O Błędy Einsteina

Kategorie: 

Źródło: internet

Dawno, dawno temu w pobliskiej galaktyce mądry co najmniej jak mistrz Joda pan Albert Einstein z III Rzeszy, usiadł na zydelku i napisał dla ubogich mieszkańców błękitnej planety ogólną teorię względności, która miała ich ubogacić, gdyż jak sama nazwa wskazuje miała teoretycznie zmienić ich życie pod tym względem ogólnie. Takie były skromne założenia lecz w rzeczywistości jej znaczenie przeszło wszelkie oczekiwania.

Praktyczny bowiem aspekt tej wspaniałej teorii okazał się tak gigantyczny dla ludzkości, że dosłownie cała współczesna nauka błękitnej planety opiera się na niej i to pomimo wyraźnych konfliktów wewnętrznych jakie zarysowały się jeszcze pomiędzy panem Einsteinem a panem Hitlerem. Ich wzajemne relacje były skomplikowane bardziej niż historie z ojcostwem w rodzinie lorda Vadera, bo chociaż obydwaj panowie byli obywatelami hitlerowskich Niemiec to żaden z nich nie był Niemcem albo Hitlerem. Nie mogli dojść do porozumienia również w kwestiach rasowych, bo pan Schickgruber z Austrii uporczywie podawał za Hitlera, a żyd pan Einstein za Niemca. I chociaż obydwaj  panowie stanowczo uważali, że pochodzą z narodu panów to nie każdy z nich był w stanie potwierdzić pochodzenia z wybranego narodu panów i nie każdy tym samym potrafił do końca zapanować nad tą drugą rasą panów, która aspirowała do rządzenia narodem panów. Słowem, jeden nie był w stanie uwolnić dość Mocy, a drugi gazu.

 

Lecz mimo to, dla galaktyki okazały się nieważne wewnętrzno - rasowe niemieckie problemy, ponieważ znakomita teoria pana Einsteina została w międzyczasie potwierdzona, kiedy śladami Luka Skajłokera do dzikiej Afryki wyruszyła trudna ekspedycja naukowa pod dowództwem lorda Eddingtona, która przemierzając bezkresne piaski mimo silnych poparzeń słonecznych dotarła po kilku latach wreszcie do celu i sfotografowała zaćmienie Słońca, po to aby udowodnić ugięcie światła pod wpływem grawitacji – co właśnie przewidywało ziemskie wcielenie Jody – pan Einstein z III Rzeszy. Gwoli ścisłości tragarze milorda równie dobrze mogli sfotografować sobie na tle Słońca kopulację afrykańskich słoni no ale wybrali Księżyc jako, że doszli do przekonania, że nieco lepiej dla nauki będzie kiedy to on zasłoni Słońce zamiast stada słoni co jest oczywiście nielogiczne, gdyż jak sama nazwa wskazuje, słoń znacznie lepiej nadaje się do zasłaniania. Lecz pomimo aż tak ogromnego spadku Mocy w poparzonej słońcem łepetynie lorda Eddingtona, ugięcie światła jednak na pustyni potwierdzono, tak więc teoria względności została udowodnionym fundamentem nauki na planecie Ziemia.

 

Po tym niebywałym sukcesie lord został adiutantem a potem kochankiem lorda Vadera, a sam Albert Einstein otrzymał tytuł człowieka stulecia, garść Nobli, królestwo wybranego narodu panów oraz rękę tłustej zamorskiej księżniczki. Wszyscy żyli długo, na bogato i szczęśliwie… pan Einstein w USA a pan Hitler w Argentynie…

 

Naród panów tymczasem, osierocony zarówno przez rasę panów jak i wybrany naród panów pozostawiony został na pastwę losu sam sobie ale na całe szczęście niedługo był on nieszczęśliwy, bo wkrótce nadeszła pomoc i tron w Niemczech objęła dzielna księżniczka Angela – sklonowana córka z pierwszego małżeństwa pana Schickgrubera. I to ona właśnie, sama w pojedynkę bohatersko uratowała wszystkich Niemców od choroby sierocej, albowiem widząc ich bezpańskie nieszczęście i niedolę, bez chwili wahania odważnie przyadoptowała im parę milionów braciszków i siostrzyczek z zupełnie innego świata - z którego pochodzą, odkryte przez poparzonego milorda, słonie… 

No i to tyle bajki. Ładna ona, taka wzruszająca aż się łezka w oku kręci, lecz no cóż… to wszystko są niestety tylko bzdury. Król jest nagi więc należy jego brednie też obnażyć. Einstein napisał – a właściwie przepisał - tak naprawdę jedynie brednie. Kretynizmy, które zacofały już o ponad stulecie cały świat pogrążając go na powrót w mrokach średniowiecza. Prawda bowiem jest zupełnie inna. Otóż, relatywistyczny Albert był oczywiście koczownikiem i przy pomocy swej teoretycznej względnościowej hucpy miał do wykonania bardzo proste i prastare koczownicze zadanie – nawet na cal niezmienne na przestrzeni wieków: zepchnąć zbyt oświeconą naukę w wiek ciemności, ludzkość zdepopulować, niedobitków zatruć fizycznie oraz przy okazji porobić nieodwracalne spustoszenia w najwartościowszych umysłach u tych którzy przetrwali. Tyle bowiem i aż tyle, można bez trudu zaobserwować z dokonań, jakie miały miejsce  w czasach po Einsteinie, a więc nie są to domysły lecz już potwierdzone fakty.

Zapowiedzi wynikające ze słynnego wzoru E = mc2 były, jak to rutynowo u koczowników, bardzo elegancko podane. Czegóż to nie miała mieć ta udręczona ludzkość? Same wspaniałości normalnie. Otóż, po uwolnieniu olbrzymiej ilości energii z materii o wadze paru gram miało się stać możliwe uniesienie w powietrze masy kilkuset tysięcy ton. Antygrawitacja pełną gębą. Poza tym miała być powszechnie dostępna darmowa energia, zerowe koszty paliwa, podróży, etc. Sama tylko energia elektryczna wytwarzana z rozszczepienia wiązań atomowych miała być tak tania, że pozbawione sensu stałoby się jej oszczędzanie oraz mierzenie licznikami – miała być bowiem niemal darmowa. Cena prądu elektrycznego według obliczeń ówczesnych naukowców miała oscylować w granicach 5 centów za megawat. Atomowe samochody natomiast, nie wymagające w ogóle tankowania, miały być już tylko wisienką na torcie. Zbudowano nawet ich prototypy aby ludziom ślina podeszła na język…

Jak widać  każde gówno koczowników jest bardzo starannie opakowane. Z historii wiadomo też, że faszyzm opakowali całkiem podobnie, komunizm, darwinizm, kapitalizm, kolonializm, katolicyzm, judaizm… Opakowali zatem  elegancko oczywiście również teorię względności. A lemingi? No cóż, lemingi jak zwykle łyknęły te gówno…

Jaki jest bowiem obecny stan rzeczy wynikły z otwarcia tego koczowniczego prezentu?

