Eliksir Szczęścia

Kategorie: 

internet

Czy istnieje cudowny lek na wszystkie choroby? Wspaniałe panaceum dające powszechne zdrowie i szczęście? Oczywiście, że istnieje i leczy jak ręką odjął większość znanych chorób. Niemal wszystkie, gdyż niestety ale radzi sobie "tylko" z chorobami naturalnymi. Nie jest sobie w stanie poradzić ze schorzeniami wywoływanymi celowo i sztucznie. I dlatego właśnie, że jest cudownym remedium kompleksowo na wszystkie choroby, już niemal od stu lat robi się wszystko, aby go ukryć przed ludzkością.

 

W 1922 roku naukowcy odkryli ten eliksir pochodzenia zwierzęcego. Później roślinnego. W obydwu przypadkach uzyskiwano go naświetleniami zwierząt lub roślin promieniami UV.

W latach 20-tych XX wieku zaczęto na masową skalę zwiększać zawartość tego eliksiru w żywności. Opatentowano nawet technikę przemysłowego napromieniowywania ale jeszcze w czasie II wojny światowej patent ten został szybko unieważniony a oparty na nim przemysł po cichu wycofany. Eliksir powstaje kiedy promieniami UV naświetla się żywe organizmy ale jego efektywność w przypadku roślin wynosi zaledwie 1/4 tego co w przypadku zwierząt.

Jak działa?

Eliksir dostarcza kluczowych informacji DNA do każdej komórki ciała poprzez nakazanie jej coś zrobić lub nie robić. Jest zupełnie jak system operacyjny czuwający nad programem całego organizmu. Eliksir kontroluje w pełni ponad 1000 genów włączając je lub wyłączając niczym tranzystory w elektronice.

Eliksir więc tak naprawdę nie jest czymś czarodziejskim tylko bardzo silnym hormonem regulującym podstawowe funkcje organizmu i bardzo błędnie nazwano go, nie hormonem ale... o tym za chwilę.

Hormon szczęścia odkryto obserwując hodowane w zamknięciu zwierzęta. I co ciekawe okazuje się, że psy mając dokładnie te same warunki od matki natury chorowały a tymczasem koty nie.

Błędna klasyfikacja eliksiru, jaka nastąpiła nieco później, ma oczywiście swoje powody. Bardzo ważne rzecz jasna. Farmaceutyczna mafia robiąc z tego daru natury "produkt medyczny" objęła swym nędznym patronatem pełną kontrolę nad jego dystrybucją. Ich skąpstwo wpędziło miliony ludzi w długi na polu zdrowotności - identyczne jak w systemie lichwiarsko bankowym. Ludzkość od tego momentu cierpi na permanentny niedobór hormonu szczęścia, który zaczęto nie tylko wycofywać z rynku ale przemieniać w diabła z piekła rodem, opowiadając propagandowe demoniczne brednie o jego szkodliwości, nadużyciu i rzekomej toksyczności. Drastycznie i niehumanitarnie zmniejszono "zalecane dawki" do poziomu absurdalnie niskiego, co przekłada się na obecną epidemię dręczących ludzkość chorób. Identycznie zresztą jak wycofanie z obrotu gotówki wpędziło całe narody w niedobory... pieniądza. Mafia bankowa wywołała w ten sposób epidemię nędzy a mafia farmaceutyczna epidemię chorób. Metoda jest ciągle jedna.

Co się działo jednak w tym kluczowym momencie historii - tuż po odkryciu eliksiru ale przed tym zanim mafia objęła kontrolę nad obydwoma dziedzinami życia - na poczatku wieku dwudziestego?

Sto lat temu na całym świecie zapanował nagle rozwój gospodarczy i epidemia... zdrowia. Tuż po odkryciu eliksiru szpitale zaczęły świecić pustkami. Powszechny dostęp do tego cudownego hormonu sprawił, że w niebyt odeszły wszystkie cywilizacyjne choroby. Mafia farmaceutyczna stanęła na krawędzi bankructwa.

Zbrodniarze z wielkiej farmy doskonale wiedzieli o zbawiennym działaniu eliksiru. Jego brak jest po prostu potworny, ponieważ bez niego DNA nie otrzymuje podstawowych informacji a więc się rozregulowuje a ponadto zapas wapnia z organizmu błyskawicznie jest usuwany co jest destrukcyjne dla szkieletu. Dłuższy brak hormonu wywołuje krzywicę, osteoporozę i pochodne problemy zdrowotne z psychicznymi włącznie.

