały coś z życia – te biedne kobiety ze Skandynawii. Ci faceci są wielce wielkoduszni - to są ludzie o naprawdę wielkim sercu i na pewno nie można o nich powiedzieć, że są pazerni.

- Więc to można tak czyjąś żonę… tego… tam…?

- Można można, Mały. Tu można wszystko. Tylko widzę, że masz jakiś nagły problem z nieśmiałością…

- To nie tak. No bo widzisz…

- Widzę, widzę. Ja widzę wszystko. He he i wiem doskonale jak temu co widzę można zaradzić.

- Jak?

- Jak? – niemal wyszeptali z nabożną czcią muszkieterzy patrząc na mnie w końcu jak przystało – jak na wtajemniczonego w nieodgadnione niuanse kosmosu błogosławionego ekscelencję.

- Ech śmiertelnicy… - westchnąłem. – Cóż wy byście zrobili beze mnie? Bez moich nauk… bez mojej wiedzy… bez mojego wszechstronnego…

- No mów baca, nie pierd*** - Mały przeszedł do rzeczy nieco drżącym głosem.

- No więc tak. Aby uniknąć całej tej dotychczasowej żenady, jaką tu u was widziałem…

- Jakiej żenady? No jakiej?

- No widziałem, kiedy się jak dwa przestraszone kotki przedzieraliście tu chowając swoje małe co nieco za każdym parasolem, za każdym palikiem, za każdym parawanem i niby od niechcenia trzymając w garści swoje interesy… to widać panowie… to bardzo widać, że jesteście jak kocięta.

- No to co z tym zrobić?

- Jest prosta metoda. Metoda niezawodna. Taka, która was z wystraszonych kociąt w parę minut przemieni znowu w tygrysy. Tygrysy gotowe na to wszystko. Czy wiecie ilu tu jest ludzi? Ile kobiet?

- No skąd?

- Czterdzieści tysięcy. Tyle oficjalnie podają jakieś przewodniki. Drugie tyle wchodzi tu na lewo tak jak my, czyli lekko licząc jak tylko przemienicie się w końcu w tygrysy macie do dyspozycji około trzydziestu tysięcy kobiet. Od pięciu do stu pięciu lat – cały przekrój społeczeństwa - myślę więc że coś uda wam się w końcu wybrać, nieprawdaż?

- Prawdaż, prawdaż. Bardzo ale to bardzo chciałbym już teraz… no w tym momencie zostać tygrysem. – stwierdził z zadumą Większy.

- Ja też. – jęknął Mały. – Baca, nie znęcaj się… dawaj te swoje lekarstwo.

- Dawaj? – zapytałem – Hmm… niech pomyślę…

- No nie znęcaj się…

- No bez mojego leku to zawsze możecie zostać… świstakami panowie… świstakami…

- Nie chcemy skończyć jako świstaki. – zaprotestował Mały zerkając kątem oka na wydmy. – No nie bądź cham…

- Chamski to był wasz bunt, panowie. Umowa jest taka, że przemienię was w tygrysy – nie ma sprawy ale potem… potem jedziemy prosto do piramidy, zgoda?

- Zgoda.

- Stoi. – muszkieterowie pogodzili się z losem.

- No więc dobra… - powiedziałem pojednawczo. - ale najpierw musimy skoczyć na małe zakupy. – oznajmiłem zdecydowanie wstając z ręcznika.

Wstali posłusznie i wyruszyliśmy na spacerek brzegiem plaży – ja oczywiście przodem prowadząc biednych muszkieterów prosto w paszczę lwa. Idąc brzegiem postanowiłem podręczyć ile się tylko da muszkieterów i zamiast ich zaprowadzić do pierwszego z brzegu baru zaprowadziłem ich na samiutki koniec miasteczka naturystów, gdzie znajdowało się jedne z czterech centrów handlowych. Droga do niego była dla muszkieterów drogą przez mękę, gdyż musieli się przedzierać przez całe tłumy golasów robiących zakupy, spacerki, jedzących obiadki w restauracjach, tańczących w klubach, popijających drinki i palących papieroski. Każdy rzut oka na nich, każde spojrzenie potęgował panikę w ich oczach i to było dobre stwierdziła moja ekscelencja obserwując ten edukacyjny proces. Na sam koniec naszej półgodzinnej wędrówki stanęliśmy przed supermarketem Casino i rzekłem:

- Dobra, to szybkie papier, nożyce i losujemy ochotnika który kupi sześć piw, bo będą konieczne.

Wygrał jak zawsze Mały. Robiąc dobrą minę do złej gry goły jak święty turecki wkroczył do supermarketu w poszukiwaniu regału z piwem. Chyba nie chcąc wyglądać jak gej z torebką nie wziął koszyczka do ręki, a potem nam zniknął z pola widzenia gdzieś poza regałami. Kiedy się w końcu zmaterializował z półtora czteropakiem w pobliżu kas nie oszczędziliśmy mu szyderczych spojrzeń stojąc przed sklepem i obserwując go poprzez szybę. Kasjerka ubrana tylko w stringowe majteczki otaksowała go baaaardzo uważnie co go speszyło jak jeszcze nie był speszony nigdy, coś tam podliczyła na kasie no i poprosiła go o należność. Mały jak się nachylił do torby po kasę to mu z wrażenia piwa powypadały i niestety zrobił w sklepie scenę. Żenada sięgnęła zenitu, kiedy z wypiętą dupą zbierał rozjeżdżające się na wszystkie strony puszki i jednocześnie szukał pieniędzy nie mogąc ich drżącymi rękoma wydobyć z torby. W końcu się uporał z zakupami i spocony jak szczur wyszedł na zewnątrz.

- Och kur*a, ale to było straszne. Matko co za trauma. – westchnął podając nam trofeum. – Jak wrócę to mi na dzielnicy nigdy nie uwierzą, że robiłem zakupy z dyndającym fiutem… przed nagą kasjerką…

- Na bank nie uwierzą… - potwierdziłem jego najgorsze obawy. – Będą na ciebie wołać: kłamca…

Pochowaliśmy piwa do toreb i wyruszyliśmy z powrotem na plażę. Nasze miejsce oczywiście było już zajęte ale po krótkich poszukiwaniach udało nam się znaleźć takie znajdujące się jeszcze bliżej epicentrum - Sodomy jaka się tam od świtu do zmierzchu odbywa dzień w dzień odkąd ludzkość sięga pamięcią.