Prawda jest taka, że sam koszt uzyskania prądu elektrycznego z energii atomowej wynosi na dziś około 500 zeta za megawat, podczas kiedy koszt prądu z węgla to zaledwie 100 złotych. Poza tym spalony węgiel nie produkuje odpadów radioaktywnych tylko życiodajny dla roślin dwutlenek węgla bez którego one się zwyczajnie duszą. Nota bene im więcej w atmosferze jest dwutlenku węgla – tym oczywiście więcej jest szaty roślinnej na Ziemi czyli docelowo… tlenu – albowiem to tlen jest produktem końcowym – niezbędnym do życia dla człowieka. Koczownicy doskonale wiedzą o tym, że emisja dwutlenku węgla stymuluje szatę roślinną i dlatego właśnie dwutlenek węgla jest dla nich obecnie demonizowany niczym diabeł wcielony, gdyż za bardzo jest on życiodajny dla ludzkości. Jako bonus do przyjaznej, „taniej jądrowej energii” ludzkość otrzymała Czarnobyl, Fukishimę i kosztowne „inteligentne” liczniki energii elektrycznej, które nie są przecież na baterie i same z siebie żrą prądu więcej niż kasa fiskalna oraz zmuszają ludzi do upierdliwego użerania się z milionem niezrozumiałych kompletnie taryf w celu pozornego oszczędzania drogiej energii, na którą ich zwyczajnie nie stać.

Inteligentne liczniki to szerszy temat i warto parę głębszych przemyśleń załączyć. Otóż odczyt takiego licznika trwa z dziesięć minut, bo zamiast poznać od razu stan zużytych kilowatogodzin najpierw trzeba napieprzać sobie jałowo kwadrans guzikiem i poznawać kolejno: taryfę, datę, godzinę, stoper, horoskop, prognozę pogody, wiadomości… a potem należy dać palcom nieco odpocząć i postudiować oczami świecące guziko diody, bo zupełnie inna jest sytuacja jak świeci jeden czerwony guzik, drugi czerwony guzik, dwa czerwone guziki lub żaden guzik. Słowem, aby poznać ilość kilowatogodzin z inteligentnego licznika trzeba się naklikać jak na niemieckim Onecie, gdzie wyskakujących okienek Niemce umieściły już ze dwie setki dla zbyt ciekawych świata polskich internautów. Często już po odczycie inteligentnego licznika odczytywacza nagle ogarnia niewytłumaczalny lęk czy aby na pewno odczytane numerki są kilowatogodzinami – w tej sytuacji wykwalifikowany inkasent dla naszego bezpieczeństwa odczytuje licznik ponownie. Spluwa w dłonie, bierze wdech i napieprza ponownie guzikiem klikając namiętnie jak w okienka na Onecie. Data, stoper, taryfy, horoskop, prognoza pogody… potem czerwone diodo guziki i…?

I odczyt kilowatogodzin jest zupełnie inny niż za pierwszym podejściem. W tej sytuacji najlepiej jest zapalić papierosa i dokonać odczytu po raz trzeci, czyli… dwunasty. Ja mam bowiem cztery inteligentne liczniki (plus jeden głupi) więc wiem co mówię. Każdy licznik jest inteligentny i każdy jest inteligentny inaczej – w sensie że inny model dostawiany w innych latach. Jedne mają horoskop na dzień inne na miesiąc. W jednych przycisk jest przystosowany do palca, a w innych w miejscu guzika znajduje się jakiś ostry drut od plomby przystosowany do wbijania się pod paznokieć. Słowem, należy uważać, bo każdy licznik jest zupełnie odmienny i w każdym sekwencja napieprzania guzikiem również obowiązuje inna, gdyż w jednym należy to robić szybko jak telegrafista na tonącym statku, a w innym trzeba powoli naciskać w ochronnej rękawicy – i rozważyć każdy ruch spokojnie niczym zawodowy szachista. Jeden licznik natomiast – ten najnowszy - jest już tak inteligentny, że niczego w nim nie trzeba naciskać. Jest jak Samsung galaksy es siedem co najmniej o ile nie lepszy. Wystarczy go szturchnąć a wtedy on sam się naciska i wyświetla wszystkie potrzebne do życia informacje. On jest tak mądry, że po szturchnięciu zupełnie jak Windows 10 wychodzi z uśpienia i sam z siebie on się wówczas bardzo ładnie jak choinka oświetla. Ten licznik lubię najbardziej, bo jak on sobie tak sam z siebie klika, wyświetla i podświetla, to czyhający niecierpliwie na kilowatogodziny inkasent zawsze ale to zawsze da się licznikowi w jajco zrobić. He, he, jeszcze nigdy nie przegrałem żubra kiedy się sam ze sobą założyłem, że inkasent i tym razem nie odczyta najbardziej inteligentnego licznika. Inkasent jest bowiem tylko WSIOK-iem, czyli zwykłym magistrem po Wyższej Szkole Inteligentnego Odczytu Kilowatów a więc ma jedynie dyplom, refleks, długopis i kartkę papieru pod ręką, a licznik nie jest przecież magistrem – licznik jest profesorem wśród moich liczników. Refleks ma znacznie lepszy niż magister inkasent i kiedy migną kilowatogodziny i inkasent wbija w nie oczy, licznik robi cyk, prawdopodobnie łączy się z Internetem bo zaraz po cyknięciu przestawia się na horoskop.

 

Przyciemnia też podświetlenie i oślepia inkasenta czerwoną diodą żeby zniszczyć oczy magistra. Masakra. Efekt jest taki, że inkasent przedwcześnie się postarzał, a ja bawię się świetnie, bo zawsze wygrywam żubra i sam dokonuję bezbłędnych odczytów tego licznika. Mam na to prosty opracowany na Harwardzie sposób, którego wykładowcy nie uczą na krajowych wyższych uczelniach odczytu liczników – otóż biorę w rękę komórkę i cykam fotkę w tym ułamku sekundy między horoskopem a datą – kiedy na mgnienie oka sprytny licznik pokazuje kilowatogodziny. Licznik też wówczas mnie chyba nagrywa, bo się zapala czerwona dioda, ale nie dbam o to czy w Mosadzie ktoś widzi jak fotografuję ich licznik, bo przecież to nie jest zabronione w polskim prawie. To jest bardzo proste rozwiązanie i jednocześnie jakże niewykonalne dla magistra. Magister z uporem maniaka stara się nie tylko dostrzec niedoświetlone kilowatogodziny ale jeszcze zapamiętać ich siedmio lub ośmiocyfrową wartość – ech, niektórzy to naprawdę lubią się w życiu namęczyć bo jak się dobrze nie namęczą to nawet nie wiedzą że żyją… ale generalnie jestem dobrej myśli, bo mam już cztery inteligentne liczniki ale docelowo będzie ich siedem. Wówczas zabawa wejdzie na wyższy level. Póki co radości z licznikiem nie mam jedynie w garażu, gdzie sam sobie wstawiłem kupiony na alegro podlicznik. Jest on klasyczny, ma stary, dobry, obrotowy cyngwajs i aby go odczytać wystarczy przejść koło niego i rzucić okiem na cyferki, które nigdy nie gasną. Kiedy jestem w garażu i patrzę na mój prywatny licznik powraca mi chęć do życia ale z drugiej strony za słodko nie jest, bo w garażu dla równowagi mam inteligentną bramę do garażu.