Dlaczego więc psy zamknięte chorowały a koty jednak nie?

Koty bowiem są mądrzejsze. I każdy kto je widział wie, że nawet kiedy są hodowane w zamknięciu, instynktownie szukają ciepła. Wystarczy zaledwie kilka promyków Słońca wpadających na przykład przez szparę w oknie - i natychmiast możemy znaleźć tam kota, który w tym nasłonecznionym miejscu strategicznie się zainstalował. W poszukiwaniu Słoneczka kociambry zdolne są wręcz do kaskaderskich wyczynów tylko po to, aby swoje futerko wystawić na zbawienne działanie promieni słonecznych. Psy natomiast są na to zbyt głupie.

Trzeba w tym momencie powiedzieć jak działa eliksir i dlaczego mądre koty to wszystko robią.

Otóż promienie Słońca padając na skórę organizmów na przykład człowieka produkują ten hormon w olbrzymich ilościach. Robią to promienie z zakresu UV. To światło UV jest bowiem katalizatorem powodującym przemianę chemiczną cholesterolu w eliksir szczęścia.

Mafia medyczna, a zwłaszcza jej najgorsza część czyli nazistowski bayer lub inaczej mówiąc niemiecka ojczyzna ludobójców w kitlach, ta sama która dała światu zasłużonego dla depopulacji doktora Mengele, przy pomocy swojej prymitywnej propagandy zrobiła i z promieni UV i z cholesterolu... kolejne diabły wcielone demonizując ich obecność. Ile by nie było tych dwóch czynników potrzebnych do produkcji szczęścia - mafia zawsze i tak kracze, że jest ich za dużo. Cały czas propaganda pompuje ludzkości kłamliwe pseudonaukowe teorie jakoby promienie UV i cholesterol były szkodliwe dla zdrowia. Ludobójcy robią to z pełną świadomością, że jest dokładnie na odwrót. Ludziom uwielbiającym instynktownie Słońce i plażę wciska się pełne rakotwórczej i ropopochodnej chemii w postaci "kremów do opalania" co sprawia, że ta część ludzkości odporna na doświadczenia przodków i ich wiedzę rzeczywiście jest opalona... chemicznie. Zupełnie jak prosiak opalony gazowym palnikiem albo przy pomocy wapna. Wśród głupich są jeszcze głupsi - ci "chronią" swoje oczy okularami przeciwsłonecznymi - co jest destrukcyjne dla ich mózgów, które nawet odpornymi na krem oczodołami nie otrzymują zbawiennego promieniowania UV - ci "mądrzy" odcięci są od zdrowia całkowicie.

Wracając jednakże do mądrych kociambrów, które nigdy nie noszą okularów przeciwsłonecznych, rodzi się pytanie jak też one otrzymują eliksir w sytuacji, kiedy nie mają nawet skrawka skóry wystawionego na Słońce? Rozwiązanie tej zagadki wygląda tak, że u futrzaków eliksir produkowany jest w tej sytuacji bezpośrednio w ich futerku. I taki koteczek kiedy już się wyleży w słoneczku i nagromadzi tego eliksiru w swoim futerku, co robi?

Otóż jak wszyscy doskonale wiemy, siada on sobie z wdziękiem na dupie i wylizuje sobie calutkie futro spożywając eliksir bezpośrednio z sierści. Tak właśnie koty dostarczają do swojego organizmu olbrzymie zapasy... zdrowia. Koty nie chorują po prostu. Z psami natomiast jest zupełnie inna sprawa. Są obciążone dziedzicznie jako dziwne kundle z siódmej wody po kisielu po jakichś tam wilkach i w związku z tym, że wilka przypominają jedynie w sytuacji kiedy się starają jak on w lesie wysrać, liżą się jedynie po własnych jajkach. Jaja zawierają oczywiście cholesterol - o czym przecież wie każdy dietetyk - jednakże psie jaja nie wystawione na Słońce są bezwartościowe jeśli chodzi o właściwości odżywcze. Zamiast się uwalić jajami do góry i samemu w zakresie eliksiru wyżywić, u psów wyewoluował żałosny efekt żebractwa. Psiury tak długo będą skamleć za kawałkiem jedzenia aż komuś w końcu zrobi się przykro i wreszcie rzuci mu jakiś ochłap. W świecie zwierząt psy są jak Cyganie po prostu, bo jak już wysępią tę odrobinkę żywności i zawierającego ją eliksiru to natychmiast przerobią ten łup w stertę gówna, która tylko napiętrza problem zamiast go rozwiązać.