- Och, ja ja ja ja. – dobiegało już zewsząd.

Z niechęcią obrzuciłem okolicę ponurym spojrzeniem i pokręciłem z dezaprobatą głową. Kurczę, to nie tak powinna wyglądać miłość. Na pewno nie w taki sposób. Czy ci wszyscy kuźwa Niemcy nie wiedzą, że kobietę trzeba wziąć za rękę na romantyczny spacer? Pokazać jej zachód słońca? Powiedzieć coś miłego tak żeby reszta świata tego nie słyszała? Że w miłości nie chodzi raczej o to aby kopulować jak psy na trawniku? Psy wydające świńskie odgłosy? Że to nie chodzi o to aby kwiczeć – och, ja ja ja ja?

Ech… doskonale wiedziałem ze źródeł zbliżonych do parafialnych pedofilów, że łudząco podobny do mojego dylemat miała także kiedyś tam jehowa, kiedy postanowiła całą tę patologię zniszczyć w Sodomie i Gomorze przy pomocy bomby atomowej. I pomimo że użyła dwóch bomb atomowych problemu patologii nie rozwiązała. W sumie jehowa znana jest właśnie z tego że tylko dobre chęci zawsze miała – na przykład utopić wszystkich żydów - ale tak w zasadzie poza dobrymi chęciami nigdy nie wyszło jej nic jak należy i żadnego problemu ona nigdy jakoś nie rozwiązała.

Natomiast ja jako najprzeskromniejsza ekscelencja miałem jeszcze gorzej od jehowej, bo ja nie miałem pod ręką nawet jednej bomby atomowej tylko… muszkieterów. Układając mój plan naprawy świata no to ich zatem postanowiłem użyć w charakterze broni biologicznej. Mały problem był tylko z tym, że oni o tym jeszcze nie wiedzieli Smile

- Gotowi do przemiany w tygrysy? – zapytałem przechodząc do rzeczy.

Skinęli głowami patrząc wyczekująco.

- Na początek po dwa szybkie piwa trzeba wypić no ale to duszkiem. Na raz, panowie. Bierzemy głęboki oddech i wlewamy w siebie cały nektar za jednym podejściem.

Na plaży panowała pełna kultura więc całe kopulujące towarzystwo z wyższych sfer, czyli bawarskich pagórków, popijało hektolitry alkoholu ze stylowych plastikowych kieliszków na wysokich nóżkach. My z tymi puszkami nieco obniżyliśmy poziom wydarzeń kulturalnych ale nie na tyle aby się tym przejmować. Raz dwa wlaliśmy w gardła zdobyte przez Małego jakieś żubropodobne strongi a kiedy kilka sekund później konsumpcja się zakończyła i do głów muszkieterów dotarło pierwsze uderzenie powiedziałem:

- A teraz wstańcie i zróbcie sobie szybki spacerek.

Wstali i stał się cud. Z kociąt przepoczwarzyli się w tygrysy Smile Trema uleciała jak ręką odjął i dumnie krążyli pomiędzy parasolami nie czując lęku, jaki jeszcze do niedawna im towarzyszył. Paraliż minął tym samym w jednym momencie. Wrócili ufając mi jak własnemu ojcu, ha…

- Problem z potencją jeszcze pozostał, prawda? – odgadłem ich myśli. – Nie martwimy się bo i na to jest cudowne lekarstwo. Usiądźcie panowie.

Jak usiedli z torby wyjąłem kupione wcześniej w parszywym intermarszu casulety. Casulet to jest coś o czym warto parę słów bliżej opowiedzieć. Otóż jest to puszka o niemal kilogramowej zawartości, której wynalazcy przyświecał jeden szczytny cel – wyżywić ludzkość przy pomocy zabójczej dawki fasoli. Zamiar miał nawet i dobry ten zacny wynalazca i nawet udało mu się ową fasolę podtuningować przy pomocy wkładki parówkowo mięsnej no ale… ale nie przewidział on czegoś takiego jak globalizacja. Globalni producenci żywności postanowili bowiem niezależnie od przezacnego wynalazcy obniżyć cenę składników do takiego poziomu, że absurdalnie zaniżyło to wartość składników odżywczych. Tak, tam był co prawda nadal prawie kilogram fasoli i jakichś mięso podobnych fragmentów ale chyba hodowanych w jakimś reaktorze jądrowym, bo smak tej brei był po prostu podły. Casulet w założeniu wynalazcy miał być czymś w charakterze fasolki po bretońsku ale wyszło po prostu coś jakby karma dla kotów z domieszką odchodów zwierzęcych. Taki był efekt w przypadku casuleta z intermarsza. Casulet z Auchana, z Carrefoura, z sieci Casino, Geant lub Lidla nadal był casuletem ale nie ten z parszywego intermarsza. Ten intermarszowy casulet powinien mieć na etykiecie symbol skażenia biologicznego, bo jego smród był po prostu nie do zniesienia. Nikt trzeźwo myślący nie wziąłby nigdy tego do ust. Muszkieterzy na szczęście nie byli trzeźwi. Nie po dwóch nagłych strongach…

- Panowie zatykamy nosy, odbezpieczamy puszki i wrzucamy w siebie ten syf jaki się tam znajduje. – oznajmiłem im wręczając im po groźnie wyglądającym pojemniku.

Wręczyłem każdemu jeszcze po plastikowej łyżeczce i pierwszy dałem przykład otwierając swojego chemiczno biologicznego casuleta bez właściwej etykiety biohazard, którą zapomnieli przykleić ci  dranie z intermarsza.

Kiedy z dziwnym sykiem puszka została otwarta oczom muszkieterów ukazała się papka jak gdyby zamrożonej w galarecie fasoli, która drżała niepokojąco w ich rękach wyglądając jak mysz ale taka półżywa.

- Jezu, jaki smród! – jęknął Mały ze wstrętem. – Mamy to ku*wa zaszamać?

- To… trzeba wrzucić tak szybko jak tylko możliwe. Im szybciej, tym mniej będzie śmierdzieć. To może i nie pachnie za pięknie i nie wygląda za apetycznie ale działa lepiej niż viagra. – dodałem przebiegle zatykając nos i ładując do ust pierwszą łyżkę.

Spojrzeli na mnie, na swoje odbezpieczone casulety, potem znowu na mnie i… zaczęli wiosłować. O rany aż miło było popatrzeć jak galaretowate coś spływa im po brodach i ustach. Zjedli tak szybko, że ja dotarłem zaledwie do połowy puszki w czasie kiedy oni dokopali się do dna. Kiedy więc skończyli odrzuciłem swoją w cholerę skoro już nie była mi do niczego potrzebna i dla bezpieczeństwa zasypałem jeszcze piaskiem.

