Brytyjczycy twierdzą, że religia przynosi więcej szkody niż pożytku

Kategorie: 

Badania, przeprowadzone w Wielkiej Brytanii, wykazały, że większość ludzi w tym kraju – 60 % respondentów – jest przekonana, że religia czyni więcej szkody niż pożytku.

 

Najnowsze badania na temat religii przeprowadzono w Wielkiej Brytanii on - line na zlecenie firmy Survation, pisze Huffington Post. Większość Brytyjczyków wyraziła pogląd, że obecnie religia robi więcej szkody niż pożytku. Tak więc, 60% respondentów uważa, że religia jest szkodliwa dla społeczeństwa.

 

Najbardziej zdumiewające, że pogląd taki podziela 20% osób wierzących. Ludzie uważają, że religia jest źródłem przemocy, nietolerancji i „innego zła”. Ponad jedna czwarta ankietowanych w 2004 roku poinformowała, że ich zdaniem ateiści są lepsi niż ludzie pobożni. 55% respondentów uważa, że moralne cechy człowieka nie zależą od tego, czy jest on religijny, czy nie.

 

Naukowców uderzył również fakt, że młodzi, jeszcze niedojrzali ludzie, uważają, że religia jest przydatna i niezbędna dla świata. Z stwierdzeniem tym zgodziło się 30% Brytyjczyków w wieku od 18 do 24 lat. Dla porównania ten sam pogląd wyraziło 19% respondentów w wieku od 55 do 64 lat.

 

Ludzie w Wielkiej Brytanii odwracają się od wiary, od religii i od Kościoła za sprawą skandali seksualnych z udziałem księży, bufonady niektórych biskupów, nietolerancji religijnej wobec kobiet, homoseksualistów i z powodu wojen religijnych.

„Ten sondaż potwierdza oczywistą prawdę, że religia nie ma nic wspólnego z moralnością” – powiedział  dyrektor wykonawczy British Humanist Association . „Większość ludzi rozumie, że wartości osobiste i uniwersalne są przywiązane do religijnych systemów wierzeń i są wynikiem naszego wspólnego dziedzictwa i doświadczenia. Jesteśmy istotami społecznymi, które dbają o siebie i są dobre dla innych, bo wiemy, że są oni takimi samymi ludźmi. Ponadto wielu zdaje sobie sprawę, że same przekonania religijne mogą być szkodliwe dla moralności. Może to być zachęta dla nietolerancji i sztywności, a to szkodzi dobru wspólnemu. Aby się o tym przekonać, wystarczy rozejrzeć się wokół”.

 

 

 

 

Ocena: 

Nie ma jeszcze ocen
loading...

Komentarze

Portret użytkownika Transformator2012

Od najdawniejszych czasów

Od najdawniejszych czasów panuje utrwalony zwyczaj powszechnego przypisywania pobożnym obywatelom wyłącznie pozytywnych cech i oskarżania bezbożników o najróżniejsze grzechy. Ściślej rzecz ujmując, to sami pobożni obywatele ukształtowali ten stereotyp - dla siebie i jednocześnie dla wszystkich, jako swego rodzaju domniemanie swojej niewinności. I to w obliczu faktu, że w imię Boga dokonywano i nadal dokonuje się strasznych zbrodni, mając u podstaw swojej doktryny rzekomo miły Bogu cel - prześladowanie innowierców. Właściwie wiara wcale nie czyni człowieka prawym.
 
Skąd u wyznawców religii bierze się takie przekonanie o własnej nieomylności lub, dokładniej rzecz ujmując, prawości, że nawet ateiści są skłonni z szacunkiem zgadzać się z tym? Niby wierzymy, chodzimy do kościoła, modlimy się, dlatego jesteśmy ośrodkiem wszystkiego, co duchowe i światłe, a wy - jesteście bezbożni, ugrzęźliście w grzechach. My mamy rację, a wy - nie.
 