 

Sama się uczy, programuje, oświetla, wykrywa dzieci, a ponieważ nie jestem dzieckiem na razie tylko trzy razy mnie do ziemi docisnęła i raz bagażnik mojego auta. Jest mądra ta brama ale tylko po szkodzie i stąd wie kiedy może to bezkarnie robić. Jest do niej załączona bardzo prosta dwustustronicowa instrukcja jej samokształcenia oraz wychowywania przez pierwsze najtrudniejsze lata młodości dopóki się nie wyszumi dostatecznie, no ale dopóki nie uda mi się znaleźć na mieście profesora od bram jakiegoś habilitowanego to żaden profesor zwyczajny nigdy nie da rady rozkminić tej bramy. Samodzielnie doczytałem jedynie do połowy podręcznika gdzie jest wskazówka jak znaleźć i nacisnąć reset który gasi jej młodzieńcze wybryki, lecz potem tekst stał się kompletnie niezrozumiały bo zbyt przepełniony fachową terminologią typu: schliesen, zwanzig und simering. To jest bowiem solidna, niemiecka brama tak więc doszedłem do wniosku, że trzeba do niej podejść po prostu jak hauptstumbanfuhrer gestapo do przesłuchiwanego więźnia. Brama póki co prawidłowo reaguje bowiem jedynie na kopy i silne uderzenia ręką – tylko wówczas nie popełnia błędów wychowawczych i słucha się poleceń. W ramach dobrej zabawy noszę się z uporczywą myślą aby tą bramą zacząć wpuszczać niespodziewających się niczego inkasentów. Być może, kto wie, jak któryś magister dostanie bramą w kark to zrobi w końcu profesurę na Uniwersytecie Dobrego Wychowywania Bram w Dortmundzie…

 

No i to byłoby na tyle taniej i przyjaznej energii elektrycznej rodem z teorii względności. A co tymczasem z Einsteinowską antygrawitacją? Hmm… z tych wszystkich masywnych ciężarów mających po ogólnej teorii względności, być gotowych do uniesienia w powietrze, póki co udało się sierotom po Einsteinie wynieść w atmosferę jedynie kilka tysięcy grzybów atomowych i umieścić tam miliony ton radioaktywnego pyłu, co wywołało na całym świecie trwającą od tamtej pory nieustanną epidemię nowotworów.

I chociaż Einstein ubawił się tym świetnie innej antygrawitacji niestety nadal nie ma – ale w tym przypadku dla otarcia łez, poczciwym lemingom wdrożono przynajmniej całkiem niekiepski zamiennik antygrawitacji – antysemityzm, nad którego powszechnym dostatkiem nieustannie czuwa jakaś liga od zniesławienia. Atomowych samochodów poruszających się bez tankowania oczywiście także nie ma ale tu na całe szczęście są przynajmniej atomowe okręty podwodne gotowe zawsze dostarczyć lemingom parę tysięcy nowych grzybków w dowolne miejsce na planecie. I to wszystko za darmo zupełnie bez tankowania. Poza tym są bomby atomowe, jest amunicja z radioaktywnego uranu, miliony ofiar chorób popromiennych, bla, bla, bla… No i to z grubsza tyle dobrodziejstw od dobrodzieja Einsteina jakie odczuły lemingi, które otworzyły pięknie zapakowane koczownicze gówno, które okazało się jak zawsze w przypadku pustynnych parchów, po prostu kolejną puszką Pandory - co jedynie kolejny raz potwierdza, że od czasów Starożytnego Egiptu koczownicy jedynie pięknie opakowane plagi sprowadzają na niespodziewającą się podstępu ludzkość.

Tyle otrzymały ubogacone koczowniczym prezentem nieświadome lemingi. A co odczuł na pozór świadomy świat nauki?

Świat nauki po prostu odpłynął w obszary logicznie ujemne. Takiego zatrucia najlepszych umysłów ludzkości, jakie zafundował Einstein nie było jeszcze nigdy wcześniej w dziejach. Obliczenia Einsteina były tak durne i pełne błędów, że napisano o tym już kilkadziesiąt jeśli nie kilkaset książek. Natomiast po ich poprawnym obliczeniu natychmiast okazało się, że wszechświatowi brakuje 95 procent… masy wszechświata wyliczonej przez człowieka stulecia. Wszechświat jednak nic o tym nie wie i w najlepsze sobie istnieje – masakra. Einstein aby tę grubą niezręczność jakoś wytłumaczyć przywalił ją majestatyczną górą kolejnych bredni ze słynna „stałą kosmologiczną” na czele urojeń. Powysnuwał też mnóstwo kolejnych poronionych teorii jakoby w różnych rejonach wszechświata obowiązywały różne prawa fizyki i takie tam idiotyzmy. Z najbardziej znanych obłędnych kierunków, jakie nadała ludzkości teoria względności jest oczywiście funkcjonująca wśród astrofizyków chora i niczym niepotwierdzona teoria wielkiego wybuchu. Teoria ta zakłada, że była sobie malutka cząstka, która widowiskowo wybuchła i dała początek wszechświatowi. Cząstka była mała, ściśnięta znacznie mocniej niż konto zduszone przez fiskusa no i bęc – eksplodowała sobie nie wytrzymując już dłużej tego ciśnienia. Biliony dolarów wyrzucono w błoto usiłując udowodnić to co jest z samego założenia nie do udowodnienia. Radioteleskopy wyniesiono nawet w kosmos aby odszukać tam ho, ho, ho, początków wielkiego wybuchu, który jak już doskonale wiadomo zaistniał jedynie w wypaczonym umyśle koczownika. W międzyczasie za kolejne biliony wybudowano akceleratory mające udowodnić, że gdzieś w środku atomów znajdują się cząstki mające rzekomo dawać materii masę – tak zwane boskie cząstki (bozony Higsa) – konieczne oczywiście aby lemingom wytłumaczyć coś co także jest niewytłumaczalne: czyli jak do cholery miało by być niby możliwe, aby po rozbiciu atomu na mniejsze cząstki znaleźć w nich coś co będzie o większej masie niż… początkowy atom? Na przykład o masie… wszechświata?

No jak coś tak głupiego jak powyższe założenie może być możliwe do zrealizowania?

Czy po rozbiciu filiżanki na drobne kawałki można znaleźć okruch o wadze większej niż filiżanka? Najlepiej o masie całej zastawy?