- Nie jesz do końca? –zaniepokoił się Mały.

- Eee… no wiesz ja to nie mam parcia na baby. Ale nieważne. Ważne że wy macie i teraz jedyne co potrzeba to sobie spokojnie zaczekać z dziesięć minut na pierwsze efekty. To wszystko. – dodałem kładąc się na pleckach i podpierając na łokciu. – Możemy sobie zapalić nawet po papierosku… - poczęstowałem muszkieterów, którzy z ulgą otarli swoje usta i sięgnęli po fajkę aby zabić przykry odór w ustach.

Pod koniec papierosa poczułem w brzuchu pierwsze bulgotnięcie. Coś strasznego bo taki skurcz i rozkurcz mu towarzyszył a zaraz potem mi się jeszcze odbiło jakimś jadem kiełbasianym. To chyba była sprawka tej wkładki mięsnej.

Muszkieterowie natomiast jako, że zjedli dwa razy więcej ode mnie przeżywali coś na kształt bólów na porodówce. Nie wiedzieli oczywiście że casulet i piwo to jak cola i mentos no bo skąd mogli to wiedzieć? U nich bulgotało non stop i towarzyszyły temu o wiele potężniejsze skurcze – takie zginające nawet kręgosłupy ha ha. Bladość twarzy i łzy w kącikach oczu wyrażały więcej ekspresji niż Pieta Michała Anioła.

He he, te tęskne rozpaczliwe spojrzenia. Ten chaos w umyśle. Te poczucie osaczenia i beznadziei w jakiej nagle się znaleźli. Tego się nie da opisać po prostu, co czuli obydwaj muszkieterowie tuż po przemianie w żywą broń bakteriologiczną. Nawet ich mi się żal zrobiło na moment Smile

Pierwsze oczywiście spojrzenia to były rzecz jasna w stronę kibla.

- O rany… muszę klocka… - wystękał Mały.

- Ja też. Ten casulet musiał być stary… - jęknął Większy stojąc już nerwowo jak świstak z twarzą skierowaną w kierunku toalety widniejącej na horyzoncie.

- Nie ma szans. – stwierdziłem także się podnosząc. – W życiu nie dojdziemy do tego kibla a poza tym jeszcze ta… ta… półgodzinna kolejka do toalety… nie, to nawet nie ma teoretycznie szans na powodzenie żeby tam się dostać.

Mały jęknął i trzymając się za brzuch rzucił bardzo tęsknie okiem na wydmy. Natychmiast spojrzało na niego ze czterech klepaczy. Mały odwzajemnił spojrzenie co sprawiło że jak na komendę zaczęli potakująco patrząc na niego… klepać.

- Wydmy odpadają. – Mały stwierdził z rosnącą paniką w głosie. – Jak ktoś patrzy ja się nigdy w życiu nie wysram. To jest niemożliwe.

- To co robimy? – panikę spotęgował Większy dając do zrozumienia, że on też nie idzie na wydmy.

Tu gdzie byliśmy nie było nawet szans załatwić się niepostrzeżenie, bo ścisk na plaży był jeszcze większy niż wśród klepaczy na wydmach, którzy widząc poruszenie wśród muszkieterów nawet się zaczęli w większej liczbie schodzić Smile

Muszkieterowie byli zaszachowani dokumentnie. Ponieważ mną również już zaczęły targać niestrawności złapałem ich za łokcie i oczami pokazałem na morze.

Zrozumieli w lot moje intencje. Morze to była ostatnia deska ratunku.

Olbrzymia dawka nadziei wpłynęła w ich umysły. Jakby skrzydeł dostali wyruszyli pomiędzy parasolami za mną w kierunku wody. Z kroku na krok coraz bardziej ściskali swoje biedne pośladki żeby nie narobić dantejskich scen na plaży. Scen, z których nigdy nie udałoby się im wytłumaczyć. Dwadzieścia metrów, piętnaście, dziesięć, odległość od wody malała z każdą sekundą. Ostatkiem sił dotarli do morza. Nie było już czasu szukać ustronnego miejsca. Pokazałem oczami sporą sześćdziesięcioosobową grupkę „walczącą na morzu” i ruszyłem w stronę tego tłumku pragnąc się po prostu za nim schować przed wzrokiem ludzi z plaży. Z każdym krokiem zwiększała się głębokość wody a więc i robiło się dyskretniej. Mam dłuższe nogi od muszkieterów więc dotarłem dalej od nich. Kiedy znalazłem się za ostatnim pierścieniem klepaczy czekających aż ich uprzejma Niemka obsłuży w środku tego ścisku, nieco przykucnąłem w wodzie do pasa i ulżyłem sobie dosłownie w ostatniej sekundzie.

Och, co za ulga. Zabulgotało pode mną, zawirowało, poczułem nawet jakieś dziwnie ciepłe prądy i po jednym wyjątkowo wielkim strzale ustąpiły bóle brzucha oraz wszelkie inne dolegliwości. Świat znowu odzyskał kolory a ekscelencja chęć do życia. To była niewysłowiona ulga i niewysłowiona radość, że świat jest aż tak piękny. Delektowałem się tym doznaniem całe dwie sekundy i zastanawiałem głęboko nad tym czy jest w ogóle możliwe aby czuć się lepiej niż wówczas, kiedy nastąpiło coś… coś czego nigdy w życiu bym się nie spodziewał. Nie tak szybko oczywiście…

Otóż mój klocek wypłynął. Tak to była prawda. Przykro mi o tym teraz pisać ale naprawdę nastąpiło to o jakąś minutę przedwcześnie. Miało być pięknie, z opóźnionym zapłonem, a wyszło w sumie tak jak jehowej – zakończyło się w bardzo niemiły dla mnie sposób . Sytuacja nie była z tych zręcznych, bo wokół mnie rozszerzał się z każdą sekundą pierścień… no właśnie… pierścień czegoś, czego nie można opisać. Ja nie wiem co to było ale było wszędzie. To było jak plankton lub ławica jakichś mikroorganizmów normalnie.

No i rosło rozlewając się po coraz większej powierzchni. Nigdy bym nawet nie przypuszczał jak duży obszar może skazić pół stosunkowo niewielkiej puszki.