Źródłem tej pewności jest punkt oparcia, który człowiek uzyskuje w postaci wahadła religii. Jest tu wszystko: liczenie na miłosierdzie Pana przebaczającego grzechy, wybawienie od poczucia winy dla okazujących skruchę, wiara w Królestwo Boże, jak również nadzieja na pomoc Bożą i poczucie jedności ze współwyznawcami. Ateistom powodzi się pod tym względem o wiele gorzej - wypada liczyć tylko na swoje siły i nie ma co począć z poczuciem winy.
 
Lecz po co zmierza ku Bogu ten, kto i tak uważa się za prawego? W wielu wypadkach wcale nie miłość do Najwyższego wiedzie ku Niemu wierzących, lecz strach i poczucie niepewności. Są ludzie, którzy uważają, że są całym sercem oddani Bogu, lecz to iluzja. W rzeczywistości próbują uciec od swojego ego. W ego nie ma nic złego i nie przeszkadza ono, dopóki się go nie obraża. Ego jest efektem stosunków zależności, kiedy człowiek, porównując siebie z innymi, odkrywa, że nie jest doskonały.
 
Jedynym celem ego jest uzyskanie potwierdzenia własnej ważności. Jeżeli ego nie otrzymuje tego potwierdzenia, obraża się i człowiek czuje dyskomfort duchowy, od którego pragnie się uwolnić. A jak to zrobić? Jeżeli wraz ze wzrostem ważności dyskomfort nie znika, pozostają tylko dwa sposoby: puścić wodze, by ego poleciało cwałem albo w ogóle je zdławić. Ten, kto wybrał pierwszy sposób, przekształca się w egoistę, a ten, kto obrał drugi - w altruistę.
 
Nierzadko, w celu pozbycia się dyskomfortu wynikającego z bycia sam na sam ze sobą, ego decyduje się na rozpaczliwy krok - zaczyna przeczyć samo sobie. Ego oświadcza, że kochać siebie - to błąd, trzeba kochać innych. Człowiek odwraca się od swojej duszy i rzuca się ku Bogu i ludziom, by poświęcić swoje życie komukolwiek lub czemukolwiek, byle tylko zyskać oparcie. Bywa też na odwrót - ego uderza w agresję i wtedy pojawiają się przestępcy, nikczemnicy, cynicy. W ten sposób zarówno żarliwie wierzący, jak i ludzie upadli są produktem ego, tylko z przeciwnymi biegunami.
 
Może Ci się wydawać, że zwróciwszy się ku Bogu, uwolnisz się od swojego ego. Lecz paradoks polega na tym, że właśnie ego pcha Cię ku Niemu. A przecież Bóg nie jest poza Tobą, tylko w Tobie! Cząstka Boga jest w każdej żywej istocie i w ten sposób kieruje On całym światem. Ego czci jakiś abstrakcyjny symbol, a od swojej duszy, czyli autentycznego Boga, odwraca się. Chrystus, Mahomet, Budda, Kriszna - to najwyższe manifestacje Boga. Zwyczajny człowiek chociaż nie jest najwyższą, to jednak również manifestacją Boga. Wychodzi na to, że jedna manifestacja czci drugą? Komu to potrzebne?
 
Chęć zbliżenia się do Boga w celu wybawienia od swojego ego - to droga wewnętrznej ważności. Wewnętrzna ważność przejawia się tylko w wypadku, jeżeli oddajesz siebie pod cudzy osąd. Powrót do siebie bez oglądania się na innych jest prawdziwą drogą do Boga. Jeżeli uwalniam siebie od konieczności oglądania się na pogląd innych, wówczas jestem samowystarczalny i moje ego kończy swój byt, a pozostaje po prostu spójna osobowość. Nie słuchaj tych, którzy nawołują Cię do tego, byś się zmienił i lepił z siebie coś, co odpowiada jakimś standardom. Oni zmuszają Cię do zdradzenia siebie – odwrócenia się od swojej duszy i przestrzegania zasady wahadła: „Rób jak ja!". Zwróć się ku sobie, przyjmij siebie, jakim jesteś, pozwól sobie być sobą, sięgnij po swoje prawo posiadania racji. Poświęcenie całego siebie na służenie jakiemuś abstrakcyjnemu Bogu, oznacza odwrócenie się od swojej duszy. To jest nic innego, jak poplecznictwo wobec wahadła religii.
 