No właśnie, a skala poszukiwań naukowców od akceleratora poraża, bo szuka w pojedynczym atomie czegoś o masie wszystkich atomów – o masie wszechświata.

 Szuka się jednak tego co nie istnieje bardzo namiętnie, bo tylko takie coś jak boska cząstka mogłoby „wytłumaczyć” skąd się wzięła gigantyczna masa galaktyk, planet, komet i całej reszty kosmicznego inwentarza ściśnięta wcześniej rzekomo w małej cząstce – tej która rzekomo w wielkim wybuchu eksplodowała. Idiotyzm goni idiotyzm a prawda na temat kosmosu tymczasem jest banalna. Wszechświat wygląda tak jak… wygląda, zgodnie zresztą ze zdroworozsądkową słowiańską myślą, że koń jaki jest każdy widzi. Otóż materia w kosmosie nie bierze się ani z dupy ani z boskich cząstek ani urojeń koczownika tylko z czarnych dziur – w których rzecz jasna wcale nie obowiązują jakieś inne prawa fizyki, no bo niby dlaczego miałyby inne prawa w tym samym wszechświecie obowiązywać? Sieroty po Einsteinie typu Stephen Hawking bredzą jak potłuczeni jakoby czarne dziury wciągały do środka całą materię – w tym nawet światło – i nic się stamtąd nie mogło wydostać. To jednak tylko kolejna brednia, bo prawda jest taka, że to właśnie czarne dziury produkują materię konieczną do produkcji galaktyk. Produkują i na przekór Einsteinom i klakierom Hawkingom nieustannie ją w kosmos emitują w gigantycznych ilościach. Każda bowiem galaktyka posiada czarną dziurę w centrum i z tej czarnej dziury właśnie wydobywa się nieprzerwanie strumień potężnej energii, który zamienia się następnie w materię stanowiącą fundament dla gwiazd, planet, komet i całej reszty inwentarza. Są to olbrzymie ilości energii i to z czarnych dziur bierze się materia wszechświata. Każda galaktyka produkuje ją sobie na własną rękę. Żadnej osobliwej cząstki, która w wielkim wybuchu eksplodowała nigdy nie było, bo nawet nie było potrzeby jej bycia. Potrzebę jej bycia stworzył jedynie koczownik, który od zarania dziejów specjalizuje się w stwarzaniu problemów tam gdzie ich nie ma – po to oczywiście aby zepchnąć na boczny tor logiczne myślenie i aby przy okazji przedstawić się następnie jako… wybawca od owych problemów – których oczywiście nie było wcześniej.

Doskonałym tego przykładem są wszystkie koczownicze religie. Najpierw misjonarze idą do lemingów z dobrą nowiną obiecując na przykład kolesia który odpokutuje za jakieś cudze grzechy a zaraz potem roztaczają wizję wiecznej szczęśliwości w jakimś niebie i natychmiast pojawiają się nieistniejące wcześniej problemy: heretycy, niewierni, odszczepieńcy, niechrzczeni, no i oczywiście lekarstwo na te pseudo problemy: klątwy, inkwizycje, ofiarne stosy, wojny religijne – do których oczywiście to koczownicy najgłośniej biją w bębny wojny stojąc rutynowo w ostatnim szeregu.

Jak świat światem wszyscy, którzy obiecują niebo i życie wieczne, pragną po prostu ukraść ziemię i życie doczesne. Wiec nie dziwi wcale, że są to zawsze pozbawieni ziemi wygnani zewsząd oszukańczy, stepowi koczownicy. Nasze wcześniej szczęśliwe ziemie na przykład zarażono ponurą wizją niejakiego Jezusa, który nie nigdy nie istniał tak samo jak Maryja wieczna dziewica, jaszczurka Jehowa albo te turbo Mojżesze o nadprzyrodzonych możliwościach. I nie zaskakuje nikogo myślącego oczywisty fakt, że odkąd tylko Słowianie modlą się do Jezusa o jakieś życie pozagrobowe – nieustannie okradani są ze swojej własnej ziemi i perspektyw na dobre życie doczesne. Związek jest tu dla każdego myślącego oczywisty, bo przed tą jahwistyczną patologią Słowianie byli przecież szczęśliwi i nie musieli za cudze grzechy na kolanach w nieskończoność pokutować. Przed tą smętną erą to ich uważano za bogów i to do nich słano dziękczynne modły o wybawienie ze strony pogrążonej w niewolnictwie ludzkości. Przerażające jest widzieć jak bardzo najlichszym na planecie parchom Słowianie pozwolili się zdegradować. Praojczyzna Słowian od nastania chrześcijaństwa ciągle się kurczy bowiem i jest jej coraz mniej, zgodnie z zasadą „im więcej niebiańskiego słowa bożego tym mniej… doczesnej ziemi”. No ale łatwo(wierni) mimo to nadal modlą się jak opętani. Dlaczego? To proste, na przekór wszystkim znakom na niebie i ziemi modlą się jak opętani, gdyż są po prostu tym afrykańskim kultem… opętani. Już od chwili urodzenia odprawia się na nich jakieś afrykańskie woodoo o nazwie chrzciny i obsypuje okultystycznymi zaklęciami.

Sytuacja katolików jest zgoła absurdalna, bo jak ci wszyscy opętańcy jeszcze trochę tak się pomodlą to legenda Jezusa wkrótce przerośnie legendę Tarzana. Istnieje zresztą coraz mocniejsze podejrzenie, że jeden i drugi to był jeden i ten sam.

Dowodów na poprawność tej teorii jest po prostu mnóstwo.

Obydwaj pochodzą z baśni napisanych przez podludzi. Są więc oczywiście… turbo nadludźmi o niesłychanych wręcz możliwościach. Ha. Obydwaj doskonale rozumieli mowę afrykańskich małp. Obydwaj byli mocno pogniewani z fryzjerami. Obydwaj w dzieciństwie mieli przerwę w życiorysie. Obaj wychowali się w rodzinie zastępczej no i obydwaj mieli kompleks Edypa.

Dużo zadziwiających zbiegów okoliczności, nieprawdaż?

Jest ich znacznie więcej.

Żaden z nich nie pochodził z Austrii. Żaden nie handlował w świątyni. Żaden nie pracował w niedzielę. Ani w żaden inny dzień. Obydwaj lubili wino. Obydwaj jak Lufthansa przemieszczali się w powietrzu z tym że Jezus był jak Harier bo miał system pionowego startu, a Tarzan pikował wyjąc jak Messerschmitt. Obaj mieli złote serce dla zwierząt – z tym, że Jezus pozłacane, bo nie żałował sobie grilla z ryb. No i obydwaj mieli parę w łapach jak nie wiem co. Ponadto obaj posiadali bardzo trudne relacje z despotycznym ojcem i obydwaj z tego powodu uciekli z domu.

Przypadek?

Ależ skąd – w sprawie Tarzana vel Jezusa nie ma miejsca na przypadki.