Nikt z całego tłumku klepaczy o niczym jeszcze nie wiedział, bo byli zajęci sobą po prostu i to była dobra wiadomość ale wiedziałem, że to kwestia sekund kiedy sytuacja się zmieni, bo fale spychały to coś prosto w stronę bitwy odbywającej się na morzu. Wyprostowałem się na czubkach palców aby nie nabrać tego na klatę i zacząłem powoli iść w stronę brzegu mając małą, malutką nadzieję, że mi się to uda zanim się ktoś zorientuje co zaszło.

No i nie udało się.

Kiedy byłem pół metra za ostatnim kręgiem klepaczy jakaś fala zarzuciła co nieco na plecy klęczącej w wodzie Niemki. Coś spłynęło jej po ramionach, coś przykleiło się do mokrych włosów i nawet nie pytajcie co to było, bo nie wiem. To mogło być cokolwiek, kawałek fasoli, fragment parówki lub tego kleju do mięsa. Czując coś na plecach Niemka odruchowo to strąciła ale efekt był taki że pobrudziła sobie rękę. Była podniecona, to prawda i być może nie zwróciła by na to większej uwagi gdyby… no właśnie. To był ten moment kiedy cały tłumek stojący w czterdziestostopniowym upale nagle ogarnął potworny odór pochodzący z klocka. Ktoś się sprężył, ktoś napiął, ktoś skrzywił, ktoś zaczął kaszleć a odór po prostu był zniewalający. Był to odór z tych nie budzących cienia wątpliwości. Wszystko stało się dla wszystkich jasne z wyjątkiem jednej rzeczy – kto to zrobił?

Kto to zrobił? – to było pytanie dnia jakie zgromadzeni zadawali je sobie na drodze telepatycznej.

Jak tylko padały na mnie przenikliwe spojrzenia odgrywałem rolę życia – człowieka który najbardziej na świecie potrafi pokazywać pytające spojrzenia. Od tej roli zależało niewątpliwie moje życie więc jak tylko dostrzegłem obmywającego się nieco na uboczu rudzielca to jego pokazałem tym wszystkim pytającym oczom. Do rudego, bardzo szybko udała się spora komisja a ja w tym czasie dryfowałem w stronę brzegu. Moim oczom niestety nie umknął widok drastycznych scen, kiedy ktoś nie wytrzymał i puścił pawia na głowę Niemki. Gdyby to nie było moje ja zapewne też bym puścił bo odór był po prostu nieznośny. Ktoś bez węchu chyba stanął w jej obronie i wkrótce bitwa na morzu weszła w zupełnie inny wymiar. Ktoś krzyczał, ktoś rzygał, ktoś nawet dostał z liścia. Większość jednakże, tak jak ja, usiłowała wydostać się po prostu na brzeg jak ci biedni Anglicy osaczeni pod Dunkierką, no ale… no właśnie.

Drogę odwrotu odcinały dwa kolejne bąble czegoś na środku czego stali obydwaj muszkieterowie. Stali uśmiechnięci głupawo, jak najszczęśliwsi ludzie na świecie, i co gorsza… ponownie ni z gruchy ni z pietruchy nagle odezwali się do mnie przywołując mnie do siebie głośno i machając do mnie rękami.

Wędrujący w stronę brzegu za mną tłumek klepaczy spojrzał na nich, na bąble, na mnie, potem znowu na bąble i… niestety skumał, że to była zorganizowana dywersja.

Cholerni muszkieterowie zniszczyli mi po raz drugi mój doskonały plan wówczas, bo tak szybko jak wtedy nie uciekałem jeszcze nigdy. Dopadłem ich na pełnym gazie i wrzeszcząc: – Chodu! - pogoniłem ich w stronę brzegu. Ten wściekły tłum za nami tylko przez chwilę się wahał czy się obmyć czy nas ścigać a potem się… obmył i nas zaczął ścigać.

Udało nam się jedynie zgarnąć co ważniejszy dobytek z piasku i porzucając ręczniki w cholerę co sił w nogach pognaliśmy jak najdalej od tych agresywnych ludzi z Niemiec. Miałem nadzieję, że jak dotrzemy do plaży tekstylnych to klepacze sobie odpuszczą ale nie odpuścili. Sytuacja była nieciekawa, bo zaraz za plażą tekstylnych było tekstylne miasteczko więc tam miałem nadzieję pościg się skończy bo klepacze sobie odpuszczą. Ale nie odpuścili.

Wtargnęliśmy na golasa do miasteczka robiąc niezłą sensację na parkingach aż się zainteresowali żandarmi na konikach szukający na co dzień zboczeńców i pedofilów po krzakach i zaroślach. Żandarmi chcieli nas pewnie zatrzymać i wylegitymować no ale tłum klepaczy biegnący za nami po prostu wystraszył ich swoja ilością i pojęcia nie mam jak im się udało zawrócić z powrotem na wydmy skoro nie mają biegu wstecznego w tych swoich konikach. Kolejna zagadka wszechświata.

Biegnąc z gołymi dupami minęliśmy mój samochód tak ciasno przyblokowany przez sąsiednie auta, że zero szans aby na raz nim stamtąd wyjechać, potem minęliśmy auto Większego – podobna sytuacja, aż w końcu dopadliśmy stojącego najbliżej centrum samochodu Małego. Mały odpalił i na wstecznym uciekliśmy łamiąc w panice ze dwa boczne lusterka w autach stojących obok. Najważniejsze jednak, że udało nam się uciec, bo niechybnie było by po nas. I tylko dzięki Małemu, któremu za pierwszym razem odpalił samochód, zespół naukowców uniknął linczu, jaki mu zaplanował tłum klepaczy z całej Europy i Północnej Afryki.

Za miasteczkiem wsiąknęliśmy głęboko w plantacji winogron i dopiero tam mogliśmy wyjść bezpiecznie z auta i wyrównać oddechy. O kuźwa ten przypadek z casuletem jest do dziś na mojej top 3 liście największych przypałów jakie zrobiłem w życiu. U muszkieterów było to top jeden, bo jak tylko wyleźliśmy z samochodu to się z pół godziny tarzaliśmy ze śmiechu na glebie. Zresztą do dziś dupa ze śmiechu mi się odrywa jak tylko sobie przypomnę tę akcję na morzu. To było COŚ NIEPOWTARZALNEGO.