Oczywiście działaczom religijnym nie spodobają się podobne rozważania. Choć wśród nich też spotyka się różnych ludzi z różnymi przekonaniami. Gorliwych popleczników wahadła religii od autentycznych sług bożych odróżnia maniera złośliwego przeciwstawiania swoich dogmatów wszystkim pozostałym. Taki agresywny nacisk demaskuje poplecznika wahadła. Na szczęście minęły czasy, kiedy poplecznicy ci mogli palić na stosach innowierców. Lecz nieporozumienia na tle religijnym jeszcze pozostały i nie skończą się, ponieważ pierwsza zasada wahadła zawsze będzie obowiązywała.
 
W istocie, religia - to obcowanie z Bogiem przez pośredników. W obrzędach chrztu, ślubu i pochówku nie można obejść się bez kapłanów. Lecz również to nie jest konieczne. Czy Bóg nie przyjmie swego dziecka, jeżeli na czas nie raczono go ochrzcić? Jeżeli w każdym z nas jest cząstka Stwórcy, to czyż nie jesteśmy Jego dziećmi? Czy potrzebni Ci są pośrednicy w relacjach z ojcem i matką? Każdy sam o tym decyduje.
 
Religia w odniesieniu do swoich zwolenników jest szczególnie twardym wahadłem i nawołuje do wyrzekania się zewnętrznych świeckich dóbr. Każdą duchową drogę przyjęto wiązać z ascetycznym trybem życia. O oświeconych panuje pogląd, że jeżeli człowiek osiąga wyżyny na drodze do duchowej doskonałości, to wszystko, co ziemskie, przestaje go interesować. Nie daj się złapać na ten haczyk. Każdy może i powinien interesować się swoją pomyślnością materialną, komfortem, dobrobytem. Jeżeli dzieje się inaczej, to znaczy, że człowiek znajduje się całkowicie w mocy jakiejś idei. Ta idea najprawdopodobniej należy do jednego z wahadeł: religijnego, filozoficznego lub jakiegoś innego „duchowego".
 
Wahadła zgodnie ze swoją drugą zasadą starają się zmusić poplecznika do poświęcenia całego siebie interesom struktury. Jeżeli mocno połknął ten haczyk, to rzeczywiście przestaje interesować go cokolwiek innego. Może nawet znajdować się w mocy iluzji, że zajmuje się wyłącznie swoją duszą lub „rozmawia z Bogiem". W rzeczywistości dusza takiego „oświeconego" zamknięta jest w głuchym futerale i nie może donieść o swoich potrzebach.
 
Po co dusza przyszła na ten materialny świat? Żeby przygotowywać się do nieziemskiego życia w niebiosach? To pełna bzdura! Jeżeli dusza i tak przyszła na ten świat z niebios, to po co ma znów przygotowywać się do niebiańskiego życia? No i czy to możliwe do zrobienia tu, na Ziemi? To świeckie życie jest dla duszy unikatową szansą. Po to przyszła tutaj z duchowego świata, by poznać wszystkie wdzięki świata materialnego. Do duchowego świata dusza zawsze zdąży. Jaki sens pozbawiać jej wszystkiego, co daje ten przepiękny, cudowny, wspaniały świat, w którym jest tyle nadzwyczajnych pokus?
 