Obydwaj mieli w młodości drobny epizod z cyrkiem, bo opanowali mnóstwo zręcznych sztuk. Obaj zostali królami afrykańskich naczelnych. Obydwaj chodzili po wodzie przy pomocy lekko zanurzonych krokodylów i obydwaj uzdrawiali chorych. Jezus był w tym tak dobry, że uzdrawiał zaleczonych nawet na śmierć. Każdy z nich bez trudu zamieniał wodę w wino ale tylko dzbankowaną – nie tą, po której szedł. Tą po której szedł też mógłby zamienić w wino ale tylko kiedy źle nadepnął krokodyla.

Zdumiewające są te podobieństwa, no bo czyż nie?

No ba. Właściwie to nie ma między nimi także absolutnie żadnych różnic.

Obydwaj przecież chodzili po świecie z dobrą nowiną w identycznych sandałach i majtkach. Ze spraw budzących drobne wątpliwości, nie wiadomo jedynie czy Tarzan był obrzezany, jednakże sądząc po tym jak cienko śpiewał, chyba jednak tak. Poza tym podczas dzikich afrykańskich walk obydwaj odnieśli identyczne ranny - znajdując się wysoko w powietrzu zostali ranni w bok – Jezus dostał z dzidy kiedy zamyślił się nad problematyką swoich skomplikowanych relacji z ojcem, których nawet Freud by nie ogarnął, a Tarzan nadział się na gałąź rozmyślając podczas latania o dupie szympansicy zamiast o podejściu do lądowania. Obydwaj mieli więc bardzo silne problemy z koncentracją, gdyż żaden nie potrafił się na dłużej skupić. Ponadto żaden z nich nie uprawiał seksu z powodu wielopłaszczyznowo zabagnionych stosunków z ojcem, które w dzieciństwie nieodwracalnie zryły ich psychiki. Obydwaj mamisynkowie mieli z tego względu również bardzo głęboko zakorzenione problemy związane z niechęcią do ludzi w wieku dorosłym – w efekcie których, każdy z nich zamiast podludźmi otaczał się zwierzętami – lgnąc do nich zupełnie jak te babcie kociarki – które w ramach swoich odpałów trzymają po trzysta kotów w jednym mieszkaniu. Ten ostatni problem poważnie nabrzmiewał u obydwu i to już od najmłodszych lat. Tarzan jeszcze w dzieciństwie trzymał w obejściu tuzin rozkrzyczanych pawianów, natomiast Jezus dwanaście szorstkowłosych szympansów – których to obydwaj cierpliwie szkolili na swoich uczniów. Oczywiście obydwaj byli antysemitami, gdyż nienawidzili ich żydzi i z obawy o własne życie każdy z nich z tego powodu miał kilkunastu goryli. Obydwaj umarli młodo – wysadzeni w powietrze. Po każdym z nich afrykańskie naczelne założyły jakąś afrykańską sektę. Po żadnym z nich nie pozostał grób – dokładnie tak jak przystało na pozytywnych bohaterów baśni. Królewna Śnieżka przecież nie ma grobu, Calineczka, Pinokio, Kaczor Donald… nie ma więc Tarzan i Jezus również.

Na rany Tarzana, czy nie widać tych wszystkich podobieństw?

Teoria o tarzańskich korzeniach zakonu jezuitów oczywiście na tym się nie kończy. O nie. Przecież jej naturalnym rozwinięciem jest jakże oczywisty fakt, że w świetle boskich umiejętności Tarzana vel Jezusa należałoby w końcu połączyć chrześcijaństwo, judaizm oraz islam w Powszechny Kościół Półsierot Bez Boga Ojca i wynieść Tarzana na ołtarze. Za ołtarzem może być płaskorzeźba w jaką się Tarzan zamienił dokonując w ostatniej sekundzie swojego żywota, frontalnego faceplanta o pień baobabu. Proszę się zbyt pochopnie nie śmiać, ponieważ to nie jest niedorzeczne jak mogłoby się wydawać. Skoro bowiem stawia się pomniki, kapliczki i beatyfikuje tych co lecąc rozbili się o brzozę, to dlaczego nie można by stworzyć kościoła Tarzana który przecież jako pierwszy lotnik w dziejach zabił się o pień, który nagle wyrósł w jego korytarzu powietrznym? No dlaczego by nie?

 Należy tylko po prostu wynająć koczownika i dopisać nim łzawą ewangelię świętego Orangutana, że Tarzan śmiertelnie rozpłaszczając się na pniu baobabu oddał życie za naczelne na Drodze Mlecznej i odpokutował za grzechy pierworodne wszystkich nosicieli choroby sierocej. Taka ewangelia zapewni przychylność koczowników a uny mają w tym kierunku talent, no bo przecież to koczownik napisał biblię i koczownik wynalazł prasę drukarską, no bo czyż nie. Efekt? Biblia to największy bestseller wszechczasów. Takim samym bez trudu może się stać Słowo Natchnione Boskiego Tarzana.

Sataniści zresztą i tak chcą na Ziemi wprowadzić jedną uniwersalną religię – czyli satanizm właśnie – a więc skoro szatan i tak odpada, bo nie ciszy się poważaniem nawet u złych bohaterów baśni, bacologia proponuje w to miejsce Uniwersalny Kościół Tarzana.

Tarzanizm ma bowiem przyszłość.