W sumie nie udało mi się naprawić świata ale no cóż… w końcu jehowa również wymiękła tak więc nie mam sobie za dużo do zarzucenia. I jedyną tezą, jaką udało się w tej mini ekspedycji naukowcom udowodnić jest taki oto matematyczny aksjomat:

Tych Zasranych Niemców Nie Da Się Nauczyć Romantyzmu Smile

Mały swoim samochodem dopiero nocą nas podwiózł do naszych samochodów i po odpaleniu ich wyruszyliśmy w drogę powrotną.

Oni z mocnym postanowieniem „Jeszcze tu kiedyś wrócimy – kiedy sprawa nieco ucichnie a nasze rysopisy zatrą się w ludzkiej niepamięci :-)” a ja szczęśliwy, że zespół naukowców znowu ma chęci do pracy przy piramidzie.

Po powrocie z nową łopatą a nawet kilofem, jakie udało się sprywatyzować podczas gościnnej wizyty naukowców na jakiejś przydrożnej, najwyraźniej porzuconej budowie, muszkieterowie dziarsko ruszyli w kierunku piramidy. Sprawiający tyle problemów potoczek udało się pokonać tym razem bezproblemowo i w jakąś godzinkę byliśmy z narzędziami i świeżym pieczywem na miejscu.

Czekała tam na nas jednakże spora niespodzianka. Otóż kilka sporych deszczów, jakie musiały wystąpić podczas naszej nieobecności sprawiło, że kamienie i błoto, które doszczętnie zasypały naszą drogocenną dziurę w ziemi, tak jakby się zapadły na jakieś trzydzieści centymetrów.

Nie tyle jednak zapadnięcie ziemi było zdumiewające, co wystający bezwstydnie z zapadliska trzonek od naszej starej łopaty.

- Ach to tu jest pier*olona. – jęknął Mały – No patrzcie ludzie… - dodał kontrolnie kopiąc w trzonek.

Trzonek nawet nie drgnął.

- Ku*wa a my po całej dolinie jej szukali jak idioci … - dodał Większy w zamyśleniu.

- To znak, panowie. – powiedziałem.

- Znak?

- Jak nic, jest to dobry znak i to samej opatrzności. – stwierdziłem. – Znacie legendę o mieczu zatopionym w skale?

Spojrzeli jedynie po sobie.

- Jak nie znacie, no to posłuchajcie. Ten otworzy piramidę kto jest godny i wyciągnie łopatę. – podałem im skróconą wersję.

- I to koniec? – zdziwił się Większy. - A co z mieczem?

- Z mieczem wiadomo – kto mieczem wojuje od miecza ginie.

- Aha.

- Dobra to tyle legend a teraz zagrajmy w papier i nożyce to zobaczymy kto wygra łopatę i kamień.

Wygrał oczywiście Mały ale jedyne czego dokonał to tak się zastękał ciągnąc trzonek że mu żyłki powychodziły na szyi.

Większy także nie dał rady.

Ja natomiast nawet nie próbowałem wiedząc, że co dwie pary rąk to nie jedna a tej mojej pary i tak mi jest najbardziej szkoda. Zamiast więc robić jeszcze większe zamieszanie przy łopacie pokrzepiałem ich za to nieustannie ciepłymi słowami.

- No co jest panowie? Osłabliście na urlopie? Nie do wiary jakie z was mięczaki. Taka mała łopatka i tacy duzi chłopcy. No do rana tu będziemy stali? No jeszcze raz, na pewno dacie radę. Trzeba tylko zrobić – yyyyyyyy Smile

- Nie da rady. – stwierdzili po kilku minutach bezowocnej walki.

- Szkoda. – stwierdziłem otwierając każdemu po piwie. - Bo co dwie łopaty to nie jedna… Ale dobra, zaczniemy dziobać nową dziurę obok to kto wie może uda nam się czegoś tu jednak dokonać. Tamte miejsce opatrzność najwyraźniej postanowiła zapieczętować dla kogoś kto będzie bardziej godny.

Ponieważ zapasy piwa i całej reszty już były na miejsce przetransportowane poprzednim razem – obecnie całą trójką pracowaliśmy wyłącznie nad zrobieniem nowej dziury. W tym celu przesunęliśmy stanowisko archeologiczne jakiś metr poniżej tamtego historycznego otworu. W pobliże stanowiska przesunęliśmy też worek z piwem i nasze barłogi. Jeden muszkieter dziobał kilofem, drugi wydobywał urobek nową łopatą a trzeci stygł spożywając piwo. Taki się wypracował system zmianowy i praca nawet bez petard szła tym razem o wiele szybciej.

Po dwóch dniach takiego właśnie dziobania mieliśmy już sprawiedliwą dziurę na głębokość człowieka.

Trzeciego dnia w samo południe trafiliśmy na twarde.

Tada.

Kilof nie dawał już rady. Próbował to twarde podziobać każdy – jednak z wyjątkiem nieprzyjemnego wibrowania jakie szło po trzonku w stronę stawów, nie udało się niczego wydobyć. Oczyściliśmy dziurę z drobnicy i zaczęliśmy poszerzać otwór.

Resztę czwartego i cały piąty dzień walczyliśmy aby odsłonić jak najwięcej twardego – kiedy było już odkopane na dnie dobre dwa metry kwadratowe dla pewności jeszcze obmyliśmy dno przy pomocy kanistra wody po czym jednogłośnie stwierdziliśmy całym naukowym zespołem że… ekspedycja dobiegła końca.

Wszystkie znaki na niebie i zwłaszcza ziemi wskazują, że piramida jest dziełem Matki Natury – to jest wniosek końcowy ale poszukiwacze skarbów w żadnym bądź razie nie powinni się czuć rozczarowani. Pionierska ekspedycja bacy bowiem umieściła dla podążających jej śladem skarb w pobliżu szczytu piramidy. Prawdziwy skarb dodajmy w tym momencie. Jest to dwanaście bezcennych naczyń wykonanych z czystego i bardzo rzadkiego kruszcu. Tak, tak, moi mili to nie są nic nie warte wazony lub jakieś bezwartościowe skorupy, lecz są to uwaga, uwaga, najprawdziwsze, nierdzewne naczynia z Epoki Aluminium – no przepięknie wręcz zdobione przez mistrzów z Epoki misternym wizerunkiem żubra. Skarb jest oczywiście zabezpieczony przed wpływem warunków atmosferycznych i zakusami rabusiów grubą żółta folią z ostrzegawczym napisem „biedronka”.