Oddając całego siebie służeniu Bogu, oddalasz się od Niego. Stwórca tworzy mnóstwo rzeczywistości za pośrednictwem żywych istot jako swoich żywych ucieleśnień. Bóg ma zamiar poczuć każdą płaszczyznę rzeczywistości, którą stwarza. Właśnie po to posyła On swe dzieci do świata materialnego. Bóg dał Ci swobodę działania, więc rozkoszuj się swoją swobodą! Nie należy zamykać się w celi i spędzać długich godzin na modlitwach. To nie służenie Bogu, a pozbawianie Go radości, której można doznać dzięki pełnowartościowemu życiu. To tak, jakby nie wypuszczać dziecka na spacer, zmuszając je do poświęcania całego czasu na wkuwanie lekcji.
 
Zwolennicy wahadeł religii będą Ci wmawiać, że nie jesteś do niczego zdolny, a Bóg jest wszechmocny. Dla struktury Twoja wolność i siła nie jest niczym dobrym - ona potrzebuje sprawnych trybików. Wahadła osiągnęły już niemały sukces w procesie opanowywania woli człowieka. Pozostaje dziwić się, jak wielki musi być wpływ wahadeł, że dzieci Boga straciły wszelkie pojęcie o swojej potędze.
 
Człowiekowi pierwotnie została dana władza kształtowania warstwy swojego świata drogą ucieleśnienia potencjalnych wariantów z metafizycznej przestrzeni w materialną rzeczywistość. Wahadłom udało się nie tylko odebrać u ludzi świadomość swoich zdolności, lecz nawet przekręcić sens samego życia, zamieniwszy służenie Bogu na oddawanie czci.
 
To wątpliwe, by Bóg potrzebował oddawania czci. Czy potrzebujesz, by Twoje dzieci oddawały Ci cześć? Na pewno wolałbyś widzieć w nich dobrych przyjaciół. Faktycznie cel życia, jak również samo służenie Bogu, polega na współtworzeniu - tworzeniu razem z Nim.
 
Wielu ludzi uważa, że wiara w Boga - to wszystko, czego się od nich wymaga. Wierzą w Jego istnienie i potęgę. I co z tego? Przecież nie rozumieją Boga - jest dla nich jakimś abstrakcyjnym, nieosiągalnym i nierzadko strasznym bóstwem. Wmówiono im, że trzeba czcić Boga, przestrzegać przykazań i pobożnym życiem przygotowywać się do czegoś takiego, czego nie da się logicznie wyjaśnić.
 
Lecz wiara nie jest zrozumieniem. Modlitwa nie jest obcowaniem z Bogiem. Język Boga - to stwarzanie. Twierdzenie to można albo przyjąć, albo nie, ale wieść sporów i rozważań na ten temat nie ma sensu. To nie problem filozoficzny tylko kwestia wyboru. Dlatego też nie mam tu nic do dodania.
 
Kształtując warstwę swojego świata, swoją rzeczywistość, obcujesz z Bogiem. Kiedy cieszysz się tym, co stworzyłeś, Bóg cieszy się razem z Tobą. Na tym właśnie polega autentyczne służenie Mu. A wiara w Boga - to przede wszystkim wiara w siebie, w siłę własnych możliwości jako twórcy. Cząstka Stwórcy jest w każdym człowieku. Przyspórz więc radości Ojcu swojemu. W jakim stopniu wierzysz w swoje możliwości, w takim stopniu wierzysz w Boga i tym samym urzeczywistniasz jego wypowiedź: „Stosownie do wiary waszej wam się stanie".
 
No a czym zajmuje się sam Bóg? Odpowiedź na to pytanie jest oczywista i nie wymaga dowodów. Stwarzanie i zarządzanie rzeczywistością - oto na czym polega cel i sens wszelkiego życia w ogóle. Kierownicza funkcja Boga nie ulega wątpliwości, pytanie tylko, jak On ją sprawuje.
 