Koty nie mają tego typu dylematów i dlatego są po prostu wspaniałe w porównaniu do nędznej rasy która wyewoluowała z jakiegoś chorego wilka.

Wracając do eliksiru, kiedy ludzkość zaczęła masowo przyjmować napromieniowaną światłem UV żywność - wytwarzaną niezwykle tanio ponadto, gdyż na skalę przemysłową - eliksirem wzmacniano dziesiątki i setki produktów spożywczych, w tym nawet takie jak hot dogi lub piwo. Pod koniec lat dwudziestych wszystkie światowe gazety rozpisywały się wręcz o cudzie w postaci Słońca w pigułce. Szpitale zaczęły świecić pustkami po prostu tylko dlatego, bo przeciętny człowiek spożywał wówczas średnio 20 miligramów eliksiru dziennie. Coraz mniej ludzi chorowało a mafia medyczna była na krawędzi kompletnej plajty. W tamtych czasach ci ludobójcy jeszcze nie dysponowali sprzętem do masowych oprysków aby odciąć ludzkość od życiodajnego promieniowania UV jak to robi w czasach obecnych. Opracowano więc inną metodę aby wywołać brak życiodajnego eliksiru. Najpierw rozpoczęto kampanię o rzekomej toksyczności eliksiru, wręcz ordynarnie fałszując "dowodzące" tego badania. Później zmieniono jednostkę pomiarową eliksiru z miligramów na coś o nazwie "jednostka międzynarodowa" no i zaczęła się prawdziwa zabawa.

Słowo "międzynarodowe" jak zawsze brzmi złowieszczo, bo przecież międzynarodowe to od wieków są tylko takie zwyrodniałe zjawiska jak, lichwa, masoneria, korporacje, komunizm, judaizm, nazizm, faszyzm, katolicyzm, islamizm, żydokomunizm i inne tego typu dewiacje włącznie z demokracją. Innymi słowy jeszcze nigdy w dziejach nic co było międzynarodowe nie okazało się być dobre dla ludzkości żyjącej w... narodach, nieprawdaż? Jeszcze nigdy nie okazała się korzystna dla ludzi jakakolwiek międzynarodowa organizacja, religia, system albo idea społeczna. To przecież "międzynarodowe" jest do licha obecne multi kulti, które na naszych oczach właśnie masakruje Zachód, co każdy kto ma oczy może bez trudu dostrzec. Między... narodowa patologia jest korzystna tylko i wyłącznie dla nie posiadającego własnego narodu... międzynarodowego koczownika, który już od ponad stu lat kręci całą tą światową - międzynarodową oczywiście - zorganizowaną przestępczością.

I tak, kiedy tylko eliksir okazał się być hormonem mafia błyskawicznie nadała mu mylną nazwę - witaminę D - jako że litery A, B i C były już "zajęte". Mafia jest specjalistką od nadawania mylących nazw. Na przykład swoje gniazdo z uporem maniaka nazywa Bliski Wschód - kiedy to jest tak naprawdę - Północna Afryka Dzika. Bliski Wschód, dobre sobie. Przecież żadne Słońce tam nie wschodzi. Tam tylko zachodzi ale nie Słońce tylko słonica w ciążę. Tak samo mylnie nadano nazwę eliksirowi - nazywając go nie hormonem (czymś naturalnym) ale witaminą - czyli czymś co się natychmiast kojarzy z produktem farmacji.

Oni byli nawet tak mili, że zaraz po nadaniu mylnej nazwy porobili klasyfikacje tej "witaminy" - witamina D2 - "roślinna" oraz witamina D3 - "zwierzęca".

Następnie zmieniono sposób odmierzania jej wymyślając w tym celu jakieś egzotyczne "jednostki międzynarodowe", jako wyznacznik ilości tego hormonu w pigułce.