Do drugiej dziury zagarnęliśmy trochę butelek i trochę urobku ustawiając w niej drugą łopatę wcześniej. Piramida została więc zapieczętowana przez naszą ekspedycję ogółem dwoma łopatami. Otworzy ją tylko godny tego rycerz o nieskalanym sercu.

I sporej parze w łapach.

Być może to będzie Galahad, być może król Artur, a być może sir Marian albo czy ja wiem milord Szczepan – nie wiadomo kto szlachetnie urodzony okaże się godzien dokonać tego zadania w przyszłości. To możesz być i ty człowieku.

Naukowy aspekt ekspedycji został zatem zakończony, a ponieważ muszkieterowie posiadali jeszcze około dwóch tygodni wolnych mocy przerobowych i nadal wykazywali chęć do wzbogacenia się odpalony został Plan B, czyli:

Korupcja

- Słyszeliście o korupcji? – zapytałem kiedy z resztką piwa powróciliśmy do samochodów.

- Hę? – odparł Mały patrząc na mnie ciekawie.

- Żeby zarobić jakieś pieniądze najprostszym sposobem jest dać się skorumpować czyli… wziąć pieniądze. Tak robią wszyscy. Biorą prawnicy, biorą politycy, biorą lekarze, bierze policja, a nawet pan Marian z portierni coś tam zawsze wyszarpie. Zjawisko jest tak powszechne, że nawet i straszne ale tylko do momentu, kiedy to my nie zaczniemy brać pieniędzy, bo kiedy zaczniemy powróci idealna równowaga w temacie, prawda? Entropia wszechświata nie zostanie wówczas zachwiana i nie wystąpią u nas problemy na przykład w temacie krzywdy. Wystarczy zatem nieco się skorumpować i… to wszystko, luzik.

- No dobra, tylko jak?

- Trzeba po prostu pojechać tam gdzie jest dużo… pieniędzy… no i je wziąć. Do ręki, jeśli chodzi o ścisłość. Ciężka sprawa w tym zachodnim, okupowanym i niemal bezgotówkowym świecie ale… nie jest niewykonalna. Paliwa mamy do oporu więc możemy jechać naprawdę w sporą trasę… więc jedźmy zamiast gadać.

Pojechaliśmy.

Kiedy dotarliśmy do celu nieco oświeciłem muszkieterów.

- Więc tak. To jest centrum handlowe ale nie takie zwyczajne. Ono jest na pograniczu trzech państw. I tak jak podobne centra w na przykład miejscowościach turystyczno wypoczynkowych ma jedną, niepowtarzalną zaletę. Zgadnijcie jaką?

- Turystów? – bąknął Większy.

- No właśnie. – przyznałem mu rację. – Nasza rola to udawać przyjezdnych i zarzucić haczyk. Jak przynęta weźmie, gwarantuję wam, że nam się to opłaci. Wejdziemy teraz do sklepu udając… czyli nie udając przyjezdnych bo co jak co ale nie jesteśmy tutejsi a kupimy sobie byle co, na przykład po browarku.

Tak zrobiliśmy i kiedy każdy zabrał pod pachę po żubropodobnym czteropaku ustawiliśmy się grzecznie w kolejce do kasy. Kiedy nadeszła nasza pora, ja zapłaciłem i nic. Zapłacił Mały – nic. Zapłacił Większy – również nic.

- Nie martwimy się tylko obalamy po browarku... – pocieszyłem muszkieterów na parkingu. – I zanosimy resztę do samochodów. Potem wracamy powtórzyć eksperyment.

Wypiliśmy, wróciliśmy, powtórzyliśmy ale już w innej kasie i ponownie ja zapłaciłem, Mały zapłacił ale kiedy płacił Większy rybka połknęła w końcu haczyk. Dał kasjerce pięć euro regulując za kolejny browarek a ona mu wydała resztę – jak najbardziej - oraz paragon że… on niby dał jej stówkę.

- Oho, czy ty widzisz ten pargon? – zapytałem go i zwróciłem się do kasjerki. – Madam, tu trzeba jeszcze 95 euro wypłacić mojemu koledze wynika. – pokazałem jej rachunek i resztę, którą nadal Większy trzymał w garści. Za małą resztę, bo tylko z pięciu Smile

Ona się spociła ale zaraz się zreflektowała i powiedziała że jest ok, bo Większy zapłacił jej piątakiem. On głupio jej nawet przytaknął ale trąciłem go pod żebro żeby nie mówił już niczego więcej i jej na to, że skoro to tak to należy to także potwierdzić w formie paragonu. Ona więc wzięła paragon, poprawiła go długopisem i jeszcze się pod nim podpisała żeby zamknąć sprawę.

He he, sprawa dopiero nabrała właściwego biegu, ponieważ zakomunikowałem jej że jak nie będzie tu zaraz 95 euro reszty albo normalnego paragonu ale z pięcioma euro no to będziemy sobie rozmawiać z jej przełożonymi. Ona w zaparte, no więc nakłoniłem ją do wzięcia telefonu i wezwania kierownika. Kierownik przybył, po drodze przybrał kształt tłustej jak kwintal smalcu kierowniczki, wysłuchał problemów i… też stwierdził że jest ok, bo paragon jest już skorygowany a wszystko jest w najlepszym porządku. Gruba była tak przekonywująca, że nawet muszkieterowie zwątpili. Moja ekscelencja jednak nigdy nie daje się spławić byle czym i zażądała wizyty ochrony. Ochrona przybyła wysłuchała wszystkich po kolei po czym stwierdziła, że wszystko jest ok. Muszkieterowie już chcieli nawet ze sklepu wychodzić, z takim przekonaniem przemawiał ochroniarz, ale ich zatrzymałem mówiąc, że to tylko psychologiczna lipa i opinia ochroniarzy nie świadczy że wszystko jest ok, tylko o tym, że oni też w tym siedzą i to po same uszy. Muszkieterowie więc zaczekali a ja zakomunikowałem ochroniarzowi, że jak się tu zaraz nie znajdzie zagubione przez nas 500 euro to niestety ale trzeba będzie wezwać policję fiskalną, która może mieć inną opinię na temat tej sytuacji zaistniałej z naszym paragonem a zwłaszcza tą częścią gdzie jest autograf pani od kasy. Poproszono nas więc do jakiejś kanciapy i tam pozostawiono. Po pięciu minutach pojawił się ochroniarz z kopertą. Zajrzałem – było czerwone w środku.

- I jak. – zapytał z ciekawością Mały obserwując moja twarz, która obserwowała wnętrze koperty.