Odkąd wahadła religii przekręciły samo pojęcie Boga, wszystko, co z Nim związane, okryte jest jakąś dziwną i sprzeczną tajemnicą. Twierdzi się, że Bóg istnieje, lecz jednocześnie nikt Go nie widział. Z jednej strony - Bóg kieruje światem, lecz z drugiej - Jego działalność nie przejawia się w widzialny sposób. Wychodzi na to, że: On jest, lecz Go nie ma; Nie ma Go, ale jest. Taka paradoksalna sytuacja pozwala wahadłom interpretować i wykorzystać pojęcie Boga tak, jak im wygodnie.
 
Jeżeli nie wdawać się w szczegóły, to główną przyczyną wypaczenia prawdziwej istoty Boga jest szereg zmian dokonanych przez religie. Służenie Bogu zmieniono w oddawanie czci, a oczywistość jego istnienia zastąpiono ślepą wiarą. Wahadła orzekły, że człowiek jest bezradny i przeciwstawiły mu wszechpotęgę Boga. A pierwotną boską istotę człowieka sprowadziły do zera, tym samym rozerwawszy jego dawną jedność ze Stwórcą.
 
W ten sposób człowieka, jak porwane dziecko, pozbawiono kontaktu z Ojcem i zmuszono, by zapomniał o swym prawdziwym pochodzeniu i przeznaczeniu. W rezultacie człowiek stracił wszelkie pojęcie o swoich zdolnościach i prawie do występowania w charakterze twórcy wspólnie z Najwyższym Stwórcą. Synowi Boga wmówiono, że nie może zarządzać swoim losem, że zobowiązany jest czcić swojego Ojca z daleka i oddawać Mu cześć jak bożkowi. Jakby dziecko nie było w stanie niczego dokonać i nie miało żadnych praw - całe jego życie znajduje się w rękach despotycznego Rodzica, który okazuje łaskę tylko pod warunkiem, że jest mu się bezwarunkowo poddanym, skłoniwszy przy tym głowę.
 
Poddawszy się wpływowi wahadeł, człowiek został odsunięty od godnej służby i znalazł się w kategorii zachowujących się służalczo. Mowa nie tylko o wahadłach religii jako takiej. Ateizm to też swego rodzaju religia, tylko jakby na odwrót. Wiara tu zmienia się w niewiedzę, niewiedza - w zaprzeczanie, a zaprzeczanie - w aktywne odrzucenie. Lecz niezależnie od tego, jaki światopogląd obierze człowiek, jego położenie się w istocie nie zmienia: religijne wahadło oddaje los w ręce Boga, a ateizm - w ręce jakiejś Opatrzności lub we władzę okoliczności, z którymi przyjęło się walczyć.
 
W obu wypadkach wyznaczona zostaje człowiekowi rola nie do pozazdroszczenia - rola marionetki: módl się i czekaj na zmiłowanie Pańskie albo wszczynaj bitwę i walcz z przeszkodami, ponieważ nic nie przychodzi za darmo. A jednak, czego by człowiek nie robił, jak by się nie miotał, pozostaje w mocy wahadeł i okoliczności, dopóki jego działania nie wychodzą za ramy wewnętrznego zamiaru. Zawsze otrzymujemy to, co wybieramy. Jeżeli myślisz, że Twój los polega na tym, by błądzić w nieprzebytym lesie, to znaczy, że trzeba będzie przedrzeć się przez wiatrołom. A jeżeli dopuszczasz arogancką myśl o tym, że zdolny jesteś wznieść się w niebo, to wzbijasz się ponad lasem i swobodnie lecisz. Nikt poza Tobą samym Cię nie powstrzymuje.
 
Lecz człowiek nie będzie w stanie uwierzyć, że może wszystko otrzymać tak po prostu, bez jakichkolwiek warunków, za pomocą zewnętrznego zamiaru, jeżeli nie uświadomi sobie i nie przyjmie do wiadomości swojej boskiej natury. Niełatwo jest to zrobić, dlatego że i natura samego Boga została wypaczona do granic możliwości: ze Stwórcy zmieniono Go we Władcę żądającego oddawania czci. A co robi Władca? Występuje w roli sędziego, wymierza sprawiedliwość, karze, oddaje według zasług, nakazuje, a w końcu pomaga i troszczy się o swoich poddanych.
 