Na dobry początek dwunastu najbliższych Tarzanowi szympansów można na spokojnie ukanonizować i uczynić patronami nowych kościołów pobudowanych w miejsce dotychczasowych ogrodów zoologicznych. Dla zwiedzających i tak się nic nie zmieni z wyjątkiem tego, że swoje drobne rzucą pawianowi na tacę zamiast do kasy. Katecheci mogliby na lekcjach religii wyjaśniać dzieciom jak odróżnić szympansa od szympansicy lub bełkot pawianów od semickiego. Za szatana mógłby w kościele Tarzana robić w końcu groźny King Kong – i ten zły bohater wyglądałby w końcu nieco poważniej od siedmiocentymetrowej jaszczurki Jahwe. Moim zdaniem Tarzan jako nowy zamiennik Jezusa nie jest zły. Jezus bowiem to przeżytek jako instytucja – jest już bardzo mocno ze swoimi „naukami” przestarzały. Nie wytrzymał próby czasu – tak samo zresztą jak biblia i należy ich wymienić na nowszy model. Model na miarę współczesności i wyzwań nowoczesnego wspaniałego świata. Tarzan może wypełnić dość dobrze tę rolę i zaspokoić niewygórowane przecież lemingowe wymagania. Leming w praktyce wierzy w gadające węże, niepokalane poczęcie, latające po kosmosie napletki… uwierzy więc i w Tarzana jak zobaczy kilka książek, kościołów lub ewangelicznych filmów. Z drugiej natomiast strony, Tarzan nie jest co prawda tak współczesny jak Batman, ale to nawet i lepiej bo gdyby żył obecnie nawiedzone lemingi nie dały by mu nigdy spokoju. Nachodzili by go nieustannie jak papieża jakiegoś. Tarzan na szczęście umarł i nie grożą mu tłumy wiernych. W każdej chwili można zrobić z niego męczennika i obwinić King Konga za tę hecę z baobabem. Ponadto Tarzan nie przeginał tak jak Jezus i latał owszem również bez napletka, ale uwaga, nie wychodząc nigdy poza stratosferę. Jest tym samym znacznie bardziej od Jezusa podobny do zwykłego człowieka. Lemingowi będzie bardzo łatwo się z nim utożsamić. Poza tym Tarzan to bardzo sympatyczny koleś – jest proekologiczny, gdyż chroni kupę zwierząt – po prostu przelatuje nad nią i nigdy nie niszczy kupy swoją boską stopą. Tarzan jest po prostu taki zwyczajny… taki ludzki. Stworzony z afrykańskiej macicy na obraz i podobieństwo afrykańskiego człowieka. Nie jest jednocześnie niezdrowo przekombinowany, gdyż nie strzela niedorzecznie z dupy jakąś nicią jak Spiderman jakiś, nie charczy dziwnie jak lord Vader po zbyt intensywnym seksie oralnym, nie napieprza przechodniów młotkiem jak niezrównoważony Thor, nie przypomina rośliny na nawozach sztucznych jak jakiś cholerny Hulk, nie ma świecącego palca jak ET, nie lata w gejowskiej pelerynie i majtkach jak Spiderman tylko jak prawdziwy mężczyzna w samych majtkach. Tarzan jest po prostu idealnym kandydatem na nowego boga, któremu lemingi będą znosić kasę. Ołtarz i rozpłaskorzeźbiony Tarzan to w sumie wszystko co lemingom do szczęścia potrzeba. Jak by tak jeszcze zamiast suchego opłatka podać im przy komunii świeżego banana – sukces nowej religii murowany a i doświadczenie życiowe będzie znacznie głębsze, jeśli chodzi o młodą kadrę ambitnych ministrantów. Cała reszta to jedynie zmiany kosmetyczne nie zmieniające  niczego z już istniejącej infrastruktury oraz zasobów ludzkich. Wystarczy jedynie zmienić nazwy: Ojców Dominikanów na Ojców Orangutanów, Sióstr Urszulanek na Sióstr Pawianek, Jezuitów na Tarzanitów, katolików na alkoholików, świadków Jehowy na świadków King Konga, Adwentystów na Anakondystów, etc… Natomiast matka boska i tak już jest afrykańska więc jako sprawdzony model koncepcyjny można ją pozostawić bez większych zmian – no można tylko trochę mocniej ją podbejcować i dodać na twarzy odrobinkę więcej sierści. Natomiast sam Jesus po odpięciu od krzyża i przypięciu do liany będzie nawet naturalniej wyglądał powiewając sobie swobodnie na szyjach katolików – tu nie trzeba dosłownie niczego zmieniać i od razu można odciążyć od żelaznych krzyży elastyczne jak gumka od majtek karki katolików. Spójrzcie zresztą sami na prototyp. Cudowny, nieprawdaż?

O czym my tu?

Aha, Einstein i jego „niewidzialna” materia, której w wyniku problemów ze zrozumieniem, tak nagle jakoś mu w kosmosie zabrakło. W sumie tego typu „niedostatek” to nic nowego tylko raczej ponura rzeczywistość, bo przecież każdy jeden koczownik, nawet taki, który ma całą kasę lub całe złoto i tak ma ich ciągle mało. Sierotom po Einsteinie zabrakło więc w sposób jakże dla nich naturalny nawet bezkresnej kosmicznej materii produkowanej do oporu w pierdylionach galaktyk.

Skoro Einsteinowi jej zabrakło, intensywnie wszędzie gdzie się da jej szukano. Niestety, wspomniane teleskopy wyniesione w kosmos w poszukiwaniu brakującej sierotom materii oczywiście nic takiego nie znalazły. Teleskopy te znalazły bowiem jedynie kolejne dowody na idiotyzmy wyprodukowane na temat wielkiego wybuchu, bowiem gdyby miał miejsce jakiś wielki wybuch to przecież cała materia kosmosu wciąż oddalałaby się od centrum eksplozji, nieprawdaż? Tymczasem teleskopy odkryły oczywisty fakt, że część galaktyk owszem się oddala ale inna część… przybliża – co byłoby oczywiście niemożliwe gdyby wielki wybuch kiedykolwiek zaistniał. Taka na przykład Galaktyka Andromedy porusza się prosto w naszym kierunku i za parę miliardów lat nastąpi kolizja z naszą Drogą Mleczną. Efekt jest taki sam jak z koniem, czyli jak to doskonale widać – każda galaktyka sama sobie produkuje materię i każda sama dryfuje sobie w dowolnym kierunku. I co bardzo ważne w tym pozornym chaosie jednak jest porządek, którego nie byłoby oczywiście gdyby zaistniał jakiś bezmyślny wielki wybuch. Dryfujące na pozór bezładnie galaktyki nie robią bowiem tego chaotycznie lecz w sposób wysoce uporządkowany. Ostatecznie formowany jest z gromad galaktyk precyzyjny kształt ośmiościanów o którym już pisałem zresztą kiedyś tutaj:

//innemedium.pl/wiadomosc/prawdziwy-ksztalt-wszechswiata

Ten prawdziwy kształt wszechświata oczywiście byłby niemożliwy gdyby miejsce miał wielki wybuch – to dowód na kompleksową błędność teorii wielkiego wybuchu.

Z innych błędów w teorii względności zauważonych przez bacologię można też wymienić również ten, że wbrew nadętej niewyobrażalnie teorii Einsteina siła obrotowa z łatwością zmienia grawitację a coś takiego byłoby oczywiście niemożliwe gdyby teoria względności była prawdziwa. Obrót bowiem powoduje powstanie siły odśrodkowej na powierzchni obracającego się obiektu, i tak jak koń jaki jest każdy widzi – tak i o tym każdy wie doskonale. Nie każdy jednak wie, że tego prostego zjawiska ani fizyka klasyczna, ani mechanika kwantowa ani też oczywiście teoria względności Einsteina nawet nie przewidują. A skoro nie przewidują to nie ma nawet szans, aby któraś z tych teorii kiedykolwiek rzetelnie je wyjaśniła. Rzetelnie je wyjaśniła póki co jedynie bacologia:

//innemedium.pl/wiadomosc/ogolna-szczegolna-poszczegolna-teoria-wod...