- Cieszymy się. – sparafrazowałem Pulp Fiction i wychodząc z kanciapy złożyłem całej ochronie życzenia miłego dnia.

- Kuźwa ale co tu się właściwie stało. – już przy samochodzie zapytał Większy. – Myślałem już, że nas obiją normalnie w tej kanciapie i że poszli w tym celu po posiłki a tu, proszę bardzo… tyle kasy.

- Korupcja, człowieku. Korupcja to jest naprawdę straszna sprawa i nawet jakaś ważna komisja europejska nie wie jak sobie z nią poradzić. Bo widzisz, tutejsze kasjerki są dymane i wykorzystywane przez Auchany zupełnie jak u nas – muszą pracować w pampersach, najniższa krajowa, śmieciowe umowy i tak dalej. Tak więc orają kobity jak mogą aby się odpłacić globalistom. Te 95 euro zostało zaksięgowane w kasie i reszta miała po prostu popłynąć do jej kieszeni, rozumiesz?

- Ale przecież nie wpłaciłem setki?

- A jakie to ma znaczenie? Kasa „wpisała” i to wystarczy – myślisz, że to jest jakiś problem żeby kasjerka włożyła do niej swoją setkę na przykład z drukarki? To naprawdę żaden kłopot, rozumiesz już jak to działa?

- Chyba tak… ale kierownictwo no i ochrona…?

- Kierownictwo i ochrona także w tym siedzą – cały personel robi globalistów w bambuko jak to tylko możliwe. To nie złodzieje sklepowi są utrapieniem właścicieli sklepów ale… personel i ochrona bo to oni są najbardziej zniewoleni Smile Ogólnie mówiąc to jest całkiem spory łańcuch pokarmowy i naszą rolą jest generalnie… ulokować się możliwie wysoko, dobrze? Bo jak uda nam się wcisnąć do tego łańcucha wysoko to i wysoka będzie premia za naszą aktywność. – pomachałem mu przed oczami nowiutką pięćsetką. – Taki pieniążek potrafi osłodzić popołudnie, nieprawdaż? Gdyby kasjerka była rezolutniejsza i nie dopuściła nas na wyższy level łańcucha pokarmowego, to w najgorszym razie otrzymalibyśmy 95 euro. A tyle to też się wziąć przecież opłaci i chyba warto się schylić?

- Warto. – westchnął Mały chowając pięćsetkę, którą mu podałem. – Korupcja jest… nie taka zła, jak opowiadają ci wszyscy ludzie…

- Co teraz? – zapytał Większy.

- Teraz zrobimy sobie Tour de France naszym śmiesznym kuligiem i objedziemy wszystkie co ciekawsze centra handlowe w co ciekawszych miejscach pełnych przyjezdnych lemingów, dobrze?

- Doskonale!

I tak właśnie zrobiliśmy. Pod koniec tourne każdemu wyszło (oprócz tego co z Polski przywiózł) ekstra 2750 euro na głowę i muszkieterowie byli nawet bardziej niż zadowoleni z ekspedycji.

I to już jest prawie koniec tej pełnej przygód i wzbudzającej dreszcz emocji opowieści.

Małego widziano po raz ostatni jak siodła volkswagena, wciska kapelusz na oczy i odjeżdża w stronę zachodzącego słońca. Z takim zapasem energii witalnej i żywotności jakie posiada ten mały człowiek, coś mi mówi wewnętrznie, że świat jeszcze o nim usłyszy. Na pewno.

 

Większy również odjechał ale w stronę wschodzącego słońca, zabawić się z żonką i wkurzyć przy dzieciach.

Baca tymczasem nadal krąży to tu to tam – jest jak fantom, przenika wszędzie, ulatnia się jak duch i pozostawia za sobą jedynie smutek, płacz i zgrzytanie zębów. Ostatnio widziano go w Maastricht. Globaliści z tamtejszego media marketu nadal jeszcze nie mogą dojść do ładu z laptopami, nie wiedzą który jest dobry, który niesprawny i ile ich jeszcze w ogóle mają...

I to jest już naprawdę

 

HAPPY END

tej opowieści napisanej specjalnie dla fanów innegomedium.

PS. Aha, zapomniałbym o najważniejszym Smile

 

Miejscowość leżąca przy piramidzie nazywa się San Martin Vesubie (wskazówka) i aby odkryć piramidę należy poskładać do kupy wszystkie wskazówki ukryte w tekście, następnie podążyć szlakiem pionierskiej ekspedycji bacy no i na sam koniec z twarzą skierowaną centralnie na południe stanąć na Punkcie Z Którego Widać.

Z tego właśnie punktu widać to co w tytułowej ilustracji. Gdyby ktoś chciał pójść na łatwiznę i sobie to wygooglować – uprzedzam – samochodzik wujka googla był tam w nieodpowiedniej porze – był pod Słońce i piramidy prawie w wujku googlu w związku z tym nie widać. Jest tam tylko taki niewyraźny  i niemal niewidoczny zarys. Wujek baca natomiast był o dużo lepszej porze i ma dużo lepsze zdjęcie – te właśnie tytułowe.

 

PSS Z ostatniej chwili – jako że w tym roku odbędzie się kolejna doroczna krucjata bacy – ogłasza się nabór na stanowisko Indiany Jonesa. Jest praca ludziska przy poszukiwaniu skarbów dla jednej, wyjątkowej osoby.

 

Wymagania – generalnie takie same jak podczas poprzedniej ekspedycji (pełna niezależność finansowo – motoryzacyjna) ale bez nacisku na wytrzymałość kondycyjną i posiadanie nałogów. Tym razem w zupełności wystarczy bowiem umiejętność posiadania słowiańskiej fantazji oraz… wspinania się po linie na wysokość trzech czterech no może pięciu pięter Smile

 

Dane osobowe mnie nie interesują ani doświadczenie w alkoholizmie ale wyraźne foto twarzy z kolorem oczu włącznie jest wymagane w celach rekrutacyjno podjuszkobójczych – preferowani będą na to stanowisko oczywiście kandydaci o Słowniańsko Aryjskich obliczach – a błękitne oczy wojownika to okoliczność bardzo dobrze dla kandydatów rokująca.

 

Cel ekspedycji – wiadomo – jest to dokładnie to samo co robi zawsze Indiana Jones – infiltracja pełnego nazistów i kolaborantów średniowiecznego zamku i zabezpieczenie/uratowanie z rąk niegodziwców znajdujących się tam artefaktów.