Jednak naprawdę nie obserwujemy niczego takiego. W rzeczywistości panuje samowola i bezprawie. Pobożni ludzie cierpią, a grzesznicy bezkarnie załatwiają swoje ciemne interesy. Trzeba by naciągnąć rzeczywistość, by stwierdzić, że sprawiedliwość tryumfuje. Prośby i modlitwy nie przynoszą przewidywanego rezultatu. Chociaż, wydawałoby się, Bogu powinno zależeć na tym, by spełnić prośbę i przywrócić sprawiedliwość - przecież jest wszechmocny...
 
Aby wyjaśnić taką oczywistą sprzeczność, zwolennicy wahadeł próbują w określony sposób interpretować zdarzenia, by dopasować scenariusz do tej roli, którą przypisali Bogu. W ruch idą wszelkie pomysły i wymysły typu: „Taka wola Boża" lub „Oddane zostanie wszystkim według zasług, kiedy staną przed Nim". Można pomyśleć, że nikczemni ludzie uciekli od swojego wychowawcy i dlatego mogą na razie wyprawiać wszelkie bezeceństwa, a kiedy on ich złapie, to ukarze z całą surowością.
 
Na czym zatem polega Zamierzenie Boga, jeśli odrzuci się wszelkie domysły? By odpowiedzieć na to pytanie, nie będziemy wróżyć lub filozofować, tylko zwyczajnie jeszcze raz stwierdzimy fakt, że zamiar wszystkiego, co żyje, tak czy inaczej sprowadza się do zarządzania rzeczywistością. Nie ferowanie wyroków i pilnowanie sprawiedliwości, nie spełnianie życzeń i próśb, nie odpłacanie według zasług i nie karanie, nie troska i nie władanie, a zarządzanie rzeczywistością - oto, co ma miejsce naprawdę.
 
Jak widzimy z powyższych słów religia jest wypatrzeniem Boga i sama w sobie w żaden sposób nie przyczynia się do pogłębienia świadomości w kwestii - kim naprawdę jesteśmy.
 
Odkrycie prawdy o sobie sprawia że religia rozpuszcza się w niepamięci, wtedy jak Słońce o wschodzie pojawia się prawdziwa wiedza:
 
Żagiel fałszywej wiary nigdy nie napełni się wiatrem zewnętrznego zamiaru. Fałszywa wiara to pułapka wahadła w labiryncie niepewności. Może Ci się wydawać, że wydostałeś się z labiryntu, lecz w rzeczywistości to tylko złudzenie. W głębi duszy będziesz wątpić, nawet tego nie podejrzewając, bo odgrodziłeś się od wątpliwości ochronnym murem wiary.
 
Jak odróżnić fałszywą wiarę od prawdziwej? Prawdziwa wiara - to już nie wiara, a wiedza. Jeżeli musisz namawiać siebie, przekonywać - nieważne jak, z entuzjazmem lub pod przymusem - to znaczy, że to fałszywa wiara. Wiedza nie powstaje z przekonania, a z faktów. Kiedy Twój umysł stanął przed faktem, to już po prostu wiesz. Fałszywa wiara opiera się na kontroli umysłu. Umysł, znajdując się w iluzorycznej komnacie labiryntu, pilnuje, by nie przedostała się tam ani jedna wątpliwość. Jeżeli umysł pragnie mieć nadzieję, nie chce niczego słyszeć.
 