Pozostałe dowody na błędy Einsteina pochodzą już spoza nauk bacologicznych. Jak się w nich okazuje, Einstein wcale nie napisał lecz jedynie splagiatował (mylne ale jednak) wyniki prac wielu znanych naukowców, tworząc w roku 1905 swoją szczególną teorię względności. Zawodowi pieniacze – ci wszyscy zwolennicy Einsteina - działają więc od tamtej pory w pełni świadomie zniekształcając naukową prawdę. Okrzyczany przez magazyn Time „Człowiekiem Stulecia” Albert Einstein opublikował w roku 1905 rzekomo traktat na temat szczególnej teorii względności – tak głosi legenda. Tymczasem jego rzeczywisty tytuł brzmiał tak naprawdę: „O Elektrodynamice Ciał w Ruchu”. Tak się właśnie przekłamuje rzeczywistość. Ponadto tytuł „Człowiek Stulecia” magazynu Time ma w praktyce taką samą wartość, jak Nobel dla inteligentnego jak licznik elektryka, po tym jak „Człowiekiem Roku” magazynu Time został przecież Adolf Hitler i Józef Stalin, ten drugi to nawet dwukrotnie.

 

Poza tym Einstein kradnąc cudze myśli ani razu nie podał przypisów lub odsyłaczy. A przecież wiele przedstawionych w jego dziele poglądów było znanych Lorentzowi i Poincare’owi, zanim jeszcze Einstein przepisał „swój” traktat. Charakterystyczne dla Einsteina było to, że nie stworzył teorii, ale po prostu ją zawłaszczył – identycznie zresztą jak Cukierberg facebooka lub Bill Gates pomysł na okienka. Jak na ironię po latach się okazało, że Einstein splagiatował fałszywą teorię. Że wybrał z istniejącego zasobu wiedzy to, co mu się najbardziej podobało, a następnie wplótł do swojej opowieści. Wszystko to odbyło się przy pełnej wiedzy i poparciu ludzi z jego środowiska – które mu zapewniło nienależną reklamę, pieniądze i fałszywą sławę.

Najbardziej znane równanie E = mc2 jest przypisywane wyłącznie Einsteinowi, jednak zamiana materii w energię i energii w materię była doskonale znana już Newtonowi, który w 1704 napisał, że „Ciała stałe i światło są nawzajem wymienne”. On to napisał uwaga, 200 lat przed Einsteinem. To równanie można też spokojnie przypisać Prestonowi (1875), Poincare’owi (1900) i De Pretto (1904) – wszyscy oni bowiem pisali o tym na długo przed Einsteinem. Ponieważ sam „wielki” Einstein nigdy poprawnie nie wyprowadził równania E = mc2, nie ma dosłownie niczego, co by je łączyło z jego osobą. Kompletna pustka, którą można by trafnie nazwać: „niewidzialną materią”.

Słynna zaś prezentacja danych z zaćmienia Słońca w roku 1919 dokonana przez Arthura Eddingtona w Afryce, która miała rzekomo stanowić dowód słuszności ogólnej teorii względności Einsteina, jest jedną z największych mistyfikacji XX wieku. Te „dowody” to tylko tak naprawdę mega oszustwo. Eddington był bardziej zainteresowany nominowaniem Einsteina na króla nauki, niż chęcią skontrolowania jego teorii. Ten słynny eksperyment „potwierdził” teorię względności Einsteina, ale tylko na chwilę, gdyż po latach także okazał się błędny. Innymi słowy błędny eksperyment „potwierdził” błędną teorię – istna parada obłędów nie mająca nic wspólnego z nauką.

Dlaczego mimo to wylansowano Einsteina na superbohatera współczesnej nauki?

To bardzo proste. Otóż wpółczesna nauka jest sprostytuowana bardziej niż nadworni alchemicy w średniowieczu. Dla paru groszy na swoje pseudo badania, pseudo naukowcy – te sprzedajne naukowe ku*wy - gotowi są bez mrugnięcia powieką do ordynarnego fałszowania wyników nieuczciwych badań lub preparowania danych. Silna konkurencja ze strony chemików, matematyków, astronomów sprawiła, że półświatek oszukańczych fizyków świadomie przemilczał błędy Einsteina ciesząc się i zacierając rączki, że jego osoba wywyższyła fizykę ponad resztę nauk, co przyniosło im znacznie więcej funduszy na badania niż przed epoką Einsteina. Wyniesienie go na ołtarze przysporzyło tym mętom gigantycznych korzyści – na przykład cała zgraja pseudonaukowców otrzymała miliardy na szukanie boskich cząstek we wspomnianych akceleratorach. Jak się to skończyło doskonale wiadomo z portalu Zmiany Na Ziemi gdzie pisano o obydwu „odkryciach”. Kilka lat temu Poszukiwacze Zaginionych Bozonów tryumfalnie ogłosili światu znalezienie boskiej cząstki – a obecnie znalezienie jej okazało się „pomyłką”. Wiek ciemności w pełnym rozkwicie a szum informacyjny przypomina średniowieczny bełkot nawiedzonych oszołomów. I jak przystało na średniowiecze jak grzyby po deszczu nagle pojawili się… astrolodzy i alchemicy. To nie żart albowiem to nie „boskich czastek” lub śladów wielkich wybuchów szuka się tak naprawdę w akceleratorach. W akceleratorach szuka się… złota! Atom złota różni się bowiem od atomu ołowiu zaledwie jednym elektronem a więc zderza się w akceleratorach atomy no masz… ołowiu aby dokonać transmutacji w złoto. Ups, oto cały sekret akceleratora. I to jest naprawdę wszystko co się „robi” w akceleratorach – buszują tam na gigantyczny koszt lemingów – pospolici średniowieczni alchemicy. Jeszcze co prawda ani jednego atomu złota oni tam nie wyprodukowali no ale są przy nadziei… masakra na jakie dno spadła nauka.

Kto był więc naprawdę autorem teorii względności?

Jules Henri Poincare. To on był wielkim, skromnym naukowcem, który wniósł największy wkład do szczególnej teorii względności. To on:

- nakreślił wstępną wersję szczególnej teorii względności,

- stwierdził, że światło ma prędkość skończoną,

- zauważył, że masa zależy od prędkości,

- wyprowadził transformację Lorentza.

To od niego również pochodzi słynny pomysł synchronizacji zegarów, który jest kluczowy dla prób udowodnienia teorii względności. Charles Nordman napisał: „Okaże się, że większość rzeczy przypisywanych obecnie Einsteinowi opracował w rzeczywistości Poincare”. Einstein był plagiatorem. Był pozbawiony skrupułów i kradł prace innych, podając jako własne. To, że czynił to rozmyślnie, jest oczywiste.  Einstein kręcił i gmatwał wszystko, aby uniknąć oskarżeń o plagiat, lecz jego krętactwa były ewidentne, bo stwierdził nawet bezczelnie, że wkład Poincare’a do fizyki był mu kompletnie nieznany. Tymczasem Poincare napisał 30 książek i ponad 500 (słownie pięćset) prac z dziedziny filozofii, matematyki i fizyki więc jak można będąc naukowcem tego nie wiedzieć?  Bardzo wiele pomysłów Poincare’a – na przykład to, że prędkość światła jest górną granicą oraz, że masa wzrasta wraz z prędkością – zostało wykradzionych i wmontowanych w pracę Einsteina bez podania źródeł skąd pochodzą. Z innych naukowców Einstein kradł również. I tak świadomość, że z niewielkiej masy można wyzwolić ogromną ilość energii, posiadał już Preston w roku 1875, czyli zanim jeszcze Einstein został plemnikiem. Preston oczywiście stosował wzór E = mc2 w swoich pracach, ponieważ ustalona przez niego wielkość (0,0648 grama materii jest w stanie unieść obiekt o wadze 100 tysięcy ton na wysokość 3 tysiące metrów ) wywodzi się z równania E  = mc2.