Potem te "jednostki międzynarodowe" mafia medyczna natychmiast przeliczyła tak, aby w porównaniu z dotychczasowymi wyglądały groźnie.

I tak zupełnie nieszkodliwe 20 miligramów (dawki dziennej) nagle z dnia na dzień stało się 1 milionem "jednostek międzynarodowych". To po to oczywiście, aby przerazić konsumentów faktem jak łatwo jest ten "lek"... przedawkować. Następnie, aby lemingi uratować od przedawkowania zaraz po tym zmniejszono im absurdalnie ilość dawki "bezpiecznej" do jakichś 20 tysięcy "jednostek międzynarodowych". To na początek, bo potem jeszcze bardziej przykręcono lemingom śrubę zmniejszając ją coraz bardziej. I to właśnie sprawiło po prostu zaawansowane niedobory eliksiru szczęścia w naszych organizmach. Obecnie wręcz naucza się nieświadomych tego przekrętu przyszłych lekarzy takich bzdur jak ta, że dawki dzienne powyżej 400 "jednostek międzynarodowych" mogą być toksyczne!

Zobaczmy zresztą na własne oczy co też oni dziś nazywają "forte", czyli "silne". Klikamy sobie linka i oto widzimy:

https://www.doz.pl/apteka/p64962-D-Vitum_forte_2000_j.m.kapsulki_witamina_D_dla_doroslych_36_szt.

Ojojoj, wynika że jesteśmy uratowani, bo nawet jeśli to prawdziwa witamina D a nie odpad petrochemiczny lub fragment wyłowionego przy Fukishimie radioaktywnego dorsza, no to i tak trzeba by zjeść na raz zaledwie 14 pudełek tego "silnego", aby dostarczyć organizmowi normalne przedwojenne minimum hormonu szczęścia gwarantującego zdrowie. Cena też jest przystępna bo średnia krajowa pensja spokojnie wystarczy dla całej rodziny akurat na miesiąc. Na czynsz oraz jedzenie innych witamin jak się jest zdrowym to zawsze można dorobić w Niemczech najmując się w charakterze kombajna do ogórków.

I tak właśnie międzynarodowa mafia farmaceutyczna robi lemingi w jajco z tymi "międzynarodowymi jednostkami". Dopiero 14 słoików zawiera to, co powinna jedna kapsułka! Jak ktoś nie wierzy to niech wyciągnie bardzo proszę, do przeliczenia tysięcy "jednostek międzynarodowych", najlepiej swój krajowy kalkulator.

W tym samym jednak czasie co kapsułki "forte", ta sama mafia farmaceutyczna "opracowała", "wynalazła" i "stworzyła" niesłychanie drogie "cudowne leki" między innymi do leczenia raka i innych ciężkich chorób. Te "cudowne leki" jednak to były nic innego tylko kapsułki zawierające tak naprawdę pół miliona międzynarodowych jednostek witaminy D.

Jednocześnie ta sama mafia wmawia uporczywie, że dawki ponad 400 j.m. są toksyczne więc sprzedaje te śmieszne bo homeopatyczne kapsułki jako "forte". Po prostu masakra.

Nie wierzycie, że te "międzynarodowe jednostki" to czyste brednie?

Koronnym dowodem na ewidentną mylność tych farmaceutycznych głupot odmierzanych oczywiście z aptekarską dokładnością jest oczywisty fakt, że opalając się na Słońcu ciało człowieka wytwarza bez najmniejszej szkody dla niego 40 tysięcy tych "międzynarodowych jednostek" na godzinę, co obnaża cały ten przekręt z demonizacją i rzekomą toksycznością najpotrzebniejszej do życia "witaminy".

Co zatem robić?

No cóż... nawet zjedzenie całego pudła tego wyrobu nic nie da, bo raz że zaszkodzi a dwa nie pomoże - to tylko produkt witamino podobny. Drogi i zupełnie nieskuteczny.

Co zatem tak naprawdę w tej sytuacji robić?