Nigdy nie przekonuj siebie i nie staraj się uwierzyć, inaczej ryzykujesz uzyskanie fałszywej wiary, która tylko wydaje się prawdziwa. Iluzja pęka, kiedy zaczynasz słuchać szelestu porannych gwiazd. Zmniejsz kontrolę umysłu i przekieruj go na uświadomienie sobie najmniejszych przejawów dyskomfortu duchowego. Jeżeli odkryłeś dyskomfort, nie próbuj więcej siebie przekonywać i namawiać. Kiedy zostanie osiągnięta jedność duszy i umysłu, nie będziesz musiał siebie namawiać.
 
Nie ma sensu mydlić sobie oczu afirmacjami. Od tego, że będziesz sobie powtarzać: „osiągnę to, co chcę", cień wątpliwości nie zginie, a przeciwnie, otrzyma podatną glebę dla rozwoju. Dusza nie wierzy, skoro próbujesz ją przekonać. Dusza nie rozumie logiki ani języka rozumu. Podobnie nie dopuszcza też półtonów. Jeżeli zapytać duszę: „Czy osiągnę swój cel?", odpowie „tak" lub „nie", lecz w żadnym wypadku nie „być może" lub „najprawdopodobniej". Przy najmniejszym cieniu wątpliwości odpowiedź będzie brzmiała „nie".
 
Zatem jeżeli duszę ogarniają wątpliwości, to nie da się jej przekonać lub namówić. Cóż pozostaje robić? Odpowiedź kryje się w stwierdzeniu przytoczonym wyżej: dusza nie przyjmuje do wiadomości półtonów. Wątpliwość - to kiedy w jakiejś mierze się wierzy, lecz nie do końca. Dusza to „nie do końca" zamieni na „wcale nie". Ona nie wierzy i nie wątpi - ona po prostu wie, co będzie: tak lub nie.
 
Dlatego konieczne jest wykonanie pewnego radykalnego posunięcia: trzeba wyrzucić ze swojego szablonu słowo „wierzyć" i zastąpić je słowem „wiedzieć". Jeżeli umysł po prostu wie, że zdarzy się to i to, dusza zgodzi się z nim bez jakiejkolwiek namowy. Wierzysz w to, że trzymasz w rękach tę książkę? Nie, o tym nie ma nawet mowy, Ty po prostu to wiesz - i tyle. A tam, gdzie jest wiara, zawsze znajdzie się miejsce na wątpliwości.

Portret użytkownika Laura

Najwięcej ofiar pochłonęły

Najwięcej ofiar pochłonęły właśnie wojny religijne i działania inkwizycji, więc szkodliwości religii nie trzeba naukowo udowadniać. A swoją drogą samo słowo "religia" można ciekawie zinterpretować. Pochodzi ono od "religare", co oznacza "powtórnie związywać" , a może... ponownie jednoczyć. Odpowiedź na pytanie: "kogo z kim trzeba ponownie zjednoczyć?" może stać się kluczem do duchowej ścieżki rozwoju.

Portret użytkownika Franciszek

"Najwięcej ofiar pochłonęły

"Najwięcej ofiar pochłonęły właśnie wojny religijne i działania inkwizycji"
To jest kłamstwo, bo najwięcej ofiar jest przez działanie różnych ateistów. A wiedzą o tym ci co nie mają urojeń na punkcie KK.

Portret użytkownika pasjonat

chyba pomylilas pojecia

chyba pomylilas pojecia Laurko Wink
nie religia a dewocja (Pani Dulska)
 
Jesli nauczycielke skazano za pedofilie to nalezy przestac darzyc nauczycieli zaufaniem ? zatrudniac politologow do nauczania dzieci ? chyba nie. Nawet jesli pedofilia stala sie plaga kosciola to takze nie powinno sie skazywac na potepienie calego stanu duchownego. Jakos nalezy oddzielic plewy od zboz. A odpowiedzialnosc zbiorowa oznaczala by wylanie dziecka z kapiela...
Tallin mam wrazenie ze Ci sie mokry bąk puscil i nazwales to artykulem.
 Filmik miecie ..to chyba z archiwum Bagsika i ArtB
 

Myślę, więc jestem...

Strony