Według Ivesa wyprowadzenie wzoru E = mc2, które przeprowadził Einstein, było wadliwe. Okazało się, że Einstein pomieszał kinematykę z mechaniką.

A co do „udowodnienia” teorii względności – to też jest szerszy temat.

Lord Eddington sfałszował bowiem dane dotyczące zaćmienia słońca, tak aby potwierdzały tezy Einsteina przedstawione w ogólnej teorii względności. Po wywołaniu zdjęć początkowo światło gwiazd zdawało się uginać, tak jak wymagała tego teoria Einsteina, ale potem przyszło niespodziewane zjawisko: światło kilku gwiazd uginało się w kierunku poprzecznym do spodziewanego, a jeszcze innych w kierunku przeciwnym, niż to przewidywała teoria względności. Absurdalność danych zebranych podczas zaćmienia Słońca w roku 1919, polega na tym, że 85 procent danych zostało odrzuconych z powodu heh, „przypadkowych błędów”, czyli takich, które były niezgodne z teorią Einsteina. Dziwnym zbiegiem okoliczności 15 procent „dobrych” fotografi było zgodnych z relatywistycznym Albertem i ostatecznie wszystkie dane dotyczące gwiazd, które nie potwierdzały wniosków wypływających z teorii Einsteina, trafiły do kosza a mit poszedł w świat i z czasem się uprawomocnił. W efekcie dziś każdy uczeń w szkołach „geniuszem” Einsteina niezdrowo się podnieca. Obłęd idzie nawet dalej bo o jego mocno przerośnięty mózg biją się gotowe go badać ośrodki badawcze. Równie dobrze mogą sobie badać mózgi konia, jako że też są większe od człowieka. A koń jaki jest każdy widzi – wystarczy założyć mu szelki i jak ten głupi pociągnie furmankę aż miło popatrzeć.

I tak oto ponad 200 lat teoretycznych rozważań, eksperymentowania i obserwacji dokonywanych przez prawdziwych naukowców zostało całkowicie usuniętych na bok i skazane na zapomnienie po to, aby zrobić miejsce dla Einsteina. Natomiast zdyskredytowany całkowicie przez swą absurdalność eksperyment Eddingtona wciąż jest cytowany przez takich jak Stephen Hawking, zupełnie jakby to była jakaś ewangelia. Po latach Brytyjski Instytut Fizyki Precyzyjnej podał informację, że aparaty fotograficzne z przysłoną miały w czasach Eddingtona dokładność zaledwie 1/25 stopnia, co oznacza, że z samego założenia niedokładności jego odczytów były o 200 razy za mało dokładne, aby dokonywać pomiarów na rzecz teorii względności. Sytuacja identyczna jak ze zbyt mało wykształconymi do precyzyjnych odczytów moim osobistym magistrem. Tak więc to nie zaćmienie Słońca lecz masowe zaćmienie umysłów z roku 1919 w ciągu jednej nocy przyniosło Einsteinowi międzynarodowy rozgłos i sławę, pomimo iż dane zostały sfabrykowane i brak było w nich jakiegokolwiek wsparcia dla ogólnej teorii względności. To oszustwo jest znane od przeszło osiemdziesięciu lat i wciąż jest gorliwie podtrzymywane przez takich jak Stephen Hawking.

Sam Einstein był tylko zwykłym urzędnikiem, tak samo jak Wałęsa zwykłym elektrykiem. Jest jedynym na Ziemi „geniuszem” który nigdy nie miał robionego testu na iloraz inteligencji. Całą swoją (szczątkową) wiedzę przywłaszczył sobie oczywiście od swojej pierwszej słowiańskiej żony - rodaczki prawdziwego geniusza Tesli – której wkład rutynowo przemilczał a jedynym błędem do którego się kiedykolwiek przyznał była chora podteoria na temat tak zwanej „stałej kosmologicznej” – co do której tylko niestety on wiedział o co w niej niby ma chodzić. Był po prostu jedynym na świecie człowiekiem, który w pełni rozumiał swój własny obłęd. Nicola Tesla kiedy nasłuchał się legend o tym, że na Ziemi są tylko dwie osoby rozumiejące teorię Einsteina i przeczytał jego teorię względności stwierdził do Einsteina krótko:

- Pan jest idiotą.

I trudno się z Teslą nie zgodzić bo na temat tak zwanej prędkości światła „obliczonej” przez relatywistycznego Alberta nie warto już się za bardzo rozpisywać, gdyż nie tylko nikt nie próbował jej nigdy nawet fałszywie udowodnić, bowiem tak naprawdę nikt jej jeszcze nawet nie próbował w kosmosie zmierzyć. 300 tysięcy kilometrów na sekundę jako „bariera światła” to tylko kolejna wartość wydobyta na światło dzienne z koczowniczego odbytu, bo każdy kto ma oczy i rozum doskonale wie że prędkość ta wcale nie jest nieprzekraczalna, obliczona lub niezmienna, bo taka sobie już zwykła kałuża wody potrafi zmniejszyć tę prędkość o prawie połowę, już nawet nie wspominając o innych materiałach lub cieczach. Kwanty także nic nie wiedzą o granicznej prędkości Einsteina i poruszają się znacznie szybciej od światła. Na jakimś uniwersytecie przed paroma laty udało się naukowcom skonstruować materiał który zatrzymał nawet na pewien okres czasu promienie światła. W każdym bowiem środowisku prędkość światła nie tylko jest zupełnie inna ale nawet nie obliczona poprawnie przez Einsteina. Z palca sobie wziął 300 tysięcy kilometrów na sekundę, a cała reszta tępych baranów nadal wierzy w to to jak w ewangelię.

Źródła:

http://www.eioba.pl/a/1n6o/albert-einstein-plagiator

Ocena: 

4
Średnio: 3.4 (5 votes)

Komentarze

Portret użytkownika Angelus Maximus Rex2

Baca nie ma przydupasa

Baca nie ma przydupasa,jesteśmy tu obaj od dawna, znamy się, szanujemy, wspieramy przy banach i nie zawsze się ze sobą zgadzamy. Ty natomiast jestes zwykłym, beznadziejnym palantem żydowskim, który jeszcze nic tu mądrego, ba nawet głupiego nie wydukał i tylko pejsy zakręcasz, co by ci sie w pomidorówce z czosnkiem nie utopiły...

...Angelus Maximus Rex

Strony

Skomentuj