To proste. Zamiast wywalać wypłatę na zamienniki chemiczne to pierwsze, unikać tak zwanej witaminy D rzekomo z wątroby dorsza produkowanej przez ludobójcze koncerny. Jak wszystkie inne witaminy korporacyjne, ta także nigdy nawet nie była w pobliżu jakiegoś dorsza. W rzeczywistości dosłownie wszystkie witaminy z apteki są produkowane z ropy naftowej. Nie mają przecież pieczątki rabina o ich koszerności, nieprawdaż? Prawdaż - tak samo zresztą jak wszystkie szczepionki.

No właśnie.

Po drugie zatem, witaminkę D uzyskujemy wyłącznie ze źródeł naturalnych po śmiesznych rzecz jasna kosztach. Latem jest to oczywiście unikanie za wszelką cenę jakichś podejrzanych rakotwórczych kremików przeciwko UV, okularków przeciwsłonecznych oraz innych dupereli od życzliwych koncernów farmaceutycznych i jak najwięcej czasu na plaży - to bardzo proste.

Zimą natomiast należy ładować w siebie jak najwięcej wątróbki i smalcu. Jest to stary i sprawdzony już od wieków sposób na zrobienie zapasu prawdziwej witaminy D w organizmie. Pamiętajmy o zbawiennym działaniu smalcu, obserwując kraje Zachodnie już od dziesiątek lat pozbawione tego produktu. Ameroafrykanie, którym już dawno wycofano z rynku smalec, zastępując go chemicznym tłuszczem wyciśniętym z chwastów jakichś, są wręcz doskonałym obiektem doświadczalnym na polu sztucznie wywoływanych chorób. Te wszystkie amerykańskie hipopotamy chorują na wszystko w przeciwieństwie do swoich własnych dziadków, którzy jedząc smalec nie chorowali dosłownie na nic. Oni obecnie chorują tylko dlatego, ponieważ międzynarodowa lichwa zabrała im ze sklepów stary dobry smalec kładąc w jego miejsce chemiczną nutellę w pięciokilowych słoikobeczkach.

Jeśli natomiast gdzieś nie ma dostępu do smalcu, zawsze możemy wziąć dobry przykład chociażby z muzułmanów. Istnieje bowiem śmiała hipoteza, że ze względów obyczajowych muzułmanie nie spożywają świń, gdyż ze wszystkich rzeczy na świecie naj-allah-akbardziej obawiają się podejrzeń o kanibalizm. Nie jedzą świń, bo jak głosi teoria oni nie od małp ale bezpośrednio ze świń wyewoluowali, zachowując świńskie nawyki, tradycję, kulturę i obyczaje. Jednakże chociaż cierpią na świniowstręt to na brak witaminki D muzułmanie nie narzekają.

Dlaczego?

To bardzo proste - posiadają oprócz oczywiście Słoneczka - zupełnie inne źródła tej witaminy.

I pod tym względem śmiało możemy wziąć z nich przykład i doładować się tą witaminą spożywając po prostu daktyle. Daktyloskopia jest tu wskazana, bo raz że można zrobić porządną kartotekę tych dzikich bandytów a dwa, podobnie jak jabłka daktyle są prawdziwą bombą witaminową z tym że w nich w odróżnieniu od jabłuszek jest olbrzymia ilość zmagazynowanej ze Słońca naszej cudownej witaminy D - hormonu szczęścia po prostu. Są tam setki tysięcy "międzynarodowych jednostek"! I bez paniki, nawet jak się zażyje dawkę "śmiertelną dla konia" to się można co najwyżej pochorować i zdrowo wypróżnić a zaraz potem powrócić do równowagi. Mówimy przecież o witaminie D2 - "roślinnej", która jest zaledwie ćwierć razy tak mocna jak "zwierzęca". "Zwierzęca" natomiast też jest przecież nie do przedawkowania, jako że swobodnie można i 20 godzin dziennie latać na golasa po nasłonecznionej Afryce i co...? I... czuć się świetnie z milion razy większą dawką witaminy D niż to twierdzą mafijni rzeźnicy od "jednostek międzynarodowych".