 

Artefaktów jest dwóch i są one absolutnie niepodzielne, a zatem Indianów Jonesów także musi być dwóch i ani jednego więcej – zupełnie jak Harrison Ford i Sean Connery – analogia jest wręcz idealna i lepszej nie uda się już nawet osiągnąć podczas tej ekspedycji.

 

Jeśli więc uważasz człowieku, że posiadasz zadatki na Indianę Jonesa i zdołasz się wspiąć na zamkowe mury przy pomocy liny – śmiało szykuj się na krucjatę, która odbędzie się we wrześniu lub październiku… gdzieś na terenach okupowanych Smile

 

Sukces jest oczywiście niepewny. Psychopatyczna przygoda jest tylko gwarantowana, (w tym garść brutalnych bacowych testów na okoliczności, o jakich jeszcze nie masz nawet pojęcia) no i spora dawka adrenaliny również – to także jedyny pewnik na jaki lepiej się już teraz przygotuj potencjalny kandydacie na Indianę Jonesa.

 

Zgłoszenia zasyłajcie wyłącznie na maila – termin końcowy zgłoszeń jest do końca czerwca – płeć totalnie jest nieistotna, a po tym artykule który właśnie skończyliście czytać i tak doskonale wiecie, że żadna lipa, nawet najmniejsza ściema na ekspedycji organizowanej przez bacę nie przejdzie. Nawet więc nie próbujcie trolować mi skrzynki zdjęciami kolegów z siłowni lub czymś takim, bo i tak na tę krucjatę nie pojadą osoby się nie nadające ze względów psychicznych – zapraszam wyłącznie tych, którzy już się doskonale orientują w tym co ich może na miejscu czekać… a czekać ich będą no cóż… brutalne i nie do oszukania testy – i dopiero po ich przejściu odbędzie się właściwa ekspedycja w kierunku artefaktów.

 

Szału tym razem nie ma, ewentualne bunty nawet nie mają znaczenia, bo nie wchodzą po prostu w jednodniowej akcji w rachubę, terminy napięte również nie są i w związku z tym nawet jak nikt się nie okaże godny w najbliższych tygodniach – tragedii żadnej nie będzie i baca nawet w pojedynkę tę ekspedycję sobie wykona i zagarnie obydwa artefakty. Albo nie zagarnie, zobaczymy. Nic się nie dzieje powtarzam i nie ma paniki lub powodu do organizowania łapanki na internecie. Tylko i wyłącznie ludzie niezależni pod każdym jednym względem, z nadmiarem wolnego czasu i niedoborem przygód powinni się zgłaszać. Żadni narwańcy lub koczownicy tym razem także absolutnie nie przejdą. Wyłącznie ludzie spełniający wymagania i posiadający nieograniczoną ilość czasu wolnego we wrześniu i październiku – z którego to czasu wykroi się na potrzeby ekspedycji około tygodnia.

Pozdrowienia, powodzenia.

 

 

Ocena: 

Nie ma jeszcze ocen
loading...

Komentarze

Portret użytkownika Laura

Pierwsza część mnie

Pierwsza część mnie rozbawiła, w drugiej znalazłam kilka zabawnych wątków, trzecia mnie zniesmaczyła...dobrze, że nie ma czwartej ))) autor oczywiście lojalnie ostrzegał, ale to taka literacka kokieteria, żeby nie powiedzieć manipulacja ))) autor też chyba zapomniał, że na ten portal zaglądają również bardziej wymagający czytelnicy, a trzecia część całej tej historii niestety razi jednym, jedynym brakiem.....i jest to fundamentalny brak....brak klasy. Nadal jednak będę czytać twoje komentarze i artykuły, bo wśród tego całego chłamu można w nich znaleźć prawdziwe perełki poczucia humoru, błykotliwego kojarzenia faktów i niezaprzeczalnego talentu literackiego, więc nie martw się za bardzo )))))
 
 

Głosuj przeciw
-44
Portret użytkownika baca

spoko Laura... ale zauważ, że

spoko Laura... ale zauważ, że nikt tam nie nazbierał psychopatów na tę psychopatyczną ekspedycję po to, aby kogokolwiek i gdziekolwiek rozbawiać... - cel był jeden - nadrzędny - olać Talibów, koniec świata, armageddon, apokalipsę św Jana, koczowników, tsunami, podjuszkę, trzęsienie ziemi, inwazję szarków no i...?
no i choćby nie wiem co - wyjaśnić sprawę piramidy i ten właśnie cel uświęcał środki...
to na bank nie była wycieczka w celach rozrywkowych i uwierz wcale nie chciałem pisać o tym relacji - ale kilkanaście osób wciąż się dopytywało... no to tyle co się dało się napisało - włącznie z namiarami na cel ekspedycji... żeby nie było psioczenia że baca w kulki leci, albo coś tam coś tam...
pozdrowionka Smile

Głosuj przeciw
-52
Portret użytkownika eRHea

To gdzie w końcu te auta

To gdzie w końcu te auta zostawiliście? W cape, czy w miejscowości obok? Jeśli w miejscowości obok, to znaczy, że klepacze, niemieckie dojarki i bawarscy piwosze gonili was plażą przez 10 km? Wow, nieźle musieliście im na..rać za koszule (albo staniki). Więc chłopcy nie pouchali ale kobiety widzieli.
Na przyszłość będą wiedzieć- strajku się nie robi, bo sie człowiek u..ra po pachy...

Głosuj przeciw
-60
Portret użytkownika baca

W miejscowosci obok na

W miejscowosci obok na literkę M...
czteropasmówką z A... do M... jest jakieś 10 kilometrów bo biegnie sobie ona nieco obwodnicowo. natomiast z M... do A... jest jakieś 3 kilometry krzakami z kamasza lub 2 km bezpośrednio plażą - wyjść można nią spokojnie kiedy tylko zechcesz, gorzej jest tamtędy wejść bo czasami pilnują jacyś nawiedzieni szeryfowie na konikach... więc się idzie krzakami... opłotkami...
pościg był w drugą stronę, no więc nie miał w praktyce wiecej jak 2 kilometry, bo autami podjechaliśmy w uliczki M... jak najbliżej wody się wolne miejsca do zaparkowania zdobyć udało - kilkaset metrów od plaży...
jak kojarzysz mapy google to sam zobacz jaka jest odległosć plażą a jaka głowną międzymiastową drogą
pozdro i nie wątp nigdy w bacę Smile

Strony

Skomentuj