Kończąc natchnione żubrem orędzie powiem tak: zapomnijcie o tak zwanym "tranie z wątroby dorsza he he... atlantyckiego" bo jeszcze nikt nie wyzdrowiał po spożyciu produktów niemieckich fabryk chemicznych doktora Mengele - położonych troszeczkę dalej niż daleko od Atlantyku - w zagłębiu Ruhry. Zamiast tego typu aktów rozpaczliwej desperacji, po prostu wspierajcie polskich biednych rolników, kupując bezpośrednio u nich domowej roboty smalczyk, pochodzący z wolnowybiegowej świni. Tylko bowiem świnka biegająca na wolnym biegu po podwórku jest wystawiona na Słońce i magazynuje tę witaminę tuż pod swoim błotnikiem. Nie ma jej w świnkach szklarniowych i nie ma jej oczywiście w podziemnych fabrykach złowieszczego doktora Mengele, gdzie rafinuje się ropę naftową, robiąc z niej smar do łożysk, olej silnikowy, paliwo na stację paliw i witaminy farmaceutyczne, a z odpadów końcowych tworzy jakieś budynie doktora Oetkera i margarynę doktor Schulz, która jak doskonale wiadomo napędza niemiecką gospodarkę opartą tylko o volkswagen i panzerkampfwagen lub messerschmitt czyli BMW. Trzeba za wszelką cenę wystrzegać się tak zwanej witaminy D z apteki, albowiem produkt mafii farmaceutycznej jedynie naśladuje witaminę D - ale nią nie jest - i w związku z tym powoduje mnóstwo efektów ubocznych. Ciała zmarłych od tego ofiar nie chcą się palić nawet w piecach Junkersa. Ludobójcy nie mogą opatentować prawdziwej witaminy D lub Słońca więc ograniczają je wciskając liche i drogie zamienniki. To po prostu zorganizowana międzynarodowa przestępczość.

Zagryzając zdrowego jak dwa rydze kromala ze smalcem, przy okazji można również pobawić się w naukowców obserwując dla zabicia czasu oraz czystej rozrywki, bardzo poważny i zrobiony z prawdziwym rozmachem naukowy mega eksperyment na Niemcu, który tuż, tuż po wycofaniu z jego aptek jodyny, wody utlenionej i witaminy D, intensywnie się degeneruje w przyśpieszonym ekstremalnie tempie. Taki przeciętny doświadczalny Niemiec energicznie tyje i to w całym okresie tuczu, durnieje, choruje na wszystko i staje się opuchniętym mutantem, o którego okropnej brzydocie już krążą zabawne legendy po szerokim świecie. Kiedy na koniec eksperymentu wszczepią Niemcowi gruźlicę, hiv, ebolę i autyzm nastąpi powszechny wykup Niemców - stworzonych laboratoryjnie stworzeń przeznaczonych do ciężkiej pracy na gospodarstwie rolnym. Każdy gospodarz w Polsce będzie mógł sobie w końcu pozwolić na jednego lub dwóch DDR-owców - Dobrych Niemieckich Robotników. Bez niskooprocentowanego kredytu w dojczebanku nabędzie za równowartość giełdowej baryłki smalcu, kilku posłusznych, pracowitych, niedorozwiniętych i skłonnych do spania w chlewiku bawarskich bambrów, których będzie mógł następnie sparzyć z dobrą niemiecką lochą, aby wydać na świat jeszcze bardziej pracowite i upośledzone potomstwo. To nie jest żart ale u Niemca można już dziś kupić wyłącznie bardzo małe dawki witamin - nie dające kompletnie nic wyniszczonemu awitaminozą organizmowi - ponadto tylko na receptę i wyłącznie po pomyślnym i drobiazgowym przesłuchaniu w aptece dokonanym przez bardzo podejrzliwego farmaceutę, który uczył się przesłuchań na uniwersytecie gestapo. Dostęp do morza i plażowego wypoczynku Niemiec już ma od bardzo dawna mocno ograniczony przy pomocy ultrawysokich "opłat klimatycznych", które sprawiają, że taniej mu pojechać na urlaub do Hiszpanii niż nad swoje "własne" wybrzeże. Niemiec jest trzymany w ścisłej hodowli oraz pełnej izolacji przez żelazną pięść międzynarodowej mafii farmaceutycznej, usiłującej ze wszystkich sił zamienić go w biologiczny półprodukt - przeznaczonego na ubój niewolnika o zminimalizowanych tylko do kopulacji na sianie potrzebach fizjologicznych. To fascynujące obserwować ten proces... jak przebiega on szybko

Za to co Niemiec wcześniej oraz obecnie już zrobił nam w swoich fabrykach chemicznych zasłużył po tysiąckroć na to, aby zabrała się za niego w końcu stara, dobra i niemiłosierna... pani Karma. Wszystko czego potrzeba to tylko szczerze mu tego... zażyczyć. Masowo i szczerze należy to sobie wyobrazić a słowo stanie się ciałem, czyli zobrazowanym powszechnie życzeniem podobnym do pamiętnego niedawnego, aby wreszcie oderwać od koryta agenturę wypasanej na Słońcu, bogatej w witaminę D i nasze pieniądze, śródlądowej Makreli Północnoatlantyckiej.

Brak witaminy D wiąże się z każdą chorobą znaną człowiekowi, która nie jest wynikiem starzenia się lub wady genetycznej.

Uważna obserwacja Niemców dostarcza naukowych dowodów na to, że duże dawki eliksiru szczęścia leczą między innymi autyzm, astmę, cukrzycę, rany, 17 nowotworów, wrzody, reumatyzm, nadciśnienie, schizofrenię, alergie, gruźlicę, Parkinsona, łupież, łuszczycę, migreny a nawet ubytki w zębach. Ba, Niemcy to nawet z faszyzmu już są dawno wyleczeni i całym sercem pokochali wzbogacające ich kulturę milionowe międzynarodowe jednostki. Jeszcze tylko co prawda samice w Niemczech odrobinkę za słabo są międzykulturowe ale po kolejnej wiosennej serii witaminowych oprysków - to również powinno się na lepsze pod tym względem wkrótce zmienić.

 

 

 

Ocena: 

5
Średnio: 5 (2 votes)

Komentarze

Portret użytkownika czesiek z choiny

baco- jak zwykle

baco- jak zwykle machlaczysz.Przez trzy strony zachwalasz witaminki by na czwartej stwierdzić-"Kończąc natchnione żubrem orędzie".Przecież wolni ludzie,ci dla których czas nie ma znaczenia,wiedzą o tym że to żubr jest eliksirem szczęścia.Jeśli masz wątpliwości weź w jedną rękę witaminę D a w drugą żubra i daj do wyboru jednemu z wolnych Polaków.Znajdziesz ich wszędzie.Zaręczam Cię że instynktownie wybierze eliksir szczęścia w postaci żubra.
 Apropo smalcu.W czasach słusznie minionych,na drzwiach kibla,w pewnym zakładzie, widniała taka sentencja:
Nie myśl ćwoku że srasz smalcem
Nie wycieraj dupy palcem
Jeśli myślisz że to smalec
Wytrzyj dupę- obliż palec
 

Portret użytkownika baca

jednemu trochę ciężko zebrać

jednemu trochę ciężko zebrać tyle spraw, ale...
zróbmy Laurka sprawiedliwą zrzutkę: Ty dostarczysz witaminy, uśmiech, minerały, a ja zero myśli i dobry sex... wówczas bezkonfliktowość sama się... urodzi Wink

Głosuj przeciw
-37
Portret użytkownika Marcin2221

Szanowny autorze!

Szanowny autorze!
Zgadzam sie z trescia tego artykulu co do zasady iz wit.D nalezy suplementowac lub pozyskiwac ze slonca. Natomiast mam problem z informacja o rzekomych 20 mg ktore przed wojna jakoby stanowily zalecana dawke dobowa. Skad taka informacja? Prosze o jakis link do zrodla.
Drugi problem to sprawa slonca, rozumiem ze w ciagu godziny wystawiajac nasze cialo na slonce dostarczamy dziesiatki tysiecy I.A, ktore skutkuja wspanialym zdrowiem. Tylko dlaczego w takim razie obdartusy nagolasy afrykanskie ktore praza sie w sloncu od switu do nocy od kolyski do smierci, smieją chorowac?? No wg tej teorii z artykulu eliksir powinien trzymac ich przy zdrowiu mocniej niz Baca swojego Zubra.
Czy aby wieksze dawki wit.d nie powoduja powstawania zwapnien w ukladzie krwionosnym?
Nie mam zadnych watpliwosci co do zbawiennego wplywu wit.D na zdrowie ale nie mam pewnosci co do tych 20mg. Pozdrawiam

Strony

Skomentuj